Fanclub Bionicle Wiki
Advertisement

Echa to opowiadanie, którego akcja toczy się pół roku po Płomieniu wśród cieni i które ukazuje dalsze wydarzenia na wyspie-mieście Artas Nui.

Prolog[]

Nawołujący głos z oddali wybudził go ze snu.

Aden… Aden, zbudź się!

Zahibernowane przed laty ciało powoli wracało do życia. Wyrwane z transu zmysły zaczęły na nowo chłonąć otaczającą go rzeczywistość. Poczuł bicie własnego serca, energię na powrót przepływającą przez jego żyły, zapach kurzu unoszącego się w komnacie, chłód kamienia, na którym leżał i oddech osoby, która się nad nim pochylała. Ponownie usłyszał głos, tym razem znacznie wyraźniej.

Aden… Aden!

Otworzył oczy. Ujrzał nad sobą zatroskaną twarz swojej siostry - Saniis obserwowała go bacznie dwoma błękitnymi światełkami wyglądającymi zza jaskrawozielonej maski, w których na widok jego przebudzenia się zagościła ulga.

Aden podniósł się do pozycji siedzącej, przysiadając na skraju kamiennego łoża. Przez moment błądził mętnym wzrokiem po ciemnej sali, jakby jego śniący umysł jeszcze nie do końca uświadomił sobie, gdzie się znajduje. Wreszcie jego spojrzenie spoczęło na Saniis.

- Obudziłeś się - rzekła.

- Tak - odparł Aden, jakby nie było to oczywiste. Wzbił wzrok w swoje dłonie, poruszając palcami, co przyszło mu z lekkim trudem. - Tak…

Twarz Saniis była śmiertelnie poważna.

- Wiesz, co to oznacza?

Aden ponownie na nią zerknął i dopiero wtedy sobie uświadomił.

- Wszechkryształ… - powiedział. Saniis skinęła wolno głową. - Gdzie on teraz jest?

Zamiast odpowiedzieć, Saniis podniosła się i zmierzyła w stronę wyjścia z komnaty. Jeszcze przed opuszczeniem pomieszczenia, odwróciła się ku bratu i machnęła doń ręką, by za nią podążał.

Razem wyszli na powierzchnię czaszki Akkaratusa, stojącego w bezruchu pośrodku wodnego pustkowia. Dookoła machiny rozpościerał się nieskończony ocean, stykający się na horyzoncie z pomarańczowym niebem, splamionym łuną zachodzącego słońca. Aden i Saniis zatrzymali się na krawędzi i spojrzeli w dal, owiewani chłodnym wiatrem.

- Skup się - poleciła bratu kobieta. - Spróbuj go odszukać.

Aden posłuchał jej. Zamknął oczy i skoncentrował się, obejmując wzrokiem swojego umysłu cały otaczający go świat. Sięgał coraz dalej i dalej, jak tylko pozwalał mu umysł, nigdzie jednak nie mógł znaleźć choćby śladu esencji Kabriusa.

- Nie mogę - powiedział z wciąż przymkniętymi powiekami. - Nigdzie go nie widzę…

Saniis ponownie potaknęła.

- W rzeczy samej - odrzekła, nadal spoglądając za horyzont. - Nie ma go już tu. Powrócił do naszego świata.

Otwarłszy oczy, Aden spojrzał na nią ze zdumieniem.

- Czyli mechanizm zadziałał?

Saniis westchnęła i pokręciła głową. Gdy zerkała na Adena, ten dostrzegł na jej twarzy niepokój.

- Nie do końca - powiedziała. - Skup się bardziej.

Tak też zrobił. Ponownie przymknąwszy oczy i oczyściwszy umysł, rozpoczął dokładne przeczesywanie myślami tego świata. Wreszcie, po paru minutach, znalazł słaby, niemal niezauważalny ślad, bardzo łatwy do przeoczenia, lecz teraz Aden nie miał wątpliwości, że tam jest - ledwo tlący się, lecz wciąż tak samo żądny krwi płomień Zniszczenia, na wyspie znajdującej się daleko stąd.

- Czuję to - rzekł w końcu Aden. - Wyczuwam jego ślad. Tutaj, w tym świecie. - Spojrzał na siostrę, zupełnie nic nie rozumiejąc. - Jak to możliwe? Mówiłaś, że mechanizm obronny zadziałał.

- Bo tak było - odparła Saniis. - Zadziałał i przeniósł Wszechkryształ z powrotem do naszej ojczyzny. Zanim to jednak nastąpiło… część esencji Kabriusa musiała przeniknąć z Wszechkryształu do umysłu tego, kto po niego przybył.

- Ale jak temu komuś udało się znaleźć tak daleko stąd? - Umysł Adena wciąż był pełeń pytań. - Jeśli zbudziliśmy się zaraz po dotknięciu Kryształu…

Spoglądając na Saniis, mógł wyczytać z jej twarzy, że siostra wie jeszcze coś, o czym Aden nie miał pojęcia. Kobieta westchnęła smutno.

- Chodź za mną.

Wrócili do wnętrza robota i przeszli do sterowni. Zielone światła wypełniły szczeliny wyżłobione w ścianach, gdy rodzeństwo po raz pierwszy od tysiącleci postawiło swoje stopy w tym pomieszczeniu. Przedwieczna aparatura pobudziła się do życia. Saniis zajęła miejsce przy jednej z konsolet i zaczęła przeglądać zapiski danych z dziennika pokładowego. Przez chwilę wodziła wzrokiem po zielonym tekście wyświetlanym w powietrzu.

- Ktokolwiek próbował zabrać stąd Kryształ - powiedziała do stojącego za nią Adena - przybył tutaj dokładnie trzy lata, sześć miesięcy, dwa tygodnie i pięć dni temu.

Aden nie mógł uwierzyć własnym uszom.

- Ale… jak to możliwe? - zapytał. - Dlaczego w takim razie zostaliśmy obudzeni dopiero teraz…?

- Być może ten mechanizm nie przetrwał próby czasu. - Saniis powiodła dłonią po pomieszczeniu. - I wybudził nas z uśpienia zbyt późno.

Mężczyzna milczał przez moment. Potrzebował chwili, aby to wszystko przyswoić.

- Co teraz? - zapytał wreszcie, spoglądając na Saniis.

- Teraz dziękujemy Stwórczyni, że w ogóle zostaliśmy przebudzeni - odparła kobieta. - I robimy wszystko, co w naszej mocy, by wypełnić nasze Przeznaczenie.

Zmierzyła do wyjścia. Aden powiódł za nią niepewnym spojrzeniem.

- Wyruszamy stąd?

- Naszą powinnością jest dopilnować, by Kabrius nie wydostał się na wolność - powiedziała Saniis. - Może i zostaliśmy zbudzeni zbyt późno, ale nadal mamy obowiązek do spełnienia. Musimy dotrzeć do miejsca tego śladu i znaleźć tego, kto wszedł w kontakt z Wszechkryształem… Miejmy tylko nadzieję, że nie jest za późno.

Fala wspomnień zalała Adena. Pierwsze lata jego i Saniis, wspólne treningi po wstąpieniu do Zakonu, moment, gdy razem z Saniis zostali mianowani na Posłańców Przeszłości i Przyszłości przez Stwórczynię, i gdy wraz z pozostałymi pięcioma Posłańcami powierzono im zadanie strzeżenia legendy Wszechkryształu. Aden dobrze pamiętał niszczycielski gniew Kabriusa oraz to, jak wielkiego poświęcenia potrzeba było, aby go powstrzymać. Niemal stracili już jeden świat, ich pierwotny - nie mogli sobie pozwolić na utracenie drugiego.

- Tak - odparł wreszcie. - Masz rację.

Przeszli do drugiego pomieszczenia, w którym czekał na nich ich statek powietrzny, używany jeszcze w czasach wojny. Choć na całym wnętrzu Akkaratusa czas zdołał odcisnąć swoje piętno, opływowa powłoka machiny nadal była tak samo lśniąca, jak Aden z Saniis ją zapamiętali.

Zajęli miejsca w kokpicie, podczas gdy ściana przed nimi rozwarła się, ukazując sięgający po widnokrąg ocean. Wnętrze pojazdu wypełniło światło i odgłos rozgrzewanych silników. Przywarte do powłoki skrzydła rozpostarły się, gotowe do lotu. Jeszcze nim wyruszyli, Aden zerknął na swoją towarzyszkę i zapytał:

- Jak myślisz, Saniis… co tam znajdziemy? - Skinął głową, wskazując na rozpościerający się przed nimi świat.

- Nie mam pojęcia, Iskierko - odrzekła kobieta, kładąc dłonie na sterach. - Nie mam pojęcia…

Wystrzelili z wnętrza Akkaratusa, znacząc swoją drogę jaskrawą smugą błękitnego światła i pozostawiając za sobą mechaniczne monstrum, które przez tysiąclecia było ich domem.

Rozdział 1[]

- Myślę, że możemy na moment zapomnieć o naszych poróżnieniach… - powiedział Vrex - dla wspólnych korzyści.

Ciemna sylwetka Matoranina w zbroi odznaczała się aż nader wyraźnie na tle białego, zachmurzonego nieba widocznego przez wielkie panoramiczne okno na samym szczycie Wieży Centralnej Kopuły Artas Nui. Mężczyzna zajmował miejsce przy szerokim biurku, z dłońmi na blacie i bacznie przyglądając się swoim gościom.

Mebel wykonany był z granitu - Vrex nie mógł sobie pozwolić na kontakt z metalem. Jeśli jakiś metalowy przedmiot znajdował się zbyt blisko niego, przytwierdzał się do jego zbroi i oddzielenie go było niemal niemożliwe - przyczyną tego było napełnienie pancerza Matoranina magnetycznymi mocami wskutek wypadku sprzed ponad dwudziestu laty. Mimo tego, mężczyzna emanował władczą aurą, jakby nadal był w pełni sprawny.

Galia stała parę kroków od biurka, krzyżując ręce na piersi. Próbowała jakoś odwrócić uwagę od stresu i rozglądała się po pomieszczeniu, by się na czymś skupić, lecz oprócz samego biurka, w biurze Vrexa nie znajdowały się żadne inne elementy wystroju. Wybudowany na planie koła pokój był ogromny, jednak zarazem niemal całkowicie pusty, jeszcze bardziej podkreślając dominację lidera Syndykatu. O tyle dobrze, że był tu z nią Hserg - Toa Ognia zajmował miejsce pod ścianą za plecami Xianki. Trudno było stwierdzić, kto bardziej stresował się tym spotkaniem - ona czy on. Ale przynajmniej nie była w tym wszystkim sama.

- Czego ode mnie chcecie? - zapytała wreszcie.

- Przeglądałem informacje na temat pani pochodzenia, pani Galio - oznajmił Vrex. - Muszę przyznać, że ma pani dość… ciekawą przeszłość. Przetrwanie tylu lat na Quentris w tak silnej opozycji przeciwko tamtejszej władzy i ostateczne jej obalenie to nie lada osiągnięcie.

Dziewczyna zmrużyła oczy.

- Skąd pan to wszystko wie?

Miała wrażenie, że usłyszawszy to pytanie, w oczach Vrexa schowanych za wizjerem hełmu pojawia się na moment tajemniczy błysk.

- Zawsze staram się uzyskać jak najwięcej danych o nowo przybyłych na moją wyspę… - odpowiedział. - Ze względów bezpieczeństwa, rzecz jasna.

- Bezpieczeństwa, ta - prychnął Hserg. - Nie chciałbym ci psuć humoru, Vrex, ale Artas Nui nie należy do najbezpieczniejszych wysp.

Jeśli wcześniej Vrex próbował sprawiać wrażenie miłego, teraz darował to sobie i w jednej chwili całkowicie spoważniał.

- Możesz mieć odmienne zdanie od mojego, Toa - powiedział - ale proszę, nie wcinaj się w naszą rozmowę.

Wojownik pociągnął nosem, ale nie odezwał się już więcej.

Galia zerknęła ukradkiem na wojownika, a następnie ponownie skupiła się na Vrexie. To było jej pierwsze spotkanie z tym mężczyzną, a on już się jej nie podobał. Wiele o nim słyszała od Hserga i jego przyjaciół Toa. Jeden z inicjatorów Armii Nowego Świata, który pomagał opracować projekt robotów żołnierzy. Wcześniej był szefem wpływowej korporacji na Artas Nui, szerząc propagandę i podporządkowując sobie całą wyspę.

Jednak najgorsze w tym wszystkim było to, że niemal całkowicie uniknął odpowiedzialności za zbrodnie wojenne - jego jedyną karą był defekt zbroi, który dodatkowo sprawił, że został w niej uwięziony po walce z Toa. Jako że wydarzyło się to jeszcze przed faktycznym wybuchem wojny, nie było go w radzie przywództwa na Artidax, a więc nie został on pojmany i postawiony przed sądem. Co więcej, pozostałości jego organizacji utworzyły nową, zwaną Syndykatem. Ta szybko zdominowała Artas Nui i zaczęła szerzyć kłamstwa, czyniąc z Vrexa kolejną ofiarę wojny, zmuszoną do pracy nad konstrukcją żołnierzy wbrew woli, niesłusznie zaatakowaną przez Toa przy próbie ucieczki.

Pozbawieni większości wspomnień mieszkańcy szybko łyknęli propagandę, a Vrex po powrocie mógł bez żadnych przeszkód zasiąść na czele Syndykatu i rządzić wyspą jak dawniej. Ci mieszkańcy, którym udało się uniknąć uwięzienia w tubach zastoju oraz Toa stanowili mniejszość, niezdolną do uświadomienia reszty społeczeństwa, jak naprawdę potoczyła się historia. Ich słowo przeciwko słowu Vrexa - i w tym przypadku to słowo Vrexa miało przewagę.

- Moja przeszłość nie ma tu nic do rzeczy - powiedziała Galia. - Co było, to było. Założyłam na Quentris rebelię, obaliłam władzę, zrobiłam, co chciałam. To zamknięty rozdział.

- Ależ tak, oczywiście - odparł Matoranin. - Co jednak bardziej istotne to fakt, że przed przybyciem na Quentris była pani częścią rady administracji na Xii, czyż nie?

Vortixx naprężyła się.

- Tak, to prawda.

- Tak myślałem. - Vrex pokręcił głową, udając zmartwienie. - Rzecz w tym, że po obaleniu władzy zarządczyni Xarsy, kóra należała do rady przywództwa Armii Nowego Świata i wycofaniu jej reform po skończeniu wojny, powinna pani zostać pociągnięta do odpowiedzialności za współpracę z nią… Pani ucieczka z wyspy jednak na to nie pozwoliła, a pobyt na Quentris uczynił skontaktowanie się z panią prawie niemożliwym. Teraz jednak, kiedy jest pani na Artas Nui, Vortixx z Xii pragnęliby panią odzyskać.

Galia poczuła, jak zimny pot wstępuje na jej skórę. Wiedziała, że po opuszczeniu Quentris zostanie na to narażona. Wolałaby jednak, gdyby ten dzień nigdy nie nadszedł.

- Oczywiście - ciągnął dalej Vrex - każdy ma prawo do znalezienia azylu i schronienia w moim mieście. Niemniej jednak, nieoddanie pani w ich ręce mogłoby doprowadzić do zerwania kontraktu Xii z Artas Nui i narazić wyspę na ogromne straty finansowe, co odbiłoby się na prostych mieszkańcach. Rozumie pani: wybór między dobrem jednej osoby, a całego miasta.

- Nie wracam - oznajmiła stanowczo Galia. - Ani na Quentris, ani na Xię.

Mężczyzna westchnął.

- Podejrzewałem, że tak pani na to zareaguje… I Vortixx najwyraźniej również. Dlatego oprócz oficjalnej delegacji wysłali z Xii również własną agentkę.

Chłodny dreszcz przebiegł po plecach Galii. Jeśli to ta, o której myślała…

- To ma nas niby przestraszyć, Vrex? - odezwał się nagle Hserg. - Proszę cię. Poradzimy sobie chyba z jedną delegatką, prawda, Galia? - Popatrzył na dziewczynę, ta jednak sprawiała wrażenie, jakby właśnie zobaczyła zjawę ze swoich koszmarów. - Galia…?

Xianka przełknęła ślinę.

- Nie ma nic, co można zrobić, by zmusić Vortixx do wycofania się? - zapytała Vrexa.

Matoranin przez moment zastanawiał się - lub też udawał, że się zastanawia - aż wreszcie odrzekł:

- Cóż, jest jeden sposób… - Przeniósł spojrzenie na Hserga - ale nie jest on dla uszu Toa.

- Że co?! - obruszył się wojownik. - Galia, proszę cię, chyba nie zamierasz go posłuchać?

Dziewczyna nie odpowiedziała mu. Biła się z myślami. Wreszcie zapytała, zwracając się do Matoranina:

- Wie pan może, jak nazywa się ta agentka?

- Owszem. Na imię ma Veen.

Vortixx miała wrażenie, jakby jej serce na moment stanęło. Zadrżała. A więc to jednak ona…

- Hserg, zostaw nas samych, proszę - powiedziała do Toa.

- Co? - Mężczyzna wybałuszył oczy. - Nie chcesz chyba…

- Hserg - ucięła Galia. - Proszę.

Toa Ognia wydał z siebie poirytowane westchnienie, lecz posłuchał się jej. Jeszcze przed wyjściem z biura, spojrzał przez ramię na Matoranina, posyłając mu gniewne spojrzenie. Dziewczyna podejrzewała, że gdyby nie kamery zamontowane w tym pomieszczeniu, Hserg nie zawahałby się teraz spalić Vrexa na popiół.

- Jeśli tylko coś jej zrobisz, Vrex, to wtedy… - zagroził. - Ja też zrobię… coś… eee, jeszcze gorszego… tobie. - Zapewne w jego głowie brzmiało to lepiej. Toa nie zraził się jednak, zrobił groźną minę, rzucił ostrzegawcze spojrzenie ku biznesmenowi i opuścił biuro.

Galia popatrzyła z powrotem na Matoranina.

- Więc? - zapytała. - Co to za sposób?

- Na wyspie przebywa pewna osoba, której wiedza może zagrażać Syndykatowi - odpowiedział Vrex. - Pewien bliski Toa Matoranin. Rzecz jasna, nie chcę go zabijać. Nie jestem mordercą, w przeciwieństwie do tego, co Toa mogli pani naopowiadać. Chcę tylko, by ta osoba znalazła się pod ścisłym nadzorem Syndykatu, tutaj, w mojej kwaterze. Uprowadzenie musi być dyskretne i nie zwracać niczyjej uwagi, a biorąc pod uwagę pani przeszłość na Quentris i bliskość z Toa, uznałem, że idealnie nada się pani do tego zadania… A po jego wykonaniu, mogę przekonać Xian, że już dawno nie ma pani na tej wyspie. Więc, jak będzie?

Dziewczyna zamyśliła się. Nie miała zamiaru wracać do niewolniczego życia na Xii - z tego powodu przecież uciekła z tamtej wyspy. Już miała otwierać usta, by przystać na propozycję Vrexa, kiedy nagle się opamiętała. Co ja w ogóle robię, przeszło jej przez myśl. Nie mogę się na to zgodzić.

- Przykro mi, ale odmówię.

Vrex naprężył się.

- Jest pani tego pewna?

- Tak. Jestem pewna.

Mężczyzna mruknął. Uniósł powoli dłoń, wskazując na drzwi.

- Cóż, w takim razie… Nic tu po pani. Tam jest wyjście.

Galia skinęła głową.

- Żegnam - powiedziała ozięble.

Jeszcze nim wyszła, usłyszała za swoimi plecami głos Vrexa:

- Mogą wystąpić pewne… trudności… z odesłaniem przybyłych po panią Vortixx z powrotem na Xię.

Dziewczyna postanowiła to zignorować i opuściła biuro, zmierzając na spotkanie z czekającym na zewnątrz Hsergiem.


Hserg coraz bardziej się niepokoił. Stał na dziedzińcu przed wejściem do Kopuły Artas Nui, krzyżując ramiona, rzucając spojrzenia na boki i nerwowo potupując. Całe to wezwanie na audiencję u Vrexa wcale mu się nie podobało. Galia zdradziła Toa Ognia swoją historię, gdy wracali z Quentris i Hserg wiedział, że kiedyś nastąpi dzień, w którym będą musieli zmierzyć się z demonami przeszłości dziewczyny - w tym wypadku tymi demonami byli Vortixx, którzy chcieli zabrać ją z powrotem do ojczyzny. Wojownik spodziewał się jednak, że poradzą sobie z tym bez interwencji Vrexa.

Spojrzał na pomnik Toa Mali, stojący pośrodku dziedzińca, jakby uwieczniona w kamieniu Toa Wody mogła mu pomóc. Swoją drogą, przeszło Hsergowi przez myśl, ciekawe ile jeszcze czasu minie, zanim mieszkańcy postanowią się go stąd pozbyć, patrząc na nastroje panujące na wyspie. Toa nie byli tu ostatnio zbyt lubiani

Mijały kolejne minuty, Xianka jednak nadal nie wracała. Dlaczego ja w ogóle się na to zgodziłem, pomyślał wojownik. Już miał wejść do Kopuły, gdy nagle ze środka wyszła Galia. Na widok dziewczyny, kamień spadł mu z serca.

- Wszystko w porządku? - zapytał, gdy do niego podeszła. - Jesteś cała?

- Tak, Vrex nic mi nie zrobił - powiedziała Galia. Po tonie jej głosu dało się rozpoznać, że jest dość mocno przygnębiona.

- Czego od ciebie chciał?

- Nie… nie wiem dokładnie.

Hserg zajrzał jej w oczy.

- Galia - rzekł. - Dobrze wiesz, że nie musisz przede mną niczego ukrywać.

- Nie musisz mi o tym przypominać, Hserg - odparła Vortixx i zwiesiła głowę. - Naprawdę nie wiem. Mówił, że chce, żebym kogoś uprowadziła, ale odmówiłam, zanim zdążył dokładnie powiedzieć, kim ta osoba jest i gdzie przebywa.

Toa Ognia wydął usta.

- Cóż, mogłaś w takim razie chociaż udawać, że się zgadzasz, przynajmniej dopóki nie przekazałby ci szczegółów. Wtedy wiedzielibyśmy, co planuje.

- Wiem. Przepraszam. Nie myślałam o tym - odrzekła dziewczyna, wtulając się w pierś Toa. Hserg objął ją ramieniem. - Wracajmy już do domu.

- Tak, to chyba dobry pomysł…

Oboje wsiedli na Hellbringera i opuścili dziedziniec.

⁎⁎⁎

Jasnozielone oczy wyglądające spod szarej Kanohi Hau zamrugały w mroku. Toa Vox klęczał na płaskim dachu jednego z budynków Artas Nui, schowany w ciemnym miejscu, do którego nie docierało oślepiające światło neonów czy chłodny blask księżyca. W dole przed nim rozpościerał się widok na ulicę, po której kręciło się kilku mieszkańców, ruch był jednak stosunkowo nieduży jak na tę część miasta. Większość dróg zostało zamkniętych z powodu prac budowlanych w pobliżu.

Na wprost Voxa znajdował się masywny telebim, na którym wyświetlana była postać Vrexa, stojącego w swojej zbroi z rękoma za plecami, na tle widocznej w tyle za nim metropolii. Onu-Matoranin nieustannie od kilkunastu minut powtarzał w kółko tę samą, zapętloną kwestię:

Lojalni mieszkańcy Artas Nui! Członkowie grupy Khakkhara Nui przypuścili kolejny atak terrorystyczny na nasze fabryki w Piątym Dystrykcie. Mieszkańcy! Zdrajcy są wśród nas! Tylko pozostając wierni Syndykatowi możecie zapewnić bezpieczeństwo sobie i swoim bliskim. Razem możemy położyć kres niszczycielskim działaniom Khakkhary Nui!”

Vox zmarszczył brwi. Rewolucyjna grupa nie przestawała dawać się władzy we znaki. Co prawda po powrocie Vrexa ich demonstracje nie były organizowane tak często - ostatnimi dniami praktycznie wcale - członkowie Khakkhary podejmowali jednak inne działania wymierzone przeciwko Syndykatowi i Radzie, atakując różne placówki, główne te związane z Syndykatem, jak Kuźnia Astavar. Mężczyzna wiedział, że nie minie sporo czasu, nim Syndykat odpowie i przerodzi się to w poważniejszy konflikt. Wkrótce potem walki przyniosłyby pierwsze ofiary, a tego woleliby uniknąć.

Na wyspie było jednak zbyt mało Toa, by temu zapobiec. Wielokrotnie rozważali z Arcticą wezwanie na pomoc pozostałych wojowników żywiołów - Auerieus wciąż utrzymywał z nimi mentalną więź, wystarczyłaby jedna wiadomość, by się zjawili - Vox przeczuwał jednak, że włączenie się Toa do konfliktu tylko by go zaogniło. Propaganda skutecznie robiła z nich wrogów w oczach większości mieszkańców, a pozbawienie pozycji tutejszej władzy przez Toa wcale nie poprawiłoby ich sytuacji.

Westchnął, odpędzając od siebie nieprzyjemne myśli i ponownie skupił się na obserwowaniu otoczenia.

Nagle z jego lewej dobiegł go głos:

- I jak, masz coś? - zapytała Arctica, dezaktywując moc swojej maski i ukazując się Voxowi. Toa drgnął, przestraszony, po czym odetchnął głęboko i posłał towarzyszce ciężkie spojrzenie.

- Mata Nui, Arctica! Chcesz mnie wystraszyć na śmierć? - odparł z wyrzutem.

- Wybacz. Myślałam, że dla Toa Dźwięku, skradanie się nie będzie problemem.

- Będzie, jeśli masz na twarzy Volitak - powiedział Vox. To nie pierwszy raz, kiedy jego przyjaciółka wywinęła mu taki numer. - Dobrze wiesz, że tego nie lubię.

- Wiem - odparła Toa Lodu, po czym uśmiechnęła się kąśliwie. - I dlatego to robię.

Vox na moment zgromił ją wzrokiem, chwilę później jednak i on się uśmiechnął.

- Więc jak - ponowiła pytanie kobieta. - Wychwyciłeś coś podejrzanego?

Pokręcił głową, zaprzeczając.

- Nie wyłapałem żadnych niepokojących dźwięków, niczego takiego też nie zobaczyłem - odrzekł. - Jak u ciebie?

- Tak samo - odparła Arctica. - Okolica jest zaskakująco spokojna.

- Więc możemy chyba wracać do szefa budowy - skinął głową Vox. - Co ty na to?

- Tak, chodźmy.

Ruszyli razem w stronę niedokończonej budowli. Budowa źródła energii była jednym z ostatnich głośnych przedsięwzięć Rady i Syndykatu. Do tej pory mieszkańcy pozyskiwali energię z jedzenia - a taki sposób nie pozwalał im uzupełnić zapasów na zbyt długo. Jedyną alternatywą było udanie się do Ga-Metru w Stolicy, podróż do Metru Nui była jednak kosztowna i nie wszyscy mogli sobie na nią pozwolić. Zbudowanie w Artas Nui własnego źródła energii miało ułatwić nieco życie mieszkańcom.

Z tego samego powodu źródło stało się jednak wrażliwym celem. Co prawda Rada Artas Nui przydzieliła Exo-Hagah do ochrony źródła, a sam budynek miał mieć nowoczesny system zabezpieczeń, dopóki jednak nie zostanie on w pełni zainstalowany, budowla była podatna na ataki. Vox i Arctica zostali poproszeni przez szefa budowy o jej ochronę, przynajmniej do czasu zakończenia montażu zabezpieczeń.

Dziś miał być ich ostatni dzień. Oczywiście, Rada i Syndykat o niczym nie wiedzieli - inaczej nigdy by się na to nie zgodzili - dlatego wojownicy musieli uważać, by nie dać się przyłapać. Ostatnio wrogie nastawienie mieszkańców do Toa coraz bardziej rosło, a ich zauważenie w takim miejscu tylko pogorszyłoby sprawę.

Dotarli na miejsce i weszli przez otwarte okno do biura szefa budowy - mieściło się ono ponad głównym pomieszczeniem ze źródłem energii. Na ich widok, Matoranin o żółtym zabarwieniu pancerza, zajmujący miejsce przy biurku zawalonym schematami konstrukcji, podskoczył, przestraszony.

- Och, Toa, przepraszam, nieco się wystraszyłem… - odezwał się. - Cały czas się spodziewam, że goście będą wchodzili głównymi drzwiami…

- Użylibyśmy ich, gdybyśmy tylko mogli - powiedział Vox.

- Tak, wiem, wiem… Wybaczcie, że musicie się bawić w to skradanie, ale… Sami wiecie, jaka jest sytuacja. - Matoranin spojrzał na nich przepraszającym wzrokiem.

Toa pokiwali głowami. Wiedzieli, że mężczyzna nie ma na to wpływu i w pewien sposób byli mu wdzięczni za to, że ktoś darzył ich jeszcze zaufaniem na tej wyspie.

- Cóż, w każdym razie - zaczęła Arctica - okolica jest czysta. Nie znaleźliśmy niczego podejrzanego.

- Dobrze. Doskonale. - Matoran zebrał kamienne tabliczki i postukał nimi o blat, układając je w plik. - Dostałem właśnie informację, że robotnicy skończyli instalować zabezpieczenia. Jesteście wolni, Toa.

Vox i jego towarzyszka spojrzeli po sobie.

- Jest pan pewien, że nie chce pan, abyśmy tu zostali i pilnowali źródła do końca prac? - zapytał Toa Dźwięku.

- Naprawdę nie ma takiej potrzeby. Rozumiem, że chcecie pomóc, ale i tak zrobiliście już wiele. Zasługujecie na odrobinę odpoczynku - odrzekł Matoranin, po czym dodał: - Jeszcze raz dziękuję wam za wszystko, Toa.

- Nie musi pan dziękować. Wykonujemy po prostu swoją powinność.

Pożegnawszy się, Vox i Arctica wyszli na zewnątrz, gdzie przycupnęli na dachu pobliskiego budynku. Po chwili obserwowali, jak szef budowy opuszcza budowlę w towarzystwie dwóch Skakdi pilotujących Exo-Hagah. Odczekali jeszcze moment, wodząc wzrokiem za Matoraninem przemierzającym oświetloną neonami ulicę, dopóki mężczyzna nie zniknął im z oczu za zakrętem, po czym odeszli w swoją stronę.

- Naprawdę sądzisz, że nie powinniśmy tam zostać? - zapytała Arctica Voxa po chwili.

- Skoro szef tak chce, niech tak będzie. - Wojownik w Hau wzruszył ramionami. - Poza tym, zostawiłem tam dźwiękową sondę, na wszelki wypadek.

Kobieta spojrzała pytająco na towarzysza.

- Dźwiękową sondę?

- Pole dźwiękowe, z którym utrzymuję stały kontakt - wyjaśnił Vox. - Jeśli tylko usłyszę tam jakiś podejrzany dźwięk, wrócimy, żeby sprawdzić, co się dzieje.

Arctica dotknęła palcem podbródka.

- To dość… ciekawe.

- Ostatnio staram się eksperymentować nieco z moją mocą żywiołu. Próbować jakichś nowych sztuczek, czy coś w tym rodzaju.

- Jak na przykład latanie? - Toa Lodu uśmiechnęła się półgębkiem.

- O, nie. Nigdy więcej latania. - Vox pokręcił głową. - Ostatni raz omal nie zginąłem z wycieńczenia, gdy próbowałem latać. Nie mam pojęcia, jakim sposobem Nero przychodziło to z taką łatwością.

- Cóż… - Arctica zasępiła się. - Ja też nie…

Mężczyzna skarcił się w myślach. Spojrzał na Arcticę i choć ta odwróciła wzrok, to gdy ponownie nań spojrzała, dostrzegł w jej oczach, że nie ma mu tego za złe. Mimo wszystko, nie powinien był wspominać przy niej o Nero. To musiało być dla niej bolesnym wspomnieniem. Dla niego samego takim było.

Szli dalej, z dala od oczu mieszkańców. Na szczęście budynki w tej części miasta były mniej więcej tej samej wysokości i miały w miarę płaskie dachy, ułatwiając im wędrówkę. Kilka sterowców przesuwało się wolno po niebie ponad ich głowami, wyświetlając na telebimach reklamy lub ciągle te same, zapętlone propagandowe wiadomości. W takim miejscu, będąc tak wysoko, gdy patrzyło się z góry na ulice Artas Nui, rozjarzone feerią barwnych świateł, można było uznać miasto za naprawdę piękne. Gdyby tylko Vox i Arctica nie wiedzieli, jakie było naprawdę.

Po paru minutach, Toa Lodu nagle zatrzymała się gwałtownie.

- Zaczekaj - rzuciła do towarzysza. - Chyba coś widziałam…

Vox również przystanął i zaczął się rozglądać i nasłuchiwać. Po chwili Arctica krzyknęła:

- Tam! - Wskazała palcem przed siebie i zaczęła biec. Toa Dźwięku podążył tuż za nią.

Wojowniczka wbiegła w szczelinę między nadbudówką budynku, po którego dachu poruszali się wraz z Voxem, a ścianą sąsiedniego, pędząc za czymś, co dostrzegła w oddali i co teraz jej umykało. Skręciła kilka razy w boczne odnogi labiryntu miejskich zabudowań, aż trafiła na ślepy zaułek. Zatrzymała się i pochyliła, opierając się o kolana, by zaczerpnąć tchu. Po chwili podniosła głowę, spoglądając na pokrytą smogiem i sadzą ścianę. Była pewna, że widziała coś jakby wielkie, czerwone skrzydło nietoperza, teraz jednak nigdzie go nie było…

Vox przybył na miejsce zaraz po niej.

- Wszystko w porządku? - zapytał. - Co się stało?

- Wydawało mi się, że widziałam… ach, możesz sprawdzić, czy nikogo nie ma w pobliżu?

Mężczyzna przymknął oczy, sięgając do swojej mocy żywiołu.

- Niestety - oznajmił po chwili. - Tylko przechodnie na ulicy pod nami i sterowce nad nami. Nikogo na dachach.

Arctica syknęła z niezadowoleniem.

- Co to oznacza?

- Albo ten ktoś, kogo zobaczyłaś, może panować nad dźwiękiem i zdołał się zamaskować - powiedział Vox - albo… albo po prostu coś ci się przywidziało.

- Ja… może… może masz rację… - Kobieta przyłożyła rękę do czoła. - Ostatnio jestem naprawdę przemęczona…

Toa Dźwięku nie dziwił się jej. Od momentu, kiedy Arctica została po raz pierwszy poproszona do wzięcia udziału w posiedzeniu Rady Artas Nui przez Auerieusa, coraz częściej udzielała się na spotkaniach. Biorąc pod uwagę obecną sytuację na wyspie, musiały być one dość wyczerpujące i z pewnością odcisnęły swoje piętno na umyśle Toa Lodu. Podobnie jak pewnie zresztą nocne patrole.

- Potrzebujesz odpoczynku - powiedział do niej Vox. - Chodźmy.

Arctica potaknęła.

- Tak, wynośmy się stąd.

⁎⁎⁎

Natłok głosów ponownie wdarł się do jego umysłu.

Zbudź się, Adenie. Zbudź się.

Zbudź się, Adenie. Musisz się zbudzić…

Wybudzenie się z letargu przypominało wynurzenie się z głębin ciepłego, mrocznego oceanu. Było stopniowe, nie wymagając od niego żadnego wysiłku, postępując własnym tempem. Poruszył powiekami, lecz nie otworzył oczu. Czas płynął, albo i nie, nagle jakby zatrzymał się, po czym znów zaczął płynąć dalej. Aden próbował sobie przypomnieć, co się stało, lecz w swojej głowie zastał jedynie… pustkę.

Nie pamiętał niczego, tylko swoje imię. Kto go wołał? Głos należał do kobiety, był delikatny i przyjemny, ale mężczyzna nie mógł sobie przypomnieć, do kogo należy…

Zbudź się, Adenie. Zbudź się…

Nawołujący głos zniknął, zastąpiony przez inne, męski i kobiecy, tym razem dobiegające nie z wnętrza jego umysłu, a z zewnątrz:

- Jak spotkanie, proszę pana?

- Odmówiła.

- Rozumiem. Tak, jak pan oczekiwał. Czy to zatem już pora na wdrożenie w życie pańskiego planu?

- W rzeczy samej. Jak miewa się nasz przyjaciel?

- Ciągle jest w śpiączce. Wykresy pokazują…

Aden poczuł, że leży. Po chwili - która równie dobrze mogła być minutą, godziną, dniem, tygodniem lub całym milenium - zmusił swoje ciało do otwarcia oczu. Znajdujący się ponad nim sufit, który ujrzał, był całkowicie biały. Nie miał w sobie nic szczególnego, mógłby to być dowolny sufit w dowolnym miejscu - Aden był jednak pewien, że nie był to ten sam sufit, pod którym kładł się do snu.

Znów rozbrzmiały głosy, lecz nie te w jego głowie.

- Wygląda na to, że się obudził…

- Trafne spostrzeżenie - odparł męski głos kobiecie, a następnie powiedział do Adena: - Spokojnie, przyjacielu. Jesteś tu bezpieczny, nie zrobimy ci krzywdy.

Aden podniósł się do pozycji siedzącej i rozejrzał się, by móc lepiej zorientować się, gdzie się znajduje. Naprzeciw siebie ujrzał dwie postacie, wysokiego mężczyznę o potężnej budowie ciała w czarnej zbroi z czerwonymi akcentami oraz dużo drobniejszą od niego kobietę, odzianą w pancerz w kolorach bieli i czerni.

Cała trójka znajdowała się w dość przestronnym, dobrze oświetlonym pomieszczeniu o białych ścianach, z pojedynczym, szerokim oknem, za którym Aden dostrzegł jedynie ciemność. Musiała być noc.

- Kim jesteście? Co to za miejsce? - zapytał, spoglądając na nieznajomych.

- Nie masz powodów do niepokoju, mój drogi - odrzekł mężczyzna w hełmie. - Nazywam się Vrex, to moja mechaniczna służąca, Sockette. Przebywasz teraz w mieście Artas Nui, w mojej kwaterze. Powiedz, czy pamiętasz coś może? Swoje imię, cokolwiek?

Wojownik sięgnął w głąb umysłu w poszukiwaniu jakiegokolwiek śladu swojej tożsamości. Znalazł jedno słowo.

- A… Aden…

Mężczyzna skinął pomału głową. Kobieta zwróciła się w jego stronę i szepnęła:

- Pozostawił mu pan jego pierwotne imię? To może przysporzyć kłopotów…

- Proszę cię, jestem biznesmenem, nie mam czasu na nadawanie jakichś wymyślnych imion tylko po to, by zmylić innych - odrzekł jej Vrex, po czym zwrócił się, dużo głośniej, do Adena: - I nic poza tym?

Wojownik raz jeszcze zagłębił się w swój umysł, lecz tym razem nie odnalazł nic, prócz pustki.

- Nie…

Mężczyzna w czarnym pancerzu mruknął. W jego oczach, skrytych za wizjerem, Aden dostrzegł szczerą troskę.

- Czyli jest tak, jak się obawiałem…

Zielony wojownik złapał się za głowę. Ten kobiecy głos, to nawoływanie… o co w tym wszystkim chodziło?

- Co się ze mną stało?

- Uległeś wypadkowi, w wyniku którego najwidoczniej straciłeś pamięć. Nie martw się jednak, przyjacielu, trafiłeś w dobre ręce. Jesteś osłabiony i potrzebujesz czasu, by dojść do siebie. Jestem gotów zaoferować ci moją kwaterę jako azyl, musisz mi jednak zaufać. Więc, jak będzie?

Aden zawahał się. Nie pamiętał nic z tego, co się wydarzyło - równie dobrze każde słowo, które usłyszał, mogło być kłamstwem. Jednak aparatura przy łóżku, na którym leżał, wyglądająca tak, jakby służyła do podtrzymywania życia, łagodny wystrój pokoju i ciepłe, dobrotliwe, wręcz ojcowskie spojrzenie Vrexa…Jeśli naprawdę miał wypadek i ten mężczyzna zgodził się zaoferować mu swoją pomoc i opiekę, to wydawał się godzien zaufania… Zresztą, czy Aden rzeczywiście miał jakikolwiek wybór?

- Zgoda… - odparł wreszcie.

- Doskonale. - Vrex uśmiechnął się pod maską. - Czuję, że jest to początek długiej przyjaźni, Adenie.

Mechaniczna służąca poruszyła się nagle.

- Wiadomość do pana, panie Vrex. Ładunki są już na swoich miejscach.

- Znakomicie! - rozpromienił się mężczyzna. - Podaj naszemu lokatorowi pilota.

Sockette zbliżyła się do Adena i wyciągnęła ku niemu rękę, w której trzymała niewielkie urządzenie. Wojownik w zielonej zbroi spojrzał na nie pytająco.

- Weź to - powiedział Vrex.

Aden wziął urządzenie do ręki i przyjrzał mu się. Był to niewielki, metalowy prostokąt z pojedynczym, czerwonym przyciskiem. Mężczyzna zawiesił nad nim swój palec, zawahał się jednak.

- Śmiało. Naciśnij.

Tak też zrobił. Nie poczuł, by cokolwiek się wydarzyło. Wtem jakby cały pokój zadrżał, lecz wstrząs był tylko chwilowy. Popatrzył na pozostałych przebywających w sali.

- Co… co to zrobiło?

Vrex podszedł do okna i zatrzymał się przy nim, krzyżując ręce za plecami oraz spoglądając gdzieś w dal.

- Wyobraź sobie, Adenie - powiedział, patrząc przez ramię na mężczyznę - że w tej właśnie chwili, jedna trzecia Artas Nui wyleciała w powietrze.

Aden zamrugał.

- To… to dobrze, tak…?

Vrex i jego towarzyszka nie udzielili mu odpowiedzi.

Rozdział 2[]

Artas Nui stanęło w płomieniach.

W jednej chwili Vox i Arctica usłyszeli za swoimi plecami przeraźliwy huk. Kiedy się odwrócili, ujrzeli kłęby gęstego dymu unoszące się ponad budynkami Pierwszego Dystryktu. Wypełnione pomarańczowym ogniem obłoki były dobrze widoczne nawet na tle nocnego nieba. Toa natychmiast tam pobiegli.

Na miejscu zastali płonące ruiny. Ogniste jęzory wydobywały się razem z dymem z rozerwanych od środka budynków, a uszkodzone telebimy sypały iskrami po upadku na ulice. Te same ulice, którymi uciekali teraz w popłochu Skakdi, Vortixx, Matoranie i inni mieszkańcy - ci, którym nic się nie stało. Vox wolał nawet nie myśleć, ilu było teraz uwięzionych w ruinach własnych domów… lub, co gorsza, martwych.

Zatrzymali się pośrodku ulicy, obserwując rozgrywające się dookoła nich piekło. Nie wiedzieli, od czego zacząć.

- Co… co się tu stało? - zapytała Arctica, rozglądając się na boki.

Vox chciał znać odpowiedź. Jednak… ten charakterystyczny wstrząs i wibracje, które towarzyszyły hukowi - te same, które Toa Dźwięku wyczuł w dniu przybycia na Artas Nui, kiedy odkrył Mrocznych Łowców terroryzujących miasto… Nie było wątpliwości. Ktoś podłożył bombę. Mnóstwo, mnóstwo bomb.

- Ładunki wybuchowe - odparł krótko. Na moment przymknął oczy i aktywował swoją moc, sięgając do dźwiękowej sondy. Tak, jak się obawiał, w miejscu nowo wybudowanego źródła z energią rozbrzmiewały teraz jedynie odgłosy płonących szczątków.

Przeklął siebie i Arcticę w myślach. To było bardziej niż pewne, że coś takiego się wydarzy, a jednak żadne z nich nie próbowało temu zapobiec.

- Co robimy? - głos jego towarzyszki wyrwał go z rozmyślań.

Rzucił okiem po okolicy.

- Musimy pomóc mieszkańcom… - Zerknął na Toa Lodu. - Dasz radę opanować jakoś ten pożar?

Arctica naprężyła się.

- Spróbuję… - odrzekła, a jej dłonie zaczęły emanować błękitnym światłem, kiedy kobieta przelała w nie swoją moc. - Wyczuwasz kogoś w pobliżu?

Vox ponownie się skupił. W otaczających ich domach - tych nietkniętych lub tylko częściowo tkniętych eksplozją - usłyszał wiele przerażonych głosów, niespokojnych oddechów i uderzeń serca. Zbyt wiele, by móc ocalić ich wszystkich. Musieli skupić się najpierw na tych, którzy byli najbliżej.

- Idź tam. - Wskazał palcem na budowlę niecałe dziesięć bio od nich. - Ja zajmę się tymi tutaj. - Skinął głową na znajdujący się znacznie bliżej budynek, z którego okien buchały płomienie. Nie czekając na odpowiedź przyjaciółki, dobył Rozjemcy i wbiegł do środka.

Od razu zaatakowały go wściekłe płomienie, trawiące wnętrze budowli. Vox uwolnił wibracyjny impuls, który na moment odpędził od niego ogniste jęzory i pozwolił wejść głębiej.

Stanąwszy w przedpokoju mieszkania, otoczony zewsząd palącymi się drewnianymi elementami wystroju, Toa ponownie sięgnął do swojej mocy, oddzielając od siebie odgłosy pożaru i skupiając się na tym, po co tu przybył. Po kilku sekundach miał już zlokalizowanych mieszkańców. Pobiegł ku nim, stając po chwili przed zwalonymi metalowymi belami, za którymi uwięzieni byli Matoranie. Jednocześnie do jego receptorów dźwięku dobiegł żałosny stęk metalu - szkielet budowli był wykonany ze stali, ale nawet on miał swoje limity, jeśli chodzi o wytrzymałość. Vox wiedział, że musi się spieszyć.

Zamachnął się Rozjemcą, przecinając bele i ujrzał Matoran - dwóch w czerwonych pancerzach, jedną w niebieskim - skulonych pod ścianą i śmiertelnie przerażonych, lecz na szczęście całych. Na widok Toa w ich oczach zabłyszczała nadzieja. Mężczyzna podszedł do nich, a wtedy ci chwycili się jego ramion i wydostali z pułapki. Vox już miał odwrócić się w stronę wyjścia, kiedy jeden z Matoran odezwał się:

- Nasze przyjaciółki... - Wskazał palcem na boczne wejście, pozbawione drzwi, lecz przygniecione odpadniętymi kawałkami uszkodzonej konstrukcji. - One tam zostały!

Vox ponownie aktywował swoją moc i w istocie, w pomieszczeniu, do którego drogę blokowała sterta gruzów, rzeczywiście wyczuł bicia serc dwóch postaci, jednak dużo słabsze, niż do tej pory. Musiały być nieprzytomne. Pomieszczenie znajdowało się niżej, więc Vox podejrzewał, że pełniło rolę czegoś w rodzaju piwnicy. Zapewne kiedy Matoranie usłyszeli eksplozję, postanowili się tam schować, lecz tylko dwójka zdołała zejść do piwnicy, nim szczątki zagrodziły drogę pozostałym, więżąc Matoranki w środku, a pozostałych - na zewnątrz.

Skinął głową i rzucił do ocalonych mieszkańców:

- Zmykajcie do wyjścia.

Następnie doskoczył do blokujących zejście do piwnicy metalowych beli. Były zbyt rozgrzane, by usunąć je własnymi rękoma, Toa nie mógł też uwolnić od siebie dźwiękowego impulsu, by roztrzaskać przeszkodę - wtedy szczątki wpadłyby do piwnicy, raniąc Matoranki. Aktywował więc moc i wywołał impuls po drugiej stronie, pozbywając się przeszkody od środka.

Aktywował Hau, tak, by odrzucone fragmenty metalu go nie zraniły i wszedł do piwnicy, odpędzając od siebie kłęby jeszcze gęściejszego niż na parterze dymu falami dźwiękowymi. Gorąco było nie do zniesienia - mógł się tylko domyślać, jak ciężko musiała znosić je Arctica. Cholera, gdzie był Hserg, kiedy go potrzebowali…?

Nie. Nie mógł popadać w panikę. Gdyby wciąż był Matoraninem, z pewnością już dawno by jej uległ. Teraz jednak musiał zachować zimną krew. Tak, zimna krew zdecydowanie była mu potrzebna, zwłaszcza przy tak wysokiej temperaturze.

Wreszcie znalazł to, po co tu przybył - dwie Matoranki Wody, leżące na ziemi. Żyły, lecz były nieprzytomne, tak jak podejrzewał. Vox szybko wziął je pod ramiona i wydostał się z piwnicy, gdy nagle dobiegł go z daleka krzyk Arctici:

- Vox! Uważaj!

W następnym ułamku sekundy konstrukcja zatrzeszczała i zaczęła zwalać się na Voxa i Matoran. Toa momentalnie osłonił mieszkańców swoim ciałem i aktywował moc Hau, mając nadzieję, że ich to uchroni. Przymknął oczy, gotów przyjąć uderzenie.

Nic się jednak nie stało.

Zdumiony, Vox otworzył oczy i ujrzał nad sobą cień masywnej, mechanicznej istoty, podtrzymującej gruzy. Była co najmniej dwa razy wyższa od Toa i stała z szeroko rozstawionymi nogami o podwójnych kolanach, jednym ramieniem z wyraźnie widocznymi siłownikami podtrzymującym zawalający się sufit, a drugim wskazującym na wyjście z budynku. Wygrawerowane w czarnym pancerzu robota logo Syndykatu mieniło się w świetle płomieni, które odbijały się również w szklanym wizjerze głowy przybysza.

- Oddział Artas Nui. Patrol 21. Czysto. Możecie wyjść bez obaw - syntetyczny głos wydobył się z wnętrza maszyny.

Toa zamrugał, zdumiony, nie zamierzał jednak zostawać. Wydostał się z budynku i natychmiast przekazał ocalone mieszkanki reszcie Matoran, czekających na zewnątrz, po czym zlokalizował pośród chaosu na ulicy Arcticę. Stała w towarzystwie trójki innych Matoran, uratowanych przez nią, lecz nie ruszała do pomocy innym. Tkwiła w miejscu, obserwując, co dzieje się dookoła. Wojownik w Hau podszedł do niej i powiódł spojrzeniem po okolicy.

Jak tylko sięgał wzrokiem, wszędzie widział dziwne maszyny - te same, które uchroniły go i Matoran przed zmiażdżeniem przez gruzy - pomagające uwięzionym mieszkańcom wydostać się ze zrujnowanych domów; niektóre z nich gasiły pożar, tryskając wodą z węży przymocowanych do mechanicznych ramion. Wszystko wyglądało na przygotowaną i skoordynowaną akcję - a przecież jeszcze przed chwilą w ogóle ich tu nie było.

- Co… co to wszystko ma znaczyć? - zapytał Vox, choć wiedział, że jego towarzyszka nie zna odpowiedzi.

Toa Lodu pokręciła głową.

- Nie mam pojęcia… - odezwała się. - W jednej chwili zjawiły się te maszyny i… wygląda, jakby nad wszystkim panowały. Wszystko wydaje się być w porządku…

Tym razem to Vox potrząsnął głową.

- Nic nie jest w porządku - powiedział, próbując jakoś to wszystko sobie poukładać w głowie.

Co się tu tak właściwie w ogóle działo? Najpierw ta niespodziewana eksplozja, potem nagłe zjawienie się tych maszyn… Czy to kolejny projekt Syndykatu? Jeśli tak, jakim cudem o niczym nie wiedzieli? Niemożliwe, żeby Vrex nie chwalił się nowymi maszynami, nad którymi pracował. Roboty nie wyglądały też na jakiś rzadki model Exo-Hagah; tamte maszyny były przecież egzoszkieletami do pilotowania przez inne istoty, a u tych tutaj wojownik nie dostrzegł nikogo w środku. Miały one co prawda funkcję autopilota, które pozwalały im wykonywać najprostsze funkcje, takie jak stanie na straży czy eskorta, ale nie ratowanie ludzi z pożaru…

Nagle Toa o czymś sobie przypomniał.

Spojrzał na Arcticę.

- Kiedy wracaliśmy z patrolu… Dostrzegłaś kogoś i zaczęłaś za nim biec. Co takiego wtedy zobaczyłaś?

Kobieta zamyśliła się.

- Nie jestem pewna, ale… - zaczęła. - Wydaje mi się, że coś na kształt wielkiego skrzydła nietoperza…

- Skrzydło nietoperza, bomby… - Vox zaczął wymieniać kolejne elementy układanki. Rzucił przyjaciółce przenikliwe spojrzenie. - Myślisz o tym samym, co ja?

Arctica rozszerzyła oczy.

- Bat. Mroczni Łowcy…

Nagle oboje sobie uświadomili. Zamarli. Spojrzeli po sobie i jednocześnie powiedzieli:

- Phoren.

Nie tracąc ani chwili dłużej, pobiegli w stronę pracowni Matoranina, zostawiając za sobą zastępy tajemniczych maszyn gaszące miasto w płomieniach.

⁎⁎⁎

Dotarcie pod latarnię morską Phorena zajęło im więcej czasu, niżby tego chcieli - nie mogli jednak użyć Nui-Kansenów przez panujący w metropolii chaos. Biegnąc przez kolejne dzielnice, wszędzie widzieli roboty Syndykatu gaszące pożar czy pomagające mieszkańcom. Oni sami nie mogli się przyłączyć - jeśli ich przypuszczenia były trafne, nie było czasu do stracenia. Jeśli nie… cóż, będą mieli potem sporo do wyjaśnienia.

Na szczęście udało im się dotrzeć przed pracownię Matoranina w tym samym momencie, w którym z wnętrza budynku wyłonili się Mroczni Łowcy - najpierw Butterfly, po nim Bat, a na samym końcu Bane. Ten ostatni trzymał pod jedną pachą nieprzytomnego konstruktora, a pod drugą zawzięcie okładającego osiłka mechanicznymi pięściami Junky’ego. Na widok przybyłej dwójki, najemnicy zatrzymali się przed wejściem. Toa również przystanęli, niecałe dziesięć bio od latarni.

- Ani kroku dalej - powiedział Vox, wystawiając Rozjemcę przed siebie, podczas gdy Arctica dobyła Mroźnych Ostrzy.

- Spóźniliście się, Vox! - szyderczy śmiech Bane’a zatrząsnął całym wybrzeżem. Oprych cisnął Phorenem i Junkym o ziemię, ogłuszając tego drugiego i kończąc jego desperackie próby oswobodzenia swojego twórcy. - Jakie to uczucie, znów ponieść porażkę? Czy…

Przerwało mu machnięcie ręki łowcy w zielonej zbroi.

- Spokojnie, Bane, nie zapędzaj się tak. Nadal jeszcze mogą nam przeszkodzić. Pozwól, że ja się tym zajmę… - rzucił do osiłka, po czym zwrócił się do dwójki przybyłych: - Witajcie, Toa. Naprawdę, bardzo chętnie poświęcilibyśmy wam nieco swojego czasu, jednak musimy już iść… - Postawił krok do tyłu, lecz w tym samym momencie za jego plecami wyrosła lodowa ściana.

Najemnik popatrzył ze zdumieniem przez ramię na krystaliczną barierę, po czym przeniósł spojrzenie na Toa w Volitak.

- Nigdzie nie idziecie - wycedziła Arctica, mierząc najemników swoimi mieczami. Jej wzrok spoczął na nietoperzowatym łowcy. Zmrużyła groźnie błękitne oczy i wskazała na Bata ostrzem. - Ty. Widziałam cię w pobliżu placu budowy… To ty musiałeś podłożyć bomby.

Mroczny Łowca w odpowiedzi obnażył jedynie wrogo kły. Butterfly uśmiechnął się półgębkiem.

- Doprawdy, nie brak ci spostrzegawczości, Toa…

- Ale jak? - wtrącił się Vox. - Nie mogłem go wykryć w pobliżu…

Najemnicy wymienili spojrzenia, po czym krótko się zaśmiali.

- Mój drogi - zaczął Butterfly. - Dla kogoś, kto potrafi manipulować falami dźwiękowymi, nietrudno jest ukryć się przed Toa tego żywiołu…

Vox zesztywniał, uświadamiając sobie, jak łatwo dał się przechytrzyć. Bat zapiszczał parę razy, zupełnie jakby się śmiał, choć nie wiadomo, czy zrozumiał choćby słowo z tego, co powiedział jego partner - być może reakcja mężczyzny w Hau mu wystarczyła. Vox po raz kolejny skarcił się w myślach za swoją nieuwagę. Przez nią właśnie ich sytuacja była właśnie taka, jaka była - miasto dookoła nich płonęło, a być może najcenniejszy Matoranin na Artas Nui znajdował się w rękach trójki najpodlejszych zbirów, z jakimi Toa Dźwięku miał okazję się mierzyć.

Niemniej jednak, nie wszystko było jeszcze stracone.

Vox napiął mięśnie, przyjmując bojową postawę. Arctica poszła w jego ślady.

Widząc to, Butterfly uniósł brew, a na jego twarz wstąpił ten sam nieprzenikliwy uśmiech.

- Naprawdę chcecie walczyć, Toa? - zapytał drwiąco, jednocześnie sięgając swoimi wychudzonymi palcami do sakiewki przy pasie. - Mamy przewagę liczebną… - Wyjął dłoń z sakwy, trzymając po jednym nasionie między palcami. - …i to dość znaczną.

Na te słowa cisnął nasionami w ziemię przed Toa. Mimo twardego podłoża z kamiennych płyt, ziarna momentalnie rozrosły się, wbijając swoje korzenie w szczeliny i błyskawicznie przeistaczając się w monstrualne mięsożerne rośliny, górujące nad wojownikami i szczerzące pokryte żrącym kwasem zęby.

Vox i Arctica ugięli kolana, gotowi do walki, lecz nagle ognisty płomień - i to bynajmniej nie jeden z tych, które trawiły teraz miasto - nadleciał z oddali, paląc monstra Butterfly’a na popiół. Rośliny-bestie zniknęły tak szybko, jak się pojawiły.

Twarz Mrocznego Łowcy na krótki ułamek sekundy zmieniła barwę z jasnozielonej na czerwoną, lecz najemnik szybko opamiętał się i obrócił głowę w kierunku, z którego nadciągnął żywiołowy pocisk. W tym samym momencie na wybrzeże wdarł się warkot silnika, a oczom wszystkich ukazał się rozpędzony Hellbringer, z kierownicą którego siedział Hserg, z Galią owijającą ręce wokół jego talii. Toa Ognia z piskiem opon zatrzymał motor tuż przed najemnikami. Dobył miecza, a w dłoniach Xianki znalazły się lśniące sztylety.

- Policz jeszcze raz, łowco – rzucił wojownik w Arthron.

Butterfly pociągnął nosem. Zostali pozbawieni drogi ucieczki - z jednej strony na ich przeszkodzie stali Vox i Arctica, z drugiej Hserg i Galia, za ich plecami znajdowała się latarnia morska, zaś przed nimi - otwarte morze. Uśmiech po chwili jednak znów zagościł na twarzy motylego łowcy.

- Widzę, że nasza mała drużyna Toa znalazła sobie nową koleżankę - powiedział, mierząc Vortixx wzrokiem od stóp do głów. - Dobrze. Chyba najwyższa pora, byśmy i my przedstawili nową członkinię naszego zespołu… - dodał, po czym pstryknął palcami.

Na ten dźwięk niektóre z płomieni dookoła latarni poruszyły się, koncentrując się w jeden ognisty strumień, który uderzył z impetem w Galię i zrzucając ją z motoru. Xianka przeturlała się po ziemi z bolesnym gruchotem i zatrzymała dopiero kilka bio dalej. Płomienie zaś zaczęły wirować w powietrzu, przyjmując powoli humanoidalny kształt.

Po paru chwilach oczom Toa ukazała się smukła kobieta w czarnym pancerzu z jarzącymi się na czerwono płytami, jakby kryły pod sobą ogień. Vox, Arctica i Hserg spoglądali na nią w osłupieniu.

Kąciki ust Butterfly’a podniosły się triumfalnie.

- Pozwólcie, że przedstawię wam Blaze, naszą najnowszą współpracowniczkę. - Wykonał zamaszysty ruch ręką, wskazując na łowczynię, jakby przedstawiał aktora wkraczającego na scenę. Zaraz potem zwrócił się do kobiety: - Blaze, moja droga, zajmij się naszymi towarzyszami.

Z nadgarstków łowczyni wyłoniły się dwa rozgrzane do czerwoności magmowe ostrza. Kobieta skrzyżowała je przed sobą, zmrużyła czworo jaskrawożółtych oczu i ugięła kolana, gotowa rzucić się na wojowników. Nagle jednak spojrzała na Butterfly’a.

- Zaraz, zaraz… - powiedziała, prostując się. - Dlaczego tak właściwie mam słuchać twoich rozkazów?

Motyli łowca zmieszał się.

- Och, proszę cię, nie zaczynajmy tego znowu…

- Słucham poleceń tylko naszego zleceniodawcy - rzuciła Blaze. - Ty nim nie jesteś.

Butterfly przełknął ślinę i postukał nerwowo palcami, rzucając niespokojne spojrzenia na przeciwników. Ci byli równie skonsternowani, co towarzysze coraz bardziej speszonego najemnika.

- Blaze, przechodziliśmy przez to już tyle razy…

- I będziemy przechodzić, dopóki się nie nauczysz - warknęła kobieta, celując czubkiem ostrza w mężczyznę.

- Ale…

- Żadnych „ale”. Zapamiętaj to sobie wreszcie…

Dwójka łowców zaczęła coraz bardziej zaciętą wymianę zdań. Toa i Galia oraz pozostali dwaj członkowie Zespołu B patrzyli na to w osłupieniu.

Wreszcie pulsująca na czole Bane’a żyłka nie wytrzymała i mężczyzna wybuchł:

- Możemy już w końcu zacząć walkę, czy nie?!

Wszyscy popatrzeli po sobie.

- Ta, to w sumie dobry pomysł - stwierdził Butterfly.

Obie strony konfliktu rzuciły się ku sobie.

Bane od razu pomknął na Voxa, wybijając się w powietrze i unosząc ramiona do góry, gotów doszczętnie zmiażdżyć szarego Toa. Wojownikowi w Hau udało się jednak w porę odskoczyć i Mroczny Łowca grzmotnął pięściami w ziemię przy lądowaniu, pozostawiając w niej spore wgłębienie i pęknięcia rozchodzące się po kamiennych płytach. Vox wylądował parę bio dalej i zakręcił Rozjemcą, uginając kolana oraz przyjmując bojową postawę. Spojrzenie jego oczu spoczęło na osiłku.

Bane wyprostował się - przynajmniej na tyle, na ile pozwalało mu jego zgarbione, zniekształcone ciało - i spojrzał na miecz o przyozdobionej niebieskim klejnotem rękojeści oraz lśniącej srebrnej klindze. Uśmiechnął się.

- Widzę, że używasz broni swojego starego przyjaciela - zadudnił. - Nie masz nawet pojęcia, jak żałuję, że nie mogłem na własne oczy widzieć, jak dowiadujesz się o tym, że ten, w poszukiwaniu którego postawiłeś nogę na tej nędznej wyspie, skończył martwy…

Przywalił pięścią o ziemię, rozprowadzając po podłożu kolejne pęknięcia.

- Chciałbym móc zobaczyć porażkę na twojej twarzy na własne oczy!

Vox naprężył się. Zastanawiał się, czy nie otoczyć przeciwnika polecam ciszy, tak, by móc nie słuchać jego drwin, lecz zamiast tego rozpostarł dłoń w geście przypominającym pchnięcie powietrza. Uwolniony przy tym dźwiękowy impuls z siłą tysięcy basów odrzucił zanoszącego się śmiechem Bane’a do tyłu, razem z dziesiątkami poderwanych z ziemi drobnych odłamków, i smagnął jego plecami o ścianę latarni. Gdy ten się otrząsnął, zobaczył nadbiegającego ku niemu Toa, z mieczem uniesionym do zadania ciosu.

- Zdecydowanie za dużo gadasz… - rzucił przez zaciśnięte zęby Vox, zamachując się ostrzem.

Klinga Rozjemcy trafiła na masywne ramiona najemnika, skrzyżowane przed jego twarzą. Wojownik rozszerzył oczy ze zdumienia, widząc, z jaką łatwością ręce Mrocznego Łowcy zablokowały jego cios. Dostrzegłszy to, Bane ponownie się roześmiał. Przytwierdzone do jego ramion rury połączone ze znajdującymi się na plecach zbiornikami zaczęły wtłaczać zieloną substancję w jego mięśnie. Z nowymi pokładami siły, najemnik rozpostarł ręce, odrzucając od siebie Toa.

Vox padł plecami na ziemię, na moment przymykając oczy z bólu. Gdy je otworzył, ujrzał naskakującego ku niemu i wciąż zanoszącego się śmiechem Bane’a. W ostatniej chwili wystawił przed siebie Rozjemcę, blokując klingą cios. Znalazł się teraz pod masywnym cielskiem Mrocznego Łowcy, wciąż napierającego rękoma na ostrze jego miecza. Zaczął powoli czuć ból we własnych mięśniach. Oczywistym było, że jego siła nie mogła się nawet równać z tą Bane’a.

W jadowicie zielonych oczach Mrocznego Łowcy, znajdujących się teraz ledwie parę centymetrów od Kanohi Hau, Vox zobaczył triumfalny błysk.

Spojrzał ukradkiem na bok, dostrzegając Galię zmagającą się z Blaze. Hserg również musiał to zauważyć, ruszył bowiem w ich stronę, chcąc wspomóc przyjaciółkę, wtedy jednak drogę zagrodził mu Butterfly.

- Zejdź mi z drogi, łowco. Nie mam teraz na ciebie czasu - rzucił, po czym, nie tracąc ani chwili, przelał moc żywiołu w ostrze swojego miecza, rozgrzewając je do czerwoności i wbijając w ziemię.

Fala gorąca rozniosła się po podłożu i eksplodowała pod stopami Butterfly’a, lecz najemnik zdążył w porę wzbić się w górę. Trzepocząc skrzydłami w powietrzu, uśmiechnął się półgębkiem i sięgnął do swojej sakwy.

- Może jednak na to poświęcisz parę minut - powiedział, po czym cisnął nasionami w Toa.

Hserg osłonił się tarczą. Nasiona trafiły w Protostal, nie przeszkodziło to im jednak zapuścić korzeni i rozrosnąć się, w ułamku sekundy pokrywając całą powierzchnię metalowej osłony. Hserg rzucił tarczę, lecz to nie powstrzymało roślin przed otoczeniem go stale powiększającymi się pnączami. Kilka z nich owinęło się wokół głowni miecza, a inne wokół rąk i ramion wojownika, całkowicie go unieruchamiając. Po ledwie paru sekundach Toa Ognia całkowicie zniknął pod zacieśniającymi się zielonymi wijami.

Butterfly wylądował gładko na ziemi, przyglądając się z lekkim uśmiechem na twarzy nowo powstałemu kokonowi. Chwilę potem jednak spomiędzy pnączy wydobyły się kłęby dymu, a w kolejnej sekundzie roślinna pułapka przemieniła się w popiół. Za powstałymi kłębami skryła się uwięziona wewnątrz niedawnego kokonu postać.

Gdy kłęby wreszcie opadły, oczom Mrocznego Łowcy ukazał się Hserg, wciąż jeszcze pulsujący na czerwono od uwolnionej mocy żywiołu.

- Powinieneś częściej podlewać swoje rośliny - rzucił Toa z kąśliwym uśmiechem, dobywając miecza i tarczy. - Niezbyt dobrze znoszą gorąco.

Butterfly wykrzywił usta w gniewnym grymasie i sięgnął po kolejne nasiona.

Nieopodal nich, Arctica pojedynkowała się z Batem. Naskoczyła ku nietoperzowi, gotowa ciąć Mroźnymi Ostrzami. Mroczny Łowca wzbił się w powietrze, zanim zdążyła zadać cios - Mroźne Ostrza pozostawiły po sobie błękitną smugę w powietrzu w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą się znajdował.

Kobieta zadarła głowę i spostrzegła, jak najemnik ciska w nią bombami. Momentalnie przelała moc żywiołu do swoich broni i, wymachując nimi, wystrzeliła z nich lodowe odłamki. Sople pomknęły na spotkanie z pociskami Bata i zdetonowały je w powietrzu. Skryta pod kłębami dymu z eksplozji, Arctica wzniosła się na lodowym serpencie ku łowcy. Jednak, gdy tylko wyłoniła się spomiędzy obłoków, nim jeszcze zdążyła zadać jakikolwiek cios, Bat wydał z siebie przeraźliwy pisk, który skruszył lód i posłał ogłuszoną Toa na ziemię.


Junky obserwował z niepokojeniem całe starcie, rozglądając się na boki i co chwila potrząsając swoim nieprzytomnym stwórcą, opartym o ścianę latarni i powtarzając w kółko:

- Na rany Wielkiego Ducha… Panie Phoren… proszę pana, niech pan się wreszcie ocknie…

Zielony Matoranin odzyskał w końcu przytomność. Spoglądając mętnym wzrokiem przez swoje gogle na robota, zapytał słabym głosem:

- Co…? Junky, co się tu dzieje…?

W tym samym momencie odrzucona przez Blaze Galia rąbnęła plecami o ścianę latarni, pozostawiając wgniecenie na czerwonym tynku. Momentalnie się podniosła, lecz ognista łowczymi zdołała już do niej doskoczyć. Junky obserwował to wszystko z przestrachem swoimi trzema fotoreceptorami. Skuliwszy się, zerknął na konstruktora.

- To chyba nie najlepszy moment… N-Niech pan wróci do bycia nieprzytomnym!

Odpowiedź Phorena zagłuszył metaliczny szczęk, kiedy czerwone ostrza Blaze trafiły na klingi sztyletów Galii. Skrzyżowane bronie obydwu wojowniczek zaklinowały się między sobą. Xianka z niedowierzaniem patrzyła, jak rozżarzone ostrza jej oponentki zaczynają przebijać się przez topniejący metal jej noży. Stęknęła, wpatrując się w dwie pary żółtych ślepi rywalki. Już kiedyś walczyła z podobnym przeciwnikiem.

- Czym ty jesteś…? - wycharczała przez zaciśnięte zęby.

Blaze zmrużyła groźniej oczy i zaczęła mocniej napierać na Vortixx. Galia przestała jednak sama stawiać opór, a kiedy oponentka, ciągnięta własną siłą, poleciała do przodu, w porę uchyliła się i zanurkowała pod jej ramiona, gotowa tnąc sztyletem w brzuch ognistej kobiety.

Nim jednak zdążyła zadać cios, ciało Blaze przemieniło się z powrotem w jęzory ognia, które zaczęły krążyć wokół Galii.

Spanikowana Xianka przejechała wzrokiem po polu bitwy i dostrzegła swojego przyjaciela.

- Hserg! - krzyknęła do Toa w Arthron. - Mógłbyś mi pomóc z tym ogniem?!

Hserg, do tej pory szatkujący co chwila pojawiające się nowe rośliny Butterfly’a rozgrzanym mieczem, skierował na moment swoją uwagę ku otaczającym dziewczynę płomieniom. Tak, jak można się było tego spodziewać, nie miał nad nimi żadnej kontroli.

- Nie dam rady, Galia - rzucił, ucinając kolejne bluszczowe wije. - Jej ogień jest jakiś… inny. Nie mogę nad nim zapanować!

Vortixx wykrzywiła usta w niezadowolonym grymasie. Skupiła uwagę na ścianach otaczającego ją ognistego kręgu, które powoli się zacieśniały. Machnęła sztyletami, próbując odpędzić od siebie płomienie, a wtedy te skupiły się w jednym punkcie, na powrót materializując się w postać Blaze. Łowczyni zamachnęła się ostrzem na Xiankę, lecz tej udało się uchylić i samej wyprowadzić cios. Obie kobiety kontynuowały swoje starcie.


Bat wylądował opodal ogłuszonej Arctici. Ta z trudem się podnosiła. Dostrzegłszy znajdującego się tuż nad nią Mrocznego Łowcę, kobieta wystawiła dłoń, chcąc uwolnić ku niemu swój żywioł, ale wtedy Bat ponownie zapiszczał, zmuszając wojowniczkę do zakrycia uszu. Nieustannie wydając z siebie przeraźliwy dźwięk, nietoperz zaczął przybliżać się do Toa Lodu, eksponując wyraźnie wielkie kły.

Arctica dostrzegła przez ledwo otwarte powieki Voxa, wciąż siłującego się z Bane’em.

- Vox! - krzyknęła do niego desperacko.

Toa Dźwięku, nadal odpierający naciskającego na niego całym ciężarem swojego cielska Mrocznego Łowcę, spojrzał kątem oka na Arcticę, dostrzegając, co się z nią działo. Zaraz potem ponownie wbił wzrok w Bane’a. W ślepiach najemnika dostrzegł wyraźną satysfakcję, jakby osiłek chciał powiedzieć: „Dobrze wiesz, że nie możesz jej teraz pomóc.”

Vox jednak mógł. Przymknął powieki, skupiając się i sięgając do mocy żywiołu. Otoczył Bata dźwiękową barierą, wygłuszając jego pisk. Dało to Arctice szansę na wyprowadzenie ciosu i kobieta posłała kopniakiem oszołomionego nietoperza prosto na Bane’a, zrzucając go z przygwożdżonego do ziemi Voxa.

Ogłuszeni Mroczni Łowcy gruchnęli z łomotem o ziemię niedaleko miejsca, w którym Galia mierzyła się z Blaze. Czterooka kobieta naskoczyła na Vortixx, unieruchamiając jej sztylet pomiędzy swoimi skrzyżowanymi ostrzami, niemal całkowicie przecinając się przez topniejącą stal. Galia, nie mogąc wykonać żadnego innego ruchu, trafiła kolanem w brzuch oponentki, zmuszając ją do zgięcia się w pół. Niemal natychmiast zdzieliła ją łokciem w potylicę, posyłając na ziemię.

Odrzuciła stopiony sztylet i zacisnęła oburącz palce na rękojeści drugiego, nieuszkodzonego. Uniosła go wysoko ponad głowę i zamachnęła się na Blaze, ostrze jednak wbiło się w ziemię, przeszywając płomienie. Ogniste strumienie owionęły Galię i powędrowały za jej plecy; Xianka w porę obróciła się, by dostrzec, jak ponownie formują postać łowczyni.

Tym razem jednak było inaczej… Płomienie zdawały się nie do końca materializować i przyjęły jedynie kształt kobiecej sylwetki, aniżeli cielesną postać. Nie trwało to długo, lecz Galia wiedziała, że to jej szansa. Jeśli Blaze miała problemy z powrotem do swojej postaci, dziewczyna nie zamierzała marnować tej okazji.

Cięła sztyletem, akurat w momencie, w którym rywalce udało się odzyskać dawną formę, trafiając w prawy nadgarstek łowczyni. Kobieta syknęła boleśnie i odskoczyła w tył, łapiąc się za ranę. Zamiast krwi, zaczął wydobywać się z niej ogień.

Blaze najpierw spojrzała na Xiankę z mieszanką gniewu i paniki, a potem na motylego łowcę.

- Butterfly! - krzyknęła do niego.

Mężczyzna zerknął na nią i, wyraźnie niezadowolony, odskoczył od Hserga, lądując przy Banie i Bacie. Blaze również po chwili się tam znalazła, a wtedy Butterfly sięgnął do sakwy i uniósł nasiona wysoko nad głowę.

Toa rozszerzyli oczy. Wszyscy wiedzieli, co zamierzał zaraz zrobić. Rzucili się biegiem ku łowcom, lecz było już za późno. Butterfly uśmiechnął się i powiedział do nich:

- Do zobaczenia, Toa - po czym rzucił nasionami o ziemię, uwalniając zasłonę dymną. Kiedy zielony pył wreszcie opadł, po Zespole B nie było ani śladu.

Vox, który jako pierwszy dopadł do miejsca, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowali się Mroczni Łowcy, zatrzymał się i upuścił miecz na ziemię.

- Uciekli nam. Znowu.

Zerknął na swoim towarzyszy, a ci spojrzeli po sobie. Hserg wziął się pod boki i powiedział:

- Cóż, przynajmniej zostawili Phorena w spokoju. - Następnie zwrócił się do Matoranina: - Nic ci nie jest, konstruktorze?

Oparty o ścianę latarni Phoren rozmasowywał obolałą głowę.

- Nie… Chyba nie, nic mi nie jest - odparł, z pomocą Junky’ego wstając na równe nogi.

- W takim razie - powiedziała Arctica, chowając Mroźne Ostrza na plecy - powinniśmy wrócić do miasta i pomóc mieszkańcom.

- Nie wydaje mi się, byśmy byli tam potrzebni - odezwał się Vox, zatrzymując się na skraju placu i spoglądając na panoramę Artas Nui.

Choć gdzieniegdzie dało się jeszcze dostrzec kłęby ciemnego dymu, pnące się w kierunku nocnego nieba, problem pożaru zdawał się być zażegnany. Vox zauważył również dziesiątki tych przedziwnych maszyn, gaszące płomienie, które nie dawały jeszcze za wygraną. Mieszkańcy, głównie Matoranie, stali w ich towarzystwie i przyglądali się dogasającym budynkom.

- Wygląda na to, że te roboty mają wszystko pod kontrolą - powiedział Toa w Hau.

- Właśnie, skoro o nich mowa - wtrącił Hserg. - Ktoś wie, co to za maszyny? Nigdzie wcześniej ich tu nie widziałem…

Toa i Xianka popatrzeli po sobie i wszyscy równoznacznie pokręcili głowami, zaprzeczając. Chwilę stali w ciszy, spoglądając na miasto, dopóki nie odezwał się Phoren:

- Jeśli o nie chodzi, to… wydaje mi się, że mogę coś wiedzieć.

Cztery pary oczu zwróciły się ku Matoraninowi w Hau.

- Skąd? - zapytała Arctica.

Phoren zwlekał chwilę z odpowiedzią.

- To ja je zaprojektowałem.

Rozdział 3[]

Relaksująca muzyka rozbrzmiewała z marnej jakości głośnika i odbijała się od ścian wraz z szumem sunącej w górę windy, towarzysząc czwórce Mrocznych Łowców zmierzających na sam szczyt Wieży Centralnej Kopuły Artas Nui, gdzie mieli spotkać się z Vrexem.

Perspektywa stanięcia twarzą w twarz z ich zleceniodawcą po odniesionej porażce nie uśmiechała się nikomu z nich, z tego powodu również żadne z grupy najemników nie kwapiło się do rozmowy. Łowcy stali w milczeniu, ściśnięci w zdecydowanie nieprzystosowanej do ich rozmiarów windy i wsłuchując się w bardziej irytującą niż uspokajającą muzykę, która zdążyła już zapętlić się parę razy w trakcie ich jazdy na górę.

Pierwsza milczenie przerwała Blaze:

- Przegraliśmy. Vrex nie będzie zadowolony.

Stojący po jej prawej Butterfly przymknął oczy, wzdychając.

- Porażki są naturalnym elementem pracy najemnika - rzekł. - Tak samo jak powiadamianie o nich zleceniodawców.

- I obrywanie za nie? - wtrącił Bane. - Nie wiem jak tobie, ale ja nie mam ochoty po raz kolejny tłumaczyć się przed Vrexem.

- Tak, obrywanie również - odparł motyli łowca. - Co do tłumaczenia się, nie wiem, czym się tak przejmujecie. Przecież to ja tu jestem od gadania.

Bane i Blaze tylko mruknęli w odpowiedzi. Bat nie skomentował w żaden sposób tej sytuacji - głównie dlatego, że nie potrafił mówić. Gdyby potrafił, również by pewnie tego nie zrobił, bo był za głupi. A jeśli by nie był… to już zupełnie inna kwestia.

Wreszcie winda zatrzymała się na najwyższym piętrze. Zespół B wkroczył do przeszklonej poczekalni, o ścianach w całości zastąpionych przezroczystymi panelami, pozwalającymi oglądać rozpościerającą się w dole panoramę miasta. Od razu po ich przybyciu, Mroczni Łowcy zostali przywitani przez Sockette, mechaniczną służącą Vrexa, która powiedziała im, że jej pan jest obecnie zajęty, lecz niedługo powinien być gotów ich przyjąć i zaproponowała, by spoczęli na kanapie, będącej - nie licząc masywnego biurka Sockette - jedynym elementem wystroju tego pomieszczenia.

Mroczni Łowcy przystali na tę propozycję i usiedli ściśnięci po bokach Bane’a, który sam swoim masywnym cielskiem zajmował prawie cały mebel. Aby umilić im nieco czekanie, służąca Vrexa podała im kubki z wodą. Nie okazało się to trafionym pomysłem - Bat nie mógł go nawet chwycić w swoje skrzydła, a wielka dłoń Bane’a, nieprzystosowana do trzymania tak drobnych przedmiotów, natychmiast go zgniotła, rozlewając wodę na wszystkie boki. Blaze zdołała pociągnąć jedynie łyk, nim woda w kubku wyparowała, a samo naczynie roztopiło się pod wpływem jej dotyku. Jedynie Butterfly był w stanie napić się bez żadnych problemów. Popijał teraz napój, cicho przy tym siorbiąc.

Wreszcie Bane zapytał:

- I? Co mu powiesz?

- Prawdę. - Najemnik w zielonej zbroi wzruszył ramionami. - Nie widzę sensu niczego przed nim ukrywać.

Osiłek mruknął.

- Proponuję zrzucić całą winę na Blaze - dodał po chwili, spoglądając na kobietę. Odpowiedziało mu mordercze spojrzenie czworga oczu. - W końcu to przez nią musieliśmy się wycofać z walki.

- Gdybyś nie zatrzymał się, żeby podrwić z tego szarego Toa, nie musielibyśmy do żadnej walki stawać - odwarknęła Blaze.

- Niczego nie rozumiesz! - obruszył się mężczyzna. - Nie mogłem sobie tego odmówić po tym, jak upokorzył mnie lata temu!

- Ach tak? Nie wydaje mi się, żeby Vrex kupił tę wymówkę…

Dwójka łowców spierała się ze sobą jeszcze przez chwilę - Butterfly, ani tym bardziej Bat nawet nie próbowali ich rozdzielić - dopóki Sockette nie oznajmiła, że Vrex jest gotów do spotkania i wskazała na drzwi do jego gabinetu. Najemnicy weszli do środka i znaleźli się w ogromnym, niemal całkowicie pustym pomieszczeniu, przed zasiadającym za biurkiem Vrexem, odwróconym teraz do nich plecami w swoim fotelu i spoglądającym przez wielkie panoramiczne okno na nocny krajobraz Artas Nui. Pierwszy Dystrykt zdołał uchronić się przed pożarem, lecz w oddali dało się dostrzec kłęby dymu unoszące się ponad innymi częściami miasta - na szczęście było ich znacznie mniej, niż przedtem. Miasto powoli dogasało.

Butterfly wziął głęboki wdech i odchrząknął.

- Yhm, eee, dobry wieczór, panie Vrex. Z przykrością zawiadamiamy pana, że nie udało nam się dostarczyć tu Phorena, z powodu interwencji Toa…

- Tak słyszałem, szkoda - odparł Matoranin w zbroi. - Ale na szczęście nie ma powodów do obaw. To niewielka strata.

- Zapewniamy pana, że następnym razem to się nie pow… zaraz, co?

Mroczni Łowcy spojrzeli po sobie, zdziwieni.

Vrex odwrócił się ku przybyłym.

- Coś nie tak?

- Nie, po prostu… - Butterfly zmieszał się. - Myśleliśmy, że pańska reakcja będzie nieco… inna.

Matoranin uśmiechnął się i pokręcił głową z politowaniem, kładąc ręce na granitowym blacie.

- Spodziewałem się, że tak będzie. W końcu sam zdradziłem Toa nasze plany.

Butterfly i jego towarzysze zamrugali.

- Co takiego? - zdumiał się Bane.

- Czyli… - zaczął motyli łowca. - Nie chciał pan uprowadzić Phorena?

Pod maską Vrexa ponownie pojawił się ten sam, tajemniczy uśmiech. Mroczni Łowcy byli coraz bardziej zdezorientowani, o co w tym wszystkim chodziło.

- Phoren stanowi problem, ale nie jest on na liście priorytetów - wyjaśnił Vrex. - Zajmiemy się nim później. Teraz najważniejsze było to, by odwrócić uwagę Toa - co, jak rozumiem, udało się osiągnąć - tak, żeby nie mogli nikomu pomóc w trakcie pożaru. Mieszkańcy będą o tym pamiętać.

Czwórka Mrocznych Łowców stała przez moment w milczeniu.

- Więc - odezwał się w końcu Butterfly - to dobrze, że Toa nam przeszkodzili?

- Jak najbardziej - odpowiedział Vrex.

- I nie jest pan zły, że nie porwaliśmy Phorena?

- Absolutnie.

- W takim razie… co teraz?

- Na razie nie jesteście mi do niczego potrzebni - oznajmił Onu-Matoranin. - Możecie odejść i czekać na dalsze rozkazy.

Wszyscy najemnicy spojrzeli po sobie - za wyjątkiem Bata, który podczas całego spotkania rozglądał się co chwila na boki; wątpliwym było, czy zrozumiał cokolwiek z odbytej rozmowy - po czym skinęli głowami i zmierzyli do wyjścia. Vrex również odpowiedział im skinieniem i na powrót obrócił się w swoim skórzanym fotelu, zatapiając wzrok w rozciągającej się za oknem metropolii. Po chwili dało się słyszeć syk zamykanych drzwi, gdy Mroczni Łowcy opuścili gabinet lidera Syndykatu.

Jedynie Blaze pozostała na miejscu.

- Coś nie tak, Blaze? - dobiegł ją zza fotela głos mężczyzny.

Łowczyni przełknęła ślinę, po czym odrzekła:

- Lek. Potrzebuję leku.

- Umowa jasno mówi, że dostaniesz go po zakończeniu współpracy - powiedział Vrex, nadal się nie odwracając. - A ja jeszcze z wami nie skończyłem.

Blaze zacisnęła pięści. Zastanawiała się przez moment, czy brnąć w to dalej, lecz ostatecznie nie dała za wygraną.

- Moja choroba postępuje - zaczęła mówić. - Coraz trudniej jest mi zachować cielesną formę. Dzisiaj wydarzyło się to podczas walki. Ja… ja się rozpadam. Jeśli nasza współpraca ma przynieść efekty, potrzebuję tego leku.

- Powiedziałem: dostaniesz go po skończeniu współpracy.

- Potrzebuję go teraz, Vrex.

Mężczyzna obrócił się. Spojrzenie, które wbił w łowczynię, zdawało się przygasić pomarańczowe światło jej pancerza. Pochylił się lekko do przodu, zaglądając prosto w oczy Blaze. Znalazł się tak blisko, że zaczęła wyczuwać magnetyczne przyciąganie, którym emanowała jego zbroja.

- Czy nie wyraziłem się jasno? - zapytał Vrex.

Blaze w jednej chwili pożałowała decyzji pójścia w zaparte.

- Nie, skąd, w żadnym wypadku…

Matoranin wskazał dłonią drzwi.

- Możesz już iść.

Kobieta skinęła głową i, mrucząc coś pod nosem, ruszyła do wyjścia. Lider Syndykatu jeszcze przez moment wpatrywał się w drzwi, które się za nią zamknęły, po czym opadł na fotel i westchnął głęboko. Problemy z Mrocznymi Łowcami były ostatnim, czego w tej chwili potrzebował. Póki co, jego plany szły całkiem pomyślnie. Na krótką chwilę zamyślił się, pogrążając całą salę w ciszy, zakłócanej jedynie przytłumionym dęciem wiejącego na tej wysokości wiatru i odgłosami metropolii w dole. W końcu, Vrex uznał, że najwyższy czas przejść do kolejnej fazy.

Wywołał swoją mechaniczną służącą przez komunikator w hełmie:

- Sockette, raport.

- Zniszczeniu uległo około trzydzieści procent budynków Artas Nui. Większość z nich strawił ogień, ale pożar został już okiełznany. Tylko dwadzieścia jeden ofiar śmiertelnych.

- Znakomicie. Jak miewa się Aden?

W odpowiedzi w powietrzu przed jego twarzą wyświetlił się holograficzny obraz rejestrowany przez kamerę w pokoju, w którym przebywał wojownik. Przedstawiał on Adena samego w pomieszczeniu o białych ścianach, siedzącego na podłodze ze skrzyżowanymi nogami. Tkwił w niemal idealnym bezruchu. Choć wyglądało to tak, jakby medytował, na jego twarzy malowało się zatroskanie.

- Spędził cały dzień na kontemplacji - odrzekła służąca. - Jego stan stale się poprawia.

Vrex wstał od biurka.

- Doskonale. Złożę mu wizytę - powiedział. - Ty w tym czasie… możesz nadać komunikat.

- Tak jest, panie Vrex.

⁎⁎⁎

Umysł Adena wpatrywał się w ciemność.

Zbudź się, Adenie.

Oczami wspomnień widział płomienie i kłęby dymu unoszące się nad miastem. Wciąż pamiętał huk eksplozji, która nastąpiła w momencie, kiedy nacisnął tamten przycisk. Huk i krzyki. Podejrzewał, że wydarzyło się coś złego, lecz przecież sam Vrex, który ocalił go z wypadku chciał, by tak się stało, więc musiało to być dobre, prawda?

Zbudź się, Adenie. Zbudź się.

Cały czas słyszał ten głos. Kobiecy, niezwykle delikatny i na swój sposób kojący, lecz jednocześnie wydawał się… melancholijny. Nieustannie odbijał się echem od ścian umysłu mężczyzny, nie dając o sobie zapomnieć. Aden nie wiedział, do kogo należy. Nadal nie odzyskał swoich wspomnień. Ten tajemniczy głos był jedyną pozostałością z jego życia sprzed wypadku, o którym mówił Vrex.

Jego… przyjaciel.

Zbudź się, Adenie. Musisz się zbudzić…

Nie zważając na wciąż czającą się gdzieś z tyłu jego głowy nieufność, był bądź co bądź wdzięczny mężczyźnie za opiekowanie się nim. Głównie dzięki temu jego stan stale się poprawiał. Początkowo mógł tylko siedzieć, potem, kiedy wstał, z trudem stawiał kroki - kilka razy upadł boleśnie na ziemię - pomału jednak odzyskiwał pełnię sił. Nadal był osłabiony, lecz liczył, że nie potrwa to długo.

I że będzie mógł się wreszcie dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodziło.

Usłyszał odgłos otwieranych drzwi. Obejrzał się w tamtą stronę i ujrzał Vrexa wchodzącego do pomieszczenia.

- Witaj, Adenie. Jak się czujesz?

Mężczyzna w czarno-zielonym pancerzu podniósł się - co przyszło mu bez najmniejszych trudności, w końcu - i podszedł do ciemnego okna, zamyślając się.

- Wydaje mi się, że coraz lepiej - odpowiedział.

Słysząc te słowa, Vrex uśmiechnął się nieznacznie pod hełmem.

- Widziałem, że jesteś zmartwiony, więc postanowiłem cię odwiedzić.

Aden zdumiał się.

- Widziałeś?

Matoranin wskazał na niewielką kamerę umieszczoną w kącie ściany tuż przy suficie. Aden do tej pory jej nie zauważył.

- Kamera cały czas rejestruje, co dzieje się w tym pokoju - wyjaśnił Vrex. - Oczywiście nie chcę, byś czuł się obserwowany. Takie kamery znajdują się w każdym pomieszczeniu, nawet w moim gabinecie… Wszystko ze względów bezpieczeństwa, rzecz jasna. Nie mogłem się jednak oprzeć wrażeniu, że coś cię trapi. Powiedz mi, przyjacielu, o co chodzi?

Aden zasępił się. Wahał się, czy udzielić towarzyszowi odpowiedzi, lecz w końcu odparł:

- Po prostu… Cały czas słyszę dziwny, kobiecy głos w mojej głowie. Nie daje mi spokoju, odkąd się przebudziłem.

Coś nagle zmieniło się w postawie Vrexa. Jakby coś wiedział, ale nie chciał powiedzieć o tym Adenowi. Ostatecznie jednak przełamał się:

- Tak myślałem, że prędzej czy później do tego dojdzie…

Aden zerknął na niego pytająco.

- Wiesz, do kogo należy?

Matoranin pokiwał głową.

- Domyślam się - rzekł, po czym westchnął ciężko, spoglądając na miasto. - Nie chciałem tego mówić, by oszczędzić ci zmartwień, lecz najwyraźniej nie mam większego wyboru… Widzisz, kiedy znaleźliśmy cię po wypadku, nie byłeś sam. Towarzyszyła ci pewna kobieta, niezwykle do ciebie podobna.

Na te słowa fala obrazów zalała Adena, zupełnie tak, jakby ktoś zburzył mur oddzielający jego umysł od części wspomnień. Nagle tak wiele do niego wróciło. Towarzyszka, która przybyła razem z nim na tę wyspę z… jakąś misją… której jeszcze nie potrafił sobie przypomnieć. Jego siostra.

- Saniis… - powiedział cicho.

Vrex skinął lekko głową.

- Wiesz, co się z nią stało? - spytał Aden.

Odpowiedziało mu westchnienie Matoranina.

- Została zabita… przez Toa.

W jednym momencie wspomnienie siostry rozpadło się w umyśle Adena. Mężczyzna poczuł się, jakby ktoś zadał mu potężny cios prosto w pierś. Choć ledwie sobie o niej przypomniał, nie przeszkodziło mu to wcale czuć bólu; więź z Saniis, która kształtowała się przez lata, powróciła do niego i równie szybko zniknęła. Ledwie sobie o niej przypomniał, a już ją utracił. Musiał dowiedzieć się więcej.

- Czym są… Toa?

Vrex spoważniał i schował ręce za plecami.

- Toa to… podstępne istoty. Zostali stworzeni jako nasi obrońcy i obdarowani niezwykłymi mocami żywiołów, lecz z czasem obrócili się przeciwko nam. Chcieli zdobyć całą władzę dla siebie. Nie akceptowali sprzeciwu. Przez to zginęła twoja siostra.

Aden znów zwrócił głowę ku mrokowi za oknem, zdruzgotany. Wspomnienie wojowników żywiołów wydawało mu się dziwnie… znajome, lecz nie potrafił powiedzieć, czemu. Mimo wszystko, nie wiedział, dlaczego mieliby oni zabić Saniis.

Vrex popatrzył na Adena.

- Mnie również skrzywdzili, przyjacielu. Widzisz, niegdyś byłem zwykłym matorańskim mieszkańcem, drobnym i słabym, takim jak inni. Stworzyłem tę zbroję do obrony przed Toa, ale ich moce sprawiły, że zostałem z nią scalony na stałe, tak jak każdy metalowy przedmiot, którego dotknę. - Uniósł mechaniczną dłoń i powoli ją zacisnął. - Moje największe dzieło stało się moim więzieniem… a Toa nadal pozostają bezkarni…

Umilkł na chwilę. Aden wpatrywał się w niego z wyczekiwaniem.

- Ale to niedługo może się zmienić - kontynuował Vrex. - Toa wreszcie odpowiedzą za swoje zbrodnie… i śmierć twojej siostry. Do tego jednak potrzebuję twojej pomocy, przyjacielu. Więc, jak będzie? - Posłał Adenowi przenikliwe spojrzenie. - Zgadasz się?

Aden zastanowił się. Nagłe przypomnienie o jego siostrze, wieść o jej śmierci i o Toa… Nie był do końca pewien, jak to wszystko udźwignąć.

Zbudź się, Adenie…

- Tak - odpowiedział w końcu.

⁎⁎⁎

Vox, Hserg, Arctica i Galia zaprowadzili Phorena do jego pracowni na samym szczycie latarni. W dawnym pomieszczeniu latarnika panował ogromny bałagan, części i narzędzia walały się po stołach i podłodze - trudno było jednak stwierdzić, czy powstał on w wyniku walki z łowcami z Zespołu B, czy był po prostu naturalnym elementem pracy Matoranina. Na widok panującego w warsztacie rozgardiaszu, Junky natychmiast rzucił się do sprzątania. Phoren natomiast usiadł za biurkiem, masując czoło.

- Jesteś pewien, że Mroczni Łowcy niczego stąd nie zabrali, konstruktorze? - zapytała Toa Lodu, rozglądając się po pokoju.

- Nie, nie wydaje mi się - odrzekł Phoren, lustrując wzrokiem całą pracownię. - Wyglądało na to, że przyszli tylko po mnie i Junky’ego. Ale… nasz wszelki wypadek mogę się upewnić. Lockette, sprawdź, czy nic stąd nie ubyło - tymi słowami zwrócił się do nieruchomej figury o kobiecej sylwetce i biało-fioletowym opancerzeniu, stojącej pod jedną ze ścian warsztatu.

Na komendę konstruktora, oczy maszyny zaświeciły się na niebiesko. Służąca przemówiła delikatnym kobiecym głosem:

- Nie stwierdziłam żadnych braków. Wszystkie części i narzędzia są na swoich miejscach.

Toa i Xianka spojrzeli po sobie.

- Tak szybko? - zapytała Galia.

- Lockette ma w sobie cały katalog wszystkich rzeczy w pracowni - wyjaśnił Phoren, wskazując na robota. - Może w jednej chwili przeskanować cały warsztat i sprawdzić, czy czegoś brakuje. Zaprogramowanie jej zajęło mi sporo czasu, ale myślę, że było warto. Pracowałem nad nią prawie dwa lata - dodał, uśmiechając się nieśmiało.

Hserg pokiwał głową z uznaniem.

- Całkiem imponujące - powiedział, po czym szturchnął łokciem znajdującego się obok Junky’ego. - A ty co o tym myślisz, Junky?

- Ja? Eee, cóż… eee… Lockette z pewnością ma duże, eee… - zaczął jąkać się robot. - Dużą… dużą wiedzę! Tak, niewątpliwie dużą wiedzę…

Toa Ognia uniósł brew.

- Och? - Uśmiechnął się półgębkiem. - Co z tobą? Nie chcesz mi chyba powiedzieć, że przepaliło ci obwody na jej widok, co?

Junky zmieszał się.

- Ja nie… wcale… to znaczy… ja… ja… ja mam teraz dużo pracy, nie mogę rozmawiać! - uciął i wrócił do sprzątania. Hserg skwitował to tylko kolejnym uśmiechem.

Vox, który do tej pory wpatrywał się w widok za oknem, odwrócił się ku pozostałym.

- Dobrze, skoro już wiemy, że nic stąd nie zniknęło, wróćmy do tego, co powiedziałeś wcześniej, konstruktorze. - Toa w Hau popatrzył na zielonego Matoranina. - Co to znaczy, że zaprojektowałeś te maszyny, które widzieliśmy w mieście w trakcie pożaru?

Phoren od razu spoważniał.

- Więc, cóż… - zaczął. - Kiedy Mroczni Łowcy mnie porwali, żebym pracował dla Glavusa, miałem przygotować projekt ulepszonej wersji dronów, jak zapewne sami pamiętacie… Oczywiście, przerwałem pracę, bo udało mi się uciec, ale jeśli projekt trafił w ręce Vrexa… Nie wydaje mi się, by dokończenie było dla niego szczególnym problemem. Zwłaszcza, że nie wygląda na to, żeby wprowadził jakieś istotne zmiany. Te roboty wyglądają niemal identycznie jak te, których plany przygotowałem.

- I teraz pojawiły się w mieście, żeby ugasić pożar? - odezwał się Hserg. - To wszystko wydaje mi się podejrzane. I nadal nie rozumiem, po co Vrex chciałby ciebie znów porwać. Sam powiedziałeś, że maszyny są skończone.

- Być może Vrex planuje ich użyć do nieco innych celów niż ratowanie mieszkańców - wtrącił Vox i powiódł po wszystkich wzrokiem. - Dlatego chciał uprowadzić Phorena. Pracował przy tych maszynach, więc wie, jak są zbudowane. To mogłoby przysporzyć mu kłopotów.

Arctica pokręciła głową.

- Nadal coś mi tu nie gra - powiedziała. - Na krótko przed eksplozją widzieliśmy Bata, to bez wątpienia on podłożył ładunki wybuchowe… Więc jeśli Mroczni Łowcy faktycznie pracują dla Vrexa, dlaczego wysłałby te roboty, żeby uporały się z pożarem, za którym on sam stoi?

Wszyscy popatrzeli po sobie. Żadne z nich nie zdawało się mieć odpowiedź.

- Jest jeszcze coś - odezwała się Galia. Pozostali spojrzeli na nią uważnie. - Dzisiaj rano Vrex wezwał mnie do siebie na spotkanie. Chciał, żebym kogoś dla niego uprowadziła i, choć nie zdradził, o kogo chodziło, bo odmówiłam, to kiedy powiedziałam o wszystkim Hsergowi i kiedy nastąpił wybuch… Szybko skojarzyliśmy fakty, że chodzi o Phorena i udaliśmy się tutaj. - Odczekała chwilę, jakby chciała się upewnić, czy każdy dobrze zrozumiał jej słowa, po czym mówiła dalej: - Ale to nie ma żadnego sensu. Przecież jeśli faktycznie chciałby porwać Phorena, to nie mówiłby o tym jego sojusznikom.

Toa pokiwali głowami. Wszyscy jednomyślnie doszli do wniosku, że zdecydowanie coś tu nie gra.

- Zdecydowanie coś tu nie gra - powiedział Hserg. - Co teraz?

Wszyscy zwrócili swe oczy ku Voxowi.

- Nie wiem - odparł szczerze Toa Dźwięku, obracając się ku oknu. - Może rzeczywiście powinnyśmy wrócić do miasta i sprawdzić, czy nikt nie potrzebuje pomocy…

Pozostali zgodnie pokiwali głowami. Nim jednak zdążyli zmierzyć do wyjścia, Lockette odezwała się nagle:

- Przyszedł do pana komunikat.

Arctica podniosła brew.

- Komunikat?

- Lockette ma stałe połączenie z publiczną siecią, może nadawać wiadomości i odbierać te wysłane od innych - wyjaśnił Phoren i zwrócił się do służącej: - Odtwórz.

Przed Lockette wyświetlił się holograficzny ekran, przedstawiający obraz Vrexa. Lider Syndykatu przemówił:

„Lojalni mieszkańcy Artas Nui. Mam nadzieję, że jesteście cali i zdrowi. Nasze miasto spotkała ogromna tragedia. Wiem, że wielu z was straciło swój dom, pracę, a nawet dorobek całego życia. Nie lękajcie się jednak. Wszystkich tych, którzy zostali dotknięci dzisiejszą katastrofą zapraszam, by zjawili się jutrzejszego dnia w południe na Stadionie Nui w Pierwszym Dystrykcie. Zapraszam was wszystkich. Wraz z Turagą Arkinem i przedstawicielami Syndykatu oraz Rady Artas Nui mamy wam do zaprezentowania coś niezwykle ważnego, co na zawsze odmieni losy naszego miasta. Pamiętajcie, że w tych ciężkich czasach musimy trwać w Jedności! Liczę na wasze przybycie.”

Wszyscy obecni w pracowni wymienili się spojrzeniami.

- Co o tym myślicie? - spytał Phoren.

- Zgromadzenie wszystkich mieszkańców w jednym miejscu? - odezwał się Hserg. - Brzmi jak pułapka.

Toa Lodu pokręciła głową.

- Nie sądzę, by Vrex się do tego posunął - powiedziała. - Bardziej wygląda mi to na część jakiegoś zabiegu propagandowego. Co ty na to, Vox? - Zerknęła na wojownika w Kanohi Hau.

Szary Toa milczał przez krótki moment, pogrążony w myślach. Wreszcie odparł:

- Cóż, jest tylko jeden sposób, by się przekonać.

Rozdział 4[]

Następnego dnia przy Stadionie Nui zebrało się od groma mieszkańców. Tłumy gnieździły się na ulicy i dziedzińcu przed budynkiem, wpuszczane do środka przez ludzi w pancerzach Syndykatu w dużo wolniejszym niżby tego chcieli tempie. Vox i Arctica również byli częścią tłumu, idąc w kierunku wejścia i przeciskając się między niemrawymi miastowymi. Niebo było pochmurne, zanosiło się na deszcz. Pogoda idealnie odwzorowywała nastroje mieszkańców.

Toa Dźwięku rozglądał się na boki, ponad głowy idących obok niego. Budynki wokół stadionu nie ucierpiały podczas wczorajszych wybuchów i pożaru - Wielkiemu Duchowi niech będą dzięki - ale podczas jazdy Nui-Kansenem do Pierwszego Dystryktu mijali wiele zrujnowanych budowli. Sporo z nich jeszcze dogasało. Większość padła ofiarą eksplozji, duża część ucierpiała też z powodu pożaru. Ten co prawda nie trawił budynków z taką łatwością jak na dobrze znanym Voxowi Neitu, kiedy palił drewniane chaty zwieńczone dachami z palmowych liści, ale i tak dokonał potwornych zniszczeń, kiedy Artas Nui stanęło w płomieniach.

Artas Nui w płomieniach.

Vox nie sądził, że jeszcze kiedykolwiek użyje tych słów, na pewno nie w kontekście miasta po zakończeniu wojny. A jednak stało się. I choć prace naprawcze już się zaczęły, pożar oraz eksplozje i tak odcisnęły swoje piętno na wyspie. Mężczyzna zastanawiał się, co powiedziałby o tym wszystkim Zaldiar, gdyby tu teraz był i przyglądał się efektom jego stania na straży mieszkańców. I czy byłby z niego dumny.

Minęli stojącą pod ścianą dwójkę Matoran. Jeden, w fioletowej zbroi, na której wciąż dało się zobaczyć osmolone ślady, powiedział do nich:

- Wielkie dzięki za nic… Toa. - Jego wypowiedź zwieńczyło przybite, pełne urazy spojrzenie.

Toa Dźwięku i Lodu nic nie odpowiedzieli, tylko maszerowali dalej, lecz słowa te zakłuły Voxa. Oczywiście, wiedział, że nie mogli pomóc każdemu z mieszkańców - nawet gdyby nie musieli ocalić Phorena przed Mrocznymi Łowcami, pomoc wszystkim była zwyczajnie niemożliwa. Mimo to, wiedział również, że każdy z mieszkańców oczekiwał od nich, że to właśnie jemu pomogą podczas katastrofy. I mieli do tego pełne prawo.

- Nie przejmuj się tymi słowami - pocieszyła go Arctica. - Nie mogliśmy nic zrobić.

- Nie przejmuję się.

- Owszem, przejmujesz się. Widać to na twojej twarzy.

Mężczyzna uśmiechnął się ponuro. Choć nie był w tym tak dobry, jak Toa Lodu, zdawało mu się, że dość sprawnie potrafił ukrywać swoje emocje. Cóż, wszystko wskazywało na to, że musiał jeszcze sporo poćwiczyć.

Z oddali do jego uszu dobiegł warkot silnika, dużo szybciej niż do uszu Arctici. Zaraz potem oboje zobaczyli Hserga, prowadzącego między mieszkańcami swój motocykl, w tak wolnym tempie, że czerwony Toa równie dobrze mógłby iść pieszo. Galia siedziała bokiem za nim, spuszczając nogi z jednej strony Hellbringera.

- Hej, ostrożnie, bo porysujecie mój motor - rzucił do tłumu po obu jego bokach. Słysząc to, jeden ze Skakdi, zgarbiony dryblas w czerwono-zielonym pancerzu, obrócił się do niego.

- Patrzcie, oto nasz Toa! - podniósł głos, zwracając się do pozostałych.

Kilka osób z tłumu obejrzało się za nim. Zakazianin uniósł jedną rękę, w której trzymał zakrzywiony miecz, jakby chciał zachęcić resztę, by się do niego przyłączyła. Parę kolejnych mieszkańców popatrzyło na Skakdi, większość jednak mimo wszystko nie zwracała na niego uwagi. Nie przeszkodziło to wcale Zakazianinowi ciągnąć dalej:

- Bardziej troszczy się o swój motor niż o nas, mieszkańców!

Spojrzenie, którym odpowiedział mu Hserg, było gniewne jak ogień, który rozświetlił wczorajszą noc.

- Hej, hej, spokojnie - powiedział Vox, kiedy podeszli razem z Arcticą. Na ich widok, Skakdi tylko burknął coś pod nosem i odszedł w swoją stronę. - A ty, Hserg, mógłbyś bardziej uważać na słowa.

Toa Ognia zaparkował motocykl i westchnął głęboko.

- Wiem, wiem. Przepraszam - odrzekł, a w jego głosie dało się usłyszeć szczerą skruchę. - Po prostu, cały jestem taki… no, rozsierdzony. Nie podoba mi się to wszystko.

- Nam też nie. Ale to nie powód, żeby pogarszać naszą sytuację.

Hserg wyszczerzył się.

- Tak beznadziejnej sytuacji chyba już nie da się pogorszyć.

- Oj, da się - odrzekł Vox. - Uwierz mi, że da.

Arctica obróciła się i stanęła na palcach, zadzierając głowę do góry i wypatrując kogoś w tłumie. Po chwili podniosła rękę i pomachała.

- Auerieus! Tutaj!

Toa Plazmy przecisnął się przez tłum i podszedł do ich czwórki. Dopiero teraz Vox uświadomił sobie, jak dawno nie widział dawnego lidera podziemia Artas Nui. I choć od ich ostatniego spotkania minęło wiele lat, to Auerieus zdawał się w ogóle nie zmienić.

Chociaż nie, było w nim teraz coś innego. Nie dało się tego dostrzec na pierwszy rzut oka i Vox dopiero po chwili odkrył, co to takiego. Prawda, Auerieus nadal nosił ten sam pomarańczowy pancerz, na twarzy miał tę samą Kanohi Kiril, a przy pasie zaczepione te same Plazmowe Szczypce. Różnica nie tkwiła w jego zbroi ani w wyposażeniu, nie. Tkwiła na jego twarzy. Auerieus wyglądał na… zmęczonego. Wszystkim.

Vox domyślał się, co było tego przyczyną. Widział, jakie piętno odcisnęły na Arctice posiedzenia Rady. Auerieus, który brał przecież udział w każdym z nich od samego początku, musiał je jeszcze gorzej znosić, szczególnie ostatnimi czasy.

- Siostro, bracia - powiedział Toa Plazmy. - Dobrze was widzieć.

- Wiesz, o co tu chodzi? - zapytała Arctica.

Auerieus zaprzeczył, pokręcając głową.

- Wiem tylko, że wczoraj w nocy zostało zwołane specjalne posiedzenie Rady - powiedział. - Ale nie mogłem na nim być. Starałem się pomóc, komu tylko się dało, kiedy nastąpił wybuch.

- I jak? Udało ci się? - wtrącił Vox.

- Zdołałem pomóc kilku mieszkańcom, ale wtedy zjawiły się te… maszyny - odrzekł Aueries. Potwierdziło to tylko przypuszczenia pozostałych, że w innych częściach miasta również pojawiły się tajemnicze roboty Syndykatu. - Zajęły się wszystkim. Gasiły pożar, wydostawały mieszkańców z płonących budynków, transportowały rannych do najbliższych punktów medycznych… Jeszcze nigdy nie widziałem żadnej akcji tak sprawnie zorganizowanej przez maszyny. Samych tych maszyn też wcześniej nie widziałem. Myślicie, że to jakiś nowy projekt Vrexa?

Toa Dźwięku wzruszył ramionami.

- Sądzimy, że dzisiaj właśnie się tego dowiemy.

Arctica wróciła do wcześniejszych słów Auerieusa:

- Spotkanie Rady bez Toa? - Uniosła brew. - To nie zwiastuje niczego dobrego.

Mężczyzna skinął w kierunku wejścia na stadion.

- Zobaczmy.

Toa i Galia pokiwali zgodnie głowami i udali się ku wejściu, by razem z powolnym tłumem dostać się do środka.

Stadion Nui był głównym miejscem wyspy, w którym organizowano rozgrywki sportowe, występy muzyków i trup aktorskich czy spotkania z mieszkańcami, mające na celu szerzyć propagandę - tak, jak miało to mieć według podejrzeń Toa miejsce i dzisiaj. Vox do tej pory tylko dwa razy miał okazję gościć na stadionie. Pierwszy raz, jeszcze przed wojną, kiedy Hikira zabrała go na zawody w rzucaniu dyskami Kanoka. Nie zapamiętał wiele z tamtego dnia, oprócz głosu komentatora, który był tak irytujący, że Vox musiał otoczyć się dźwiękową barierą. Niestety, to sprawiło również, że przez większość meczu nie ogarniał, co się dzieje - na koniec zrozumiał tylko tyle, że wygrała zawodniczka w fioletowym pancerzu z numerem 99.

Za drugim razem, już po wojnie, oglądał wyścigi krabów Ussal, które okazały się dużo bardziej emocjonujące, niż się spodziewał. Jednak zarówno wtedy, jak i wcześniej, stadion nie był wypełniony tak ogromną ilością ludzi.

Harmider był ogromny, nawet mimo częściowego wytłumienia go przez Voxa. Zdawać się mogło, że każda wolna przestrzeń na trybunach wokół nich była zajęta przez jakąś istotę, tak samo zresztą było w dole przed nimi, na boisku, które wyglądało teraz jak morze biomechanicznych głów. W jego środku mieściło się białe podwyższenie, na którym stali Vrex, Turaga Arkin i para strażników. Wszystkie światła reflektorów, mimo pory dnia i otwartego dachu, były skierowane na nich.

Matoranin odczekał jeszcze chwilę, po czym dał sygnał ręką. Na jego znak, dach stadionu zaczął się zamykać, spowijając wnętrze hali w ciemności. Rzucane na mężczyznę pasma białego światła stały się jeszcze bardziej widocznie i momentalnie ściągnęły na siebie uwagę przybyłych. Wszyscy natychmiast ucichli. Vrex odchrząknął.

- Mieszkańcy Artas Nui! - przemówił. Jego głos zadudnił z głośników rozmieszczonych w kilku miejscach hali. - Cieszy mnie, że tak wielu z was przybyło na moje wezwanie, by wysłuchać moich słów. Jednocześnie niezmiernie smuci mnie, jak wielu nie mogło się tu dziś zjawić z powodu tragedii, jaka spotkała naszą wyspę wczorajszej nocy. Wierzę jednak, że będziecie silni. Pokażmy, że Nieugięte Miasto zawsze podniesie się, bez względu na wszystko!

Pomruk przeszedł przez tłum niczym fala. Jednak, przyglądając się twarzom zgromadzonych wokół niego mieszkańców, Vox zauważył, że lwia część z nich nadal jest przybita i smutna. Mało kto kupował poruszające słowa Vrexa, lecz Toa wiedział, że Matoranin jeszcze nie skończył.

- Wiem, że wielu z was potrzebuje pomocy. Dlatego razem z czcigodnym Turagą Arkinem… - Wskazał na starca, a ten skinął lekko głową w ukłonie. - …przygotowaliśmy w całym mieście specjalne punkty, w których będziecie mogli znaleźć potrzebne środki, materiały i narzędzia, przydatne w odbudowie i do przeżycia na czas napraw.

Tym razem reakcja zgromadzonych była bardziej ożywiona. Vox zerknął na Arcticę, wpatrującą się we Vrexa ze zmrużonymi oczami. Zapewnie podobnie jak on sam, czekała na pierwszy wymierzony w Toa cios lidera Syndykatu.

- To jednak nie wszystko - Matoranin kontynuował swoją przemowę. - Większość z was wczorajszej nocy widziała zapewne nowe maszyny Syndykatu. Przykro mi, że pierwszy raz mieliście z nimi styczność w tak okropnych okolicznościach… mam jednak nadzieję, że dzięki temu przynajmniej zdołały wam się wykazać.

Mieszkańcy jeszcze bardziej się ożywili. Niektórzy zaczęli między sobą ożywione rozmowy na wspomnienie o robotach, które ocaliły ich zeszłej nocy. Inni patrzyli z wyczekiwaniem na Vrexa.

- Pozwólcie, że wam przedstawię…

Część podłoża, na którym stał Vrex, rozsunęła się i z nowo powstałego otworu wyłoniła się humanoidalna maszyna w lśniącym, czarno-szarym pancerzu. Taka sama, jak dziesiątki innych, które Vox i pozostali Toa widzieli podczas chaosu w mieście.

Robot posiadał dwustawowe nogi i szerokie ramiona z potężnymi barkami, osłoniętymi kanciastymi naramiennikami, na pancerzu jednego z nich mieniło się na czerwono logo Syndykatu. Ręce maszyny były nienaturalnie długie, a głowa, okryta szklaną powłoką, przypominała kształtem bardziej łeb jakiegoś Rahi niż głowę rozumnej istoty. Fakt, że za szkłem dostrzec można było jedynie czerń, dodawał tylko enigmatyczności mechanicznej kreaturze. Robot był również wysoki, dużo wyższy niż przeciętny Toa, wzrostem przewyższał nawet samego Vrexa, choć nieznacznie.

Zbiorowy pomruk zachwytu przefalował publiczność. Niektóre osoby zaczęły pokazywać na maszynę palcem, z przejęciem mówiąc coś do swoich sąsiadów.

- Nuvokah to najnowszy wspólny projekt Syndykatu i Rady Artas Nui - oznajmił Vrex, wskazując ręką na machinę. - Moi najzdolniejsi inżynierowie pracowali nad nimi od lat, aby stworzyć silniejsze, wytrzymalsze i sprytniejsze maszyny, które od dziś będą stały na straży miasta. Wiem, że wydarzenia z nocy były dla was ciężkim przeżyciem, lecz liczę, że dzięki udzieleniu pomocy owoce mojego projektu zyskały wasze zaufanie.

Niektórzy z obecnych na widowni pokręcili sceptycznie głowami, zapewne uznając to za kolejną sztuczkę Vrexa, chcącego wkupić się w łaski mieszkańców. Większość jednak zdawała się podchodzić do zaprezentowanego projektu ze znacznie bardziej pozytywnymi odczuciami. Vox widział to na ich twarzach, słyszał w ich głosach. Zresztą, nie dziwił im się - Nuvokah w końcu okazały się niezwykle pomocne podczas pożaru. Bardziej, niż marna garstka Toa.

Choć nie mogli tego zobaczyć z tej odległości, Vox i jego towarzysze byli przekonani, że na twarzy Vrexa maluje się duma i satysfakcja.

- Mam nadzieję, że moje maszyny okażą się skutecznymi strażnikami Artas Nui, kiedy już zastąpią Toa.

Kilka głów zwróciło się ku nim zaraz po tym, jak słowa Matoranina uderzyły w Toa niczym piorun. Hserg rozdziawił usta, wypuszczając jedno z prażonych ziarenek kukurydzy kupionych przy wejściu. Vox, Arctica, Auerieus i nawet Galia - której to przecież nie dotyczyło - spojrzeli po sobie.

- Że co? - zapytała Arctica głosem wzmocnionym przez Voxa tak, by dało się go słyszeć na całym stadionie.

Wszyscy momentalnie ucichli. Jeszcze więc głów obróciło się w stronę grupki Toa. Światło pojedynczego reflektora padło na Arcticę i jej towarzyszy. Hserg nieśmiało odłożył kubek z prażoną kukurydzą na ziemię.

- No ładnie…

Kobieta wstała z miejsca i spytała raz jeszcze:

- Co to ma znaczyć „kiedy już zastąpią Toa”?

Vrex zdawał się czekać na to pytanie.

- Na wczorajszym posiedzeniu Rady przyjrzeliśmy się poczynaniom Toa na Artas Nui w ciągu ostatnich kilkunastu lat - powiedział - i doszliśmy do wniosku, że, niestety, nie wywiązujecie się należycie ze swoich obowiązków. Dlatego właśnie powstały Nuvokah. Rada zdecydowała, że was zastąpią.

Auerieus przyłączył się do Arctici.

- Posiedzenie odbyło się bez naszego udziału - oznajmił. - To nieuczciwe.

- Wszyscy zebrani jednogłośnie tak zadecydowali - powiedział Vrex. - Nie sądzę, że nawet, jeśli bylibyście obecni na spotkaniu, Toa, to wasz sprzeciw wpłynąłby jakoś na Turagę, od którego przecież zależy ostateczna decyzja w tej sprawie. - Skinął na Arkina, a ten kiwnął głową na potwierdzenie tych słów. - Zresztą, można uznać, że jeśli nie stawiliście się na posiedzeniu, nie uznaliście tej sprawy za dość dla was istotną…

Vox natychmiast wyczuł gniewną nutę w głosie Arctici, kiedy ta znów się odezwała:

- Nie zjawiliśmy się, bo musieliśmy pomóc mieszkańcom.

Lider Syndykatu sprawiał wrażenie rozbawionego tą odpowiedzią.

- Czyżby? Według słów sporej liczby Matoran, zaraz po wydostaniu paru z nich z palących się domów, uciekliście bez dalszego udzielania pomocy, zostawiając wszystko w rękach Nuvokah.

Otaczający ich mieszkańcy zaczęli spoglądać na Toa z urazą, niektórzy posłali im oskarżycielskie spojrzenia. Wielu z nich szeptało między ze sobą, lecz Vox był teraz skupiony na czym innym, by móc wyłapać, o czym konkretnie mówią. Nie spodziewał się jednak, że są to pochlebiające im słowa. Zanim Arctica zdążyła cokolwiek wyjaśnić, odezwał się Hserg, którego głos również został wzmocniony mocą Toa Dźwięku tak, by wszyscy mogli go usłyszeć:

- Ruszyliśmy na pomoc innemu Matoraninowi, którego napadli Mroczni Łowcy. Ci sami, których pojmaliśmy trzy lata temu…

- …i którzy w niewyjaśnionych okolicznościach wydostali się na wolność, czy tak? - odparował Vrex.

- Wina za ich ucieczkę stoi też po stronie Policji Skakdi - powiedziała Arctica.

- Prawda - przyznał Vrex, zbijając kobietę z tropu. - Ten problem również mają rozwiązać Nuvokah. Ja natomiast pragnąłbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz… Jedna z eksplozji, które wznieciły pożar, miała miejsce niedaleko nowo wybudowanego źródła energii. Moje kamery zarejestrowały, jak ty, Toa Arctico i twój partner Toa Vox poruszacie się po tej okolicy. W miejscu nieprzeznaczonym do poruszania się.

Na holograficznych wyświetlaczach za Vrexem pojawiły się obrazy dwójki Toa biegnących po dachach budowli opodal placu budowy. Nie było mowy, że lider Syndykatu nie był przygotowany na tę rozmowę, ale nie miało to teraz znaczenia. Wojownik w Hau poczuł, jak zimny pot wstępuje na jego skórę, kiedy kolejne spojrzenia się na nim ogniskowały. Arctica natychmiast spieszyła z wyjaśnieniami:

- To nie tak… - jej głos nie był już tak pewny i stanowczy jak przed chwilą. - Szef budowy poprosił nas, żebyśmy patrolowali teren wokół budynku do czasu końca montażu zabezpieczeń… Możecie go o to spytać, potwierdzi to!

Cokolwiek nowego pojawiło się teraz w spojrzeniu mieszkańców, sprawiło, że Vox miał ochotę wyparować. Mógł się tylko domyślać, jak musiała się teraz czuć jego przyjaciółka.

- Toa… - powiedział Vrex po krótkiej chwili. - Szef budowy zginął w jednej z eksplozji.

Przez tłum przeszły szmery. Arctica zmieszała się.

- My…

- Nawet nie pomyśleliście, by sprawdzić, co się z nim stało.

Vox skarcił się w myślach. Vrex miał rację, nie pomyśleli. Toa Dźwięku poczuł… rozczarowanie. Powinni byli lepiej to rozegrać.

- Ale nawet jeśli to prawda - mówił dalej Matoranin - i rzeczywiście zostaliście poproszeni o patrolowanie okolicy… jak to się stało, że nie odnaleźliście żadnej bomby?

Tym razem to Vox postanowił zabrać głos.

- To nie tak - powiedział, podnosząc się. - Zobaczyliśmy tamtej nocy Mrocznego Łowcę, tego, który podłożył ładunki wybuchowe. Tylko że… - urwał, uświadamiając sobie, co właśnie narobił.

- Nie złapaliście go - dokończył za niego Vrex. - Innymi słowy, doprowadziliście do katastrofy.

Teraz już niemal wszystkie spojrzenia były oskarżycielskie. Vox zerknął na Arcticę, posyłając jej bezdźwięczne „przepraszam”. Odpowiedziała mu spojrzeniem, z którego dało się wyczytać, że nie ma mu za złe i że wie, że prędzej czy później i tak doszłoby do obrócenia się zebranych przeciwko nim. Toa Dźwięku doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Vrex mądrze wybrał miejsce i czas do upokorzenia ich niewielkiej drużyny. Tłum mieszkańców był przerażony. Miotał się. Wybuch i pożar miasta zasiały w nich ziarno strachu. Takim tłumem najłatwiej się manipulowało. A Vrex doskonale wiedział, jak manipulować. Robił to od lat.

- O ile, rzecz jasna, to faktycznie Mroczni Łowcy stoją za wysadzeniem miasta - ciągnął Onu-Matoranin. - Wydaje mi się jednak, że w rzeczywistości sprawy potoczyły się nieco inaczej. To wy podłożyliście bomby. Wiedzieliście, że mieszkańcy darzą was coraz mniejszym zaufaniem, więc chcieliście wywołać niewielką katastrofę i ich uratować, by to naprawić. Nie przewidzieliście jednak, że wymknie się to spod kontroli i wywoła tak ogromne szkody. Gdyby nie Nuvokah, zgubilibyście wyspę.

Głos Arctici przebił się przez gniewne brzmienie tłumu:

- Dlaczego mielibyśmy to robić? - Był chłodny, zimny jak lód. Toa tak naprawdę nie chciała już się bronić. Chciała tylko wiedzieć, jakie kolejne kłamstwa przygotował Vrex, by wzmocnić swoje oskarżenia.

- Bo wiecie, że ludzie wam nie ufają.

- Wielu nie ufa także i tobie, Vrex - powiedział Vox. - Wiedzą, że jesteś po części odpowiedzialny za wybuch wojny.

- Jestem jedną z ofiar wojny, nie jej sprawców - odrzekł spokojnie mężczyzna w czarnej zbroi. - Zmuszonym do pracy nad dronami wbrew własnej woli, tak jak dziesiątki prostych pracowników w fabrykach. Czy ich też zamierzacie oskarżać? Gdy miałem szansę do ucieczki, zostałem przez was bezpodstawnie zaatakowany i uwięziony w tej zbroi… A w rzeczywistości to jeden z was wywołał wojnę.

Wrogie głosy nasiliły się. Wszyscy doskonale o tym wiedzieli.

- Dawny obrońca Artas Nui. - Vrex wskazał palcem na Toa Lodu. - I twój dawny partner, Toa Arctico. Kto wie, jakie destruktywne myśli zaszczepił w twoim umyśle?

Wojowniczka w Volitak zdawała się maleć pod naciskiem napierających na nią głosów i spojrzeń.

- Żadnych…

- Ale czy aby na pewno? - odrzekł Matoranin. - Toa Nero pokazał, jakie zagrożenie potrafią nieść ze sobą Toa. A wasze ostatnie porażki nie świadczą o tym, że winno się was zatrzymać w mieście jako obrońców. Dlatego zostaniecie zastąpieni przez Nuvokah. Rada Artas Nui postanowiła dać wam trzy dni na opuszczenie wyspy. Jeśli tego nie zrobicie, zostaniecie osądzeni za złamanie prawa.

Jeśli Arctica miała zamiar coś odpowiedzieć, gniewne buczenie i gwizdy tłumu skutecznie jej to uniemożliwiły. Kobieta opadła na siedzenie, zrezygnowana. Vrex ją pokonał.

Dopiero teraz Vox ze zgrozą uświadomił sobie, jak bardzo światopogląd Nero rozprzestrzenił się na umysły innych. Zły Toa Dźwięku obrócił się przeciwko swoim siostrom i braciom, ponieważ uważał istoty władające żywiołami za zagrożenie. Jego działania sprawiły, że mieszkańcy wszechświata faktycznie zaczęli obawiać się Toa i tego, do czego byli zdolni. Nero został pokonany - ale jego wizja wciąż żyła w głowach wielu mieszkańców Artas Nui. Na swój sposób wygrał.

Vrex wygłosił jeszcze parę słów do tłumu na temat Nuvokah i innych form pomocy oferowanym ofiarom pożaru, Toa jednak nie zabierali już głosu. Wreszcie, na sam koniec, przywódca Syndykatu powiedział:

- Dziękuję wszystkim za przybycie. Pamiętajcie, żeby się nie poddawać. Pokażmy, że lud Nieugiętego Miasta jest równie nieugięty. Jesteśmy świadkami zrodzenia się na Artas Nui nowej ery. Miejmy nadzieję, że przyniesie ona dobre czasy.

Po gromkich oklaskach i okrzykach, tłumy zmierzyły do wyjścia. Pod naciskiem setek wrogich spojrzeń, Toa i towarzysząca im Xianka opuścili stadion. Zebrali się na zewnątrz, by to wszystko przedyskutować. Trudno było stwierdzić, które z nich było bardziej wstrząśnięte.

- Vrex nie może nam tego zrobić - powiedział Hserg i popatrzył po pozostałych. - Nie może, prawda?

- Obawiam się, że jeśli ma poparcie Turagi i większości członków Rady, to może wszystko - odparła Arctica i westchnęła. - Zresztą, i bez tego może prawie wszystko.

- Ale chyba nie zamierzamy się na to zgodzić? Uratowaliśmy przecież tę wyspę. Nie może nas z niej teraz wyrzucić…

- Jeśli Vrex rzeczywiście zmusi was do opuszczenia miasta - odezwała się Galia - to… będę musiała odejść z wami. Nie mogę tu zostać. Vrex odda mnie w ręce Xian…

- O to właśnie chodzi. - Arctica uderzyła pięścią w otwartą dłoń. - My i Khakkhara jesteśmy teraz jedynymi siłami, które faktycznie mogą mu zagrozić. Gdy nas wyeliminuje, będzie niepowstrzymany. A jestem pewna, że zaraz po pozbyciu się Toa, uderzy w Khakkharę. Nuvokah zostały w końcu zaprojektowane przez Phorena jako następcy dronów. - Powiodła uważnie wzrokiem po towarzyszach. - To maszyny bojowe.

- Więc, cóż, mamy jakieś pomysły, jak mu przeszkodzić? - zapytał Hserg.

Pozostali milczeli, niepewni, co powiedzieć. W końcu odezwał się Auerieus:

- Porozmawiam z innymi członkami Rady. Może uda mi się ich namówić na kolejne posiedzenie. Przekonać, żeby odwołali się od poparcia planu Vrexa.

Arctica pokręciła sceptycznie głową.

- Nie sądzę, żeby to zadziałało. I tak o wszystkim decyduje Turaga…

- Nie dowiemy się, jeśli nie spróbujemy. Najlepiej jak najszybciej - odparł Toa Plazmy i skinął im na pożegnanie. - Do zobaczenia.

Pozostali odprowadzili go wzrokiem. Nie zdawali się wierzyć w powodzenie tego pomysłu.

Vox tylko częściowo uczestniczył w rozmowie. Większość uwagi poświęcał na obserwowanie opuszczających Stadion Nui mieszkańców. Prowadzili między sobą ożywione dyskusje, z ich głosów dało się wyłapać słowa pochlebiające decyzję Vrexa i Rady oraz krytykujące Toa. Wielu pokładało spore nadzieje w Nuvokah jako nowych strażnikach. Mało którzy byli sceptycznie nastawieni do planu Onu-Matoranina.

Wtedy jednak uwagę Voxa przykuło coś innego - Matoranin w pancerzu charakterystycznym dla pracowników jednej z fabryk Piątego Dyskrytku, niedawno przejętych przez Syndykat, który żywo rozmawiał o czymś z innymi w podobnych pancerzach.

- Dalej, chyba nie wierzycie w to, co mówił? - Voxowi udało się wyłapać jego słowa. - Bez Toa Vrex będzie mógł robić, co tylko zechce! Będziemy mieli jeszcze gorzej…

Jeden z jego towarzyszy wzruszył ramionami.

- Odpuść, Toro. Skoro większość tak chce, co mamy na to poradzić? - zapytał, a reszta pokiwała zgodnie głowami. Wszyscy wyglądali na równie zrezygnowanych.

Po chwili Matoranie zniknęli Toa Dźwięku z oczu. Vox jeszcze przez chwilę myślał nad posłyszaną rozmową, dopóki głos Hserga nie oprzytomnił:

- Vox? Co robimy?

- Nie wiem - odparł całkiem szczerze.

- Ale ja wiem - odezwała się niespodziewanie Arctica.

Wszyscy zwrócili ku niej swoje spojrzenia.

- Musimy pomówić z Turagą.

⁎⁎⁎

Siedziba Turagi Arkina mieściła się w Pierwszym Dystrykcie Artas Nui, parę przecznic od stadionu. Wciśnięta jakby na siłę między nowoczesne wieżowce budowla z kamienia zdawała się zupełnie nie pasować do reszty dzielnicy. Kunsztowne żłobienia w ścianach, wejście wyrzeźbione na kształt szlachetnej Kanohi Huny oraz miedziany, kopulisty dach, który już dawno zmienił swoją barwę na zieloną, gryzły się z czernią i szarością stali okolicznych budynków. Jednak w czasach, kiedy była stawiana, była jedną z najbardziej imponujących konstrukcji w mieście. Mówiło się, że znajdowała się ona niegdyś w centrum wyspy, lecz wraz z rozrostem metropolii przesunęło się ono, a w nowym centrum wybudowano Kopułę Artas Nui, w której najpierw mieściła się siedziba XONOX-u, potem Rady Artas Nui, a następnie Syndykatu.

Obecnie budynek pełnił rolę rezydencji Turagi oraz miejsca, do którego każdy mieszkaniec mógł przyjść zaczerpnąć rady od starca. Wielu nie uważało jednak Arkina za faktycznego władcę wyspy, ani jego rad za godnych wysłuchania, dlatego kiedy Toa i Galia poprosili o spotkanie, zostali natychmiast przyjęci.

Mieszczący się na piętrze gabinet Turagi był niewielkim pomieszczeniem. Archaiczny pokój, z archaicznymi regałami ustawionymi pod ścianami, zastawionymi archaicznymi bibelotami, archaiczny dywan, archaiczne biurko i archaiczny gospodarz, popijający herbatę z archaicznej filiżanki. Pośród starych przedmiotów zalegających na półkach, Vox zauważył niewielki posążek, przedstawiający Toa z Kanohi Huną na twarzy i ognistym mieczem w ręku. Domyślił się, że musiał to być Toa Arkin, jeden z Siedmiorga Założycieli, o których opowiadała mu kiedyś Hikira.

To przykre, że charyzmatyczny wojownik, który zjednoczył kiedyś osady handlarzy stacjonujących na osobnych wyspach w jedno wielkie miasto, skończył właśnie w taki sposób, przeszło mu przez myśl, kiedy spoglądnął z powrotem na starca.

Turaga wsłuchiwał się z nieodgadnionym wyrazem twarzy w słowa Arctici, siorbiąc napój. Jego matorański doradca, Kronikarz Rennihk, również jej się przysłuchiwał. Kobieta tłumaczyła, dlaczego wypędzenie Toa z wyspy było złym pomysłem, co wyniknie z powierzenia zadania obrony miasta jednej osobie, jakie zagrożenia mogą nastąpić w wyniku nieobecności Toa i dlaczego przy zawieraniu układów z Vrexem należało stosować zasadę ograniczonego zaufania - mocno ograniczonego. Wymieniła też zasługi Toa dla Artas Nui, lecz z powodu fałszowanej przez Syndykat historii, niewiele one teraz tak naprawdę znaczyły.

Hserg, Galia, ani tym bardziej Vox, nie zabrali jeszcze głosu w tej sprawie. Zresztą, Toa Dźwięku zgadzał się w pełni z tym, co mówiła jego przyjaciółka i uważał, że sam nie ubrałby tego lepiej w słowa. To zabawne, pomyślał. Oboje byli kiedyś samotnikami, stroniącymi od kontaktu z innymi i choć Vox teraz nadal miałby problemy z wygłoszeniem jakiejś przemowy, Arctica nabrała sporo wprawy dzięki posiedzeniom Rady. Stała się naprawdę dobrą mówczynią.

- …i właśnie dlatego nie powinnyśmy pozwalać Vrexowi na pozbycie się Toa z miasta - skończyła swój wywód kobieta. Turaga pokiwał pomału głową i upił kolejny łyk herbaty.

- Hm, tak nie może być… - powiedział.

Słysząc te słowa, Arctica otworzyła szerzej oczy z nadzieją, starzec zaraz jednak dodał:

- Ta herbata jest za mało słodka.

Toa Lodu wydęła usta, Hserg natomiast wywrócił oczami. Vox zerknął na przyjaciółkę. Wydawała się przybita.

Arkin skinął ręką na doradcę.

- Rennihk, mój drogi, bądź tak miły i przynieś nieco cukru.

- Tak jest, o czcigodny. - Matoranin w szarej Matatu ukłonił się i wyszedł z pomieszczenia.

Arctica odchrząknęła.

- Więc, uhm, Turago, czy słyszałeś, co przed chwilą powiedziałam? - zapytała.

- Ależ tak, oczywiście - zapewnił ją Arkin, kiwając głową, co równie dobrze mogło oznaczać coś zupełnie innego.

Kobieta wpatrywała się w niego z wyczekiwaniem.

- I…?

- Nie widzę powodu, żeby nie ufać Vrexowi - oznajmił Turaga. - Zdaje się, że wie, co robi. Nasza wyspa wiele mu zawdzięcza, nie zapomnijcie o tym. A te maszyny, które dzisiaj zaprezentował, świetnie się spisały podczas pożaru. - Zamyślił się. - Właściwie, to, nie da się ukryć, lepiej od was.

- Wybuch uszkodził ogromną część miasta - zaoponował Hserg. - Nie mogliśmy przecież pomóc wszystkim mieszkańcom!

Turaga przytaknął smutno.

- Właśnie… Nie mogliście.

- Ale to nie znaczy, że trzeba się nas od razu pozbywać! - Hserg podskoczył na krześle. Galia położyła dłoń na jego ramieniu, widząc, jak się denerwuje. - Jesteśmy tu potrzebni…

Arctica uspokoiła go gestem dłoni. Zwróciła się następnie do Turagi:

- To prawda, zawiedliśmy. Na całej linii. Ale to nie znaczy, że nie zależy nam na bezpieczeństwu i dobru mieszkańców…

- Mhm. - Arkin pokiwał głową. - Jednak wielu z was opuściło wyspę…

Toa Lodu spuściła wzrok. Musiała chwilę zastanowić się nad odpowiedzią. Vox nie dziwił jej się. Turaga mówił prawdę. Od czasu zakończenia wojny o Nowy Świat, sporo ich ubyło. Pierwsza wyspę opuściła Dalla, by razem z załogą „Chimery” podróżować do odległych krain. Oczywiście, nie mieli jej tego za złe - od zawsze była ciekawa świata, a podczas wyprawy wielokrotnie udowodniła, że zasłużyła sobie na to.

Po niej miasto opuścili jednak kolejni. Purrik wyruszył w podróż, spragniony nowych przygód - lub by spróbować powrócić do złodziejskiego fachu, tym razem z nowymi mocami Toa. Kaleva krótko po wojnie otworzył własny warsztat, lecz ten po pierwszej kontroli został zamknięty i mężczyzna odpłynął, szukając jakiegoś innego miejsca, w którym jego felerne wynalazki mogły cieszyć się większą popularnością. Kife otrzymała wiadomość od starego przyjaciela, który potrzebował jej pomocy na ich ojczystej wyspie, a Ragan… Cholera, Vox nie pamiętał nawet, dlaczego Ragan opuścił miasto. Nie powinno tak być, pomyślał. Byli przecież kiedyś bliskimi przyjaciółmi, teraz ich więzi tak bardzo się zatarły…

Każdy z tych Toa zawarł wcześniej z Auerieusem mentalne połączenie, by w razie nagłej potrzeby móc powrócić na Artas Nui. Toa Plazmy nie chciał jednak wysyłać sygnału, nawet mimo groźby ze strony Syndykatu. Wierzył, że wszystko da się załatwić posiedzeniami Rady.

Cóż, Vox sam chciał w to wierzyć.

W końcu, na wyspie pozostała tylko ich obecna tu trójka oraz Auerieus, ten jednak zajmował się ostatnimi laty wyłącznie polityką, nie brał udziału w walkach, a także Izaki, lecz on z kolei, choć początkowo stał po ich stronie, teraz był członkiem Khakkhary. Pozostawiało to tylko Voxa, Arcticę i Hserga do obrony wyspy. Toa Dźwięku nie dziwił się, że mieszkańcy nie ufali im już tak, jak kiedyś, nawet pomijając propagandę Syndykatu - jak inaczej mieli się czuć, kiedy dawni bohaterowie opuszczali ich na własnych oczach? A ci, którzy zostali, nie sprawdzali się najlepiej w wypełnianiu obowiązków?

Vox liczył, że da się to jeszcze naprawić. Zaldiar pewnie by tego chciał, ale Toa Dźwięku nie chodziło teraz o jego dawnego mentora - Vox sam nie chciał pozwolić na inny obrót spraw.

- To prawda - powiedziała Arctica. - Ale proszę się rozejrzeć, Turago. Widzisz, jakie skutki przynosi tak nikła ilość Toa na wyspie. Nie możecie jej zmniejszyć do zera.

- Hm… - mruknął starzec, zapatrzony w zawartość filiżanki. - A może właśnie tak trzeba?

Rennihk powrócił z cukiernicą. Arkin wsypał dwie łyżeczki cukru do herbaty i pomieszał. Mieszał bardzo długo. Wreszcie upił łyk i uśmiechnął się błogo. Toa i Xianka patrzeli na niego z niecierpliwością, Turaga najpierw zwrócił się jednak do doradcy:

- Tak, teraz lepiej… - Napił się jeszcze. - Co to za herbata?

- Jaśminowa, o czcigodny - oznajmił Rennihk. - Ovan przywiózł ją ze swojego półrocznego pobytu na wschodzie.

- Ovan?

- Matoranin, który u nas pracuje. Dałeś mu wolne.

- Ach, rzeczywiście. Dobry z niego chłopak. Niech następnym razem przywiezie więcej.

Arctica nachyliła się nad biurkiem.

- Halo? Turago? - Pomachała ręką. - Nasza rozmowa?

- Ach, tak, tak, w rzeczy samej. Cóż… - Starzec zaczerpnął kolejny łyk, wydając przy tym najdłuższe siorbnięcie do tej pory. Vox zastanawiał się, czy nie wytłumić całkowicie tego dźwięku. - Tak jak mówiłem, w pełni popieram decyzję Vrexa. Zresztą, dlaczego miałaby ona wynikać z jakichś złych zamiarów? Dobrze mu z oczu patrzy.

Goście Arkina spojrzeli po sobie.

- Turago - Toa Lodu zwróciła się do głowy Artas Nui, mówiąc wyraźnie każde słowo, tak, żeby starzec na pewno zrozumiał: - On stoi za wojną, która wybuchła tu ponad dwadzieścia lat temu.

Nim Arkin zdążył odpowiedzieć, odezwał się Rennihk:

- Pozwólcie, że się wtrącę. Czy to nie tak, że to jeden z was tak naprawdę ja wywołał? Dawny bohater Artas Nui, którego armia próbowała zniewolić wszechświat? Skoro Vrexowi nie można ufać, to co z wami? Proszę mieć to na uwadze, o czcigodny - tu zwrócił się do Turagi. Ten pokiwał wolno głową.

Vox zmrużył oczy. Choć Turaga sprawował oficjalnie urząd głowy miasta, to Rennihk tak naprawdę kierował nim, jak marionetką. Był niepozorny, lecz nie należało go lekceważyć. Mówiono, że nim został Kronikarzem Artas Nui, pełnił kiedyś funkcję Kronikarza drużyny Toa Arkina. Był więc równie stary, co sam Turaga - lecz w przeciwieństwie do niego, zdawał się nie stracić resztek zdrowego rozsądku. I tak, jak Arkin wyraźnie był zmanipulowany przez Syndykat, tak Rennihk w pełni świadomie popierał decyzje organizacji. Arctica wielokrotnie opowiadała Voxowi, jak Ko-Matoranin przekonuje Turagę do przystania na warunki Vrexa podczas posiedzeń.

- To nie tak - powiedział Toa Dźwięku, ku zaskoczeniu Arctici i samego Rennihka. - Nie możecie oceniać wszystkich Toa przez pryzmat jednego, który dopuścił się zbrodni. Vrex za to był wyraźnie jednym z inicjatorów wojny. Był nim w pełni świadomie.

- Był jedną z jej ofiar, nie inicjatorów - zaoponował Rennihk. - Bezpodstawnie zaatakowanym przez was, pozwolę sobie dodać.

Vox zacisnął pięści. Arctica, Hserg i Galia spoglądali na niego z lekkim niepokojem. Zwłaszcza Toa Lodu bała się wzniecenia kłótni, choć sama najchętniej pewnie dawno już by to zrobiła.

- Dobrze wiesz, że to nieprawda, Kronikarzu.

- Nie ma na to dowodów, oprócz waszych słów, Toa. - Oczy Matoranina również zwęziły się w szparki. - Ale kto wam uwierzy?

Czując narastającą atmosferę, Turaga machnął ręką.

- No już, już, spokojnie - powiedział. - Posłuchajcie. To nie tak, że nie darzę was zaufaniem. Ta tutaj Aritika na przykład bardzo mądrze mówi.

- Arctica - poprawiła go kobieta.

- Co?

- Mam na imię Arctica.

- Tak, przecież mówię. W każdym razie - ciągnął dalej. - To moi ludzie stracili do was zaufanie. A w mojej pracy chodzi o to, żeby robić to, czego chcą ludzie, żeby byli szczęśliwi. Zresztą… czy przypadkiem o to samo nie chodzi w byciu Toa? Nie znam się za bardzo na tym…

Toa Lodu i pozostali wymienili spojrzenia.

- Ale przecież… - zauważyła Galia. - Sam byłeś kiedyś Toa.

- Och…? Ach, faktycznie… Cóż…

- Turadze chodzi o to - uciął Rennihk - że musi słuchać się ludu, a lud popiera decyzję Vrexa. Wy, Toa, również powinniście się z nią pogodzić.

Arctica otworzyła usta, żeby zaprotestować, Matoranin nie dał jej jednak dojść do głosu:

- Sądzę, że zmarnowaliście już wystarczająco dużo czasu Turagi. Chyba najwyższa pora uznać spotkanie za skończone.

Wszyscy popatrzeli na Arkina, ten jednak nie protestował. Vox następnie zerknął na Arcticę. Toa Dźwięku i pozostała dwójka jego towarzyszy, mimo iż pewnie równie niezadowolona z tego obrotu spraw, co on sam, postanowiła, że ostateczna decyzja należy do niej. To ona z nich wszystkich grała pierwsze skrzypce podczas tego spotkania.

I, tak jak oni, uznała, że nie da się tu już nic wskórać.

- Niech i tak będzie.

Goście wymienili z Turagą krótkie pożegnania i udali się schodami na dół, po czym wyszli z budynku. Dopiero znalazłszy się na ulicy, mogli dać upust emocjom. Nie chcieli tego robić przy Arkinie, choćby tylko ze względu na jego tytuł. Przystanęli na chwilę na jednym z rozciągniętych ponad ulicą mostów, by to wszystko omówić.

- Wiedziałem, że tak to się potoczy - powiedział Hserg. - Syndykat owinął sobie staruszka wokół palca. Turaga tańczy tak, jak Vrex mu zagra. A gra strasznie nieczysto.

- I będzie grać, dopóki jest przy władzy - mruknęła Arctica, zakładając ramiona na piersi.

- Co więc proponujesz? Bo chyba nie zamierzamy się zgodzić na to wygnanie, co nie? - Toa Ognia popatrzył po towarzyszach. - Nie…?

Galia podeszła do mostowej barierki i oparła się o nią skrzyżowanymi rękoma, spoglądając na rozpościerającą się w dole ulicę. Zaczynało się robić późno i rozświetlające miasto światło dnia zaczęło pomału przybierać pomarańczowy odcień.

- Skoro niewłaściwe osoby są u władzy - powiedziała, a wiatr zadął w jej twarz, potrząsając splotem z tyłu głowy - może należy je obalić. Na Quentris zadziałało - dodała, ale bez przekonania.

Vox stanowczo zaprzeczył.

- Nie możemy tego zrobić. Tego właśnie chce Vrex. - Popatrzył uważnie na towarzyszy. - Nadszarpnął zaufanie mieszkańców do nas. Jeśli go zaatakujemy i spróbujemy obalić, tylko udowodni, że naprawdę jesteśmy tymi, na kogo on nas kreuje.

- No to w takim razie co mamy robić? - zapytał zniecierpliwiony Toa Ognia.

Mężczyzna w Hau zmrużył oczy. Zbyt wielu Toa było właśnie takich, jak mówił o nich Vrex. Zbyt wielu obracało się przeciwko wartościom, którym to przecież powinni służyć. Vox walczył już z trzema takimi. Sam niemal się takim stał. Tak dłużej nie mogło jednak być. Jeśli chcieli coś zmienić, musieli zacząć od siebie.

- Musimy przekonać do siebie mieszkańców - powiedział. - Pokażmy im, jacy jesteśmy naprawdę. Że naprawdę nam na nich zależy. Musi być jakaś grupa, która jest uciskana przez Syndykat i która nie łyka tych kłamstw. To duże miasto. - Powiódł dłonią po panoramie. - Pokażmy, że jesteśmy jak ci Toa z legend.

- Śmiali, waleczni i przystojni? - Hserg uniósł brew.

Vox wykrzywił usta.

- Bardziej chodziło mi o broniących uciśnionych i pomagających potrzebującym. Ale przystojni też mogą być, tak.

- No dobrze - odezwała się Galia. - Tylko, że Vrex już lepiej pokazał, że zależy mu na mieszkańcach. Nuvokah ocaliły całe miasto przed pożarem. To ciężko będzie przebić.

Na twarzy Toa Dźwięku, po chwili rozmyślania, pojawił się tajemniczy uśmiech.

- Więc obnażymy przed nimi jego prawdziwe oblicze.

Tym razem u Hserga podniosły się obie brwi.

- Myślisz, że nam na to pozwoli?

- Wątpię - odparł Vox. Wiedział jednak, że i tak nie mieli nic do stracenia. - Ale nie zaszkodzi spróbować. Co ty na to, Arctica?

Odwrócił się ku Toa Lodu, tylko po to, żeby ze zdumieniem odkryć, że nigdzie jej nie ma. Zamrugał, zaskoczony. Popatrzył z powrotem na Hserga i Galię, równie skonfundowanych, co on. Żadne z nich nie widziało, kiedy kobieta zniknęła.

Vox rozejrzał się po okolicy.

- Arctica…?

Rozdział 5[]

Bestia biegła ku Adenowi dużo szybciej niż wydawało się, że potrafiła. Aden jednak był na to gotowy i w porę wystawił przed siebie włócznię. Grot przebił się przez czarny pancerz na piersi potwora i dalej, głębiej, przez jego wnętrzności, spowalniając go i ostatecznie zatrzymując, nim jego szpony i zęby zdołały rozszarpać zielonego wojownika. Aden napiął mięśnie i uniósł broń do góry, przerzucając monstrum nad sobą. Truchło bestii gruchnęło o ziemię.

Aden zakręcił włócznią i obrócił się, lustrując spojrzeniem pole bitwy. Niebo było czarne jak obsydian, ale równinę rozjarzał szkarłat. Pośród dziesiątek żołnierzy Zakonu oraz Karatusów, mężczyzna dostrzegł nieopodal Orloga, szarżującego na trójkę biegnących ku niemu jedna za drugą bestii Legionu. Barczysty bojownik w rogatym hełmie zamachnął się w biegu toporem, a uwolniona z broni fala jasnej energii przebiła się przez każdego z potworów. Ich szczątki runęły bezwładnie na piasek, a Orlog pobiegł dalej, nie zatrzymując się ani na chwilę.

Zielony wojownik usłyszał z boku wrogi ryk. Odwrócił się i ujrzał kolejne trio bestii szarżujące na niego i wymachujące szponiastymi rękoma, jakby odpychały od siebie wodę podczas pływania. Jakaś część we wnętrzu Adena nie chciała ich zabijać, widząc wciąż w potworach jego braci i siostry, którymi niegdyś były. Lecz Aden wiedział, że tamci umarli już dawno, a ich puste powłoki były teraz tylko narzędziami Kabriusa. I, na Stwórczynię, musiał je powstrzymać.

Zablokował cios drzewcem włóczni, gdy pierwsza z bestii do niego dopadła, po czym odepchnął ją od siebie kopnięciem. Błyskawicznie obrócił broń, tnąc grotem przez pierś pierwszego monstrum i drugiego, które doskoczyło zaraz z boku. Trzeci przeciwnik dopadł do niego z drugiej strony, lecz kopniak w brzuch spowolnił jego atak, a wtedy Aden gruchnął tyłem włóczni w jego dolną szczękę. Bestia zatoczyła się do tyłu, pozwalając mężczyźnie momentalnie obrócić broń i przebić się przez środek jego ciała. Wojownik szybkim ruchem wyszarpnął włócznię z piersi stwora. Rozjarzona, przypominająca lawę substancja wystrzeliła z nowo powstałej rany, uchodząc z ciała bestii wraz z życiem.

Kolejne pół tuzina już ku niemu nadciągało. Były jeszcze daleko, ale Aden musiał działać szybko, jeśli nie chciał, by bitwa zakończyła się dla niego w tym momencie. Wiedział też, że z szóstką bestii sam w walce wręcz sobie nie poradzi. Musiał znaleźć inny sposób.

Sięgnął do sakwy po Thornaxa i cisnął nim w stronę monstrów. Pocisk uderzył o piasek tuż przed bestiami, a wtem Aden wyprostował rękę i wystrzelił z rozpostartej dłoni błyskawicę, trafiając w owoc. Eksplozja rozerwała ziemię pod stopami potworów, a same bestie odleciały na boki, boleśnie skomląc.

Wybuch na krótki moment zamroczył Adena. Wojownik w ostatniej chwili zauważył bestię Legionu atakującą go od tyłu. Wystawił włócznię w poprzek i zablokował cios, lecz potwór zdołał powalić go na ziemię swoją siłą. Teraz jego broń była jedynym, co oddzielało Adena od kłapiących zębów czerwonookiej istoty.

Jęknął. Zaczynało brakować mu sił.

Nagle stało się coś niespodziewanego. Monstrum rozszerzyło ślepia ze zdumienia i zamarło, kiedy wzdłuż jego cielska pojawiła się biegnąca przez sam środek jaskrawozielona linia. Po chwili magmowe wnętrze istoty rozszczepiło się z plaskiem i połowy bestii zwaliły się na ziemię po bokach Adena. Mężczyzna uniósł głowę i zobaczył stojącą przed nim Saniis. Ostrza jej tonf wciąż jarzyły się na zielono po zadanym ciosie.

Kobieta schowała jedną broń na plecy i wyciągnęła ku Adenowi rękę.

- Nie zostawaj w tyle, Iskierko - powiedziała, uśmiechając się.

Aden odwzajemnił uśmiech. Chwycił dłoń siostry, a ta pomogła mu wstać.

- Dzięki, Saniis.

- Naprawdę nie zostawaj w tyle. Neronus potrzebuje nas na linii frontu. - Wojowniczka wskazała na widoczne w dali górskie szczyty, przypominające sięgające ku niebu szpony. - Legion gromadzi się u podnóży Czarnych Szczytów. Musimy ruszać - dodała i nie czekając na odpowiedź, puściła się biegiem we wskazanym kierunku.

Aden przez moment obserwował, jak jego siostra się oddala. Kiedy drogę zastąpiły jej bestie Kabriusa, bez chwili wahania, z gracją, odbiła się od ziemi, a jej tonfy zaświeciły na zielono, kiedy robiła piruet w powietrzu. W następnej sekundzie wylądowała gładko na piasku za monstrami, a te rozpadły się na kawałki. Saniis pobiegła dalej.

Aden uśmiechnął się, poprawiając uchwyt włóczni.

Nie zamierzał zostawać w tyle.

Ruszył biegiem za siostrą, lecz wtem uświadomił sobie, że stoi w miejscu. Świat wokół niego zaczął się rozmazywać, a uszy wypełnił szum. Po chwili szkarłat i czerń ustąpiły miejsca chłodnej bieli, a sam Aden, zamiast włóczni, ściskał teraz w dłoniach tonfy należące do Saniis. Odetchnął głęboko.

Znów znajdował się w swoim pokoju w kwaterze Vrexa.

Echo powróciło.

Adenie, zbudź się.

Zmierzył wzrokiem stojącego naprzeciw niego robota ćwiczebnego. Metalowa kukła tkwiła w bezruchu, czekając na jego kolejny cios. Odkąd tylko jego stan poprawił się na tyle, by mógł walczyć, Aden ćwiczył posługiwanie się bronią Saniis - jedynym, co według słów Vrexa po niej pozostało. Szło mu to średnio. Nie wiedział, czy to kwestia nieprzyzwyczajenia do tego typu broni, czy nieprzyzwyczajenia do życia ogółem po wypadku. Mężczyzna twierdził jednak, że trenując nimi, uhonoruje zmarłą siostrę. Przynajmniej dopóki nie odzyska wspomnień i nie rozwikła tajemnicy swojego wypadku, śmierci Saniis oraz głosu w jego głowie i nie będzie wiedział, co konkretnie powinien zrobić.

Jeszcze raz otaksował spojrzeniem maszynę, od stóp do głów. Choć była całkowicie nieruchoma, a to, co robiło za jej twarz, pozbawione czegokolwiek, co mogłoby posłużyć do okazywania emocji, Aden odniósł wrażenie, jakby rzucała mu wyzwanie. Przymknął oczy. Teraz, obok tajemniczego głosu nieznanej postaci, usłyszał w umyśle Saniis.

Nie zostawaj w tyle, Iskierko.

Przelał swoją moc w tonfy, po czym, tak, jak siostra w jego wizji, odbił się od ziemi i z gracją zawirował ponad mechanicznym przeciwnikiem. Kiedy wylądował na podłodze z ugiętymi kolanami za jej plecami, maszyna rozleciała się na części.

- Widzę, że czujesz się coraz lepiej - dobiegł go męski głos. To Vrex.

Aden odwrócił głowę, spoglądając na wchodzącego do pomieszczenia tytana. Chociaż nie, Vrex był w rzeczywistości drobną istotą, to zbroja, w której został uwięziony, nadawała mu takiego wyglądu. Mężczyzna postąpił kilka kroków, przechodząc obok skwierczących szczątek robota ćwiczebnego i obrzucając je spojrzeniem.

- Wygląda na to, że opanowałeś już posługiwanie się bronią twojej siostry.

- Kiedy będę mógł się zmierzyć z Toa? - zapytał Aden, prostując się.

- Hm?

Wojownik w zielono-czarnej zbroi podszedł do niego.

- Toa. Mówiłeś, że zabili Saniis. Chcę się od nich dowiedzieć, dlaczego.

- Cierpliwości, mój przyjacielu. Na razie musisz odpoczywać - odparł Vrex i spokojnym krokiem podszedł do okna, kontynuując: - Ale nie martw się, Toa dostaną nauczkę za swoje zbrodnie. Mój plan na razie przebiega bez przeszkód, a ich upadek będzie jego zwieńczeniem.

Aden również podszedł do okna, wpatrując się w miasto. Zdawało mu się, że znów słyszy krzyki, tak jak wtedy, kiedy zobaczył płomienie.

- Więc do czego jestem ci potrzebny?

Vrex nie odpowiedział od razu, jakby rozważnie dobierał w głowie słowa.

- Co masz na myśli?

- Musi być jakiś powód, dla którego mnie tu trzymasz i opiekujesz się mną - odrzekł Aden. - Prawda?

Pod hełmem Matoranina pojawił się uśmiech.

- Mój drogi, robię to tylko i wyłącznie z czystej dobroci serca. Ale… - powiedział Vrex. - Masz rację, mógłbyś mi się faktycznie do czegoś przydać. Widzisz, lata temu, zwrócił się do mnie pewien mężczyzna, z poleceniem powołania do życia armii, która wyzwoliłaby ten świat od Toa i im podobnych…

Aden pokiwał głową, wsłuchując się w słowa towarzysza. Zastanawiał się, czy te nowe maszyny, o których wcześniej mu mówił, są z tym jakoś powiązane.

- Wtedy przegraliśmy, lecz teraz, dzięki Nuvokah, ma szansę się nam to udać. A ty - mówiąc to, Vrex popatrzył na Adena - masz w sobie ukryty potencjał. Razem możemy go wykrzesać. Wspólnie pozbędziemy się Toa… o ile, rzecz jasna, zechcesz się przyłączyć.

Aden zmarszczył czoło. Nie powinien mieć powodów, by nie przystać na tę propozycję, zwłaszcza, że zawdzięczał Vrexowi tak wiele. Z drugiej jednak strony… krzyki, które słyszał… wybuch, który zniszczył miasto… i to dziwne przeczucie, że Matoranin wie więcej, niż mówi, wszystko to sprawiło, że Aden nie był pewien co do swojej odpowiedzi.

- Ja… nie wiem…

- Pomyśl, czego chciałaby od ciebie twoja siostra.

Oczywiście, że myślał o tym, czego chciałaby od niego Saniis. Myślał o tym w każdej chwili, odkąd dowiedział się o jej śmierci.

- Ja…

Nagle z urządzenia przy hełmie Vrexa wydobył się głos Sockette:

- Panie Vrex, Toa Arctica się zjawiła. Żąda, aby pan się z nią spotkał.

Vrex poruszył się na dźwięk tych słów, w zupełnie inny, niż dobrze znany Adenowi spokojny, opanowany sposób.

- Co takiego? Toa? Hmm, cóż, dobrze, wpuść ją - odparł służącej po chwili zwlekania. - Będę na nią czekał w gabinecie.

Natychmiast zmierzył do drzwi. Aden ruszył za nim.

- Toa? Powiedziała „Toa”? - odezwał się. - Czy to jedna z tych, którzy zabili Saniis?

Vrex zatrzymał się tuż przed drzwiami. Stał teraz odwrócony plecami do Adena. Nie odpowiedział.

- Pozwól mi się z nią zmierzyć - rzucił gwałtownie zielono-czarny wojownik.

- Spokojnie, przyjacielu - odparł mu Vrex przez ramię. - Wiem, co czujesz, ale to zbyt ryzykowne. Nadal nie odzyskałeś pełni sił. Zostań tu i odpoczywaj, sam zajmę się tą Toa.

- Ale…

- Zostań tu, Adenie - uciął Matoranin i zniknął, kiedy białe drzwi zasunęły się za nim. Aden wpatrywał się w swoje odbicie w gładkiej powierzchni.

Wypuścił głośno powietrze i zaczął chodzić w kółko szybkim krokiem po sali. Krew huczała w jego skroniach od zdenerwowania. Najprawdopodobniej Vrex miał rację - mógł nie być gotowy, by stawić czoło Toa, zwłaszcza, jeśli faktycznie byli tak niebezpieczni i groźni, jak mówił o nich Matoranin. Ale, nawet jeśli nie wygra z przybyszką, może przynajmniej dowie się, dlaczego zabili jego siostrę… Miał wreszcie szansę poznać tajemnice, które ukrywał przed nim Vrex i być może jego wspomnienia w końcu do niego powrócą…

Przypomniał sobie, co powiedziała mu wtedy Saniis. Nie. Nie zamierzał zostawać w tyle.

Podszedł do drzwi i nacisnął przycisk na konsolecie. Nie otworzyły się. Mógł się tego spodziewać.

Zbudź się, Adenie. Zbudź się…

Jego tonfy zajarzyły się na zielono. Po chwili drzwi przestały być dla niego przeszkodą.

⁎⁎⁎

Arctica była wściekła.

Po części na Vrexa, za to, jak ich upokorzył i próbował pozbyć się z wyspy. Po części na Turagę Arkina, za to, że ślepo wierzył w słuszność decyzji Vrexa i nie próbował ich w ogóle kwestionować. Ale w głównej mierze była wściekła na samą siebie, za to, że razem z pozostałymi Toa pozwolili na taki obrót spraw.

Po zakończeniu wojny z Armią Nowego Świata mieli szansę zaprowadzić na Artas Nui nowy porządek. Zamierzali wyciągnąć wnioski z popełnionych w przeszłości błędów przy tworzeniu nowej Rady Artas Nui. Niegdyś, przed wojną, na wyspie działała już Rada, była jednak wówczas jedynie zbiorowiskiem popleczników Vrexa, niczym więcej. Tworząc nową, zadbano, by zasiedli w niej przedstawiciele wszystkich największych frakcji na wyspie, tak, aby wspólnie mogli zadecydować o tym, co najlepsze dla ogółu mieszkańców.

Tylko… jakie to miało znaczenie, skoro wszyscy członkowie Rady byli tak samo manipulowani przez Syndykat?

Korytarz kwatery Vrexa, którym szła teraz Arctica, był zimny i pusty. Kobieta miała już okazję przemierzać takie, jak ten - po wojnie, jeszcze przed powrotem Onu-Matoranina, budynek ten pełnił rolę siedziby Rady. Również przed wojną, kiedy próbowali nie dopuścić do jej wybuchu, Arctica miała okazję stoczyć w takich korytarzach walkę z ludźmi Vrexa.

Nadal tak samo ich nie lubiła.

Największym problemem było to, że w trakcie wojny lwia część mieszkańców została pochwycona przez drony i umieszczona w tubach zastoju, gdzie stopniowo wymazywano im pamięć. Artas Nui pod tym względem oberwało najmocniej. Na innych wyspach straty były znacznie mniejsze, nigdzie tylu mieszkańców nie zostało umieszczonych w tubach ani zabitych, co właśnie tu - zapewne właśnie z powodu niepowodzenia na innych lądach, Nero był zmuszony w końcu sięgnąć po Wszechkryształ.

Samo Nieugięte Miasto padło jednak błyskawicznie, pozwalając dronom pojmać jak najwięcej tutejszej ludności i wymazać im wspomnienia. Oczywiście, mieszkańcy nie utracili ich w pełni - proces wymazywania był długi i wymagał wielu lat, by uśpione istoty w końcu osiągnęły stan, jaki chciał Nero. Mimo wszystko, utracili sporo wspomnień najświeższych wydarzeń, wielu z nich nie wiedziało kto i dlaczego wywołał wojnę. Sprawiło to, że sympatycy Armii, którzy potrafili odnaleźć się w nowym świecie po jej upadku, mogli łatwo nimi manipulować i zaszczepić w ich umysłach najbardziej wygodną dla nich wersję wydarzeń, czego skutki Toa odczuwali po dziś dzień.

Rzeczywiście zawiedli, pozwalając, by do tego doszło.

Z tym że Arctica miała nadzieję, że można było jeszcze wszystko naprawić.

Sądziła, że uda jej się coś wskórać w rozmowie z Turagą. Teraz jednak wiedziała, że była to tylko strata czasu. Powinna była od razu skonfrontować się ze źródłem problemu - z Vrexem.

Nie mówiła o tym Voxowi i pozostałym. Wiedziała, że nigdy by się na to nie zgodzili, zwłaszcza Vox, w trosce o jej bezpieczeństwo. Może i słusznie. Lecz Arctica się nie obawiała. Była w Radzie Artas Nui i gdyby mieszkańcy dowiedzieli się, że Vrex skrzywdził jej członka, wszystko, co do tej pory stworzył wokół siebie Matoranin, mogłoby zostać zniszczone. Vrex był bezwzględny, tak, lecz zawsze używał słów do pokonania swoich rywali. Uciekanie się do przemocy było dla takich jak on oznaką słabości.

Kiedy zamykały się za nią drzwi do windy, na dobrą sprawę nie miała żadnego planu, co powiedzieć Vrexowi. Liczyła, że uda jej się przemówić mu do rozsądku. W gruncie rzeczy, nie chodziło tu o nią i jej przyjaciół - oni jakoś daliby radę ułożyć sobie życie po wygnaniu z Artas Nui - a o bezpieczeństwo mieszkańców. Vrexowi przede wszystkim zależało na władzy, ale jeśli straci wyspę, nie będzie miał czym władać.

Pozbywając się Toa z miasta i powierzając jego obronę wyłącznie Nuvokah, Vrex mocno ją osłabiał, narażając na atak kogoś z zewnątrz. Roboty mogły okazać się nie tak skutecznie w walce z najeźdźcami, jak Toa. Był w końcu powód, dla którego drony nie podołały swojemu zadaniu - i choć Arctica nie wątpiła w geniusz Phorena, który zaprojektował Nuvokah, to nie sądziła, że okażą się lepszymi strażnikami Artas Nui od Toa. Tak, mogły stanowić ogromną pomoc w obronie wyspy. Ale czy faktycznie mogły ich zastąpić?

W końcu kobieta dotarła na najwyższe piętro Wieży Centralnej Kopuły Artas Nui. Mechaniczna służka Vrexa, Sockette - swoją drogą podejrzanie podobna do Lockette - przekazała jej wiadomość, że lider Syndykatu zgodził się na spotkanie z nią, ale nie było go teraz w gabinecie, więc musiała chwilę poczekać.

Te kilka minut były dla Arctici jednym z najdłuższych okresów oczekiwań w całym jej życiu. Wreszcie Sockette powiedziała jej, że może wejść. Toa Lodu wzięła głęboki wdech, kiedy lśniące drzwi rozsunęły się przed nią. Wkroczyła do gabinetu.

- Vrex.

Siedział tam, przy swoim biurku, opierając dłonie na granitowym blacie, bacznym wzrokiem obserwując przybyszkę. Zamknięty w swej zbroi, przypominał potwora, którym w istocie był. Po tym, jak lata temu wskutek oberwania żywiołowym atakiem połączonych mocy Toa został scalony ze swoją zbroją, nie mógł już dłużej ukrywać swojej prawdziwej natury. Szkoda, że nie wpłynęło to prawie wcale na postrzeganie go przez mieszkańców Artas Nui, przeszło kobiecie przez myśl.

- Witaj, Toa Arctico. Napijesz się czegoś? Wody? - odezwał się typowym dla siebie tonem, ani wrogim, ani uprzejmym. Po krótkiej chwili dodał: - Zimnej?

Wojowniczka podeszła do niego, zatrzymując się tuż przy biurku.

- Vrex, co to wszystko ma znaczyć?

Jedna brew Matoranina powędrowała w górę.

- Och?

- Zwołałeś posiedzenie Rady, na którym decydowano o tym, co stanie się z Toa - powiedziała Arctica. - Bez Auerieusa i mnie.

- Decyzja zebranych była jednogłośna - odrzekł spokojnie Vrex. - Nawet jeśli bylibyście obecni, nie zmieniłoby to wyniku głosowania.

- Nie dałeś nam nawet szansy się bronić. - Głos Toa był chłodny i ostry jak sopel lodu. - To nie w porządku.

- Czy nie lepiej byłoby pomówić o tym z Turagą Arkinem?

- Już rozmawialiśmy z Turagą. - Arctica nachyliła się nad biurkiem, kładąc dłonie na krawędzi blatu. Zmrużyła oczy. - Niczego nie zmieni. Ale ty możesz. I mam zamiar sprawić, że zmienisz.

Lider Syndykatu odchylił się do tyłu w fotelu.

- Moim priorytetem jest dbanie o dobro tej wyspy, Toa Arctico. A wy, niestety, nie wywiązujecie się dobrze ze swoich zadań. Wczorajsza katastrofa tylko to udowodniła i pokazała, jak bardzo bezradni jesteście w obliczu prawdziwego zagrożenia. Moje maszyny się spisały, lecz wy nie. Przez to ludzie was tutaj nie chcą… a ja, wbrew temu, co ty i twoi kompani możecie sądzić, słucham moich ludzi.

Arctica zwinęła palce w pięści. Jej mięśnie napięły się z nerwów. Nie mogła znieść słuchania, jak Vrex z taką lekkością w głosie po raz kolejny mówi kłamstwa. Najchętniej dobyłaby Mroźnego Ostrza i zakończyła to wszystko tu i teraz, jednym szybkim cięciem. Wiedziała, że nie może tego zrobić. Była ponad to. Uciekanie się do przemocy było oznaką słabości, a ją stać było na więcej. Poza tym, czuła na swoich plecach chłodny wzrok kamery. Jeśli tylko podniosłaby choćby rękę na Vrexa, całe Artas Nui by się o tym dowiedziało. A lider Syndykatu udowodniłby, że wszystko, co mówił o Toa, było prawdą.

Wypuściła głośno powietrze. Czekała ją długa rozmowa.

- Chyba jednak poproszę o tę wodę.

⁎⁎⁎

Myśli przelatywały przez umysł Adena. Tysiące emocji buzowało w jego ciele. A w głowie cały czas rozbrzmiewał ten sam głos.

Zbudź się, Adenie.

Jego tonfy wciąż jarzyły się światłem, zostawiając po sobie zieloną smugę. Idąc spowitym półmrokiem korytarzem, Aden mijał stojące pod ścianami rzędy Nuvokah. Te maszyny różniły się od tej, którą zaprezentował Vrex mieszkańcom na Stadionie Nui - lewa ręka każdej z nich zastąpiona była przez masywne, wielolufowe działo. Roboty tkwiły w miejscu, bacznie obserwując swoimi fotoreceptorami Adena, zmierzającego w stronę windy.

Adenie, zbudź się. Zbudź się…

Vrex mówił, że Toa zabili jego siostrę. Nie wiedział, jak zareaguje, kiedy zmierzy się z tą, która tu przybyła. Jeśli rzeczywiście była jedną z Toa, którzy zabili Saniis… Aden musiał dowiedzieć się, dlaczego. I, jeśli to koniecznie, pomścić siostrę. Saniis była jedyną osobą, którą znał w tym obcym świecie. A oni ją zgładzili…

Jego umysł spowijał mrok. Za każdym razem, kiedy szukał w nim wspomnień, jakiejkolwiek odpowiedzi, która powiedziałaby mu, dlaczego jego siostrę spotkał taki los, nie znajdywał nic w cieniach. Nie słyszał nic, poza echem.

Zbudź się. Musisz się zbudzić, Adenie…

- Zamilcz! - krzyknął, choć wiedział, że i tak nie powstrzyma to głosu przed błądzeniem w jego głowie.

Odetchnął głęboko, wchodząc do windy. Nuvokah ostatni raz rzuciły na niego spojrzenie swoich martwych oczu, nim drzwi się za nim zasunęły i pomknął do góry.

⁎⁎⁎

Arctica zawiesiła wzrok na zawartości szklanki, nieruchomej tak jak ona. Vrex wpatrywał się w Toa z wyczekiwaniem. Kobieta wiedziała, że musi rozważnie dobierać słowa. Vrex był dobrym słuchaczem. Każde jej drobne potknięcie mogło zaważyć o losach jej i jej pobratymców na tej wyspie. Jeśli istniał jakiś cień szansy, że Vrex odwoła swoje plany wygnania Toa z miasta, Arctica nie mogła sobie pozwolić na żaden błąd.

- Więc? - zapytał Onu-Matoranin.

Kobieta upiła łyk wody. Zdawało jej się, że chłodny napój spływa w dół jej przełyku przez całą wieczność, nim wreszcie zebrała się na słowa:

- To prawda, że ostatnio nie wywiązujemy się najlepiej z naszych obowiązków. Jest nas zwyczajnie za mało, by skutecznie dbać o dobro mieszkańców i wcale nie dziwię im się, że darzą nas coraz mniejszym zaufaniem. Sama bym tak robiła, gdybym widziała, jak ci, którzy zobowiązali się mnie chronić, opuszczają wyspę.

Przyznała się do winy, chcąc pokazać Vrexowi, że dostrzega swoje błędy. Miała nadzieję, że podniesie ją to w jego oczach. Nie zamierzała ślepo zaprzeczać wymierzonym w nią i pozostałych Toa zarzutom. Z wieloma się zgadzała, choć bardzo by chciała, by było inaczej.

Twarz Matoranina, skryta za wizjerem, nie zdradzała żadnych emocji. Arctica wiedziała, że Vrex cierpliwie czeka na kolejne słowa kobiety, by móc je skontrować.

- Ale - mówiła dalej - nie zapominaj, ile dobrego zrobiliśmy dla tej wyspy. Jestem na Artas Nui niemal tak długo jak ty, Vrex, widziałam to wszystko. To prawda, że większość mieszkańców nie pamięta, co działo się przed wojną. Ale w trakcie wojny to my ich broniliśmy, a gdy się zakończyła, pomagaliśmy stworzyć nową radę, by sprawowała pieczę nad miastem.

Poczuła, jak coraz mocniej zaciska palce na szklance, więc odstawiła ją na blat, by uchronić szkło przed ewentualnym pęknięciem.

- I nawet potem, kiedy większość Toa odeszła, Auerieus, Hserg, Vox i ja staraliśmy się pomagać, na ile tylko potrafiliśmy - ciągnęła. - Może nie wychodziło nam to najlepiej. Ale uważam, że zrobiliśmy dość dużo, by zasłużyć na drugą szansę.

- Moim zadaniem jest zapewnianie ludziom tego miasta bezpieczeństwa, Toa Arctico - odrzekł Vrex. - Nie dawanie wam drugich szans.

- Ale nie możesz przekreślić wszystkiego tego, co zrobiliśmy - powiedziała kobieta.

Vrex odchylił się lekko na krześle, przyjmując bardziej nieformalną pozycję, jakby traktował rozmowę z gościem jak luźną pogawędkę o pogodzie.

- Ja nie - odparł - ale mieszkańcy tak.

- Pokażemy im, że nam na nich zależy - zadeklarowała Arctica. - Udowodnimy, że…

- Jak udowodnicie? - przerwał jej mężczyzna. - Czego potrzeba, byście w końcu zaczęli należycie wykonywać swoją powinność, Toa? Ma dojść do kolejnych eksplozji? Miasto ma nawiedzić Smok Kanohi? Albo wielka powódź, którą jakimś sposobem tylko wy będziecie w stanie powstrzymać?

Toa Lodu zacisnęła usta.

- Mieliście już mnóstwo okazji, by się wykazać - rzekł Matoranin. - Smutna prawda jest taka, że ich nie wykorzystaliście. Przez to wiara mieszkańców w Toa… - zawiesił na moment głos. - Umarła. Została zabita. Przez was.

Arctica westchnęła. Chciała temu zaprzeczyć, ale… Vrex miał rację. Rzeczywiście tak się stało.

- Tak, to prawda. Zabiliśmy ją. Ja również jestem temu współwinna. Ale to nie znaczy, że wszystko stracone.

- Oczywiście, że nie. Artas Nui nadal ma szansę świetnie prosperować. Dzięki Nuvokah może się to udać.

- Nie, Vrex. - Kobieta pokręciła głową. - Nuvokah mogą być strażnikami wyspy razem z Toa. Ale nie mogą nas zastąpić.

Matoranin wydał z siebie krótki, cichy pomruk.

- Och? A to dlaczego?

- Mówisz, że chcesz zapewnić bezpieczeństwo ludowi Artas Nui. Ale zostawiając tylko Nuvokah do obrony, jeszcze bardziej narazisz miasto.

- Nuvokah są dobrze przygotowane do swojej roli - zapewnił ją mężczyzna.

- Nie dorównają żywym istotom - zaprzeczyła Arctica. - Nie mogą samodzielnie myśleć. W sytuacji, w której trzeba będzie podjąć kluczową decyzję, mogą nie podołać - powiedziała Arctica. - Na niczym bardziej mi teraz nie zależy, niż na dobru tych ludzi. Dlatego nie chcę, żeby Nuvokah zajęły nasze miejsce. Nie podołają. Nie mają wolnej woli.

- Wolnej woli, hm? - odparował Vrex. - Tej samej, którą miał Nero?

Arctica wstała gwałtownie, przewracając szklankę. Już otwierała usta, by zaprotestować, lecz w porę się powstrzymała. Popatrzyła na Vrexa. W jego oczach krył się cień satysfakcji.

- Domyślam się, co chcesz powiedzieć - powiedział mężczyzna, stawiając z powrotem przewrócone naczynie. - Nero nie powinno się uznawać za jednego z was, czy nie?

Wojowniczka zacisnęła zęby. Tak, najchętniej właśnie tak by odpowiedziała. Wiele razy, kiedy ktoś wspominał o niej przy zbrodniach Toa Dźwięku, odpowiadała, by nie utożsamiać z nimi Nero - nie tego, którego znała, a tego, który stworzył Armię Nowego Świata i próbował zdobyć Wszechkryształ. Prawda była jednak taka, że zarówno jej stary przyjaciel, jak i zbrodniarz Nero, byli Toa i nie dało się tego ukryć.

Odetchnęła, uspokajając się.

- Nie. Nero był jednym z nas. Zdradził nas i dopuścił się straszliwych zbrodni, ale nadal był Toa - przyznała. - Jednak, mimo to, nie możesz oceniać nas wszystkich przez pryzmat jednego…

- Oczywiście, że nie. Jednak Nero nie był pierwszym Toa, który obrócił się przeciwko tym, których zobowiązał się chronić, nieprawdaż? - odparował Vrex. - Przedtem była przecież Tanith, a przed nią Taive. Nawet ty, Toa Arctico - dźgnął palcem powietrze, wskazując na kobietę - porzuciłaś swoją powinność i odizolowałaś się od świata w Szóstym Dystrykcie. Dopiero ten paskudny pająk sprawił, że opuściłaś swoją skutą lodem samotnię. I to nie z chęci pomocy mieszkańcom. Tylko z głupiego sentymentu.

Toa Lodu tak mocno zaciskała palce na blacie biurka, że gdyby tylko miała więcej siły, wbiłaby je w granit.

- Jeśli tak na to patrzysz, to tak, Vrex. Masz rację. Jeśli któregoś Toa można podać jako przykład niewywiązywania się ze swej powinności, to właśnie mnie - powiedziała, wzdychając. - To brzemię, które będę pewnie nosiła do końca życia. Większość mieszkańców już zawsze będzie mnie pamiętało jako oziębłą, chłodną samotniczkę, stroniącą od pomocy innym.

Pamiętała siebie sprzed tych wszystkich lat, spędzającą całe dnie na rzeźbieniu lodowych figurek i walce z kolącym uczuciem tęsknoty. Samotna strażniczka zlodowaciałych ruin. Dałaby wiele, by cofnąć się w czasie i naprawić swoje błędy. Wiedziała, że jej zachowanie wtedy było jednym z powodów, dla których teraz, po tak długim czasie, Toa nie byli postrzegani jako bohaterowie, a wojownicy, których przerosło zadanie wyznaczone im przez Wielkiego Ducha.

Arctica jednak nie mogła cofnąć się w czasie. Czas na naprawianie błędów był teraz.

- Ale się zmieniłam - kontynuowała. - Nie jestem już obojętna na to, co dzieje się na wyspie. Dlatego właśnie tu przyszłam. Bo się zmieniłam.

Widziała, jak Vrex otwiera usta, by odpowiedzieć. Ubiegła go.

- Podczas wojny ryzykowałam wszystkim, by tylko chronić to miasto. Nie tylko ja. Inni Toa, Skakdi, Matoranie, wszyscy robiliśmy to, co w naszej mocy, żeby odbić Artas Nui z rąk tego, co sam pomogłeś stworzyć. Mówisz, że zostałeś do tego zmuszony. Ja w to nie wierzę. Ale to teraz nieistotne. Gdzie wtedy była twoja rzekomo miłościwa organizacja? Skoro my, zwykli mieszkańcy, podejmowaliśmy tak ogromne ryzyko, dlaczego nikt z was nie odważył się, by podjąć takie samo i nam pomóc? - Zmrużyła oczy w cienkie szparki. - Nie było was tam. Ale kiedy wojna się skończyła, byliście pierwsi, by sięgnąć po władzę.

Przywódca Syndykatu odchylił się nieznacznie na krześle.

- Tak, wasze poświęcenie - poświęcenie wszystkich mieszkańców - sprawiło, że to miasto przetrwało. To prawda. To było jednak piętnaście lat temu, Toa Arctico. Nasze życie dzieje się w teraźniejszości. Teraźniejszość zaś pokazała, kto jest w stanie zapewnić lepszą przyszłość tej metropolii i jej ludziom.

Toa w Volitak patrzyła na Matoranina spojrzeniem bardziej chłodnym niż najzimniejszy lód.

- Nie umiesz przegrywać, Vrex - powiedziała po chwili milczenia. - Nie umiesz pogodzić się z tym, że plan, któremu tak się poświęciłeś, zawiódł. Dlatego to robisz. Dlatego tworzysz kolejne konflikty. - Zadarła lekko głowę. - Ale nie tak przetrwa ta wyspa, nie dzięki konfliktom i zastępowaniu jednych przez drugich. Tylko dzięki jedności.

Usta mężczyzny drgnęły delikatnie ku górze.

- Bawi mnie, że ze wszystkich Toa, to ty mówisz mi o jedności.

- Tak. Bo jak ci już powiedziałam, zmieniłam się. I wierzę, że inni też mogą to zrobić. - Zwęziła usta. - Ale widzę, że ty nigdy się nie zmienisz.

Vrex pokręcił głową.

- Możesz mi ubliżać, ile chcesz. Niczego to nie zmieni - odpowiedział. - Twierdzisz, że nie jesteś obojętna na los miasta. Ale jesteś naiwna. Zrozum, Toa, wasz los został już przypieczętowany. Tak jak mówiłaś, macie na tej wyspie sporo zasług. Doceniam to, dlatego dałem wam trzy dni na opuszczenie miasta, zamiast pozbyć się was od razu, choć równie dobrze mogłem to zrobić. Jednak nie pozwolę wam tu zostać.

Arctica spoglądała na niego przez moment z zawziętą miną, lecz bez pomysłu, co powiedzieć dalej. Westchnęła ciężko i opadła na krzesło. Żałowała, że przewróciła wcześniej szklankę. Zimna woda bardzo by jej się teraz przydała.

- Dlaczego? - zapytała po krótkiej chwili milczenia.

Vrex spojrzał na nią pytająco.

- Ta zawiść, którą żywisz do Toa - powiedziała Arctica. - Byłeś taki jeszcze przed wojną. Dlaczego?

Wiedziała, że nic więcej już nie wskóra. Jej mowy mogły poruszać ludzi na posiedzeniach Rady, lecz nie Vrexa. Równie dobrze mogła spróbować dowiedzieć się, co nim kieruje. Co kierowało nim przez te wszystkie lata.

- Odpowiedź jest bardzo prosta, Toa - odparł. - Zwyczajnie mam uraz do waszego gatunku z powodu czegoś, co wydarzyło się przed laty. Poznałem wtedy prawdziwą naturę was i tych, którzy obdarzają was czcią.

- Co się wtedy stało? - zapytała Arctica.

Matoranin uniósł brew.

- Jestem zdziwiony, że chcesz to wiedzieć.

- Chcę - zapewniła go kobieta. - Chcę się dowiedzieć, jaki błąd popełnili wtedy Toa. Żebym sama go nie popełniła.

Vrex milczał przez chwilę. Na kilka długich sekund gabinet lidera Syndykatu utonął w gęstej, przytłaczającej ciszy.

- Dobrze więc. Pozwól, że ci wyjaśnię - odrzekł w końcu mężczyzna, szczerze zaskakując rozmówczynię. - Widzisz, tysiące lat temu, pracowałem w jednej z kolonii górniczych na Północnym Kontynencie, jak wielu innych Onu-Matoran. Krótko mówiąc, nie nadawałem się do kopalni. Byłem wątły i słaby, nie to, co moi bracia. Braki w sile nadrabiałem jednak intelektem. Miałem tysiące pomysłów i projektów, jak usprawnić naszą pracę, lecz nikt nie zwracał na mnie uwagi. Trudno im się dziwić, w końcu dlaczego mieliby słuchać Onu-Matoranina, który nie potrafił robić tego, w czym Onu-Matoranie są najlepsi?

Arctica wsłuchiwała się uważnie w jego słowa. To prawda, że matorańskie ciało Vrexa było wyjątkowo słabe i mizerne, zwłaszcza porównaniu z innymi Matoranami z jego gatunku. Na Artas Nui Vrex nie pokazywał się zbyt często w tej postaci, gdyż zazwyczaj występował publicznie w swojej zbroi, lecz większość mieszkańców wiedziała, co się pod nią kryje.

- Mieliśmy wtedy własnego Toa Ziemi. W tamtych czasach, ja również go podziwiałem - mówił dalej Vrex, uśmiechając się z lekkim rozbawieniem. - Pewnego dnia, w kopalni doszło do wypadku. Czwórka Matoran została uwięziona pod gruzami, dodatkowo struktura skały została uszkodzona i wszystko groziło zawaleniem. Trzeba było działać szybko. Oczywiście, Toa natychmiast ruszył na pomoc. Sposób, w jaki chciał wydostać Matoran był co prawda szybki, lecz uszkodziłby strukturę jaskini jeszcze bardziej, a cała nasza praca zostałaby pogrzebana pod skałami. Wiedziałem, że istnieje inny, lepszy sposób, który pozwoliłby uniknąć zawalenia i tak ogromnych zniszczeń.

Kobieta rozszerzyła delikatnie oczy. Domyśliła się, jak potoczyła się dalej ta historia.

- Jednak nikt mnie nie posłuchał. Toa wydostał Matoran z pułapki, na krótko przed tym, jak cała kopalnia się zawaliła. Wszystko, nad czym pracowaliśmy przez tak wiele lat, zostało pogrzebane pod skałami. Potrzeba było dziesiątek kolejnych lat, by przywrócić ją do stanu dawnej świetności. Oczywiście, nikt nie miał tego za złe Toa. Liczyło się tylko to, że Matoranie zostali uratowani. Społeczeństwo skierowało jednak swój gniew na mnie. Wszakże, jakim prawem Matoranin nienadający się do swojej pracy śmiał twierdzić, że zna lepszy sposób na uratowanie Matoran od Toa?

Vrex opowiadał to opanowanym tonem, bez żadnej emocji w głosie. Arctica wiedziała jednak, że to właśnie w tamtym momencie zrodziła się w nim głęboka zawiść, którą żywił do dziś.

- Obrałem sobie wtedy za cel pokazanie innym, że jestem lepszy od Toa - powiedział Vrex. - I że Matoranie ich nie potrzebują. Fakt, że zasiadam teraz na szczycie tej wieży, a ty, Toa Arctico, przychodzisz do mnie, prosząc, bym pozwolił wam zostać na tej wyspie dowodzi, że mi się udało.

Kobieta spojrzała na niego. Mogła zrozumieć, dlaczego Vrex się taki stał. Może gdyby był kimś innym nawet by mu współczuła. Dla Vrexa w jej sercu nie było jednak ani krzty współczucia.

- Więc robisz to wszystko… - odezwała się. - Pozbywasz się nas z miasta tylko w ramach… osobistej zemsty?

- O, nie, Toa, nie - powiedział Matoranin. - Wygnanie was to zaledwie… przysługa. Tak się jednak złożyło, że odpowiada ona moim poglądom.

Arctica zmarszczyła brwi.

- Przysługa? Komu?

- Pewnemu… staremu, dobremu znajomemu, nic więcej.

Nagle Arctica zrozumiała. Wszystkie elementy układanki momentalnie się do siebie dopasowały. Domyśliła się, o kogo chodzi.

- Glavus - wyszeptała.

Wtem, do pomieszczenia wszedł Aden.

Stojąc w otwartych drzwiach z wciąż rozjarzonymi na zielono tonfami, mężczyzna powiódł wzrokiem po gabinecie. Za umiejscowionym pod oknem kunsztownym biurkiem z granitu zobaczył siedzącego w fotelu Vrexa, jego uwaga skupiła się jednak na zasiadającej naprzeciw Matoranina postaci.

Wyglądała na zbliżoną Adenowi wzrostem, a jej smukłe ciało pokrywała zbroja w kolorach bieli, szarości i srebra. Szyję kobiety osłaniał biały, futrzany kołnierz, na jej plecach spoczywały dwa miecze o lśniących klinach, na twarzy zaś srebrna maska, zdająca się jednocześnie… faktycznie być jej twarzą, jakkolwiek niewiarygodnie to brzmiało. Aden domyślił się, że owa kobieta musi być tą Toa, o której wspominał wcześniej Vrex.

Nie miał przedtem żadnego wyobrażenia o Toa, nie był jednak pewien, czy spodziewałby się czegoś takiego. Zdawało mu się, że nie różni się ona wcale tak bardzo od niego samego, Saniis czy innych postaci z jego szczątkowych wspomnień. Sprawiała jednak na pewien sposób wrażenie mniej… naturalnej, jakby była w większym stopniu maszyną, aniżeli żywą istotą. Zarazem jednak, rzeczywiście zdawała się być… żywa.

- Toa - powiedział.

Jeśli Vrex był w jakikolwiek sposób zaskoczony jego nagłym zjawieniem się, nie dawał tego po sobie poznać. Jego twarz nie zdradzała żadnych emocji - co Aden odebrał z ulgą, obawiał się bowiem gniewu z powodu opuszczenia przez niego jego pokoju, wbrew zakazowi Matoranina. Jeśli jednak chodziło o Toa, w jej błękitnych oczach Aden dostrzegł szczere skonfundowanie.

- Co do…

- Czy zabiliście moją siostrę? - zapytał Aden. - Czy zabiliście Saniis?

Arctica zamrugała, jakby dopiero po chwili się zorientowała, że te słowa były skierowane do niej. Popatrzyła zdezorientowana na Matoranina.

- Vrex, co to ma znaczyć?

Aden zrobił krok do przodu.

- Odpowiedz mi!

Toa Lodu wstała i odruchowo dobyła Mroźnych Ostrzy, wyczuwając zagrożenie. Spojrzała na Adena, po czym znów zwróciła się do Vrexa:

- O co tu chodzi?

Lider Syndykatu zdawał się w ogóle nie być poruszony całą sytuacją.

- Zadano ci pytanie, Toa - odrzekł wymijająco. - Wypadałoby na nie odpowiedzieć, prawda?

Arctica odwróciła się z powrotem ku mężczyźnie, zadającemu jej pytania o kogoś, kogo kompletnie nie znała.

- Kim jesteś? - zapytała.

- Nazywam się Aden - odpowiedział wojownik w czarno-zielonej zbroi. - Przybyłem na tę wyspę razem z moją siostrą, Saniis, ale… mieliśmy wypadek. Straciłem pamięć. Vrex mnie znalazł i się mną zaopiekował, ale moja siostra… Vrex powiedział, że wy, Toa, ją zabiliście. Czy to prawda?

Arctica zmarszczyła brwi. Siostra? Był Toa i podróżowała z nim inna Toa? Wygląd mężczyzny nie odbiegał co prawda tak bardzo od wyglądu Toa, było w nim jednak coś… innego, zupełnie tak, jak gdyby miał znacznie więcej organicznych tkanek niż jakakolwiek inna znana Arctice istota. Również zakrywająca jego twarz maska nie przypominała żadnej znanej kobiecie Kanohi.

- Nie wiem nic o żadnej Saniis, Adenie - powiedziała. - Ale nie możesz wierzyć w żadne słowo, które Vrex ci powiedział.

Głos Matoranina, który rozległ się za jej plecami, zmroził jej krew w żyłach.

- Toa… nie jesteście dobrymi kłamcami.

Lider Syndykatu postukał palcem o kilka przycisków na konsolecie po jego stronie biurka i po chwili ponad blatem wyświetlił się holograficzny obraz zarejestrowany przez kamerę w gabinecie mężczyzny, przedstawiający rozmawiającą z nim Arcticę. Vrex z ekranu powtórzył wypowiedziane nie tak dawno przez Matoranina słowa:

- Umarła. Została zabita. Przez was.

Toa Lodu zamarła, wiedząc, co za chwilę powie jej przeszłe ja.

- Tak, to prawda. Zabiliśmy ją. Ja również jestem temu współwinna. Ale to nie znaczy, że wszystko stracone.

Nagranie się zatrzymało. Aden znieruchomiał. W jego oczach pojawił się nowy blask, mieszanka szoku i niedowierzania. Oraz gniewu. Ostrza trzymanych przez niego tonf na powrót zapłonęły jaskrawozielonym, jadowitym światłem.

- Zabiliście ją…

Arctica natychmiast się ku niemu odwróciła.

- To wcale nie tak…

- Zabiliście ją… Dlaczego?!

Zaczął iść w stronę kobiety. Toa uniosła Mroźne Ostrza i przyjęła defensywną postawę, spodziewając się najgorszego.

- Mogę to wyjaśnić… - powiedziała, lecz wtedy Vrex wykonał delikatny, ledwie zauważalny ruch dłonią swojej zbroi, aktywując jej magnetyczne moce i posyłając wojowniczkę na Adena. Choć mężczyźnie udało się w porę odskoczyć, nagłe przyciągnięcie do niego Arctici sprawiło, że zamachnęła się mieczami tak, jakby chciała go zaatakować.

Upadła na jedno kolano, uwolniona z magnetycznego uścisku Vrexa. Spojrzała na Adena. Oczywistym było, że w jego oczach Arctica stała się właśnie jego przeciwniczką.

- O nie... - zaklęła cicho.

Skoczył na nią, tnąc tonfami. Kobieta momentalnie podniosła się i, stawiając kroki do tyłu, odchyliła głowę. Rozjarzone na zielono ostrza przecięły powietrze tuż nad jej twarzą. Arctica wykonała obrót i zdzieliła Adena łokciem w brzuch. Siła uderzenia odepchnęła od niej mężczyznę i smagnęła nim boleśnie o ścianę gabinetu nieopodal drzwi. Arctica wystawiła przed siebie miecze i złączyła końcówki ich ostrzy, uwalniając strumień energii Lodu, który przytwierdził Adena do ściany, pokrywając go lodową skorupą.

Kobieta obróciła się do stojącego za biurkiem Vrexa.

- Masz natychmiast wyjaśnić, co tu się… - przerwała, słysząc trzask pękającego lodu. Obejrzała się i zobaczyła nadciągającego ku niej Adena.

Uchyliła się przed ciosem. Aden obrócił tonfy w dłoniach, wystawiając ostrza do przodu i zaczął nimi wymachiwać. Arctica zablokowała pierwsze cięcie własną bronią, po czym odepchnęła od siebie rywala i zaczęła wykonywać uniki przed kolejnymi ciosami. Starała się sama nie atakować tej istoty - to oczywiste, że mężczyzna nie był w pełni świadomy zaistniałej sytuacji, a gdyby wyrządziła mu krzywdę, mogłaby wszystko pogorszyć.

Problem polegał na tym, że Aden nie miał wcale oporów przed skrzywdzeniem Arctici. Byle tylko dowiedzieć się od niej, dlaczego zabiła Saniis.

Arctica wiedziała, że musi wyprowadzić jeden, skuteczny cios, by obezwładnić oponenta i napięła mięśnie, szykując się do zamachu. Aden tylko na to czekał. Widząc, jak kobieta przygotowuje się do ciosu, podskoczył, niczym Saniis w jego wspomnieniu i zrobił obrót, przelatując ponad Toa Lodu.

Zdezorientowana Arctica nawet nie zauważyła, kiedy wylądował za jej plecami. Odwróciła się, a wtedy wojownik przejechał ostrzem po jej masce. Zatoczyła się do tyłu, z wypalonym pęknięciem biegnącym w poprzek Volitak, a Aden kopnął ją, posyłając Toa pod panoramiczne okno. Błyskawicznie dopadł do niej i przycisnął ją do szyby, przystawiając jedno ostrze do karku kobiety.

- Powiedz, dlaczego ją zabiliście…!

Arctica zacisnęła zęby.

- Niczego nie rozumiesz…

Naparł na nią mocniej. Szkło za plecami Toa zaczęło pękać.

- Ostrożnie, Adenie - odezwał się Vrex. - To okno sporo kosztowało.

- Powiedz! - powtórzył Aden, nie zwracając uwagi na słowa Matoranina. Przechylił ostrze, napierając nim na prawy bark Arctici. Przeciętą maskę wykrzywił grymas bólu, a Toa syknęła, kiedy rozjarzony metal wypalił dziurę w jej naramienniku i dotknął biologicznej tkanki pod nim. - Powiedz, dlaczego zabiliście Saniis!

Arctica spojrzała mu prosto w oczy.

- Nie mam pojęcia, kim jest Saniis… - wycedziła, naparłszy na mężczyzną kolanem i odepchnęła go od siebie, jednocześnie rozbijając szybę za plecami i wylatując przed okno.

Odrzucony Aden zachwiał się na nogach, lecz zdołał zachować równowagę i błyskawicznie podbiegł do dziury w oknie wraz z Vrexem. Obaj patrzyli na spadającą Arcticę. Toa Lodu przez moment miotała się w powietrzu, lecz pomogła sobie lodowym podmuchem i zjeżdżała teraz w dół po powierzchni Kopuły Artas Nui.

- Za moment będzie na dole - oznajmił Matoranin. - Wyślę moich ludzi, żeby…

- Nie, sam ją złapię! - rzucił Aden i nie czekając na odpowiedź, wyskoczył przez okno.

Vrex podszedł bliżej do dziury, wyglądając przez nią na Adena, zjeżdżającego w dół po kopule.

Mruknął.

- Sockette - wywołał służącą.

- Tak, panie Vrex? - kobiecy głos rozległ się sekundę później w komunikatorze.

- Dopilnuj, żeby Aden tu wrócił… - powiedział Matoranin. - I przyślij do mnie któregoś z Mrocznych Łowców. Będę potrzebował dodatkowej ochrony.

Rozdział 6[]

Zbliżając się ku ziemi, Aden chłonął otaczającą go rzeczywistość. Powietrze było chłodne i przenikliwe, wypełniał je ciężki zapach zanieczyszczeń i smogu. Szalejący na tych wysokościach wiatr dął w twarz mężczyzny z taką siłą, że niemal sprawiał mu ból. Jakże odmienne było to do pokojowej temperatury i syntetycznej woni pokoju, w którym trzymał go Vrex. Aden czuł się jak ptak wypuszczony z klatki. Uderzał w niego natłok bodźców i już dawno zostałby nimi przytłoczony i się zagubił, gdyby nie jeden, jasno wyznaczony cel - dopaść Toa.

Aden widział Arcticę, zsuwającą się po powierzchni kopuły kilkanaście metrów przed nim. Kwatera Syndykatu pokryta była czymś, co przypominało owijającą się na samej górze wokół Wieży Centralnej i rozchodzącą się im dalej w dół sieć poskręcanego metalu, po której zjeżdżała właśnie Toa, pozostawiając po sobie oszronioną smugę.

W miejscu, w którym krzywizna kopuły zaczęła kierować metalową powłokę pionowo w dół, Arctica odbiła się od jej powierzchni, nurkując między otaczające budynek miejskie zabudowania. Zbliżając się ku ziemi, kobieta zamortyzowała upadek lodową konstrukcją, która pochwyciła ją i zmniejszyła jej prędkość na tyle, by mogła bezpiecznie wylądować na ulicy między przechodniami.

Najbliżsi z opływających ją ludzi zatrzymali się, spoglądając na nią zdezorientowani. Arctica nie miała czasu im tłumaczyć, dlaczego właśnie spadła z nieba. Zadarła głowę do góry i dostrzegła mknącego ku niej Adena.

- Uciekajcie, już! - krzyknęła do przechodniów i machnęła ręką, wytwarzając na ziemi dookoła siebie lodowe kolce, by zmusić ich do odsunięcia się. W następnej sekundzie otoczyła się lodową bańką.

Aden nadciągnął wraz z rozbłyskiem zielonej błyskawicy. Jego przebicie się przez lodową powłokę i uderzenie o ziemię wznieciło w powietrze osiadły na ulicy pył, przesłaniając na moment widoczność. Kiedy kłęby wreszcie się rozpierzchły, Aden ze zdumieniem odkrył, że Toa nigdzie nie ma.

Rozejrzał się wokoło, zdezorientowany. Znalazł się na jednej z ulic miasta, które do tej pory miał szansę tylko podziwiać przez okno kopuły. Ponad nim piętrzyły się upstrzone kolorowymi światłami wieżowce, niemal sięgające szarego nieba, a na ziemi dookoła niego gromadził się tłum mieszkańców. Wśród nich Aden dostrzegł bliskie mu wzrostem, wcale nie tak bardzo różniące się od niego czy Toa postacie, lecz większość stanowiły niskie istoty w maskach. Mężczyźnie zdawało się, że widział już kiedyś coś do nich podobnego.

Niektórzy z najbliżej stojących gapiów pokazywali na niego palcami, szepcząc niespokojnie między sobą:

- Toa? Czy to Toa?

Aden popatrzył na swoje dłonie. Pomiędzy palcami jeszcze wciąż przeskakiwały maleńkie błyskawice. Pokręcił głową. Nie. Nie mógł być Toa. Toa zabili Saniis.

Dostrzegł na ziemi ciemnoczerwoną plamkę. Ukląkł na jedno kolano i dotknął jej palcem. Krew. Najpewniej z rany w ramieniu, którą zadał Arctice. Na chodniku przed sobą było takich więcej. Musiał dopaść tę Toa i dowiedzieć się, dlaczego zabili jego siostrę. Musiał…

Zbudź się, Adenie. Zbudź się…

- Hej, ty!

Usłyszawszy głos za plecami, obrócił się i zobaczył grupę barczystych istot z szerokimi szczękami, wielkimi zębami i kolczastymi kręgosłupami wystającymi z ciała, idącą w jego stronę. Nosili czarno-czerwone zbroje, w dłoniach dzierżyli miotacze dysków, a na ich piersiach mieniły się loga Syndykatu Vrexa. Zmrużył oczy. Jego przyjaciel zapewnie chciał, by wrócił do środka, Aden jednak nie mógł tego zrobić. Musiał odnaleźć tę Toa.

Musiał…

Zbudź się, Adenie…

Uciekać.

Nim Skakdi zdążyli do niego dopaść, mężczyzna przebił się przez tłum gapiów, podążając śladem karmazynowej Protodermis w poszukiwaniu Toa Arctici.

⁎⁎⁎

Toa Lodu biegła co sił w nogach. Uciskając krwawiący bark, przedzierała się przez przyuliczne kramy, starając się nie stratować stojących na jej drodze Matoran. Wiedziała, że pościg jest tuż za nią. Chciała użyć swojej Maski Kamuflażu, lecz uszkodzona podczas walki Kanohi była bezużyteczna - sprawiała jedynie, że wojowniczka raz po raz stawała się przezroczysta na ułamki sekundy, przez co zdawała się migać, jak zepsuty neonowy szyld. Pęknięta maska nie była jednak teraz jej największym problemem.

Ścigali ją ludzie Vrexa - to było jej największym problemem. Ta istota, z którą walczyła w gabinecie Matoranina - Aden - zaprezentowała poziom umiejętności zbliżony do Toa i mogła stanowić ogromne zagrożenie. Pojawienie się tego gracza po stronie Syndykatu, obok Mrocznych Łowców i Nuvokah, było w stanie całkowicie zmienić przebieg gry. Dlatego Arctica musiała powiedzieć pozostałym Toa, co zaszło na spotkaniu z Vrexem. A przede wszystkim, musiała nie dać się złapać.

Wybiegła na ulicę, omijając ciągnięte przez Ussale wózki, wskoczyła na jeden z nich i złapała się poręczy pobliskiego balkonu. Wspięła się i uklękła za balustradą, obserwując ulicę. Po chwili w tłumie pojawił się Aden. Błądził wzrokiem dookoła, wydając się nieco zdezorientowanym, lecz gdy w oddali dostrzegł fragment białego pancerza Toa Lodu, natychmiast zmierzył w tamtym kierunku. Arctica zaklęła pod nosem i puściła się biegiem przez łączony balkon, ciągnący się wzdłuż całej ściany brudnego budynku.

Dotarłszy do krawędzi, zeskoczyła w dół, robiąc przewrót, dotykając ziemi i przeklinając ból w ramieniu. Chwyciła się jednego ze zautomatyzowanych pojazdów naziemnych i przywarła do zewnętrznej ściany wiezionego przezeń kontenera. Wychyliła lekko głowę zza skrzyni, wypatrując Adena. Mężczyzna wpadł na ulicę po paru sekundach, podążając jej śladem. Tuż za nim, odpychając na bok przechodniów, biegł oddział Policji Skakdi.

- Tam jest! - usłyszała w oddali głos jednego z Zakazian. Zmełła przekleństwo. Nie wiedziała, czy Skakdi mówi o niej, czy o Adenie, lecz pościg zmierzał w jej stronę.

Wystawiła rękę z rozpostartą dłonią, pokrywając lodem ulicę za sobą. Adenowi udało się uchronić przed poślizgnięciem, przeskakując między ścianami okalających ciasną uliczkę budynków, lecz Skakdi momentalnie wywinęli orła, klnąc szpetnie.

Kąciki ust kobiety drgnęły w uśmiechu, lecz zaraz potem Arcticę ogarnęła fala osłabienia. Zużyła dużo mocy, teraz i podczas zjazdu po kopule. Musiła szybko zgubić pościg, jeśli nie chciała paść z wycieńczenia.

Kiedy wózek mijał wylot bocznej uliczki, Toa Lodu zeskoczyła z niego i zagłębiła się w labirynt wąskich odnóg głównej drogi, biegnąc między ciągnącymi się wzdłuż ścian domostw pokrytymi pleśnią i rdzą wielkimi rurami. Po chwili znalazła się w miejscu, do którego docierały jedynie szczątkowe ilości światła. Gorąca para buchała jej w twarz z rurociągów, lecz miała nadzieję, że przynajmniej spowolni to jej pościg. Miała również nadzieję, że dobrze pamiętała drogę i zmierzała właśnie do latarni morskiej Phorena. Musieli przegrupować się tam z resztą Toa i obmówić wspólnie jakiś plan działania.

Jakikolwiek.

- Toa, stój! - dobiegło ją zza pleców.

Arctica zatrzymała się i obróciła. Dobyła ostrzy, widząc stojącego kilka bio przed nią Adena.


Oczy mężczyzny zwęziły się. Stojąca przed nim wojowniczka dobyła swoich mieczy, lecz była ranna i wycieńczona, ledwo trzymała się na nogach. Aden wiedział, że już mu nie ucieknie. Dobrze. Miał dość gonitw i uciekania. Chciał poznać wreszcie odpowiedzi.

Tajemniczy głos rozsadzał mu głowę.

ZBUDŹ SIĘ, ADENIE. ZBUDŹ SIĘ.

- Powiedz mi - rozkazał, wystawiając ostrze ku Toa. - Powiedz mi, dlaczego zabiliście moją siostrę.

Arctica popatrzyła na niego z dziwnym błyskiem w oku, jakby mu współczuła.

- Mówiłam ci już: nie możesz wierzyć w każde słowo Vrexa. Wykorzystuje cię - odparła. - Ani ja, ani inni Toa nie zabiliśmy twojej siostry. Nie wiemy nawet, kim ona jest. Vrex chce się nas pozbyć z wyspy. - Tym razem to ona wystawiła ostrze, wskazując na niego. - Używa cię, by się nas pozbyć.

ZBUDŹ SIĘ, ADENIE. MUSISZ SIĘ ZBUDZIĆ.

- Nie! - krzyknął mężczyzna, łapiąc się za głowę.

Uliczkę wypełniły głosy zbliżających się Skakdi. Toa Arctica opuściła miecze.

- Nie będę więcej z tobą walczyć - powiedziała. - Ale nie mogę tu zostać.

Aden nie odezwał się do niej. Ugiął kolana, chwiejąc się na nogach i walcząc z echem w jego głowie. Nie doczekawszy się odpowiedzi, Arctica pobiegła dalej uliczką, znikając po chwili za zakrętem. Nie dłużej niż parę sekund później, za plecami Adena zjawiło się trzech Skakdi. Jeden z nich miał strużkę krwi na twarzy, najwidoczniej musiał sobie coś robić, kiedy przewrócili się na śliskiej drodze.

- Tu jesteś - powiedział jeden z nich. - Pan Vrex chce, żebyś wrócił do kwatery. Pójdziesz z nami.

Tylko, że Aden wcale nie chciał wracać. Chciał poznać prawdę, dowiedzieć się, do kogo należał głos w jego głowie, który słyszał od momentu swego przebudzenia się, kto tak naprawdę był winny śmierci Saniis i przede wszystkim - kim był on sam. Czuł, że Vrex nie powiedział mu całej prawdy. Nie, równie dobrze mógł nie powiedzieć mu żadnej prawdy.

Żałował, że pozwolił tamtej Toa uciec. Zasiała w nim zwątpienie we wszystko, w co do tej pory wierzył. Co gorsza, rzeczywiście mogła mieć rację - Vrex faktycznie chciał pozbyć się jej gatunku z wyspy i pragnął od Adena pomocy w zrealizowaniu tego planu. Tak bardzo, że mógł posunąć się do kłamstw. Aden zaś był na tyle głupi, że dał się zmanipulować. Od początku coś mu tu nie pasowało. Od tamtego momentu, w którym Matoranin kazał mu zdetonować ładunki wybuchowe podłożone w mieście.

Może faktycznie tak było. Może. Nie wiedział. I nie dowie się, póki jego umysł będzie świecił pustkami.

- No, dalej - ponaglił go Zakazianin. - Pójdziesz z nami po dobroci, czy mamy cię zabrać po złości?

Nie mógł z nimi iść. Jeśli wróci do kopuły, być może już nigdy nie pozna prawdy. Ale nie mógł też z nimi walczyć. Trójka Skakdi stanowiła zbyt wielkie wyzwanie, przynajmniej przy jego obecnym stanie. Wiedział, że ma jeszcze w sobie ukrytą moc - przelewał ją podświadomie w swoje tonfy, użył jej w swych wspomnień i teraz, niedawno, w pogoni za Arcticą. Jeśli ponownie uda mu się po nią sięgnąć, może da radę pokonać tych Zakazian. Problem leżał w tym, że nie wiedział, jak ją aktywować.

Czuł, jak coś napiera na jego umysł od wewnątrz, chcąc udzielić mu odpowiedzi, ale napotyka na swojej drodze blokadę. Popatrzył na Skakdi. Widział, jak mężczyźni przygotowują swoje miotacze, a oczy jednego z nich zaczęły jarzyć się intensywniejszym światłem. Czuł, że zaraz wydarzy się coś niedobrego. Musiał działać. Musiał coś zrobić. Przymknął oczy, sięgając po moc.

- Dobra, sam tego chciałeś - powiedział lider Zakazian, gdy skończyła mu się cierpliwość. - Brać go!

ZBUDŹ SIĘ.

Blokada pękła. Jasne, zielone światło oślepiło na moment wszystkich, kiedy strumienie energii w postaci dziesiątek błyskawic uwolniły się z ciała Adena, uderzając w Skakdi i smagnęły nimi o pobliskie ściany, jak szmacianymi kukłami. Mężczyzna uniósł się na krótką chwilę w powietrze, emanując drzemiącą w nim mocą, kiedy nagle krajobraz wokół niego całkowicie się zmienił.

Wszystko dookoła spowiła ciemność, gęściejsza od półmroku panującego w zaułku. Miał teraz przed oczami płonące szczątki statku powietrznego, w którym opuścili Akkaratusa i pochylającą się nad nim Saniis. Twarz siostry spowita była mgłą, podobnie jak wszystko inne, a sam Aden czuł się niewyobrażalnie słabo. Kobieta wyciągnęła go z wraku i położyła na skalistej ziemi, klękając przy nim i obejmując jego głowę. W oddali wojownik dostrzegł majaczący na tle nocnej ciemności obrys rozjaśniającego mrok swoimi światłami miasta, do którego podróżowali, lecz zaraz potem mgła również mu je przesłoniła.

- Nie odpływaj, Iskierko - powiedziała do niego Saniis zachrypniętym głosem. Wydawała się potwornie zmęczona. - Zostań ze mną. Nie odpływaj…

Słabo pamiętał ostatnie wydarzenia. Wiedział, że zbliżali się do wyspy, na której wyczuli esencję Kabriusa, kiedy nagle ich pojazd oberwał i rozbili się o pobliskie skały. Potem były tylko ból, ogień i krzyki Saniis.

Nagle na szczycie skalnego wzniesienia pojawił się Skakdi w czarno-czerwonym pancerzu. Wskazał palcem na wrak, Adena oraz Saniis i obrócił się.

- Tędy, panie Vrex! - zawołał. - Są tutaj!

Po chwili na wzniesieniu dołączyli do niego Vrex w swej zbroi, inny Matoranin z szarą maską na twarzy, dwaj kolejni Skakdi oraz para Nuvokah uzbrojonych w działa. Lider Syndykatu zatrzymał się i popatrzył w dół. Na ich widok, Saniis machnęła do przybyszów ręką.

- Pomóżcie nam, proszę! - krzyknęła. - Mój brat jest ranny, potrzebuje pomocy!

Vrex i jego grupa zmierzyli w ich kierunku.

- Kim jesteście? - zapytał, gdy się zbliżyli.

- Jesteśmy Posłańcami Przeszłości i Przyszłości, wysłano nas z misją na tę wyspę - odparła drżącym głosem Saniis, wciąż ściskając Adena. - Ale rozbiliśmy się w trakcie lotu… Błagam, pomóżcie nam, mój brat zaraz umrze!

Brwi Vrexa zmarszczyły się.

- Posłańcami, tak? - odezwał się, po czym skinął głową na Skakdi, a ci pobiegli gdzieś i wrócili po chwili z noszami i sprzętem medycznym.

Gdy położyli Adena na tragach, Saniis podniosła się. Dopiero teraz dało się dostrzec, że z jej boku sączy się krew - ale albo jej rana nie była tak poważna jak te Adena, albo zdecydowała się najpierw pomóc bratu, a dopiero potem sobie.

- Dziękuję… - powiedziała.

- Zabierzcie go do kwatery i umieśćcie w tubie zastoju - rozkazał Vrex Zakazianom, po czym zwrócił się do robotów. - Glavus dostał, co chciał. Dziewczyna nie będzie nam już do niczego potrzebna. Zabijcie ją.

- Zrozumiano. - Nuvokah skinęły posłusznie głowami.

Saniis zamarła.

- Co…?

Nie doczekała się odpowiedzi, bowiem roboty wycelowały w nią swoje działa i wystrzeliły salwę pocisków. Kobieta błyskawicznie dobyła swych ostrzy, odbijając klingami nadlatujące energetyczne bełty. Przeturlała się po ziemi, dopadając do jednej z maszyn i tnąc w jej nogę, zmuszając Nuvokah do upadku. Spojrzała na Vrexa i nie zważając na własną ranę, skoczyła na Matoranina. Ten nawet się nie cofnął. Wystawił tylko rękę przed siebie, odpychając Saniis swoją mocą.

Kobieta gruchnęła boleśnie o skałę. Nie miała już sił się podnieść, gdy Nuvokah wystrzeliły ku niej kolejną salwę.

Aden nie widział szczegółów jej śmierci, bowiem wspomnienie rozpłynęło się i mężczyzna na powrót znalazł się w ciemnej uliczce. Obok niego leżały osmolone trupy Zakazian. On sam klęczał na ziemi ze spuszczoną głową, zdruzgotany.

Zbudziłeś się, powiedział do niego głos. Wiele wysiłku kosztowało mnie, by cię obudzić.

Podniósł wzrok, lecz nie zobaczył nikogo. Zamrugał.

- Stwórczyni… - wyszeptał w pustkę. Czuł się, jakby mury okalające jego umysł opadły. Skulił się, niemalże dotykając czołem ziemi. - Wybacz, Stwórczyni, ja… Uwierzyłem w to, co powiedział mi Vrex. Myślałem, że to Toa zabili Saniis… Teraz znam prawdę.

Głos Stwórczyni był pełen ciepła, kojąc jego nowo powstałą ranę po odkryciu prawdziwego zabójcy Saniis.

Nie obwiniaj się, Adenie. Najważniejsze, że cię odzyskałam.

Wyprostował się.

- Co… co z pozostałymi Posłańcami? - zapytał, przywołując w myślach imiona swoich pobratymców. - Orlog, Drya, Kaid, Mystox… Neronus… Ja… nie pamiętam, co się z nimi stało.

Nie mam dość mocy, by przywrócić ci wszystkie wspomnienia. Twój umysł potrzebuje czasu, by odzyskać to, co zostało utracone, odrzekła kobieta. Twoi kompani zaś… wszyscy polegli. Ty jeden mi pozostałeś.

Pokiwał pomału głową. Więc nie utracił jedynie Saniis, lecz ich także. Żałował, że nie pamiętał ich tak dobrze, jak swej siostry - jego wspomnienia wciąż pełne były pustych plam. Mimo wszystko, poczuł żal na tę wieść. Realizacja, że był ostatnim ze swego gatunku w zupełnie obcym świecie spadła na niego jak wiszący długo w powietrzu deszcz.

Jak na zawołanie, z szarych chmuch przesłaniających niebo nad Artas Nui również spadły ciężkie krople. Strumienie wody ściekały po pancerzu klęczącego wojownika, gdy jego umysł pomału uświadamiał sobie, że samotnie będzie musiał stawić czoła celu, po który przybył wraz z Saniis na tę wyspę.

- Co teraz, Stwórczyni? - zapytał.

Jesteś ostatnim Posłańcem Przeszłości i Przyszłości. Teraz, gdy zdołałam cię obudzić, nadszedł czas, żebyś dokończył swą misję.

Echo jej głosu stawało się coraz bardziej słabe i odległe. Aden poczuł, że ją traci.

- Stwórczyni, zaczekaj!

Dokończ… misję… Adenie…

- Stwórczyni! - krzyknął, lecz tym razem nikt mu nie odpowiedział.

Aden pozostał sam - teraz już całkiem sam - w mrocznej uliczce, obmywany przez deszcz. Jedynym, co mogło uchodzić mu w tym momencie za towarzyszy, były jego buzujące myśli. Po krótkiej chwili, która dla Adena trwała jednak bardzo długo, wojownik wstał. Wiedział już, co ma zrobić.

I zamierzał zacząć od zemsty na Vrexie.

⁎⁎⁎

Ciche brzęczenie lasera wypełniło pracownię Phorena. Drobne iskierki rozbłysły w odbiciu w goglach na oczach Matoranina, kiedy cienka wiązka kończyła spawanie mechanicznej protezy lewej ręki rosłego Rithianina w pomarańczowej zbroi.

- Kiedy nastąpił wybuch i wszystkim wstrząsnęło, mój dom się zawalił i uszkodził mi protezę - powiedział siedzący na stole mężczyzna. - A te przeklęte Nuvokah nie kiwnęły nawet palcem.

Po nieudanej rozmowie z Turagą, Vox, Hserg i Galia postanowili powrócić do latarni morskiej Phorena. Zastali go w połowie pracy. Choć nie było go na Stadionie Nui, przemówienie Vrexa było też nadawane na publicznym kanale i każdy mógł je odebrać - w tym i konstruktor. Nie omówili jeszcze całej sytuacji szczegółowo, pozwolili Matoraninowi dokończyć reperowanie protezy; wymienili się jedynie krótkimi spostrzeżeniami. Tak jak i Toa, Phoren nie był zbytnio zadowolony z obecnego obrotu spraw.

Oprócz brzęczenia lasera, w pomieszczeniu dało się jeszcze słyszeć odgłos stukania pięty Hserga o podłogę. Toa Ognia siedział ze skrzyżowanymi rękoma na jednej ze skrzyń, nerwowo potupując. Był zdenerwowany, zresztą podobnie jak i dwójka jego kompanów. Każde z nich miało inny sposób na radzenie sobie ze stresem - Galia, siedząca obok Hserga, obracała zwinnie jeden ze swoich sztyletów między palcami, Vox zaś stał przy oknie, spoglądając na miasto.

- Przykro nam, że nie mogliśmy pomóc - powiedział, odwracając się do Rithianina.

- Dajcie spokój, przecież wiem, że nie mogliście dotrzeć do każdego mieszkańca - odrzekł tamten. - Zresztą, lepiej, że pomogliście Phorenowi, a nie mi. Inaczej nie miałby mnie kto poskładać, prawda, konstruktorze? - dodał, śmiejąc się rubasznie.

Matoranin odpowiedział lekkim uśmiechem, po czym wrócił do pracy. Wreszcie wprowadził ostatnie poprawki i ściągnął gogle, by móc lepiej przyjrzeć się efektowi końcowemu. Polecił Rithianinowi, by poruszył ręką. Mężczyzna zgiął ją w łokciu i obrócił dłoń, zaciskając wszystkie palce. Nie był to tak płynny ruch, jak w przypadku żywej kończyny, ale Phoren zdawał się być ukontentowany wynikiem swojej pracy.

- Cóż, lepiej nie będzie - oznajmił. - Mógłbym trochę jeszcze nad tym popracować, ale nie mam części. Postaram się zdobyć trochę, kiedy sytuacja w mieście nieco się uspokoi. Dam ci wtedy znać.

- Wielkie dzięki, i tak zrobiłeś dla mnie dużo, konstruktorze. - Rithianin wstał i zerknął na pozostałych obecnych w warsztacie. Milczał przez chwilę. - I… na twoim miejscu, miałbym się na baczności. Zadawanie się z Toa może ci przysporzyć kłopotów. Więcej niż zwykle.

Junky zabrał się na sprzątania narzędzi ze stołu. Phoren kiwnął głową.

- Będę miał to na uwadze.

- To wszystko przez Vrexa - rzucił Hserg, a jego dłoń spadła gniewnie na krawędź skrzyni, na której siedział. - Nie mogę się już doczekać, kiedy tylko stanę z nim twarzą w twarz, to…

- Ekhm - przerwał mu Vox, posyłając karcące spojrzenie. Toa Ognia momentalnie zamilkł i popatrzył na Galię. Jej spojrzenie nie było tak surowe, lecz zdradzało mniej więcej coś w stylu „mógłbyś się go posłuchać”. Wojownik w Arthron wydął usta i spuścił wzrok.

Rithianin uśmiechnął się pod nosem, rzucił krótkie „Bywajcie” na pożegnanie i zmierzył do wyjścia. Kiedy zniknął, w pracowni Phorena na parę chwil zapadło milczenie, przerwane dopiero przez Voxa:

- Uspokój się, Hserg.

- Przecież jestem spokojny - odparł czerwony Toa, zakładając ramiona na piersi.

- To nie do końca prawda - wtrącił się Junky. - Emanuje pan wysoką temperaturą.

Mężczyzna obruszył się.

- Jestem Toa Ognia. To naturalne.

- Ta temperatura przewyższa nawet tę naturalną dla Toa Ognia, proszę pana.

Hserg pociągnął nosem, lecz po chwili uśmiechnął się do robota i posłał mu równie znaczące spojrzenie.

- Czekaj, czy ty nie próbujesz przypadkiem popisać się przed Lockette?

- Co? Ja… nie, w żadnym wypadku. - Asystent Phorena zmieszał się, spoglądając to na Toa, to na służącą Matoranina. - Ja, emm… chyba… chyba pójdę posprzątać na dole! - dorzucił, po czym błyskawicznie ulotnił się z pracowni.

Czerwony wojownik uśmiechnął się półgębkiem i odchylił się do tyłu, złączywszy dłonie za głową z triumfalnym wyrazem twarzy, lecz wtedy odezwał się Vox:

- Junky ma rację, Hserg. Ostatnio jesteś bardzo nerwowy.

Toa Ognia westchnął.

- Cała ta sytuacja jest po prostu… beznadziejna - wyjaśnił. - Vrex wysadził w powietrze jedną trzecią miasta i nasłał Mrocznych Łowców na Phorena, ale to z nas robi przestępców. To… to zwyczajnie nie w porządku, Vox.

- Wiem. Mi też się to nie podoba. W dodatku Arctica wciąż nie wraca.

W istocie, w tej chwili to właśnie to najbardziej martwiło Voxa. Toa Lodu miewała nawyk częstego znikania bez śladu, a przez moc jej Kanohi i to, jak bardzo przejęci byli po spotkaniu z Turagą, nikt nie zauważył jej odejścia. Vox podejrzewał, że poszła wziąć sprawy związane z nowym postanowieniem Rady w swoje ręce, miał jednak nadzieję, że szybko wróci. A tak się nie stało. Toa Dźwięku wiedział, że w końcu będzie musiał pójść i jej poszukać.

- Ale to nie powód, by się tak unosić - dodał. - Musimy uważać na słowa. Vrex tylko czeka, aż go zaatakujemy.

- Więc mamy pozwolić mu pierwszemu przypuścić atak? - obruszył się Hserg. - Nie słyszałeś, co mówiła Arctica? Przecież Nuvokah to nie maszyny do pomagania mieszkańcom w przechodzeniu przez ulicę, tylko mechaniczni żołnierze. I to pewnie jeszcze dużo groźniejsi niż ci, z którymi mieliśmy do czynienia do tej pory. Zmiotą nas, jeśli niczego nie zrobimy.

Galia, która póki co nie odezwała się ani słowem, ożywiła się nagle. Przestała obracać nóż w dłoni i postukała płaską częścią ostrza o dolną wargę, zastanawiając się nad czymś.

- Skoro to Phoren zaprojektował te maszyny - powiedziała, wskazując sztyletem na Matoranina - pewnie zna wszystkie ich słabości. To może nam się przydać.

Wszyscy popatrzyli na konstruktora, a ten tylko podrapał się w tył głowy, speszony.

- Wybaczcie, ale… kiedy pracowałem dla Glavusa, byłem pod dość sporą presją… - odrzekł. - Starałem się, by te maszyny nie miały słabości. Nie umieściłem w nich żadnych wrażliwych punktów, bo bałem się, że jeśli Glavus się o tym dowie, będzie po mnie. Zresztą… nawet jeśli bym faktycznie je tam umieścił, inżynierowie Syndykatu najpewniej by je wykryli i naprawili.

Hserg skrzywił się.

- Cóż, to niezbyt nam pomaga.

- Pamiętacie, co mówiłem? Władzy nie posiada ten, kto ma słuszne poglądy. - Vox przejechał wzrokiem po pozostałych. - Tylko ten, kogo popierają ludzie. Jeśli mieszkańcy staną po naszej stronie, może uda się pozbawić władzy Vrexa i zakończyć to wszystko.

Galia i Hserg popatrzyli po sobie.

- No tak, ale nie zapominaj, że sporo mieszkańców ma do nas uraz - powiedział Toa Ognia. - Tylko niektórzy są po naszej stronie. A reszcie pewnie jest wszystko jedno.

- Więc musimy rozmawiać - odrzekł Vox. - I pokazywać, że nam na nich zależy. Musimy przekonać ich, że warto się za nami wstawić. Na pewno jest w mieście więcej takich osób, jak ten Rithianin. Konstruktorze - zwrócił do Phorena. - Nie masz żadnych przyjaciół, którzy mogliby nas wspomóc w tej sprawie?

Le-Matoranin pokręcił głową.

- Przykro mi, Toa. Jedynymi przyjaciółmi, jakich mam, są stworzone przeze mnie maszyny.

- Oczywiście, jesteśmy gotowi wesprzeć was w tej walce - powiedziała Lockette.

Vox uśmiechnął się kwaśno.

- Dzięki, Lockette. To pocieszające.

- No dobrze, wiemy już, że Lockette jest po naszej stronie - odezwał się Hserg. - Ale to raczej nie wystarczy, żeby pozbawić Vrexa władzy.

Toa Dźwięku zamyślił się, próbując przypomnieć sobie kogoś, kto byłby skłonny ich poprzeć. W ciągu ostatnich dwudziestu lat od momentu wybuchu wojny, pomogli tylu mieszkańcom, że Vox nie był w stanie ich wszystkich sobie teraz przypomnieć. Zresztą, nie miało to teraz zbyt większego znaczenia. To, że kiedyś im pomogli, nie oznaczało od razu, że zechcą sprzeciwić się Syndykatowi dla sprawy Toa - zwłaszcza, że część z nich mogła być zawiedziona brakiem pomocy z ich strony, kiedy wydarzyła się katastrofa. Vox wiedział, że trudniej było zdobyć czyjeś zaufanie, niż je stracić. A jeszcze trudniej odzyskać.

Lecz, nagle, przypomniał coś sobie. Zasłyszana rozmowa przed Stadionem Nui, tuż po zakończeniu przemówienia Vrexa.

- Pracownicy fabryki - powiedział.

Reszta popatrzyła na niego ze zdziwieniem, nie do końca rozumiejąc.

- Z Piątego Dystryktu - doprecyzował Toa. - Słyszałem ich rozmowę, jak dzielili się wrażeniami po sytuacji na stadionie. Nie wydawali się popierać pomysłu Vrexa.

Hserg pokiwał głową.

- Syndykat nie od dziś wyzyskuje robotników w Piątym Dystrykcie. Jeśli ktoś będzie chciał się mu odegrać, to właśnie oni. To może się udać.

- Pamiętaj tylko, Vox - Galia zwróciła się do mężczyzny w Hau - że pozbawienie Syndykatu władzy nie będzie oznaczało końca problemów.

Brew szarego Toa uniosła się.

- Co masz na myśli?

Galia wstała i zaczęła się przechadzać po pracowni, cały czas obracając w dłoni nóż.

- Przyszło mi już obalić władzę na jednej wyspie i… Vrex nie różni się wcale tak bardzo od Xixexa. Obaj to typ władcy, który rządzi twardą ręką i może wszystko, co tylko zechce. Wiem, że jestem na Artas Nui od niedawna, ale zdążyłam już poznać się na Vrexie, Hserg też dużo mi opowiadał. To osoba, której nikt nie odważy się przeciwstawić. Pozbycie się kogokolwiek może być niekorzystne albo kosztowne dla jego interesów, ale nigdy nie będzie zagrożeniem dla niego. Bo wszyscy się go boją.

Vox i Hserg wymienili spojrzenia. Trudno było się z nią nie zgodzić.

- Na Quentris, z Xixexem było tak samo - kontynuowała dziewczyna. - Tam każdy pragnął władzy dla siebie, ale mało kto próbował ją przejąć, bo wszyscy bali się, że Xixex zrobi z nimi… to. - Przejechała ostrzem sztyletu w poprzek szyi, ledwie parę centymetrów od skóry. - Dlatego kiedy zginął, na wyspie zapanował chaos, bo wszyscy nagle dostali wolną rękę. Podejrzewam, że na Artas Nui jest podobnie.

Toa Dźwięku pokiwał głową. Galia mogła mieć rację. Zresztą, z całej obecnej ich tu czwórki, miała ona największe doświadczenie w obalaniu rządów złych władców.

- Weźmy na przykład to - kontynuowała Xianka i skinęła nożem na czerwonego Toa. - Hserg mówił mi, że przed powrotem Vrexa demonstracje Khakkhary miały miejsce co chwilę, a teraz prawie wcale nie są organizowane. Mimo to wątpię, żeby ci ludzie przestali próbować przejąć władzę. Ich ataki na placówki Syndykatu tylko to potwierdzają. Chodzi mi o to, że jeśli odciągniemy Vrexa od władzy…

- …możemy mieć tu wojnę domową - dokończył za nią Hserg. - To chyba prawda, co mówią. To faktycznie jest Nieugięte Miasto. Nieugięte w dążeniu do wojny.

- Nie - zaprotestował Vox. - Nie dopuścimy, żeby do niej doszło.

- Tylko jak chcesz tego dokonać? - zapytał Toa Ognia i wskazał na Xiankę. - Galia ma rację. A jeśli mam komuś zaufać w kwestii obalania władzy, to jej. Po wyeliminowaniu Vrexa z gry o… no, władzę, na planszy zostaniemy my i Khakkhara. Jeśli, rzecz jasna, po drodze nie znajdzie się ktoś trzeci.

- Dlatego przekonamy Khakkharę, żeby stanęła po naszej stronie. - Oczy Voxa zajarzyły się. - Przynajmniej teraz. Mamy wspólnego wroga, a wątpię, żeby po pozbyciu się nas z wyspy Vrex nic z nimi nie zrobił. Arctica słusznie podejrzewa, że jak tylko stąd znikniemy, naśle na nich Nuvokah. Ale jeśli połączymy siły, może uda nam się go powstrzymać… a potem, kiedy już Syndykat zostanie obalony… może ta współpraca powstrzyma nas przed skoczeniem sobie do gardeł.

- Myślisz, że tak będzie? - spytał Hserg.

- Nie jestem pewien. Ale na pewno teraz, kiedy musimy wyzwolić Artas Nui spod wpływu Vrexa, wolałbym mieć ich po swojej stronie niż po innej.

Wbił wzrok w towarzyszy, oczekując ich odpowiedzi.

- Dobrze… więc, jak zamierzasz przekonać tych wszystkich ludzi, by stanęli po naszej stronie? - odezwała się w końcu Galia.

- Cóż, plan - oparł Vox. - Na początek potrzebny jest nam plan.

Hserg i Vortixx pokiwali zgodnie głowami.

- Plan - powtórzył czerwony wojownik. - Ale do tego musimy chyba być tu wszyscy. A Arctica wciąż nie wróciła.

Toa Dźwięku musiał przyznać mu rację. Kobieta rzeczywiście długo nie wracała. Zbyt długo. Vox zaczął się coraz bardziej obawiać, że stało się coś złego.

- Pójdę jej poszukać.

Już miał zmierzyć ku zejściu, kiedy nagle z dołu dobiegł ich głos Junky’ego:

- Panie Phoren… Chodźcie tu wszyscy! Toa Arctica wróciła!

Dwójka Toa, Matoranin i Xianka spojrzeli po sobie, po czym natychmiast zbiegli po schodach.

Na dole zastali ranną, chwiejącą się na nogach Arcticę z pękniętą maską.

Rozdział 7[]

- A więc poznałeś prawdę i chcesz się zemścić - powiedział Vrex, prostując się w fotelu za biurkiem. - Jakbym nigdy wcześniej tego nie słyszał…

Aden oddychał nerwowo, stojąc w wejściu do gabinetu Matoranina w bojowej postawie, z rozstawionymi nogami i ostrzami tonf skierowanymi na boki. Cała górna połowa jego torsu unosiła się i opadała w gwałtownym rytmie z każdym zaczerpniętym i wypuszczonym haustem powietrza. Dotarcie z powrotem do kwatery Vrexa było łatwe. Wydostawszy się z bocznej alejki, wojownik szybko znalazł kolejny szukający go patrol Policji Skakdi i wrócił wraz z nim do Kopuły. Nie zamierzał jednak znów dać się zamknąć w białym pokoju, nie. Musiał pomówić z Vrexem, na śmiertelnie poważny temat.

Teraz stał w jego gabinecie, ledwie paręnaście kroków od sprawcy śmierci Saniis i nie wiedział, jak zacząć. Musiał zażarcie walczyć sam ze sobą w swym wnętrzu, by nie rzucić się teraz z ostrzami na Matoranina i błyskawicznie nie zakończyć tego wszystkiego, lecz wiedział, że gdyby się na to zdecydował, to nie Vrexa spotkałby koniec, a go. Z drugiej jednak strony, jakaś jego część chciała zaatakować lidera Syndykatu i pomścić Saniis. Inna pragnęła podjąć ostrożniejsze kroki i dać sobie szansę na poznanie odpowiedzi.

Aden nie był pewien, której się posłuchać.

Zmrużył oczy i wziął kilka głębokich oddechów, by się uspokoić. Lekkomyślnie działanie mogło doprowadzić do jego niechybnej zguby. Mimo wszystko jednak, nie mógł stać bezczynnie, widząc błysk arogancji w oczach Matoranina, zwłaszcza po tym, co zrobił.

- Będę tym, który zakończy twoje rządy, Vrex - odezwał się.

- Przyjacielu - odrzekł Vrex, szczerze rozbawiony. Za jego plecami, nieopodal biurka, w panoramicznym oknie wciąż widniała dziura, nad naprawą której pracowało teraz kilka niewielkich lewitujących robotów. - Nie masz pojęcia, ile razy już to słyszałem…

Za plecami Adena rozległ się syk otwieranych drzwi. Wojownik zacisnął mocniej palce na uchwytach broni, niemal do bólu. Na ostrzach tonf zaczęły przeskakiwać drobne błyskawice.

- Zabiłeś moją siostrę… - wycedził Aden. - Wymazałeś moje wspomnienia… Okłamałeś mnie… I traktujesz to wszystko, jakby to był żart.

Miał zrobić krok do przodu, kiedy nagle złapała go czyjaś wielka łapa, uniosła w powietrze i cisnęła z całej siły o podłogę. Aden charknął i obrócił się na ziemi, spoglądając na masywnego mężczyznę w całkowicie czarnej zbroi. Zgarbiona sylwetka nieznajomego sprawiała, że jego głowa zdawała się wyrastać ze środka torsu, a od potężnych ramion odchodziły dwie rury, znikając gdzieś za plecami. W szczelinach w masce przybysza jarzyło się jadowicie zielone światło.

Vrex przeniósł wzrok na osiłka.

- Nie spieszyło ci się, Bane.

Spod maski przybysza wydobył się przeciągły, basowy pomruk.

- Gdybyś lepiej pilnował swojego pupila, Vrex, nie musiałbym tu wcale przychodzić.

Aden zerwał się na równe nogi, stając twarzą w twarz z górującym nad nim Mrocznym Łowcą. Twarz najemnika wykrzywił złowrogi uśmiech.

- Więc chcesz się zabawić… - powiedział, po czym rury na jego ciele zaczęły wtłaczać zielony płyn w mięśnie jego ramion. Mroczny Łowca uniósł ręce i przywalił nimi w podłogę, w miejsce, w którym przed chwilą stał Aden. Temu udało się jednak odskoczyć, dopadając do ściany. Aden błyskawicznie odbił się od niej, nadlatując ku osiłkowi i tnąc tonfą, przecinając jedną z rur na ciele Łowcy.

Bane warknął gniewnie, otoczony zielonkawą mgiełką, która zaczęła gromadzić się wokół niego po uwolnieniu z przewodu. Aden ugiął kolana, po czym odbił się od ziemi i pomknął ku przeciwnikowi, gotów do kolejnego ciosu. Na jego przeszkodzie niespodziewanie stanęło ramię Bane’a. Mroczny Łowca zacisnął swoje kanciaste palce na torsie wojownika i przycisnął go do podłogi, napierając na niego całym swoim ciężarem. Pod Adenem, na podłodze zaczęły pojawiać się pęknięcia. Z gardła mężczyzny wydobył się bolesny jęk.

- Och, tylko mi tu nie płacz. Płakanie jest dla słabeuszy. I piratów - powiedział Mroczny Łowca, uśmiechając się podle. - A ty mi nie wyglądasz na pirata.

- Ostrożnie, Bane - odezwał się Vrex, wstając zza biurka. - Postaraj się go za bardzo nie uszkodzić.

Bane prychnął, napierając tak samo mocno, jak przedtem.

- Możesz być spokojny, Vrex. Zresztą, nawet jeśli zmiażdżę mu kręgosłup… - powiedział, a Aden poczuł się, jakby za moment miały mu pęknąć wszystkie kości. - Będziesz mógł go naprawić, prawda…?

Przyciskany do ziemi, oprócz bólu, Aden coraz bardziej dobitnie zaczął czuć chłód podłogi na swoim policzku. Chciał sięgnąć po moc, lecz bez rezultatu. Przymknął oczy, próbując wykrzesać z siebie resztki siły, bezskutecznie. Nie tak sobie to wszystko zaplanował.

Gdy na powrót otworzył oczy, nie znajdował się w gabinecie Vrexa. Stał pośrodku okręgu treningowego wewnątrz machiny wojennej - Akkaratusa - a wszędzie dookoła niego znajdowali się pochłonięci ćwiczeniami członkowie Zakonu Stwórczyni. Przed nim zaś - Saniis, z bronią w gotowości.

- Mówią, że jesteś za młody - usłyszał głos siostry. Jej twarz promieniowała dumą zaciekłego wojownika. - Że jesteś za słaby. Pokaż im, że się mylą, Iskierko.

Aden poprawił uchwyt na drzewcu włóczni i zaszarżował.

- Masz niezłomnego ducha…

Zadał cios, lecz Saniis bez problemu go sparowała, wyprowadzając kontrę.

- Nigdy się nie poddasz…

Przeskoczyła nad nim, błyskawicznie dopadając do jego pleców. Zacisnęła na nim jedno ramię, trzymane w dłoni drugiego ostrze pomknęło ku jego szyi i zatrzymało się parę centymetrów od niego. Minęło ledwie kilka sekund, lecz to wystarczyło, by Saniis wygrała tę rundę.

- Pamiętaj o swoim obowiązku… - szepnęła mu do ucha.

Aden popatrzył na widoczną naprzeciw niego naścienną płaskorzeźbę, przedstawiającą dwie postacie, w tym kobietę o delikatnej, niemalże kruchej posturze i parze dostojnych skrzydeł rozpościerających się za plecami. Jego uwaga skupiła się jednak na drugiej istocie. Miała naznaczoną ostrymi, wręcz agresywnymi konturami sylwetkę dobrze zbudowanego wojownika, z dolną połową ciała przypominającą ogon węża. Twarz mężczyzny skrywał hełm wykuty na kształt czaszki, okolony parą powykręcanych rogów.

- Kabrius…

- Jest zarazą, którą trzeba wyplenić - powiedziała Saniis, puszczając brata.

Aden upadł na kolana. Wojowniczka podeszła do niego, wyciągając ku niemu dłoń.

- Dalej, Iskierko. - Uśmiechnęła się i pomogła mu wstać. - Spróbujmy jeszcze raz.

Jego zmysły powróciły do teraźniejszości. Bolesnej teraźniejszości. Bane zdawał się być szczerze zaskoczony wytrzymałością swojego przeciwnika, lecz nie przestawał napierać, czekając, aż Aden straci przytomność. Wojownik nie mógł do tego dopuścić. Miał do spełnienia obowiązek - pozbyć się zarazy, którą był Kabrius.

Nie. W tej chwili, jedyną zarazą, którą należało wyplenić, był Vrex.

Sięgnął w głąb siebie, po moc, i uwolnił nagły impuls, który rozbłysł oślepiającym, zielonym światłem i odrzucił od niego Bane’a. Odepchnięty Mroczny Łowca popatrzył ze zdumieniem na swoją osmoloną dłoń, potem przeniósł wzrok na podnoszącego się Adena. Wokół dłoni mężczyzny tańczyły błyskawice.

- Cóż to, larwo? Bawisz się fajerwerkami? - zadrwił.

Aden nie skupiał się na nim, lecz na znajdującym się za najemnikiem Vrexem. To on był tutaj jego celem. Bane stanowił jedynie przeszkodę.

- Zejdź mi z drogi… - Aden przelał całą swoją moc do dłoni, tworząc między nimi piorun kulisty, po czym wyrzucił ręce do przodu. Uwolnił energetyczny pocisk, który pomknął ku Bane’owi, przebił się przez pancerz na jego piersi i wyleciał z drugiej strony.

Mroczny Łowca popatrzył ze zdumieniem na wypaloną w jego torsie dziurę, z której unosiły się drobne smużki dymu.

- Co to miało być, ha? Myślałeś, że coś takiego mnie pokona? Jesteś zbyt słaby, by mnie zab… - Umilkł, gdy jego ciało zwiotczało, a światło w oczach przestało się palić. Po chwili jego zwłoki runęły z gruchotem na podłogę.

Vrex przekrzywił głowę.

- Imponujące…

Przeniósł wzrok z martwego ciała Bane’a na Adena. Wojownik zgromadził kolejne błyskawice wokół dłoni i zrobił pierwszy krok w stronę Vrexa.

- Posłuchaj, Adenie - powiedział Matoranin. - Wiem, jak się czujesz, ale jeśli zgodzisz się ze mną współpracować, wynagrodzę ci to wszystko.

Mężczyzna w czarno-zielonej zbroi zatrzymał się.

- Mam dla ciebie pracować? - zapytał. - Po tym wszystkim, co zrobiłeś?

- Nie zdajesz sobie sprawy z wagi sytuacji, chłopcze - odparował Vrex. - Glavus ma wobec ciebie wielkie plany… Ja mam wobec ciebie wielkie plany!

Wpatrując się w Matoranina, Aden pokręcił głową.

- Już nigdy więcej nie będę dla ciebie pracować.

Choć w oczach Vrexa na moment zabłysła drobna iskra rozczarowania, lider Syndykatu zdawał się spodziewać się takiej odpowiedzi.

- Cóż, nie chciałem, żeby do tego dochodziło… - powiedział. Z podłogi obok niego rękojeścią do góry wysunął się wielki miecz o barwie obsydianu z szerokim, ząbkowanym ostrzem. Vrex złapał za uchwyt i wystawił broń przed siebie. Obsydianowa klinga odbijała w swojej powierzchni chłodne światło białych lamp gabinetu.

Aden obrócił tonfy, kierując ostrza do przodu i naskoczył na Matoranina, pozostawiając po sobie w powietrzu zieloną smugę. Zamachnął się na Vrexa, lecz na drodze jego ostrzy stanęła głownia obsydianowego miecza. W następnej sekundzie Matoranin zacisnął wolną dłoń na głowie Adena, zawieszając go w powietrzu. Wojownik wrzasnął, kiedy rękawica zbroi Vrexa zaczęła przyciągać i odpychać poszczególne atomy jego maski w przeciwne strony. Próbował wydostać się z uścisku, lecz przytwierdzony do zbroi Matoranina metal był nie do odseparowania. Po chwili do krzyku mężczyzny dołączyło skwierczenie uwalnianych błyskawic.

- Będę wymazywał ci pamięć tak długo… - wycedził Vrex przez zaciśnięte zęby - dopóki nie staniesz mi się posłuszny!

Aden nie mógł dopuścić, by tak to się skończyło. Saniis mówiła mu, że ma niezłomnego ducha… że się nie podda… Wciąż miał do wypełnienia swoją misję - odnaleźć i powstrzymać Kabriusa. Był ostatnim Posłańcem Przeszłości i Przyszłości, jaki pozostał Stwórczyni. Jeśli teraz polegnie, wszystko, o co do tej pory walczyła jego siostra, zostanie zaprzepaszczone…

Wykrzesał z siebie każdą, nawet najmniejszą drobinkę mocy, jaka tylko drzemała w jego ciele. W następnej sekundzie uwolnił najpotężniejszy z dotychczasowych impulsów, który odseparował go od dłoni Matoranina i wyrzucił przez dziurę w oknie. Lecąc plecami ku ziemi, Aden zdołał jeszcze dostrzec niedowierzającego Vrexa za ciemną szybą. Potem uderzył o metal i zsunął się w dół Kopuły.

⁎⁎⁎

W momencie otwarcia oczu przez Arcticę, Voxowi towarzyszyło największe uczucie ulgi, jakie do tej pory doświadczył.

Kiedy zbiegli na dół i zastali tam ledwo przytomną Toa Lodu, był śmiertelnie przerażony. Przeraził się jeszcze bardziej, kiedy kobieta wydała z siebie tylko jedno słowo - „Vrex” - i runęła na spotkanie z ziemią, mdlejąc; Vox w ostatniej chwili złapał ją w ramiona, nim zdążyła uderzyć o podłogę.

Zanieśli ją potem do pracowni Phorena i położyli na prowizorycznym łóżku. Le-Matoranin nie był co prawda wykwalifikowanym medykiem, lecz - jak sam mówił - między naprawą maszyn a naprawą Toa nie było aż tak wielkiej różnicy. Poza tym, oprócz zranionego barku i uszkodzonej Kanohi, Arctica nie doznała żadnych poważnych uszkodzeń. Konstruktor założył jej opatrunek, obiecując, że nic jej nie będzie, wojowniczka cały czas była jednak nieprzytomna - i przez to Vox śmiertelnie się o nią martwił.

Dlatego, kiedy wreszcie się ocknęła, odetchnął głęboko w duchu. Trawiące go poczucie winy nieco odpuściło, choć nadal dawało o sobie znać. Toa Dźwięku stłumił je w sobie i popatrzył na Arcticę. Przez moment wodziła wzrokiem dookoła, nie wiedząc, gdzie się znajduje. Dopiero paru sekundach poznała pracownię Phorena i siedzącego przy jej łóżku Toa.

- Jak się czujesz? - zapytał Vox.

Arctica przymknęła oczy, przykładając dłoń do skroni.

- Fizycznie? Okropnie - powiedziała po chwili zachrypniętym głosem.

- A psychicznie?

- Jeszcze gorzej - odparła, wzdychając ciężko.

Mężczyzna przeniósł wzrok na Lockette, stojącą po drugiej stronie łóżka. Fotoreceptory mechanicznej asystentki Phorena kończyły właśnie przeprowadzać skan ciała rannej Toa.

- Wszystko z nią w porządku? - spytał. Lockette odpowiedziała mu kiwnięciem głowy.

- Dojdzie do siebie. Zużyła jednak dużo mocy żywiołu, co w połączeniu z uszkodzoną maską doprowadziło do poważnego osłabienia. Potrzebuje czasu, żeby odzyskać siły.

- Och, to z pewnością. - Arctica wsparła się na łokciu, podnosząc się do pozycji półleżącej. Jej twarz wykrzywił nieprzyjemny grymas, gdy okazało się, że jej mięśnie potrzebowały znacznie więcej siły niż do tej pory do wykonania tak prostej czynności. - Musiałam w końcu nie dać się zabić przy zjeździe po dachu Kopuły Artas Nui i zgubić pościg, kiedy znalazłam się już na dole… Jak długo byłam nieprzytomna?

- Przeszło cztery godziny - oznajmił Vox. - Już po zmroku.

Toa Lodu pobladła.

- Och, świetnie… - jęknęła. - Nikt mnie nie śledził?

- Nikogo nie zauważyliśmy - powiedział Phoren, krzątający się za stołem z narzędziami. - Ale na wszelki wypadek Galia poszła z Junkym na zwiady, by się upewnić.

Arctica uniosła brew.

- Galia? - zapytała, po czym spojrzała na Voxa. - Czy ty nie nadawałbyś się do tego lepiej, z mocą dźwięku?

Toa w Hau spuścił na moment wzrok.

- Może i tak… - odrzekł. - Ale wolałem zostać tutaj i przy tobie czuwać.

Arctica zamrugała. Przez krótki moment, trwający ledwie parę uderzeń serca, wpatrywała się w Voxa, racząc go głębokim spojrzeniem błękitnych oczu spod maski. Jej Kanohi przecinało biegnące na ukos wypalone pęknięcie, pamiątka po nieznanym napastniku. Kobieta już otwierała usta, by coś powiedzieć, lecz wtedy w pracowni zjawił się Hserg. Na ramieniu Toa Ognia niósł masywną skrzynię, którą od razu po wejściu postawił z łomotem na podłodze przy łóżku, obok Arctici, i otworzył ją. Była wypełniona po brzegi lodem.

- To powinno przywrócić ci pełnię sił - powiedział wojownik, wyszczerzając się.

Kobieta wpatrywała się w osłupieniu w zawartość skrzyni. Po chwili na jej twarzy zagościł uśmiech.

- Ja… Nie wiem co powiedzieć… - odezwała się. - Skąd wziąłeś tyle lodu?

Toa Ognia wzruszył ramionami.

- Cóż, z latarni morskiej niedaleko do morza - odparł. - Nabrałem tyle wody, ile tylko się dało i obniżyłem jej temperaturę, tworząc lód. Uznałem, że lepsze to, niż siedzieć bezczynnie i czekać, aż się obudzisz. - Rzucił ukradkowe spojrzenie ku Voxowi. Ten wywrócił jedynie oczami w odpowiedzi.

- Ja… dziękuję - powiedziała Arctica. Opuściła nogi z boku łóżka i pochyliła się nad skrzynią, dotykając czubkami palców lodu. Przymknęła oczy. W następnym momencie, pomiędzy krystaliczną bryłą a dłońmi kobiety pojawiły się strumienie przepływającej błękitnej energii. Dla wyostrzonego słuchu Voxa, jej ciało zaczęło pulsować rytmem przypominającym bicie drugiego serca.

Hserg przysunął do siebie krzesło, stawiając je tyłem do przodu i usiadł na nim okrakiem, kładąc skrzyżowane ręce na oparciu.

- Nie musisz dziękować - odrzekł i wskazał skinieniem głowy na mężczyznę w Hau. - Vox mówił, że mamy pomagać innym jak wzorowi Toa. Myślę, że dobrze zacząć od pomocy sobie nawzajem.

Zebrani wymienili spojrzenia. Phoren pokiwał głową.

- Piękna myśl.

- Wzorowi Toa? - zapytał Vox z lekkim rozbawieniem. - Czy to aby przypadkiem nie ty nie tak dawno temu groziłeś, że zrobisz z Vrexem nieprzyjemne rzeczy?

- Och, tak. I nadal jestem na niego wściekły, nie ukrywam. Ale chyba jednak będę musiał wykreślić to z mojej listy planów, przynajmniej jeśli chodzi o konfrontowanie Vrexa w pojedynkę. Zwłaszcza po tym, co spotkało Arcticę. - Toa Ognia wskazał na wojowniczkę w Volitak. - Ale cóż, skoro już wiemy, że wszystko z nią w porządku, pójdę pomóc Galii. Przyda jej się w zwiadzie ktoś z Maską Sonaru.

Już miał zamiar wstać, kiedy odezwał się Vox:

- To chyba nie będzie potrzebne…

Toa Dźwięku jako pierwszy usłyszał kroki Xianki, dopiero potem jej odgłos dobiegł do uszu pozostałych, kiedy weszła na schody latarni. Hserg obrócił się ku wejściu do pracowni, a krótką chwilę później stanęła w nim Vortixx w czerwono-srebrnej zbroi.

- I jak? - zapytał ją Toa Ognia.

- Sprawdziłam niemal całą okolicę wzdłuż i wszerz - powiedziała Galia, wchodząc do pomieszczeniu. Zatrzymała się przy łóżku i oparła dłonie na biodrach. - Nigdzie nie znalazłam śladu wrogich ludzi Vrexa. Śledziłam też przez chwilę jeden z patroli Skakdi, ale nie wyglądali tak, jakby mieli złożyć tu wizytę. Junky’emu poszło nie lepiej, choć nie można od niego za wiele wymagać. Na wszelki wypadek postawiłam go na czatach przy wejściu, choć nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek tu się zjawił. Jeśli przez tak długi czas ludzie Vrexa nie wytropili tu Arctici, to znaczy, że nie należą do najbystrzejszych istot, co jest w sumie prawdopodobne, ale nie przesadzajmy, albo…

- …albo to nie za mną wysłali pościg - dokończyła za nią Arctica. Pracownia Phorena na moment utonęła w nieprzenikliwej ciszy.

Galia potaknęła, przyznając jej rację.

- Możliwe. Ale mogłam też coś przeoczyć. Nie jestem aż tak dobrą zwiadowczynią. Może gdybym pożyczyła od kogoś Maskę Kamuflażu, byłoby mi łatwiej śledzić Skakdi i czegoś się dowiedzieć - rzekła, rzucając spojrzenie na uszkodzoną Kanohi Toa Lodu. - Ale nie od ciebie. Twoja wygląda koszmarnie.

Arctica uśmiechnęła się kwaśno.

- Nie da się ukryć - powiedziała, zdejmując Volitak. Przez chwilę wpatrywała się w pękniętą Kanohi, po czym zwróciła się do Phorena, wyciągając ku niemu rękę z maską: - Czy dałbyś radę ją naprawić, konstruktorze?

Phoren podrapał się w tył głowy, biorąc od niej Volitak.

- Cóż, niektórzy nie odważyliby się oddać swojej maski do naprawy komuś innemu niż Ta-Matoraninowi - odparł. - Ale mam nieco doświadczenia w pracy z przetworzonymi Kanoka. Zobaczę, co da się zrobić.

- Dziękuję. - Arctica uśmiechnęła się w odpowiedzi.

Nie wiedząc czemu, Vox poczuł gdzieś w głębi ciepłe uczucie ulgi, innej niż do tej pory, widząc, że cięcie, które wypaliło szramę na Kanohi Toa Lodu, nie pozostawiło żadnego śladu na jej twarzy - prawdziwej twarzy. Równie dobrze mogło jednak właśnie do tego dojść. Vox wiedział, że nie mógłby znieść widoku kolejnej blizny na jej ciele. Ponownie nawiedziło go poczucie winy. Było dla niego jak uciążliwy dźwięk, którego co gorsza nie mógł wytłumić.

W końcu zebrał się w sobie i powiedział to, co ciążyło mu od momentu powrotu Arctici:

- Przepraszam. Nie powinienem był pozwolić ci pójść do Vrexa samej.

- Nie, Vox. - Kobieta pokręciła głową. - To moja wina. Zachowałam się lekkomyślnie. Nie powinnam była tam iść bez uprzedzenia was.

- Mimo wszystko - odparł Toa Dźwięku. - Powinienem był cię odszukać.

- Nie musiałeś…

- No już, już, spokojnie - przerwał im Hserg. - Nie zamierzacie chyba spędzić całego wieczoru próbując ustalić, kto jest winny temu, co się stało? Najważniejsze, że jesteśmy tu teraz razem.

Vox skinął powoli głową. Jego przyjaciel mówił prawdę. Równie dobrze Arctica mogła tu wrócić w znacznie gorszym stanie - lub nie wrócić wcale - i choć Toa Dźwięku mógł się zadręczać rozmyślaniem o tym, jak to wszystko by się potoczyło gdyby zareagował tak, a nie inaczej, to koniec końców byli tu razem i tylko to się teraz liczyło.

A skoro ich zespół na powrót był w komplecie, nadszedł czas na obmyślenie planu. Do tego jednak musieli dowiedzieć się, co tak właściwie spotkało Arcticę. Mężczyzna położył dłonie na krawędzi łóżka i spojrzał poważnie na Toa Lodu.

- Arctica - rzekł. - Chcę, żebyś powiedziała nam dokładnie, co zaszło kwaterze Vrexa.

- Ja… - zaczęła wojowniczka, a jej wzrok na krótki moment stał się mętny, odległy, gdy sięgała pamięcią wstecz. - Wydaje mi się, że wtargnęłam w sam środek planu Vrexa, który, tak jakby, wymknął się spod kontroli.

Vox zmarszczył brwi i przybliżył się do kobiety.

- Co masz na myśli?

- Po spotkaniu z Turagą i naszą rozmową, poszłam pomówić z Vrexem. Głupie, wiem, nie mówmy teraz o tym. Spotkałam się z nim w jego biurze i starałam się, żeby zrozumiał, że pozostawienie miasta bez strażników Toa jest błędem. Cóż, prawdę mówiąc, niezbyt mu się to spodobało.

- Zaatakował cię? - zapytał Toa w Hau. Kobieta pokręciła głową.

- Nie - odparła. - A przynajmniej nie fizycznie. Wypomniał mi wszystkie moje błędy, które być może doprowadziły do całej tej sytuacji. Wspomniał, dlaczego tak bardzo nienawidzi Toa. I jak bardzo chce ich upadku.

Palce Hserga zwinęły się w pięść.

- Więc robi to wszystko… z zawiści do nas?

- Nie. I to jest w tym wszystkim najgorsze. - Arctica popatrzyła na niego, a potem na pozostałych. - Powiedział, że robi to dla kogoś. Ja… sądzę, że chodziło mu o Glavusa.

Oczy Voxa momentalnie się rozszerzyły.

- Glavusa? Jesteś tego pewna?

- Nie wspomniał o nim bezpośrednio - odparła kobieta. - Ale kogo innego Vrex mógłby mieć na myśli, jak nie jego? To on kazał Phorenowi zaprojektować Nuvokah. Co prawda przez Shilasha, ale to nadal był on.

Wojownikowi trudno było się z nią nie zgodzić. Echo groźby Glavusa cały czas odbijało się gdzieś z tyłu głowy Voxa, a wraz z pojawieniem się Nuvokah rozbrzmiało ze zdwojoną siłą. Teraz, kiedy Arctica o tym wspomniała, nie było wątpliwości, że wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatnich dni było częścią planu Glavusa. Shilash mówił, że stał on za wybuchem wojny z Armią Nowego Świata. Po utracie Nero, Vrex musiał stać się jego nową marionetką.

Toa Dźwięku nie wiedział, co tajemniczy zabójca Toa Artas i Zaldiara dokładnie planował, nie musiał. Wiedział tylko to, co najważniejsze - że musieli powstrzymać go za wszelką cenę.

- W porządku - powiedział Hserg. - Ale z tego, co słyszałem, Glavus ukrywa się Wielki Duch wie gdzie. Więc to raczej nie on tak poharatał ci maskę?

- Nie - odparła natychmiast Arctica. - Potem… w trakcie rozmowy, do gabinetu wszedł ktoś jeszcze. Dziwny wojownik, wyglądał trochę jak Toa, ale… - Zakręciła dłońmi w powietrzu, szukając odpowiednich słów. - Niezupełnie. Oskarżył mnie o zabójstwo jakiejś bliskiej mu osoby. Powiedział, że Toa zabili mu siostrę. Oczywiście nie miałam pojęcia, o co chodziło, ale Vrex zmanipulował wtedy nagranie moich słów tak, że wyglądało to, jakbym się do tego przyznawała. Wtedy zaczęliśmy walczyć. To on zniszczył moją maskę i zrobił… to. - Wskazała na swój bark.

Vox słuchał jej słów z coraz większym niepokojem. Podejrzewał, że to ktoś z Policji Skakdi albo Mrocznych Łowców z Zespołu B był odpowiedzialny za obecny stan Arctici. Wejście do gry kolejnego, nowego gracza po stronie Vrexa nie zwiastowało niczego dobrego.

- Walka przeniosła się potem na zewnątrz - mówiła dalej Toa Lodu. - Wylecieliśmy przez okno. Jakoś udało mi się zjechać po dachu Kopuły, wylądowałam na ulicy i rzuciłam się do ucieczki. Nieznajomy pobiegł za mną razem z pościgiem wysłanym przez Vrexa. Ale, co dziwne… tam, na ulicy, ten mężczyzna nie wydawał się już chcieć mnie skrzywdzić, raczej tylko poznać odpowiedzi. Wydawał się strasznie zdezorientowany… Kiedy mnie zatrzymał, powiedziałam mu, że Vrex go okłamał i pobiegłam dalej. Już mnie nie gonił. Zdaje się, że pościg go dopadł.

Vox wymienił spojrzenia z pozostałymi. Hserg, Galia i Phoren wydawali się równie zaniepokojeni i skonfundowani, co on sam. Na moment wszyscy zapomnieli o Glavusie.

- Ten… nieznajomy - powiedział Hserg. - Jakiej rasy właściwie był? Mówiłaś, że przypominał Toa?

- Tak, ale nie mógł być Toa, było w nim coś… innego - odrzekła Arctica. - Poza tym, wydawało mi się, że miota błyskawicami, ale to nie ten typ błyskawic, który widziałam u Toa tego żywiołu.

- Może to jakiś podrasowany Skakdi? - podrzucił mężczyzna w Arthron. - Albo jeden z tych zmiennokształtnych co władają żywiołami, jak Blaze?

- Mroczny Łowca? - zaproponował Phoren.

Arctica kręciła głową na każdy z tych pomysłów.

- Nie mam pojęcia. Nie przypominał żadnej znanej mi istoty, choć jednocześnie było w nim coś… znajomego. Ale nie potrafię określić, co.

- Czy wiesz, jak ma na imię? - spytał Vox.

Oczy Toa Lodu zabłysły.

- Tak, usłyszałam, jak padało jego imię. Zdaje się, że nazywa się… Aden. - Popatrzyła na pozostałych. - Znacie kogoś takiego?

Ich wyrazy twarzy były wystarczającą odpowiedzią.

- Cóż, kimkolwiek jest ten… Aden - powiedział Hserg, krzyżując ramiona na piersi - wydaje się być niezwykle niebezpieczny po stronie Vrexa. Chyba najwyższy czas obmyślić szczegóły naszego planu, prawda, Vox? - Zerknął na Toa Dźwięku. Ten potaknął.

Arctica uniosła brew.

- Planu?

- Kiedy cię nie było - odparł Toa Dźwięku, zwracając się do kobiety - uznaliśmy z Hsergiem i Galią, że walka z Vrexem nie ma sensu, a przynajmniej walka w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Dlatego postanowiliśmy, że zwrócimy się do mieszkańców, by stanęli po naszej stronie i sprzeciwili się nowej dyrektywie Syndykatu. Myśleliśmy między innymi o pracownikach fabryk w Piątym Dystrykcie.

- Brzmi rozsądnie. Myślisz, że się zgodzą?

- Po spotkaniu na Stadionie słyszałem, jak niektórzy z nich krytykują plan Vrexa. Poza tym, nie od dziś wiadomo, że robotnicy nie pałają sympatią do Syndykatu. W fabrykach nie mają najlepszych warunków do pracy, a Piąty Dystrykt podlega właśnie Syndykatowi. Wydaje mi się, że mogą skłonni nas poprzeć. Potrzebują tylko iskry, która rozpali w nich ogień.

- Ja mogę do nich pójść - zaproponował Hserg. - Znam się na rozpalaniu ognia.

Toa Lodu potaknęła.

- Dobrze. Ja pójdę porozmawiać z Auerieusem - oznajmiła. - Najwyższy czas, żeby wezwał pozostałych Toa.

- Myślisz, że się na to zgodzi? - zapytał Vox. - Z tego co mi mówiłaś, nie jest entuzjastycznie nastawiony do tego pomysłu.

W odpowiedzi, Arctica zajrzała mu głęboko w oczy.

- Dopilnuję, żeby to zrobił.

Ton jej głosu sugerował, że nie cofnie się przed niczym, byleby tylko sprawić, że Toa Plazmy jej posłucha. Vox wyczuł w słowach kobiety także zatrważający chłód, który usłyszał dawno temu, przy ich pierwszym spotkaniu - kiedy jeszcze byli do siebie na dobrą sprawę wrogo nastawieni - i którego nie miał okazji doświadczyć od tamtego czasu. Jego obecność w głosie Arctici w tej chwili zdradzała zacięcie i nieustępliwość w dążeniu do celu. Kobieta ostatnimi laty ogromnie poświęcała się dla ludu Artas Nui i była zdolna posunąć się do wszystkiego, by go obronić. Vox podejrzewał, że byłaby skłonna nawet użyć siły, byle tylko Auerieus zrobił to, czego chciała.

Innymi słowy, nie chciałby znaleźć się teraz w skórze Toa Plazmy.

- Jest jeszcze coś - powiedział. - W trakcie naszej rozmowy, Galia słusznie zauważyła, że po odsunięciu Vrexa od władzy, inne frakcje będą mogły starać się ją przejąć. Dlatego… dlatego pomyśleliśmy o poproszeniu Khakkhary, żeby się do nas przyłączyła. - Spodziewając się, jaka może być reakcja Arctici, natychmiast dodał: - Wiem, co o nich sądzisz. Dopuścili się wiele złego na tej wyspie, ale jeśli…

- Nie, macie rację.

Vox zamrugał, zbity z tropu. Musiał przyznać, że nie takiej odpowiedzi się spodziewał.

- Naprawdę?

- Rzeczywiście istnieje ryzyko wojny domowej - odrzekła Toa Lodu - a my nie możemy do niej dopuścić. Nazywają tę wyspę Nieugiętym Miastem, ale kolejnych walk na taką skalę może nie wytrzymać. Nie mówiąc już o potencjalnych ofiarach.

- Czyli zgadzasz się na ten pomysł?

- Z wielką niechęcią. I pewnie prędzej czy później będą mnie z tego powodu dręczyć wyrzuty sumienia. Ale jeśli łącząc siły z Khakkharą uda nam się załagodzić konflikt… musimy to zrobić.

- Tylko jak się z nimi skontaktujemy? - spytał Hserg. - Od miesięcy nie organizowali żadnej demonstracji, a nikt nie wie, kiedy przypuszczą kolejny atak. Zresztą, to nie byłby chyba najlepszy moment do negocjonowania sojuszu.

Phoren odłożył lutownicę i podniósł głowę znad naprawianej Volitak, zdejmując gogle, po czym odezwał się:

- Myślę, że mogą w najbliższych dniach zorganizować jakiś protest, w związku z tym nowym dekretem Syndykatu. Może. Jeśli tak, to dałoby się wtedy…

- Sądzę, że to nie będzie koniecznie - przerwał mu Vox. Wszyscy spojrzeli na niego pytająco. - Ja… mogę mieć pewne kontakty w Khakkharze.

Lata temu, zaraz po tym, jak postawił pierwszy krok na lądzie Artas Nui, spotkał matorańskiego handlarza imieniem Tahku - był on jedną z pierwszych osób, z którymi Toa Dźwięku zaprzyjaźnił się na wyspie. Jak się potem okazało, szpiegował on innych dla Vrexa, przez co narobił sobie wielu wrogów. Ci pragnęli się na nim zemścić, a kiedy Tahku zginął z rąk Bane’a, skierowali swój gniew na inne osoby z nim związane, pośród których była Ga-Matoranka o imieniu Kyre. Vox spotkał ją parę lat później i ocalił przed gangiem próbującym wyłudzić od niej pieniądze, które wcześniej kazali zapłacić Tahku. Kyre wyjaśniła wtedy wszystko i pomogła zrozumieć Toa Dźwięku, dlaczego Matoranin postanowił dopuścić się współpracy z Vrexem.

To była krótka znajomość i teraz zapewne nic by nie znaczyła, gdyby nie to, że Vox ponownie spotkał Kyre trzy lata temu, podczas jednej z demonstracji Khakkhary. Wtedy była już jedną z nich, Toa wierzył jednak, że będzie skłonna wspomóc ich w słusznej sprawie. I wydawało mu się też, że wiedział, gdzie ją znaleźć.

- Jesteś… absolutnie pewien - odezwała się Arctica - że ten kontakt pozwoli ci na spotkanie z Mówcą i przekonanie go, by Khakkhara się do nas przyłączyła?

- Nie - odparł Vox, spoglądając na Toa Lodu. - W takiej sytuacji jak nasza, nie można być niczego pewnym. Ale nie zaszkodzi spróbować.

Arctica pomału przytaknęła. Kąciki jej ust drgnęły w lekkim uśmiechu.

- Słusznie.

- Dobrze, a więc mamy robotników z fabryki, Toa i Khakkharę - odezwała się Galia, wyliczając na palcach. - Czy jest ktoś jeszcze, kto mógłby nas wspomóc?

- Och, z pewnością - powiedziała Arctica, podciągając kolana pod siebie. - Vrex wielu mieszkańcom zalazł za skórę. Ale nie mamy czasu ich wszystkich szukać. Dostaliśmy trzy dni na opuszczenie wyspy… Zostały tylko dwa.

Hserg postukał palcem o brodę, zamyślając się.

- Cóż, chyba mam pomysł, kto jeszcze mógłby nas wesprzeć - powiedział.

Spojrzenia wszystkich zebranych zwróciły się ku niemu.

- Kogo masz na myśli? - zapytała Arctica.

- Największe szumowiny Artas Nui - oznajmił Toa Ognia. - W tym mieście nie ma chyba nikogo, poza nami oczywiście, kto chciałby bardziej dokopać Vrexowi.

- Nie - zaprzeczył stanowczo Vox, wstając gwałtownie.

Hserg popatrzył na niego, zdumiony.

- Nie?

- Nie będziemy współpracować z przestępcami.

- Wolisz więc walczyć z nimi o władzę? Bo myślę, że nie przepuszczą okazji, gdy już uporamy się z Vrexem. Poza tym, sam zaproponowałeś, żeby połączyć siły z Khakkharą.

- I to już jest dość ryzykowne - odparował Vox. - W tym wszystko chodzi o odbudowanie naszej reputacji u mieszkańców. Jak ci się wydaje, co pomyślą, kiedy dowiedzą się, że współpracujemy z największymi zbrodniarzami w mieście?

Miał powiedzieć coś jeszcze, ale poczuł zimny dotyk Arctici na swoim ramieniu. Popatrzył na nią. Wpatrywała się w niego przenikliwym spojrzeniem.

- Hserg ma rację, Vox - powiedziała. - Obaj ją macie. Jednak rzeczywiście potrzebujemy tylu sojuszników, ilu tylko się da.

- Naprawdę tak sądzisz? - odparł. - Podejmujemy ogromne ryzyko, prosząc Khakkharę o pomoc. Jeśli zwrócimy się do tych wszystkich łajdaków… podejmiemy jeszcze większe.

- Wiem, Vox. Ale teraz tylko takie ryzyko możemy podejmować, jeśli chcemy utrzymać się na wyspie - rzekła Arctica. - Zresztą, tu chodzi o wszystkich mieszkańców. Dobrze wiesz, do czego Vrex i jego ludzie są zdolni. Wszyscy to widzieliśmy. - Pokazała palcem na swoją uszkodzoną Kanohi, leżącą na blacie Phorena. - Posłuchaj, w przeszłości za bardzo zaniedbałam swoje obowiązki. Teraz cały czas staram się to naprawić. Zbyt wiele poświęciłam dla tego miasta, żeby pozostawić Vrexa przy władzy. On musi zostać powstrzymany. I zwerbuję nawet najgorsze szumowiny do pomocy, jeśli tylko dadzą radę tego dokonać.

Wpatrując się w oczy kobiety, Vox znalazł w nich to samo, co wcześniej usłyszał w jej głosie - zawziętość i nieustępliwość. Zresztą, miała rację, dobrze o tym wiedział. Będą potrzebowali każdego możliwego sojusznika, jeśli chcą zwyciężyć - zwłaszcza, jeśli w to wszystko zamieszany był Glavus. Zwerbują tych wszystkich ludzi, odsuną od Vrexa od władzy, zabezpieczą swoją, a potem… potem będą martwić.

Uśmiechnął w duchu, rozbawiony na swój sposób całą tą sytuacją. Przed laty, kiedy jeszcze był świeżo upieczonym Toa na swojej ojczystej wyspie, nie przeszłoby mu przez myśl, by współpracować z przestępcami. Zdawało się to być dla niego zaprzeczeniem wszystkiego, czego uczył go Zaldiar.

Ale może Zaldiar wybrałby właśnie takie rozwiązanie. Może właśnie tak by postąpił.

- Dobrze. Niech tak będzie - odrzekł w końcu Vox, kiwając głową. - Skoro to robimy, to… chyba nawet wiem, od jakiego miejsca możemy zacząć.

Hserg oparł ręce na biodrach.

- Naprawdę? - zapytał, unosząc brwi. - To by nam pomogło.

- Co to za miejsce? - spytała Arctica.

Vox zaczął wyjaśniać:

- Lata temu, przed wojną z Armią Nowego Świata, przechodziłem przez dość… trudny okres w moim życiu. - Usiadł na łóżku i pochylił się do przodu, złączając dłonie czubkami palców. - Wszedłem wtedy w nieciekawe towarzystwo i spędzałem całe dnie w barze o nazwie Jednonogi Husi. Trudno o większe mrowie łajdaków i szumowin na tej wyspie. - W odpowiedzi, jego towarzysze pokiwali głowami. Z pewnością słyszeli o tym miejscu. - Ale my nie możemy tam pójść.

- Dlaczego? - zdziwił się Hserg.

- Mogą nienawidzić Vrexa, ale nikt nie będzie się kwapił, żeby posłuchać Toa - wyjaśnił Vox. - Zbyją nas. Nawet mnie. Dawno temu przestałem być tam stałym bywalcem. Potrzebujemy kogoś innego. Kogoś, kto zna się na rozmowach z tym typem ludzi.

Na te słowa, wszystkie oczy skierowały się na Galię, obracającą sztylet w dłoni. Dostrzegłszy na sobie tyle spojrzeń, Vortixx znieruchomiała, przestając obracać nóż.

- Co, że niby ja? - spytała. - Mogę to zrobić.

- Jesteś pewna? - zwrócił się do niej Hserg. - Nigdy tam nie byłaś.

Xianka wzruszyła ramionami.

- Szumowiny to szumowiny - stwierdziła. - Na każdej wyspie takie same.

Vox widział, jak Hserg otwiera usta, by powiedzieć coś jeszcze - domyślał się, że nie podoba mu się pomysł posyłania Galii do Jednonogiego Husiego - powstrzymał się jednak. Zresztą, czy mieli jakąkolwiek inną opcję?

- Dobrze więc, w takim razie - odezwała się Toa Lodu - Hserg uda się do Piątego Dystryktu, by porozmawiać z robotnikami. Ja pójdę do Auerieusa, Vox spotka się z Khakkharą, Galia zwerbuje tyle szumowin, ile tylko się da. Konstruktorze - zwróciła się do Le-Matoranina. - Jeśli znasz jeszcze kogoś, kto byłby w stanie nas wspomóc, wiesz, co robić.

Phoren przytaknął.

- Zrobię, co tylko się da.

Arctica powiodła wzrokiem po wszystkich zgromadzonych.

- Dobrze się przygotujcie. Jutro zaczynamy walkę o naszą wyspę.

W odpowiedzi Hserg uśmiechnął się z lekka, jakby rozbawiony tymi słowami.

- Walka bez broni - odrzekł. - To dopiero ciekawe.

Arctica również odpowiedziała mu uśmiechem, lecz nie było w nim rozbawienia.

- Właśnie takie są najzacieklejsze - powiedziała.

⁎⁎⁎

Gabinet Vrexa spowijała niemal nieprzenikniona cisza. Jedynym, co ją zakłócało, były odgłosy lewitujących robotów naprawczych reperujących uszkodzone - po raz drugi tego dnia - okno i próbujące pozbyć się zalegających na podłodze zwłok Bane’a, oraz głos szepczącego samemu do siebie przez zaciśnięte zęby Butterfly’a, który z palcami zwiniętymi w pięści obserwował martwe ciało swojego dawnego kompana.

Vrex stał odwrócony do przybyłych plecami, patrząc gdzieś za tonący w ciemności nocy horyzont. Kiedy Mroczni Łowcy zostali wezwani i powiadomieni o szczegółach zajścia, jakie miało tu miejsce, wszyscy byli w szoku na wieść o śmierci Bane’a, w szczególności Butterfly, który od tamtego momentu mamrotał coś pod nosem, poprzysięgając zemstę. Trudno było stwierdzić, czy Bat zdawał sobie sprawę z powagi sytuacji, lecz Blaze z pewnością zdawała. Vrex nie był osobą, która łatwo wpadała w złość, a na pewno nie taką, która ją okazywała. Lecz teraz jego nieruchoma postura i głębokie milczenie świadczyły tylko o jednym - był potwornie wściekły.

- Aden na wolności stanowi ogromne zagrożenie dla naszych interesów. Macie go odnaleźć i przyprowadzić do mnie - oznajmił Onu-Matoranin i popatrzył na najemników przez ramię. - Żywego. Jeśli ponownie wymażemy mu pamięć, nadal będzie mieć szansę mi się przydać.

Butterfly przerwał swój cichy monolog i odezwał się:

- Skoro poznał prawdę, może zdradzić Toa nasze plany. A jeśli ci powiedzą o nich mieszkańcom… będziemy na przegranej pozycji.

Vrex zwlekał chwilę z odpowiedzią.

- Może i tak - odparł w końcu. - Ale nikt z mieszkańców nie uwierzy Toa po tym, jak dowiedzą się, że ci są odpowiedzialni za śmierć Turagi.

Blaze zamrugała.

- Planuje pan… zabić Turagę?

- Wolałbym nie musieć się do tego posuwać - powiedział Vrex. - Ale jeśli Toa faktycznie poznają prawdę o Nuvokah i całym planie, będę musiał to zrobić, żeby nikt nie był skłonny im zaufać. Dobrze jest jednak mieć głupca do manipulowania na najwyższym szczeblu władzy, więc dopilnujcie, żeby Aden tu trafił zanim wygada się o wszystkim Toa… W szczególności ty, Blaze. - Matoranin zawiesił wzrok na kobiecie. - Pamiętaj o naszej umowie.

Słysząc te słowa, łowczyni poczuła się, jakby jej ciało rozpadło się pod ich wpływem.

- Tak jest, panie Vrex.

- Ruszajcie - rzucił Matoranin. - Nie ma czasu do stracenia.

Troje Mrocznych Łowców ukłoniło się i opuściło gabinet, a Vrex powrócił do spoglądania w ciszy przez okno. Po krótkiej chwili przeniósł spojrzenie na mechaniczną dłoń swojej zbroi - tę samą, która chwyciła Adena za głowę podczas walki i z uścisku której wyrwał się wojownik.

Mężczyzna zmrużył oczy. Jeśli Aden dysponował siłą zdolną przeciwstawić się mocy, która uwięziła Matoranina w tej zbroi…

…to Vrex musiał go za wszelką cenę sprowadzić tu z powrotem.

Rozdział 8[]

Vox nie pamiętał, kiedy ostatni raz postawił nogę w tej części Drugiego Dystryktu. Co jednak przykuło jego uwagę to fakt, w jak niewielkim stopniu okolica się zmieniła od jego poprzedniego pobytu w tych stronach.

Okalające ulicę budynki sprawiały wrażenie całkowicie opustoszałych. Receptory Voxa nie wyłapywały żadnego dźwięku w promieniu kilku kio, który mógłby świadczyć o jakimkolwiek życiu. Po wojnie z Armią Nowego Świata liczba mieszkańców wyspy nieco zmalała, co spowodowało opustoszenie kilku dzielnic, lecz z drugiej strony część ludzi przeniosła się we wcześniej niezamieszkane miejsca. Wszystko wskazywało jednak na to, że tutaj było po staremu.

Gdy Vox ostatnio tu przybył, jedynym znakiem życia była działająca w pobliżu odlewnia. Teraz i ta podzieliła los reszty dzielnicy. Po wojnie, większość zakładów została przejęta przez Syndykat, a ten przeniósł je do Piątego Dystryktu, by skupić je wokół kontrolowanej przez siebie od samego początku Kuźni Astavar. Nikomu nie opłacało się utrzymywać zakładu w tej części miasta. Odlewnia pozostawiła po sobie kolejny z wielu stojących tu wraków budynków i puste tory, po których niegdyś jeździły Nui-Kanseny.

To nie odlewnia była dziś jednak celem Toa Dźwięku. Vox zatrzymał się przed wejściem do dawnej siedziby Gildii Matoran - tym samym, przez które przeprowadziła go kiedyś Kyre. Wszedł do środka.

Wnętrze wyglądało tak, jak je zapamiętał. Wielka, przestronna sala z trzema wysokimi, podłużnymi oknami - lub raczej ich pozostałościami - na ścianie przeciwległej do wejścia. Znaczącą różnicą był nowy dach - stary został zniszczony podczas walki Voxa z Czarnymi Kłami. Wyglądało na to, że w trakcie wojny ktoś używał tego budynku jako kryjówki i posłużył się szerokim kawałkiem blachy, by to naprawić. Nie wyglądało to na zbyt solidną konstrukcję, ale spełniało swoją rolę. Przypomniało to Voxowi czasy z życia Neitu, kiedy Matoranie używali skorup martwych Hoto Nui jako schronienia podczas przemierzania dżungli.

Oprócz tego, na podeście Toa Dźwięku dostrzegł kilka niewielkich, ozdobnych kamieni. Były podobne do tych, które widywał parę razy wcześniej w Kaplicy Onumoko - mieszkańcy Artas Nui używali ich do upamiętnienia swoich bliskich, lecz nie tych, którzy zmarli, a tych, z którymi zwyczajnie się rozstali. Vox domyślał się, kto je tu zostawił.

Usłyszał Kyre na długo zanim wycelowała z kuszy w jego plecy.

- Więc nawet po tych wszystkich latach - powiedział - wciąż tu przychodzisz.

Obrócił się ku niej. Stała pod ścianą w lekkim rozkroku, trzymając w dłoniach miotacz o złotej barwie. Nosiła na sobie pancerz w kolorach Khakkhary, lecz czerwona farba zaczęła już z niego schodzić, ujawniając ukryty pod spodem błękit.

- Czego tu chcesz? - zapytała ostrym tonem.

- Nie pasuje to do kogoś, kto mówił, że nie obchodzą go sentymenty - odparł Toa, wymijając pytanie. Usiadł na leżącej do góry dnem skrzynce, przyglądając się kamieniom. Na każdym z nich wyryte były symbole oznaczające, jak Vox podejrzewał, imiona dawnych członków Gildii.

Usłyszał dźwięk poprawiania uchwytu na kuszy.

- Po to tu przyszedłeś? - odezwała się Matoranka. - Znów rozmawiać o sentymentach?

- Nie, Kyre. - Spojrzał na nią. - Chcę prosić o pomoc.

Cień zdumienia przemknął po jej twarzy. Opuściła lekko broń. Jej postawa nie była już tak agresywna i pewna jak jeszcze przed paroma chwilami - Vox na moment dostrzegł w niej tę samą przestraszoną Matorankę, na którą wpadł na ulicy w noc spotkania z Czarnymi Kłami, a w jej spojrzeniu dostrzegł przetarty ślad dawnej niewinności. Wiedział, że mimo tego, z kim teraz przystawała, nadal była dobrą istotą. Po prostu zbłądziła w życiu i wylądowała w złym miejscu pośród złych ludzi. Nie mógł mieć jej tego za złe - on sam przechodził przez podobny okres.

- Pomoc? - spytała Kyre.

- Chcę się spotkać z Mówcą.

Zamrugała.

- Chcesz dołączyć do naszej organizacji?

- Nie, chcę tylko spotkać się z waszym przywódcą. Słyszałaś przemowę Vrexa o Nuvokah i zastąpieniu Toa?

Odpowiedziała mu przytaknięciem.

- Wszyscy w Khakkharze ją słyszeli. Ale nie wiem, co to ma wspólnego z naszą grupą. Mówił o pozbyciu się Toa, nie nas.

- Macie wśród was i Toa - powiedział Vox, mając na myśli Izakiego. - Poza tym, jak myślisz, kiedy Vrex już pozbędzie się nas z wyspy, kto będzie następny? Jak ci się wydaje, po co powstały Nuvokah?

Kobieta stała w milczeniu z opuszczoną bronią. Zwiesiła głowę, unikając jego spojrzenia.

- Wiem, dlaczego do nich dołączyłaś, Kyre - podjął dalej Toa Dźwięku. Nachylił się do przodu, ku Matorance, wbijając w nią wzrok. Choć na niego nie patrzyła, był pewien, że czuła jego spojrzenie. - Chciałaś, by w mieście zaszły zmiany. Nadal mamy szansę je wprowadzić, nie możemy jednak zrobić tego sami. Dlatego potrzebujemy waszej pomocy.

Kyre wydała z siebie ciche westchnienie i usiadła obok mężczyzny. Nadal unikała kontaktu wzrokowego - zamiast tego spoglądała na trzymaną w rękach złotą kuszę. Cisza trwała kilkanaście uderzeń serca, nim głos Kyre znowu wypełnił pustkę:

- Przed laty, kiedy pojawiły się pierwsze pogłoski o dronach w mieście - powiedziała - od razu wiedziałam, że za wszystkim stoi Vrex. Nie jakaś obca siła, organizacja spoza wyspy, która zmusiła jego ludzi do stworzenia armii, tylko sam Vrex. To, w jaki sposób próbował zniszczyć nasze życia, kiedy byliśmy w Gildii… To nie mógł być nikt inny, jak on.

Spojrzała na Toa przez wizjer swojej maski. W wyglądających spod Kanohi Kaukau oczach wojownik zobaczył ten sam smutek, co podczas ich pierwszego spotkania, jeszcze przed wojną. Gdyby nie czerwona zbroja, niczym by się teraz nie różniła od Kyre, którą wtedy poznał.

- Gdy wojna się skończyła, myślałam, że nadejdą zmiany. Lepsze zmiany. Ale nic się nie zmieniło. - Gdy wypowiadała te słowa, Vox odniósł wrażenie jakby nie słuchał tylko jej, a setek innych mieszkańców. Wielu z nich musiało czuć się tak samo, jak ona. - Dlatego dołączyłam do Khakkhary. Ale teraz… - Na powrót wbiła wzrok w kuszę. Była to ta sama broń, którą posłużyła się podczas przerwanej przez Voxa demonstrancji trzy lata temu. - Nie wiem, czy dobrze zrobiłam. To, co wtedy powiedziałeś…

Toa położył jej dłoń na ramieniu.

- Nie jesteś złą osobą, Kyre. Nie możesz być.

- Po prostu… - odparła. - Kiedy widziałam, jak władza na wyspie znowu jest oddawana w ręce tych samych ludzi, którzy chcieli zniszczyć mnie, Tahku i całą resztę… Mówca i jego grupa wydawali się być jedynymi, którzy się na to nie zgadzali. Myślałam, że ich działania coś zmienią…

- Wiem, jak się czułaś - powiedział Vox. - Każdy z nas był zawiedziony decyzjami Rady. I faktycznie powinniśmy wcześniej na to zareagować. Ale nadal mamy szansę to wszystko naprawić.

Coś zaczęło tlić się w kącikach oczu Kyre, więc szybko wytarła to wierzchem dłoni.

- Nie wiem, czy Mówca zechce cię wysłuchać - ostrzegła Matoranka. - Ale mogę cię do niego zaprowadzić. Pójdziemy tam wieczorem.

- Wieczorem? Wolałbym się z nim spotkać jak najszybciej…

- Albo wieczorem - odrzekła Kyre - albo wcale.

Jej głos dawał jasno do zrozumienia, że nie podlega to negocjacji.

Vox pokiwał głową.

- Dobrze więc. Widzimy się wieczorem.

- Przyjdź tu po zachodzie słońca, będę czekać - powiedziała Kyre. - Zaprowadzę cię do naszej kwatery.

Wstała, zbierając się do wyjścia. Najwyraźniej uznała rozmowę za skończoną. Vox i tak był jej wdzięczny, że się zgodziła.

- To daleko stąd? - zapytał.

Nie usłyszał nic w odpowiedzi.

⁎⁎⁎

Phoren odsunął się od konsolety i popatrzył na Lockette. Asystentka Matoranina tkwiła w kompletnym bezruchu, jakby w transie - o ile roboty mogły w ogóle zapadać w trans - raz po raz rytmicznie migocząc oczami. Wreszcie jej fotoreceptory zabłysły stałym, błękitnym światłem i maszyna przekręciła głowę, spoglądając na konstruktora.

- Nie udało się wysłać wiadomości, panie Phoren - oznajmiła.

Matoranin zmarszczył czoło i ponownie zatopił nos w konsoli, stukając w klawisze.

Zajmujący miejsce nieopodal Hserg nie znał się zbyt dobrze na jakiejkolwiek technologii wykraczającej poza działanie Hellbringera, nie próbował więc nawet pytać, nad czym pracuje konstruktor. Zamiast tego, był skupiony na pomocy Galii w założeniu zbroi awanturniczki. Razem z Xianką uznali, że przed jej wyruszeniem do Jednonogiego Husiego dobrze będzie, jeśli ubierze pancerz, który pozwoli jej lepiej wpasować się w tamtejszą klientelę.

Nie musieliby się fatygować, gdyby dziewczyna nadal miała na sobie swoją zbroję z Quentris, tamta jednak przepadła w zamku lorda Xixexa, a nowa, którą przywdziewa teraz, nie nosiła na sobie aż tylu śladów rozbójniczego życia. Na szczęście Hserg znalazł rozwiązanie tego problemu.

Toa Ognia udało się zdobyć od swojego przyjaciela ze złomowiska Artas Nui, Levonna, kobiecą zbroję, należącą przedtem rzekomo do rozbójniczki służącej niegdyś w Lidze Sześciu Królestw. Wojownik nie dociekał, w jaki sposób Levonn ją zdobył, ale sprawiała całkiem niezłe wrażenie. Kolczaste naramienniki, ostre krawędzie i rysy po licznych starciach nadawały jej dość agresywnego wyglądu - idealnego, by wywrzeć pozytywne wrażenie na zakapiorach z baru.

Gdy pomagał dziewczynie zamocować ochraniacz na przedramieniu, zza pleców Toa Ognia dobiegł głos Phorena:

- Dziwne…

- Coś nie tak, konstruktorze? - zapytała Vortixx.

Matoranin postukał palcem o wyświetlacz.

- Próbowałem wysłać wiadomość do każdego, komu byłem skłonny zaufać, żeby prosić ich o poparcie Toa i przekonanie kogo tylko się da, żeby protestowali przeciwko najnowszym rozporządzeniu Vrexa. Ale…nie mogę do nikogo dotrzeć. - Wskazał na mechaniczną asystentkę. - Lockette nie może nawiązać z nikim połączenia. To oznacza, że albo doszło do jakiejś usterki… Albo Syndykat zablokował sieć.

Hserg i Galia popatrzyli po sobie ze zdumieniem.

- To nie brzmi za dobrze - skwitował Toa.

Phoren obrócił się w na fotelu, wracając do pracy przy konsolecie.

- Będę dalej próbował - oznajmił. - Ale jeśli mi się nie uda… Cóż, lepiej, żebyście przekonali tych ludzi z fabryki i Husiego. Jeśli z nikim się nie skontaktuję, liczba potencjalnych sojuszników zostanie mocno ograniczona.

- Cóż, dobrze wiedzieć, że na naszych barkach spoczywa teraz jeszcze większa odpowiedzialność - mruknął Hserg sam do siebie i zacisnął zaczepy pancerza na przedramieniu Xianki. Podniósł głowę, spoglądając dziewczynie w oczy. - I jak?

- Wyglądam głupio - burknęła Galia.

Wojownik wyszczerzył się.

- Więc wpasujesz się idealnie - odparł, po czym przyjrzał się zbroi na ręce dziewczyny i zamyślił się na krótką chwilę. - Poczekaj, mam pomysł.

Chwycił Vortixx za przedramię i aktywował swoją moc, wypalając w pancerzu kilka symboli. Kiedy skończył, Galia przyjrzała się karwaszowi. Widniały na nim litery z pisma Matoran. Mogła odczytać słowo, lecz nie znała jego znaczenia.

- Co to?

- Określenie z języka Południowców. Oznacza mniej więcej tyle, że nie warto z tobą zadzierać - wyjaśnił mężczyzna. - Shed mnie tego nauczył.

Vortixx parsknęła.

- Może to Sheda powinniśmy wysłać do tego baru.

- O nie. - Hserg stanowczo pokręcił głową. - Mam już dość wyciągania go z tarapatów, gdyby coś mu się stało. - Roześmiał się, a Xianka odpowiedziała mu tym samym. Po chwili jednak poważny wyraz powrócił na jej twarz. Toa również spoważniał. - Nie boisz się?

- A ty? - zapytała Galia.

- O siebie? Nie bardziej niż zwykle. Ale o ciebie… cóż, skłamałbym, jeśli bym powiedział, że nie. Nie podoba mi się pomysł puszczania cię tam samej.

Vortixx uniosła brew.

- Nie protestowałeś tak, kiedy szłam na zwiad.

- Miałaś wtedy ze sobą Junky’ego - powiedział Hserg sięgając po kolejny fragment zbroi. Galia odpowiedziała mu ciężkim spojrzeniem, jasno dającym do zrozumienia, że nie uważała robota za zbyt dobrego ochroniarza. Zresztą, Hserg podzielał jej zdanie. - Poza tym, byłaś w pobliżu. Gdyby coś ci się stało, mógłbym zdążyć nadejść z pomocą. A Jednonogi Husi jest na drugim końcu dystryktu. I przesiaduje w nim niezbyt przyjemne towarzystwo.

Xianka parsknęła cicho, ujmując Toa za podbródek i spoglądając mu w oczy.

- Proszę cię. Potrafię sobie poradzić ze złoczyńcami.

W odpowiedzi Hserg westchnął.

- Ech, to żadni złoczyńcy. Vox i Arctica tak mówią, ale wątpię, czy zwróciliby się o pomoc do prawdziwych złoczyńców, nawet w najbardziej beznadziejnej sytuacji. Tamci to po prostu… typy spod ciemnej gwiazdy, jedni biorą udział w zakazanych sportach, zajmują się nielegalnym handlem, inni po prostu brzydko wyglądają lub lubią się bić. Żaden z nich nie umywa się nawet do drani z Quentris. Tacy nie przebywaliby na Artas Nui w miejscu, gdzie tak łatwo ich znaleźć.

- Więc czym się tak przejmujesz?

Mężczyzna przez krótki moment męczył się z mocowaniem pancerza, nim wreszcie odpowiedział:

- Pamiętasz, ja Vrex wezwał cię do swojego gabinetu? Powiedział o agentach z Xii przysłanych, by cię pojmać. W Jednonogim Husim możesz być łatwym celem.

Przez ułamek sekundy widział dziwny błysk w jej oczach, nim spuściła wzrok. Zmiana w jej postawie była momentalna. Hserg już raz widział to spojrzenie u Galii. Było to pół roku temu, gdy zapytał o tajemniczą srebrną zbroję trzymaną w mieszkaniu Xianki - tą samą, o której właścicielu opowiedziała mu dopiero po tym, jak uwolnił ją z paskudnego zamczyska. Teraz w jej oczach dostrzegł to samo. Spojrzenie osoby nękanej bolesną przeszłością.

- To mógł być blef Vrexa - odparła po chwili dziewczyna. - Mógł kłamać.

- Imię agentki, które powiedział. To, które cię tak przeraziło. Veen, tak? - zapytał Toa. - Skąd by je znał, jeśli wszystko by sobie zmyślił?

Galia uniknęła jego wzroku, zajmując się poprawieniem kolczastego ochraniacza na barku.

- Vrex zdaje się wiele wiedzieć o mieszkańcach wyspy.

- Galia. - Tym razem to Hserg ujął jej podbródek i skierował głowę Vortixx tak, by na niego spojrzała. - Nie mówiłaś o niej nawet mnie. Kim ona tak właściwie jest? Twoją rywalką?

Dziewczynka przymknęła oczy i odetchnęła głęboko.

- Gorzej. Dawną przyjaciółką.

- Auć. - Hserg się skrzywił. - Co się stało?

Galia nie odpowiedziała od razu. Hserg nie słyszał wiele o jej życiu sprzed Quentris. Wiedział, że uciekła z ojczyzny Vortixx, bo nie chciała służyć systemowi, który sprzedawał bronie i sprzęt każdemu, kto był skłonny zapłacić odpowiednią sumę, nie zważając w żadnym stopniu na moralność tych interesów. Podobno miała też zostać pociągnięta do odpowiedzialności za służbę u zarządczyni Xii, która zasiadała w radzie przywództwa armii dronów. Toa Ognia już wcześniej słyszał, że polowali na nią Vortixx i nie udawało im się to z powodu nieprzystępności Quentris. Ale imię „Veen” pierwszy raz usłyszał wypowiadane z ust Vrexa, nie jej.

Już miał się odezwać, by przypomnieć dziewczynie ich odbytą jeszcze na Quentris rozmowę o zaufaniu, lecz Galia pierwsza zabrała głos:

- Mogę ci powiedzieć, ale nie chcę, żeby ta historia opuściła mury tej latarni, dobrze?

Mężczyzna pokiwał głową.

- Dobrze - obiecał. Oboje spojrzeli na Phorena, a ten również przytaknął.

Galia odetchnęła głęboko i zaczęła mówić:

- Dorastałyśmy razem w jednej kolonii. Pracowałyśmy jako służące u jednej zamożnej Vortixx Sahkary, która zarządzała fabryką i robiła interesy ze Steltem. Nie było to marne życie, ale zawsze marzyłyśmy o czymś lepszym. Chciałyśmy wspiąć się na Górę i na wyżyny społeczeństwa, żeby zacząć nowe, lepsze życie. Ot, zwykłe młodzieńcze marzenia.

- Ale coś je pokrzyżowało? - zapytał Hserg.

Dziewczyna pokiwała głową, łącząc kolana i opierając na nich dłonie.

- Mieliśmy jeszcze jednego przyjaciela, męskiego Vortixx, nazywał się Zed. Też pragnął wspiąć się na Górę i wyrwać się z niewolniczej kasty. Nie przeżył próby.

Hserg wzdrygnął się w duchu. Słyszał opowieści o niezwykle niebezpiecznym rytuale Vortixx, w którym każdy, kto wespnie się na żywą Górę rosnącą w środku wyspy, będzie mógł liczyć na awans społeczny. Ci, którzy nie podoływali próbie, byli pożerani przez Górę. Toa Ognia wyobrażał sobie, że pożarcie przez kawałek skały musiało być wyjątkowo paskudną śmiercią. Z drugiej strony, wszystko, co mężczyzna słyszał o ojczyźnie Xian wydawało mu się paskudne.

- Kiedy dowiedziałam się o jego śmierci, byłam przerażona - mówiła dalej Galia. - Już wcześniej bałam się próby Góry, ale tamtego dnia strach jakby… całkowicie mnie owładnął. Nie mogłam myśleć o niczym innym, tylko o śmierci Zeda. W tym samym czasie na wyspie do władzy doszła nowa zarządczyni, Xarsa. Zawarła układ z Nero, Glavusem, czy ktokolwiek był odpowiedzialny za stworzenie Armii Nowego Świata. W ramach przygotowań do wojny, potrzebowała wielu nowych rąk do pracy i wydała rozporządzenie, które pozwalało Vortixx na awans w zamian za służbę, bez wspinaczki na Górę.

- I zgodziłaś się na to?

- Xarsa obiecywała nam niestworzone rzeczy, jeśli zgodzimy się dla niej pracować, a ja byłam młoda, głupia i przerażona, więc oczywiście, że się zgodziłam. Ale Veen się to nie spodobało…

Spuściła wzrok i kontynuowała:

- Ostatni raz widziałam ją właśnie wtedy. Nie miałam żadnej okazji z nią porozmawiać od tamtego dnia… Potem szybko się przekonałam, że wszystkie obietnice Xarsy były zwykłym kłamstwem i że służba u Sahkary to wcale nie najgorsze, co mi się przytrafiło. Po zakończeniu wojny i odsunięciu Xarsy od władzy, wykorzystałam chaos, jaki powstał na Xii, żeby uciec. Ale nie wiedziałam, że w ciągu tych lat Veen zdołała wspiąć się na Górę i została agentką zarządu, polującą na zdrajców. Próbowała mnie powstrzymać przed odpłynięciem, ale zdołałam uciec. To było bolesne spotkanie po latach.

- To był ostatni raz, kiedy ją widziałaś? - spytał Toa.

Galia zaprzeczyła i zadarła głowę, jakby patrzyła na sufit, ale jej wzrok błądził gdzieś dalej, poza murami latarni morskiej Phorena.

- Na Quentris byłam wolna od groźby ścigających mnie Vortixx - powiedziała. - Sam Xixex nie mógł mnie wytropić, co dopiero Xianie spoza wyspy. Ale, jednego dnia… jakimś cudem, Veen mnie znalazła. Była jak upiorna zjawa, demon przeszłości, który nawiedził mnie w nocy. Stanęła przede mną i nazwała mnie zdrajcą. A Vortixx nie mają ci za złe, gdy zabijesz zdrajcę, nawet jeśli chcieli postawić go przed sądem.

- Ale wygrałaś, prawda?

Galia odpowiedziała mu krótkim, płytkim śmiechem.

- Wygrałam? Veen mnie zniszczyła. Od momentu naszego rozstania stałyśmy się świetnymi wojowniczkami, ale moje zdolności nie mogły się nawet równać z tymi Veen. Zginęłabym, gdyby mnie nie oszczędziła. Powiedziała, że ze względu na dawną przyjaźń pozwoli mi żyć i odejdzie, ale przy naszym następnym spotkaniu nie zawaha się wymierzyć mi sprawiedliwości… Od tamtej pory ani razu jej nie widziałam. Nie słyszałam nawet jej imienia… - Dziewczyna na moment umilkła. - Aż do tego tygodnia.

Hserg poczuł zimny dreszcz wstępujący na jego plecy. Od chwili ich pierwszego spotkania na Quentris i obalenia Xixexa do teraz, zdążył już dobrze poznać Galię. Nie było praktycznie nikogo, o kim mówiła z takim błyskiem trwogi w oczach, jak o Veen. Nie miał wątpliwości, że śmiertelnie się jej bała - a to sprawiało, że on również się jej lękał.

Wstał na równe nogi.

- Pójdę z tobą.

- Co? - zdumiała się Xianka. - Nie, nie możesz, Hserg. Musisz iść do fabryki.

- Możemy tam wysłać kogoś innego - zaprotestował mężczyzna i obejrzał się za siebie. - Prawda? Phoren…?

Matoranin obrócił się w fotelu.

- Przykro mi, Toa, ale mam dość pracy tutaj - powiedział, wskazując na Lockette. Po migających oczach asystentki Hserg poznał, że nadal próbowała nawiązać połączenie z siecią. - Poza tym, zjawienie się Toa wywrze lepsze wrażenie na robotnikach. Ja dla nich nic nie znaczę. - Postukał palcem o podbródek. - Choć podejrzewam, że Vrex pragnie się mnie pozbyć z wyspy tak samo, jak was.

Wojownik wypuścił głośno powietrze. Poczuł dotyk przyjaciółki na ramionach, kiedy ta położyła dłonie na jego barkach. Spojrzeli sobie w oczy.

- Zajmij się swoją misją, Hserg - poprosiła go Xianka. - Ja zajmę się swoją. Veen to echo mojej przeszłości i jeśli faktycznie mnie dopadnie, to będę musiała zmierzyć się z nią sama.

Hsergowi niełatwo było podjąć decyzję.

- Dobrze - uległ w końcu, kiwając głową. - Ale jeśli tylko wydarzy się coś złego i będziesz czuła, że nie dasz rady, wezwij mnie na pomoc… Nadal mamy zawartą mentalną więź. Jeśli będzie trzeba, użyj jej.

Galia potaknęła.

- Dobrze.

- Przybędę najszybciej jak się tylko da - powiedział jej Hserg. - Już raz straciłem bliską mi osobę, bo dotarłem zbyt późno. Nie pozwolę, żeby drugi raz stało się to samo.

⁎⁎⁎

Przez głowę Arctici przemknęła myśl, jak łatwo dało się rozpoznać po mieszkaniu Auerieusa, że był to dom bohatera. Zawieszone na ścianach bronie, regały zastawione ozdobnymi kamieniami, podarunkami od mieszkańców, trofeami bitewnymi i maskami zwycięstwa - wszystko to nie pozostawiało wątpliwości, że mężczyzna był wielkim Toa. Dawniej, w czasach sprzed ataku Południowców na Artas Nui, kiedy Toa Lodu jeszcze go tak dobrze nie znała, uznałaby trzymanie tych wszystkich przedmiotów za zwykłe chełpienie się.

Teraz jednak, po tym, jak Auerieus został przywódcą podziemia w trakcie wojny z dronami i po licznych odbytych naradach Rady Artas Nui, w których mu towarzyszyła, kobieta zdołała się przekonać, jak bardzo zależy mu na mieszkańcach. Przechowywał te wszystkie rzeczy nie z powodu pychy, lecz jako pamiątki po ludziach, w obronie których walczył. Jego dom był całkowitym przeciwieństwem lodowej samotni Arctici w Szóstym Dystrykcie, pustej i ponurej.

Kobieta spodziewała się jednak, że łatwiej będzie jej przekonać bohatera do tego, by wezwał na Artas Nui pozostałych Toa.

- Arctico, rozmawialiśmy już o tym wiele razy - powiedział Auerieus, podchodząc do okna. Można było przez nie zobaczyć jedynie szarość.

Toa Lodu, siedząca przy niewielkim stole na środku pokoju, przyznała mu w myślach rację. Wiele razy poruszali temat przyzwania pozostałych Toa na wyspę, a ona wiele razy słyszała tę samą odpowiedź. Domyślała się, że Auerieus nie chciał wzywać tych, którzy opuścili Artas Nui, by pomogli w uporaniu się z problemami pozostawionymi za sobą. Było to dla niej zrozumiałe. Wierzyła jednak, że teraz naprawdę potrzebowali ich pomocy.

I była pewna, że Auerieus też to wiedział.

- To prawda - odparła - Ale wtedy chodziło tylko o polityczne zagrywki Syndykatu. Tym razem chodzi o coś więcej, niż tylko politykę. Vrex już teraz jest niemal niepowstrzymany, my jako jedyni stoimy mu na drodze. Pomyśl, co się stanie, gdy nas stąd wygna. Będzie mógł wszystko.

- Już może wszystko - powiedział Toa Plazmy i westchnął. Było to przeciągłe, zmęczone westchnienie, które wojowniczka miała okazję słyszeć już wiele razy na posiedzeniach Rady. - Mieszkańcy w niego wierzą. A w nas, niestety, nie.

Z tym Arctica również nie mogła się nie zgodzić. I wiedziała, że sami sobie byli winni. Zaniedbali swoje obowiązki po wojnie i stracili, mimo swoich późniejszych starań, zaufanie mieszkańców. Wszystko to, co działo się teraz, cała groźba wydalenia z wyspy przez Vrexa była niczym innym jak wynikiem wielu błędów popełnianych na przestrzeni lat.

Czasami Toa Lodu chciała wrócić do łatwiejszych czasów. Swoich pierwszych lat jako Toa, gdy stacjonowała na Półwyspie Tren Krom i kiedy największym wyzwaniem, z jakim musiała się zmierzyć, były Nui-Rama, a nie kłamstwa i manipulacje Vrexa oraz odzyskanie zaufania kilku tysięcy mieszkańców miasta. Gdyby wciąż była dawną Arcticą, zapewne odwróciłaby się od tych wszystkich problemów, tak, jak to zrobiła po najeździe Południowców. Z tym, że teraz wiedziała, do czego to doprowadziło i nie zamierzała drugi raz popełnić tego samego błędu.

- Nadal możemy odzyskać ich zaufanie - powiedziała. - Musimy im pokazać, że wciąż nam na nich zależy. Pomyśl, jak się poczują, kiedy zobaczą, że ich dawni obrońcy, którzy ich opuścili, wracają na wyspę mimo tego, co powiedział Vrex?

- Dalla, Ragan, Kife, Purrik i Kaleva podjęli decyzję i opuścili Artas Nui. Wiem, że chcesz dobrze, Arctico, ale nie możemy oczekiwać od nich, że nagle magicznie rozwiążą wszystkie nasze problemy na wyspie. My je stworzyliśmy i my powinniśmy się z nimi uporać.

- Zdaję sobie sprawę, że to wszystko nasza wina. - Moja wina, dodała w myślach. Auerieus był najprawdopodobniej najmniej winny ze wszystkich obecnych w mieście Toa całej tej sytuacji. Jako jedyny przez lata sprzeciwiał się Syndykatowi w Radzie, dopóki nie zrozumiał, że jego starania są daremne. Pozostali Toa ponosili większą odpowiedzialność za zaistniałe problemy. Zwłaszcza Arctica, przez swoje lata odosobnienia i zaniedbywania mieszkańców, z których wielu wciąż z pewnością to pamiętało. - Ale sam wiesz, co dzieje się w mieście.

Wskazała ręką za okno, mimo że niczego nie dało się za nim dostrzec.

- Po Artas Nui grasuje manipulowany przez Vrexa wojownik jakiego nikt dotąd nie widział - kontynuowała. - Mroczni Łowcy nadal są na wolności, Syndykat wypuszcza na ulice udoskonalone przez Phorena modele dronów, a tajemniczy sprawca całej wojny siedzi gdzieś na odległym lądzie i knuje naszą zagładę. Potrzebujemy pomocy pozostałych Toa, Auerieus. Musimy ich wezwać.

Auerieus chciał coś odpowiedzieć, lecz powstrzymał się i obrócił w stronę okna. Stał tak przez chwilę, obrócony plecami do kobiety, nie odzywając się słowem. Arctica poczuła cień nadziei w duchu. Milczenie oznaczało, że się zastanawiał.

- Bracie - odezwała się. - Wiesz, gdzie oni są.

Mężczyzna ponownie westchnął. Po skończonej wojnie z armią Nero, wszyscy Toa, którzy opuścili Artas Nui, przed wyruszeniem zawarli z Auerieusem mentalną więź, na wypadek gdyby trzeba było wezwać ich w razie czarnej godziny. Niemożliwe, żeby Toa Plazmy ją zerwał.

- Ragan i Kaleva są na wschodnim wybrzeżu Południowego Kontynentu - rzekł w końcu wojownik. - Purrik zatrzymał się w wiosce przy Rzece Tren Krom, a Dalla wraca właśnie z rejsu na Nynrah. Kife powróciła na Południowe Wyspy, do swojej ojczyzny, daleko stąd. Podróż na Artas Nui zajęłaby jej tygodnie, ale pozostali… pozostali są dwa, może trzy dni żeglugi stąd.

Arctica poczuła, jak serce zaczyna jej bić mocniej. Wielki Duch im sprzyjał, skoro większość z ich dawnych kompanów była tak blisko. Artas Nui leżało tuż przy Południowym Kontynencie.

- Więc mogą przybyć na czas… Jeśli wezwiesz ich teraz, to…

- Wiesz, że nie chcę tego robić - powiedział Toa w Kiril, siadając przy stole naprzeciw kobiety.

- Dlaczego? - spytała Arctica. - Wiem, że zależy ci na mieszkańcach jak nikomu z nas. Wiem, jak wiele dla ciebie znaczą. - Powiodła ręką po mieszkaniu Toa. - Więc… dlaczego? Co cię powstrzymuje?

Auerieus położył ręce na blacie, łącząc dłonie i wbił spojrzenie w koniuszki swoich kciuków, jakby za wszelką cenę próbował uniknąć kontaktu wzrokowego z Arcticą.

- Ragan, Dalla, Kaleva i reszta… oni wszyscy to młodzi Toa - powiedział. - Postanowili, że nie chcą, aby ich życie było już związane z tą wyspą. Nie mogę zignorować tej decyzji i zmusić ich, żeby tu wrócili ryzykować i walczyć z problemami, które sami stworzyliśmy. Ich to miasto już nie dotyczy, Arctico. - Podniósł głowę, zaglądając jej w oczy. - To my jesteśmy Toa, którzy muszą na powrót udowodnić mieszkańcom, że są bohaterami. Nie tamci.

Tym razem to Arctica wydała z siebie westchnienie. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie mogła zarzucić Auerieusowi, że nie mówi prawdy. To nie tamci Toa byli winni temu, że mieszkańcy stracili do nich zaufanie. Opuścili wyspę, fakt, i to z pewnością wpłynęło na ludzi, lecz to Arctica, Auerieus, Vox i reszta doprowadzili do kryzysu wiary - choć wcale tego nie chcieli.

Ale Toa Lodu wiedziała też, że Auerieus nie mówi jej wszystkiego. Dopiero teraz uświadomiła sobie, o co w tym wszystkim chodziło. Toa Plazmy był na tej wyspie tak długo, jak ona, jak nie dłużej. I o ile Arctica przez długi czas nie zawarła z nikim oprócz Nero żadnej bliższej więzi, Auerieus był zżyty z niemal każdym Toa broniącym Artas Nui na przestrzeni lat - i widział, jak ginęli.

Kobieta zbyt dobrze wiedziała, jaką traumę niesie ze sobą utrata bliskich. Widziała, jak Tanith zareagowała na śmierć jej pierwszego partnera, Toa Sharu, po najeździe Południowców i co stało się z nią po tym, jak zginął Taive. Widziała Voxa, kiedy dowiedział się o śmierci Zaldiara, swojego mentora. Sama niemal zatraciła się w rozpaczy po zaginięciu Nero. Była też pewna, że śmierć Kernora - jego najlepszego przyjaciela - oraz śmierci Zanrila, Elty i Revena, młodych Toa wciągniętych w wojnę z armią dronów, odcisnęły piętno na Auerieusie, choć na pierwszy rzut oka nie było tego po nim widać.

Większość z tych Toa zginęła w wyniku spisków i machinacji Vrexa. Toa z Drużyny Słonecznego Kryształu, jak się później nazwali, opuszczając Artas Nui uniknęli tego ryzyka. Auerieus musiał wierzyć, że ściągając ich tu z powrotem, znów ich na to narazi.

Była to prawda, że to ci Toa, którzy wciąż przybywali w mieście musieli dowieść przed mieszkańcami, że nadal są bohaterami. Lecz nie tylko oni mogli to zrobić.

- Oni nie opuścili Artas Nui dlatego, że nie zależało im już na ludziach - powiedziała Arctica do Toa w Kiril - lecz dlatego, że nie mogli znieść widoku tego, czym staje się wyspa, w obronie której służyli. I jestem pewna, że nie zawahają się powrócić, mając szansę odwrócić zło wyrządzone przez Syndykat. Wszyscy możemy dowieść, że nadal jesteśmy bohaterami.

- Posłuchaj, Arctica…

- Ale ty, Auerieusie, nie musisz niczego udowadniać - nie dawała mu dojść do słowa kobieta. - Jesteś najprawdopodobniej największym bohaterem, jakiego miała ta wyspa. Odkąd tylko pamiętam, zawsze robiłeś wszystko co tylko mogłeś, żeby pomóc mieszkańcom. - Nachyliła się do przodu nad blatem, spoglądając na mężczyznę. - Kiedy drony pierwszy raz zaatakowały, kiedy przeprowadziliśmy szturm na kwaterę Vrexa, ty byłeś jednym z tych, którzy zostali, żeby zapewnić ludziom bezpieczeństwo.

Wpatrując się w oczy Toa Plazmy, dostrzegła w nich nikły błysk. Domyślała się, że po latach słuchania o tym, jak bardzo Toa są bezużyteczni i jak szkodzą wyspie, wojownik sam mógł zapomnieć o najważniejszym.

- Arctica, ja…

- A kiedy wybuchła wojna - kontynuowała Toa Lodu - wybrano cię na przywódcę podziemia. Nikt nas do tego nie zmuszał. To po prostu był dla nas naturalny wybór. Robiłeś wszystko, żeby chronić ocaleńców. Na rany Wielkiego Ducha, poświęciłeś swoją Moc Toa dla Purrika, Kalevy i Izakiego. Jeśli to nie jest poświęceniem, to nie wiem, co jest. A kiedy walki się już skończyły… - zawiesiła na moment głos i spuściła wzrok. - I kiedy my przestaliśmy walczyć… ty nadal to robiłeś, w Radzie.

Odchyliła się do tyłu, ponownie spoglądając na rozmówcę.

- Więc jeśli nie zapomniałeś, kim jesteś - powiedziała - będziesz wiedział, jaką decyzję podjąć.

Cisza, która nastąpiła po jej słowach, trwała wiele długich chwil.

Wreszcie Auerieus odezwał się:

- Czy to wszystko, po co tu do mnie przyszłaś?

Arctica zamrugała, po czym skinęła głową.

- Tak - odparła. Nie było sensu udawać, że było inaczej.

- Cóż, w takim razie chyba najwyższy czas, żebyś już poszła - powiedział Toa i wstał, żeby odprowadzić ją do wyjścia.

Wojowniczka w Volitak rozdziawiła usta.

- Co…? - Nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. Wszystko, co powiedziała…

- Idź, spróbuj porozmawiać z mieszkańcami, cokolwiek - powiedział Auerieus. - Ja zajmę się własnymi sprawami.

- Własnymi sprawami? - Toa Lodu uniosła brwi. - Niby jakimi?

Auerieus stanął przy kobiecie i spojrzał na nią. Wpatrywał się bardzo długo.

- Muszę dopilnować, żeby wszyscy Toa, którzy tu właśnie zmierzają - odrzekł wreszcie - bezpiecznie dotarli na miejsce.

Mieszankę uczuć, jaka spadła na nią w tym momencie, Arctica ostatecznie określiła jako dziwne połączenie radości z ulgą z domieszką wściekłości, że na moment mężczyźnie udało się sprawić, że uwierzyła w jego odmowę wezwania pozostałych. Nie miała pojęcia, co by zrobiła, gdyby faktycznie tak się stało. Nie wiedząc, jak powinna zareagować, po prostu objęła starego Toa.

- Dziękuję - powiedziała w końcu. - Bracie.

- To ja dziękuję tobie - odparł Auerieus, gdy Toa Lodu go puściła. - I, muszę powiedzieć, że jesteś dobrą mówczynią. Mogłabyś mnie zastąpić w Radzie.

Arctica uśmiechnęła się.

- Kiedy już będzie po wszystkim - odrzekła - rozważę tę propozycję.

⁎⁎⁎

Hserg lubił Artas Nui za nagromadzenie różnych odmiennych od siebie kultur, dziesiątki języków i dialektów, które dało się słyszeć na ulicach i masę kolorowych świateł, zachęcających przechodniów do skorzystania z rzemieślników i handlarzy przybyłych z dalekich zakątków świata. Wszystko to, nawet mimo wszędobylskich kamer Vrexa, nadawało miastu atmosfery miejsca oddalonego od utartych we wszechświecie norm i na swój sposób wolnego.

Nie lubił go za to za ciemne chmury przesłaniające niebo, smog i odór spalin, przed którym nie dało się uciec. Przywodziło mu to na myśl jego dawną ojczyznę. Hserg nie wiązał z tym miejscem miłych wspomnień.

W Piątym Dystrykcie nie było barwnych postaci, języków ani świateł. Było za to mnóstwo smogu i spalin, a nieprzyjemne zapachy były jeszcze uciążliwsze niż w innych częściach wyspy.

Odkąd Toa sięgał pamięcią, to miejsce zawsze takie było. Kiedy Vrex uświadomił sobie, że nie może więcej truć mieszkańców dymem ze swoich fabryk wokół Kopuły Artas Nui, kolejne zakłady budowano właśnie tutaj. Potem przyłączyli się do tego inni inwestorzy, robiąc z Piątego Dystryktu dzielnicę przemysłową, choć koniec końców i tak wszystko przejął Syndykat. Można było pomyśleć, że takie przejęcie będzie się wiązało z automatyzacją i odciążeniem Matoran-robotników, nic jednak z tych rzeczy. Automatyzacja kosztowała, a Matoranie i tak nie mieli szans na znalezienie nowej profesji. Godzili się więc na pracę za niskie płace, w warunkach niczym w Karzahni.

Przemierzając na Hellbringerze ciasne uliczki dystryktu, utworzone z nagich murów fabryk, Hserga spowijała toksyczna mgła. Była tak gęsta, że ledwo dało się dostrzec upiorną Kuźnię Astavar w oddali, górującą nad całą dzielnicą. Nigdzie wokół nie było ani żywej duszy. Wojownik podejrzewał, że wszyscy zajęci są pracą. Przed zostaniem Toa, on sam wiele się od nich nie różnił.

Razem z Shedem pracowali na farmach lawy w ich ojczyźnie nieopodal Steltu. Tak jak i tu, tamtejsze niebo niemal zawsze przesłaniały ciemne kłęby. Gorący klimat, choć nie tak uciążliwy dla Ta-Matoran jak dla pozostałych plemion, nadal dawał się we znaki, drażniąc oczy i nos oparami siarki. W tamtych czasach, życie Hserga opierało się na trzech prostych zasadach - pracować, nie spoglądać zbyt długo w niebo i nie mieć ambicji.

Ich Turaga powtarzał: „Dobry Matoranin to pracujący Matoranin”. W końcu jednak zginął w nieszczęśliwym wypadku - z którym rzekomo nikt nie miał nic wspólnego - pozwalając Hsergowi i Shedowi opuścić wyspę i poświęcić się ich prawdziwej pasji - podróżom i poszukiwaniu przygód.

Na Artas Nui to Vrex był takim „Turagą” i Toa Ognia wcale nie obraziłby się, jeśli też spotkałby go taki wypadek. Na razie jednak starali się korzystać z innych metod. Póki co szło im całkiem nieźle. Arctica przyniosła wieści, że Auerieus wezwał pozostałych Toa, po czym poszła z powrotem do miasta, by przekonać kolejnych mieszkańców. Może wieść o powrocie dawnych obrońców doda otuchy robotnikom. Hsergowi z pewnością dodawała - chociażby ze względu na fakt, że nie będą w tym wszystkim sami.

Wojownik miał nadzieję, że znajdzie wspólny język z robotnikami - zważywszy na jego doświadczenie oraz na to, że większość pracowników fabryk była właśnie Ta-Matoranami - i że wystarczy mu charyzmy, aby przekonać ich do swoich racji. Rozglądał się za fabryką, której barwy nosili Matoranie zauważeni przez nich przy Stadionie Nui. Uznał, że najlepiej będzie zacząć właśnie od nich.

W końcu znalazł odpowiedni budynek. Stara stalownia wyglądała równie ponuro, co pozostałe zakłady. Gdy tylko znalazł się na fabrycznym podwórzu, od razu otoczył go szczęk młotów i głuche warczenie maszyn. Parkując Hellbringera, wojownik zastanawiał się, czy wytrzymałby, pracując w takim miejscu. Potem uświadomił sobie, że gdyby faktycznie był tutejszym robotnikiem, zapewne jego zdanie nie liczyłoby się zbytnio w tej kwestii.

Zostawiwszy motor, udał się w stronę wejścia do głównej hali. Na swojej drodze spotkał tylko jednego strażnika, który na szczęście nie oponował, żeby Hserg złożył wizytę Matoranom. Dobrze było wiedzieć, że są jeszcze mieszkańcy, dla których Toa stanowią jakiś autorytet, pomyślał.

Mężczyzna zatrzymał się przed drzwiami do sali i ze zgrozą uświadomił sobie, że nie przygotował się wcale na to, co powinien powiedzieć.

- Raz Mahi śmierć - mruknął do siebie i wszedł do środka.

Od razu uderzyły w niego fala gorąca i hałas tak ogromny, że Hserg żałował, że nie ma żadnej z tych wygłuszających zdolności, którymi nieustannie posługiwał się Vox. Zatrzymawszy się przy barierce i spojrzawszy w dół przed siebie, Toa zobaczył Ta-Matoran pracujących w ciemnej, ponurej hali.

Jedni zajmowali się mocowaniem krat mostów przy pomocy rozpalonych do białości nitów. Inni cięli Protostalowe sztaby, a jeszcze inni pracowali przy spajaniu szyn kolejowych do torów dla Nui-Kansenów. Maszyny, mające w domyśle ułatwiać im pracę, wyglądały jakby lata świetności miały milenia temu, a ktokolwiek był odpowiedzialny za ich renowację, dawno porzucił swoją profesję. Główną robotę wykonywały tu mięśnie. Hserg zauważył, że ciała tutejszych pracowników są dużo lepiej rozbudowane niż u typowego Ta-Matoranina. Gdyby nie zdominowane przez czerwień i pomarańcz pancerze, można by pomyśleć, że większość robotników stanowią przysadziści Onu- czy Po-Matoranie.

Nikt nie zdawał się zauważyć jego przybycia, wszyscy byli zajęci swoją pracą, jak wyprane z emocji maszyny. Zszedł po metalowych schodach i zaczął zmierzać między rzędami pracowników w stronę środka hali. Mijani przez niego Matoranie w końcu zdali sobie sprawę z jego obecności. Spoglądali za nim, odchylali głowy, odchodzili od swoich stanowisk i szeptali między sobą. Hserg wyłapał tylko jedno, powtarzające się słowo - „Toa”.

Wreszcie dotarł do środka pomieszczenia i zatrzymał się przy jednej z topornych maszyn. Przystanął, rozglądając się wokół i utworzył w swojej dłoni jasną, ognistą kulę, by zwrócić na siebie większą uwagę.

- Witajcie - przemówił.

Maszyny ucichły. Zaczął gromadzić się wokół niego tłum Matoran. Wszyscy robotnicy - za wyjątkiem jednej zakapturzonej postaci pracującej w rogu - opuścili swoje stanowiska, by do niego podejść. Szeptali między sobą „Toa? Toa Hserg?” i „Dlaczego Toa tu jest?”. W oczach niektórych można było zobaczyć niepokój i niepewność, u innych zaś Hserg dostrzegł cień nadziei.

- Przyszedłem prosić was o pomoc.

Odpowiedziało mu poruszenie wśród tłumu. Matoranie spoglądali po sobie, z przejęciem o czymś między sobą szepcząc. Póki co nie idzie tak źle, pomyślał wojownik.

- Pewnie słyszeliście o tym, że Vrex chce pozbyć się Toa z wyspy. Wierzymy, że narazi to ją na ogromne niebezpieczeństwo - mówił dalej. - Dlatego musimy go jakoś powstrzymać. Ale nie możemy zrobić tego sami.

Przejechał spojrzeniem po robotnikach. Oprócz zakapturzonego Matoranina, każdy z nich wpatrywał się w niego z przejęciem.

- Wiem, że ostatnio nie wywarliśmy na was zbyt dobrego wrażenia. I wiem też, jak bardzo jesteście wyzyskiwani przez Vrexa w tych fabrykach. A mimo to nic z tym nie robiliśmy. Ale tak jak i wy, mamy z Vrexem na pieńku. Razem możemy odsunąć go od władzy i sprawić, żeby było lepiej.

Hserg nigdy nie uważał się za dobrego mówcę i wiele by dał, żeby to teraz Arctica albo Auerieus znaleźli się na jego miejscu. Jednak sposób, w jaki Matoranie na niego patrzyli… chyba rzeczywiście jego słowa ich poruszyły.

- Musisz mieć nie lada odwagę, Toa, żeby tu przychodzić i mówić takie rzeczy - dobiegł go czyjś głos. - Ci Matoranie długo czekali na taki moment.

Hserg obejrzał się, by ujrzeć zbliżającą się lekko zgarbioną, dotkniętą wiekiem postać. Niemożliwe, żeby była robotnikiem. Początkowo myślał, że to Turaga, lecz po dokładniejszym przyjrzeniu się zauważył, że mężczyzna miał nieco inną postawę, nie trzymał też w ręku żadnej Odznaki Urzędu. Musiał to być po prostu bardzo, bardzo stary Matoranin.

Nieznajomy podszedł do Toa i ukłonił się.

- Jesteś ich nadzorcą? - spytał Hserg.

- Nie - odrzekł Matoranin, kręcąc głową z lekkim uśmiechem. - Pracuję tu, tak jak i inni. Zwą mnie Nuukor.

Toa zmieszał się.

- Och, wybacz, ja… Po prostu myślałem, że… Cóż, wyglądasz dużo… starzej, niż reszta.

W odpowiedzi Nuukor zaśmiał się krótko. W jego głosie dało się usłyszeć wiek i zmęczenie, lecz był on zarazem czuły i ciepły.

- Jestem równie stary jak te maszyny - powiedział, wskazując na toporną maszynerię zakładu - jeśli nie starszy. Widziałem, jak ta fabryka przechodzi z rąk do rąk, jeszcze zanim powstał Syndykat.

Hserg pobudził się.

- Czyli pewnie widziałeś też, jak…

- Jakich czynów dokonywali Toa w trakcie wojny, żeby nas ocalić? Owszem, widziałem. I jeśli przyszedłeś tu prosić mnie o stanięcie po waszej stronie, to wiedz, że zrobię to bez wahania. Ale to nie do mnie musisz kierować swoje słowa. - Nuukor objął machnięciem ręki wszystkich zgromadzonych robotników. - Dzień, w którym zawita tu Toa był dla nich dniem długo wyczekiwanym. To ludzie pracy. Potrzebują jasnych instrukcji, co mają zrobić, a wykonają każde zadanie.

Toa Ognia kiwnął głową, popatrzył na Matoran i zebrał się w sobie, by przemówić:

- Vrex może i ma władzę, ale nie może jej mieć bez was. Pokażcie mu, że nie zgadzacie się na to, jak was traktuje i żądacie jego odejścia. - Przejechał uważnie wzrokiem po zebranych, starając się każdemu poświęcić przynajmniej chwilę. - Zadajcie cios Vrexowi i przestańcie pracować.

Szmery i głosy. Wojownik podejrzewał, że wśród robotników nie było takiego ożywienia od dawna. Namowa do porzucenia pracy była zapewne czymś, czego nigdy nie spodziewali się usłyszeć. Tak absurdalna dla nich propozycja wywołała niezwykłe poruszenie i Matoranie naprawdę wydawali się przez moment skłonni wziąć stronę Toa w tym konflikcie. Hserg nie wiedział, czy była to zasługa ich dotychczasowej trudnej sytuacji, jego uroku osobistego czy poparcia ze strony Nuukora, który sprawiał wrażenie kogoś w rodzaju ich autorytetu… Możliwe, że wszystkich tych rzeczy. Jednak ci Matoranie sami mogli nie wystarczyć.

- Na pewno znacie się z innymi plemionami - kontynuował. - Powiedzcie, żeby zrobiły to samo. Jeśli z ich usług korzystają zwykli mieszkańcy, niech Vrex nie dostanie z tego ani widgeta. Powiedzcie komu tylko się da, Ga-Matorankom z kutrów rybackich, Bo-Matoranom z plantacji, Fe-Matoranom z warsztatów, handlarzom, kupcom, rzemieślnikom, tragarzom, przewoźnikom, wszystkim. Niech Vrex wie, że nie chcecie go u władzy.

- Myślisz, że nam na to pozwoli? - zapytał ktoś z tłumu, nieprzekonany.

- Co jeśli naśle na nas Nuvokah? - dodał ktoś inny.

Głosy zwątpienia i lęku wypełniły halę. Toa uśmiechnął się z lekka w duchu. Dobrze było wiedzieć, że i wśród mieszkańców byli tacy, którzy obawiali się Nuvokah.

- Jeśli tak się stanie, to macie nasze słowo, że was obronimy. Słowo Toa.

Hserg kątem oka dostrzegł, jak stojący obok niego Nuukor się uśmiecha. Więcej światełek nadziei zaczęło tlić się w oczach robotników, przynajmniej tych najbliżej wojownika. Zdawali się czekać właśnie na takie słowa - obietnicę wsparcia bohaterów, której nigdy dotąd nie otrzymali.

Ktoś odezwał się nagle z grupy:

- A co jak wam się nie uda? Tak jak podczas pożaru?

Fala niepewnych szeptów dotarła do uszu Hserga. Cóż, ten temat musiał zostać prędzej czy później poruszony. To było nieuniknione. Na szczęście Toa wiedział, jak podnieść Matoran na duchu. Postanowił, że kiedy już wróci do latarni Phorena i znów spotka się z Arcticą, będzie musiał ją mocno, mocno uściskać w podzięce.

- To prawda, że nie daliśmy z siebie wszystkiego, kiedy to się stało. Ale teraz… będzie nas znacznie więcej.

Robotnicy wymienili się skonfundowanymi spojrzeniami. Nie wszyscy jeszcze domyślili się, co to znaczy.

Jeden z Matoran wystąpił z tłumu. Był on chyba członkiem grupy, którą Vox zobaczył przy Stadionie Nui - a przynajmniej pasował do opisu Toa Dźwięku.

- Czy… to znaczy, że pozostali Toa wracają?

Natychmiast zrugał go ktoś inny:

- Daj spokój, Toro. Dlaczego mieliby wracać?

- Nie, Toro ma rację - powiedział Hserg i popatrzył bacznie po robotnikach. - Tak jest, dobrze słyszeliście. Toa wracają na stare śmieci. Nad Artas Nui zaświeci więcej Gwiazd Opiekuńczych.

W ojczyźnie Hserga nie było żadnych Toa. Jako Matoranin, mężczyzna znał ich tylko ze snutych legend, lecz tego typu opowieści nie były często przekazywane, gdyż niewielu tamtejszych wiedziało, jak wygląda świat poza połaciami spalonej ziemi - a jeśli ktoś wiedział, wolał się tym nie chwalić. Dla niego Toa nigdy nie byli więc istotami, z którymi wytworzyłby jakąś szczególną więź. Z tymi Matoranami tutaj było jednak inaczej. Widzieć ich twarze na wieść o powrocie dawnych bohaterów… Cóż, Hserg musiał przyznać, że dla takich chwil warto było zostać Toa.

W tym jednak momencie, ktoś z tyłu zabrał głos. I tak, jak mowa Hserga rozpaliła w Matoranach nadzieję, tak słowa tamtego robotnika momentalnie ją stłamsiły:

- To szaleństwo… Co jeśli to wszystko się nie uda? - zapytał robotnik. Wiele par oczu zwróciło się w jego stronę. - Będziemy skończeni. Vrex dowie się, że spiskowaliśmy z Toa i wszystkich nas ukarze!

Hserg przyjrzał się temu Matoraninowi. Miał dobrze umięśnione, lecz zmaltretowane ręce, a jego Kanohi była osmolona i nosiła liczne ślady po uszkodzeniach. Wyglądał jak istota umęczona przez pracę. Takich jak on było tu wielu. Hserg patrzył, jak spuszczają głowy, słyszał ich pełne obaw szepty. Przebłyski chęci do buntu zniknęły tak szybko, jak się pojawiły. Ich miejsce zajęły na powrót skrucha i posłuszeństwo. Jedno ziarno wystarczyło, by znów zasiać w nich niepewność.

- Cóż, nie mogę wam niczego obiecać - powiedział Toa. - Nikt tak naprawdę nie wie, co szykuje dla nas Wielki Duch. Ale to kwestia zaufania.

- Właśnie, nie możesz obiecać - odparował inny z robotników, zarzucając podłużny klucz na ramię. - To tylko strata czasu…

Odszedł od grupy, a wraz z nim zaczęli odchodzić kolejni. Jedni zostali w miejscu, nadal trzymając stronę Toa, ale widać było, że się wahali. U innych, światełko buntu, rozpalone w mgnieniu oka, równie szybko zgasło.

Hserg otwierał usta, by coś powiedzieć, lecz Toro go ubiegł:

- Proszę, nie możecie tak łatwo się poddać! - zwrócił się do robotników, wskazując na wojownika. - Na pewno im się uda. Powiedział, że dawni Toa wracają!

- I możesz iść walczyć u ich boku, młody - odburknął ktoś. - Ja nie zamierzam nadstawiać karku. Nie mogę stracić tej pracy. To jedyne, co mam.

Ramiona Toro opadły, zrezygnowane. Kilku kolejnych Matoran odeszło, a szmer szeptów uciemiężonych pracowników ponownie wypełnił stalownię. Mężczyzna w Arthron podejrzewał, że wiadomość o powracających Toa wystarczy, by ich przekonać. Oni jednak wciąż nie byli pewni. Rozumiał ich. Niegdyś przecież sam był jednym z nich. Dla takich Matoran, praca była wszystkim, nieważne jak ciężka i wyzyskująca - w jego ojczyźnie, nawet po śmierci Turagi niektórzy mieli problem z zaakceptowaniem swojej nowo pozyskanej wolności.

Spojrzał na Nuukora, lecz ten tylko wzruszył ramionami. Toa wiedział, że Matoranin mu nie pomoże - sam musiał ich wszystkich przekonać. Cóż, na początku szło mu całkiem dobrze, byłoby to dość rozczarowujące, gdyby teraz wszystkie jego trudy poszły na marne.

Popatrzył na najbliższą mu taśmę produkcyjną. Leżały na niej dwa elementy szyny, gotowe do spawania. Hserg bez słowa podszedł do nich i uwolnił z dłoni skoncentrowaną wiązkę żywiołu.

Promień ognia wystrzelił z nagłym błyskiem z jego dłoni i zderzył się z metalem, w akompaniamencie syku iskier. Szare smugi zaczęły wić się w powietrzu. W następnej chwili światło znikło, a w miejscu dwóch fragmentów toru leżał teraz jeden element, idealnie scalony, wygładzony, bez żadnego śladu po spawaniu. Matoranie stanęli jak wryci, przyglądając się temu z szeroko otwartymi oczyma. W kilka sekund Toa zrobił coś, co nawet maszynie zajęłoby dużo więcej czasu.

- Nie chcę pozbawiać was pracy, jeśli tego się obawiacie. Ale posłuchajcie mnie - rzekł, raz jeszcze wiodąc wzrokiem po zgromadzonych.

Znów spoglądali na niego z zaintrygowaniem, Hserg niemal mógł zauważyć w ich zmęczonych ślepiach na nowo rozpalające się światełka. Wiedział, że była to najprawdopodobniej ostatnia szansa, jaką dał mu los, by ich przekonać. Nie spartol tego, pomyślał.

- Niegdyś byłem jednym z was. Tak jak i was, tak i mnie zmuszano do ciężkiej pracy. I ja też obawiałem się zmiany, wątpiłem, czy może być lepiej. Okazało się, że może. Ale tylko, jeśli będziemy pracować razem, w jedności.

Uderzył pięścią w otwartą dłoń, rozglądając się po robotnikach. Poczuł przypływ ciepła w sercu widząc, że nadal go słuchali i mówił dalej:

- To prawda, że ostatnio zawiedliśmy was jako Toa. Przepraszam was za to. Wszyscy was przepraszamy. Ale teraz mamy szansę to naprawić, my, wszyscy razem. Obecni Toa, ci, którzy powrócą i wy, pracownicy tej fabryki. Nie wiem, ilu z was zachowało wspomnienia sprzed wojny, ale mogę wam powiedzieć, że choć to wydarzenia na odległych lądach doprowadziły do jej końca, to ta wyspa przetrwała nie tylko dzięki Toa, ale też dzięki takim mieszkańcom jak wy.

Znów rozległy się szepty, tym razem przepełnione ekscytacją. Wojownik podejrzewał, że trafił we właściwy punkt. Wielu z nich musiało o tym słyszeć. To właśnie dzięki wspólnym wysiłkom Toa i robotników ich pokroju, Artas Nui udało się przetrwać okupację dronów.

- Spytajcie Nuukora, on wam powie. - Wskazał kciukiem na Matoranina, a ten tylko uśmiechnął się z lekka. - Robotnicy tacy jak wy pracowali u naszego boku, by zapewnić bezpieczeństwo podziemiu i pozostałym ocalałym. Toa sami by tego nie dokonali. Wy pewnie tak samo. Ale razem… razem mamy dość siły, by pozbyć się Vrexa i zaprowadzić tu nowy porządek. Dlatego proszę was, matorańscy bracia, o pomoc. Nuukor i Toro są już ze mną. Co z resztą?

Podekscytowane głosy zawrzały. Wielu Matoran wciąż wpatrywało się w siebie w nawzajem, niepewnych, lecz mężczyzna czuł, że ogień znów się rozpalił i tym razem zapłonął na dobre. Jeden z pracowników zrobił krok w kierunku Hserga i oznajmił:

- Jestem z wami.

- Miło mi to słyszeć - odpowiedział Toa z uśmiechem na ustach. Popatrzył na pozostałych. - Ktoś jeszcze?

Matoranie zaczęli przybliżać się z podnieceniem do wojownika, deklarując swoją gotowość do działania. Nagle z góry dobiegł ich wszystkich głos:

- Co tu się dzieje?!

Hserg obejrzał się. Na metalowym rusztowaniu biegnącym wzdłuż ściany hali zobaczył żeńską Skakdi o smukłej budowie ciała i granatowym pancerzu, stojącą w wejściu. Kobieta podeszła do barierki i zacisnęła szponiaste palce na poręczy. Jej jaskrawopomarańczowe oczy zogniskowały swoje spojrzenie na mężczyźnie w Arthron.

- Co on tutaj robi?!

Natychmiast zmierzyła w kierunku schodów.

- O nie… - jęknął Toro.

- Kto to jest? - zapytał Hserg.

- Ona jest naszą nadzorczynią - wyjaśnił Nuukor. - Nazywa się Laisha. Jest wysłanniczką Syndykatu.

Toa pokiwał głową z mruknięciem. Z tego, co zauważył, wyróżnić można było dwa typy żeńskich Skakdi. Zakazianki pierwszego z nich były potężne, masywne, przewyższając nawet swoich męskich pobratymców. Wyglądały groźnie, ale Hserg z doświadczenia wiedział, że to właśnie one najlepiej nadawały się do wspólnego picia i gry w karty czy kości. Drugi typ z kolei cechował się smuklejszą, węższą budową ciała i niemal zawsze idącą w nim parze nieodłączną wrednością. Oraz, co gorsza, nie były głupie, w przeciwieństwie do mężczyzn. Więc, oczywiście, Hsergowi musiał się trafić właśnie ten drugi typ.

Zakazianka zeszła na dół i wkroczyła między robotników - ci rozstąpili się przed nią jak woda przed kamieniem stojącym na drodze rzecznego nurtu. Kobieta podeszła do Toa i dźgnęła go palcem w pierś. Była nieznacznie niższa od wojownika, ale najeżone kolce wyeksponowanego kręgosłupa sprawiały wrażenie, że go przewyższała. Dopiero teraz Hserg zauważył czarno-czerwone logo Syndykatu na jej naramienniku.

- Ty - powiedziała Laisha, sycząc. - Nie powinno cię tu być, Toa. Zakłócasz pracę robotnikom.

- Nie robię niczego złego - odrzekł niewinnie mężczyzna. - Po prostu pomyślałem, że skorzystam z moich ostatnich dni na wyspie i odwiedzę paru Matoran.

Skakdi zmrużyła oczy.

- Lepiej stąd odejdź, zanim zostaną wyciągnięte wobec ciebie konsekwencje - powiedziała i machnęła ręką na robotników. - A wy wracać do pracy!

- Nie - odezwał się ktoś nagle.

Wszyscy odwrócili się, równie zaskoczeni. Głos należał do zakapturzonego Matoranina, pracującego wcześniej w kącie sali. Teraz zmierzał on powolnym krokiem w stronę zbiorowiska na środku hali produkcyjnej.

- Dość już pracy dla Vrexa - powiedział, zrzucając kaptur i odsłaniając bordowo-srebrną Maskę Mocy, Kanohi Ruru, spod której spoglądała na Laishę para jasnozielonych oczu. Hserg natychmiast poznał, kto to jest.

- Aparu… - wyszeptał.

Zakazianka obnażyła zęby, wpatrując się w robotnika.

- Ze wszystkich Matoran, nie sądziłam, że ty też się zbuntujesz…

- Ci Toa - odrzekł Aparu, wskazując palcem na Hserga - przygarnęli mnie jak rodzina. A kiedy ich zdradziłem, nie kazali mi odejść. Nie zabili mnie. Nie ukarali mnie. Pozwolili mi zostać. Nie mogę być im bardziej wdzięczny za to, co zrobili. Dlatego będę się słuchał ich, a nie ciebie.

Wojownik nie spodziewał się spotkać Aparu w takim miejscu, lecz właściwie było ono równie dobre jak każde inne. Matoranin był pierwszym mieszkańcem Artas Nui umieszczonym w tubie zastoju i pierwszym, któremu wymazano wspomnienia. Został podrzucony przez Tanith razem z ukrytymi nadajnikami rebeliantom prowadzonym przez Auerieusa, z nadzieją na to, że doprowadzi on drony do kryjówki ocaleńców. Schronienie znajdowało się jednak zbyt głęboko pod ziemią, by sygnał mógł dotrzeć.

Mimo to, Aparu nie porzucił swojej misji. Przez miesiące pracował pośród członków rebelii, traktowany przez Toa i pozostałych jako jeden z nich. Kiedy wyruszył z resztą Drużyny Słonecznego Kryształu na wyprawę, wreszcie miał szansę wykonać swoje pierwotne zadanie i ujawnił się jako zdrajca. W końcu jednak zrozumiał, komu tak naprawdę na nim zależało, i jakie błędy popełnił.

Po zakończeniu konfliktu, Toa go nie ukarali. Nie mogli. Był po prostu jedną z wielu ofiar wojny, zmanipulowaną przez dowództwo Armii Nowego Świata - prawdziwą, a nie taką, za jaką uważał się Vrex. Hserg nie wnikał, co stało się z Aparu po wojnie, lecz, jak widać, los miał zaplanowaną dla niego odpowiedź.

Laisha obnażyła zęby, świdrując spojrzeniem Ta-Matoranina. Wyglądem przypominała teraz gniewnego Rahkshi, tak że Hserg zaczął się zastanawiać, czy kobiety Skakdi nie są w żaden sposób spokrewnione z tymi kreaturami. Chciała się odezwać, lecz wtem zobaczyła, jak patrzą na nią pozostali robotnicy. Ich spojrzenia i stanowcze postawy jasno dawały do zrozumienia, że cokolwiek by nie powiedziała, i tak będzie na przegranej pozycji.

Zwróciła się ku Hsergowi.

- Zapłacisz za to, Toa - warknęła i odeszła.

Tłum robotników długo odprowadzał ją wzrokiem, nim nie znikła za metalowymi drzwiami. Hserg wzdrygnął się z lekka. Kiedy to wszystko się już skończy, będzie musiał zabrać Galię w jakieś przyjemne miejsce, by móc odpocząć.

- Niedobrze - westchnął Nuukor. - Teraz Vrex się o wszystkim dowie.

- To nieistotne - odpowiedział Hserg. - Nie dajcie się zastraszyć.

Popatrzył po Matoranach i skinął głową do Aparu. Ten odpowiedział mu takim samym skinieniem.

- Co teraz, Toa?

Wojownik podrapał się w tył głowy.

- Teraz? Cóż, będę musiał porozmawiać z pracownikami w innych fabrykach… - powiedział i przypomniał sobie, jak wiele zakładów mijał po drodze i w ilu jeszcze będzie musiał złożyć wizytę. Zapowiadał się wyjątkowo długi dzień. - Pomożecie?

⁎⁎⁎

Aden zbudził się. Zauważył, że ostatnio miał tendencję do nagłego budzenia się w obcych mu miejscach. Tym razem znajdował się w ciemnej uliczce, leżąc plecami na brudnej ziemi. W górze ponad sobą widział szare niebo, przesłonięte siecią przecinających się mostów, rozciągniętych kabli i sterowców mknących mozolnie poniżej chmur.

Całe ciało miał obolałe. Inny rodzaj bólu, choć równie dokuczliwy, rozsadzał mu głowę. Aden z ulgą odkrył, że wciąż pamięta walkę z Vrexem - tak jak i wiele innych wydarzeń z jego przeszłości. W jego pamięci wciąż pozostawały luki - chociażby pozostali Posłańcy Przeszłości i Przyszłości byli niczym więcej jak tylko mętnym wspomnieniem ich imion - ale był pewien, że teraz, kiedy mentalne okowy nałożone przez Vrexa opadły, przypomnienie sobie wszystkiego było jedynie kwestią czasu. Najważniejsze, że wiedział, na czym polega jego misja. I zamierzał zacząć od pierwszego punktu długiej listy czekających go zadań.

Było nim pokonanie Vrexa.

Podniósł się do pozycji siedzącej i natychmiast pożałował tej decyzji, gdy ból dał się mocniej we znaki. Nagle gdzieś z boku mężczyzny dobiegł go gwizd.

- Dzień dobry, śpiochu!

Aden obrócił głowę i dopiero teraz zauważył drugą postać w zaułku. Drobny, zgarbiony starzec w prymitywnej, obdrapanej masce i brudnych, szarych szatach. Mężczyzna siedział ze skrzyżowanymi nogami na rozciągniętym na ziemi skrawku materiału, a w rękach trzymał krzywy kij, przyglądając się bacznie Adenowi.

- Myślałem, że już nigdy się nie obudzisz - zachichotał starzec. - Wyglądałeś tragicznie kiedy cię znalazłem.

Przez zaułek przemknął drobny, owadzi Rahi. Starzec jednym szybkim ruchem nadział go na kij i przyciągnął do siebie. Aden w osłupieniu patrzył, jak odrywa pancerz stworzenia i wyjada ze smakiem jego tkankę organiczną. Początkowo chciał spytać, kim mężczyzna tak właściwie jest, lecz potem uznał, że jego tożsamość nie ma tak naprawdę znaczenia. Zamiast tego zapytał więc:

- Co to za miejsce?

- Pierwszy Dystrykt Artas Nui, mój drogi. Jeśli chodzi o szczegóły, to przykro mi, ale nie mam pod ręką mapy…

Aden pokiwał głową. Nadal przebywał na Artas Nui. Dobrze. Kiedy ostatnim razem próbował zmierzyć się z Vrexem, skończyło się to dla niego sromotną porażką. Nie zamierzał drugi raz popełnić tego samego błędu, wiedział, że potrzebuje kogoś do pomocy. A jedynymi osobami, o których wiedział, że miały do czynienia z Vrexem i być może mogły mu pomóc, byli Toa. Musiał ich odszukać. Musiał odnaleźć białą wojowniczkę o lodowych mocach, a potem… cóż, jakoś to pójdzie.

Zignorował ból i zmusił się do wstania na równe nogi. Starzec obruszył się.

- Hej, a ty dokąd?

- Znaleźć Toa - odparł Aden, patrząc na niego przez ramię.

- Zwariowałeś? Toa oznaczają w tych czasach kłopoty. Nie po to przynosiłem cię do mojego azylu, żebyś teraz pakował się w tarapaty.

Wojownik rozejrzał się po brudnych ścianach i śmieciach porozrzucanych po zaułku, oraz po szczątkach martwego Rahi, który skończył jako posiłek starca.

- Też mi azyl - powiedział. - Jakie korzyści będę miał, jeśli tu zostanę?

- Och, całe mnóstwo! - odrzekł mężczyzna z kijem. - Nikt nie zwraca uwagi na miejsca takie jak to. Jeśli jest ktoś, przed kim musisz się ukrywać, możesz być pewien, że nie będą cię tu szukać. Masz szansę zacząć wszystko od nowa… Porzuć swoje dawne zmartwienia! Zapomnij o troskach! - Złączył dłonie z tyłu głowy i oparł się wygodnie o stertę brudnych worków. - Ciesz się życiem!

Aden popatrzył przez chwilę na niego, a potem na miasto bijące tysiącem świateł u wylotu zaułka.

- Jeśli nie odnajdę tych Toa - rzucił na odchodne - nie będzie się czym cieszyć.

Rozdział 9[]

Vox nigdy nie podejrzewałby, że to właśnie w opuszczonej stoczni Czwartego Dystryktu mieściła się kryjówka Khakkhary Nui. Teraz jednak, kiedy zmierzali tam z Kyre, po zastanowieniu się uznał, że to miejsce idealnie się do tego nadawało.

Po wojnie, stocznia podzieliła los dawnej kwatery Gildii Matoran - zmiana właściciela, przeniesienie inwestycji do innej części miasta, nieoddanie pozostałości w niczyje ręce. Czwarty Dystrykt nie był zachęcającym terenem do budowy nowych fabryk czy zakładów, nikt nie kwapił się więc do przejęcia starej stoczni, pozostawiając na lata cały sprzęt i niedokończone, puste skorupy statków same sobie - i do pełnej dyspozycji Mówcy oraz jego ludzi.

Oprócz tego, ta część miasta liczyła sobie najmniej mieszkańców, więc służby porządkowe nie pilnowały jej tak jak pozostałych, a niska liczba ludności ograniczała kręcenie się niepożądanych osób w pobliżu. Nawet jeśli ktoś by się tu napatoczył, członkowie Khakkhary wiedzieli, jak pozostać niezauważonymi i pozbyć się niechcianych gości.

Tak, jak Kyre mu kazała, Vox przyszedł wieczorem do ruin siedziby Gildii. Matoranka faktycznie na niego czekała i zaprowadziła do kryjówki Khakkhary. Podróż do tego miejsca zajęła im nieco czasu. Zapadła już noc. Na niebie ponad Artas Nui jak zwykle gościły gęste chmury, zatapiając teren stoczni w przenikliwym mroku. Powietrze było ciężkie, zanosiło się na burzę. Toa Dźwięku miał nadzieję, że nie był to zwiastun tego, jak potoczy się jego rozmowa z wodzem Khakkhary.

W czasie swojego pobytu na wyspie, przywykł do otaczania się cienką dźwiękową barierą, by wytłumić otaczające go dźwięki w mieście, tak uciążliwe dla Toa jego żywiołu. Korzystał z tej umiejętności tak często, że stało się to dla niego czymś naturalnym, wymagając poświęcenia ledwie krzty mocy. Teraz jednak opuścił całkowicie soniczną powłokę. W miejscu takim jak to, porzuconym i opustoszałym, każdy dźwięk miał znaczenie. I w istocie, od razu gdy wkroczyli z Kyre między labirynt zabudowań stoczni, jego słuch wyłapał odgłosy ruchów wielu postaci, obserwujących ich z mroku.

Niewątpliwie byli to członkowie Khakkhary. Skutecznie opanowali sztukę maskowania swojej obecności, choć i tak nie mogli się ukryć przed wyostrzonym słuchem Voxa. Toa Dźwięku ocenił, że było ich przynajmniej tuzin. Poczuł ulgę, gdy go nie zaatakowali - lecz wiedział, że w każdej chwili mogło się to zmienić.

Niespodziewanie, z mroku wyłoniła się czyjaś postać, stając na drodze Voxa i Matoranki.

- Kyre - odezwał się chłopak. - Przyprowadziłaś Toa Voxa?

Teraz, kiedy mógł mu się lepiej przyjrzeć, mężczyzna w Hau rozpoznał w nim Matoranina imieniem Asiro. Był on jednym z cywilów wciągniętych w zamieszki powstrzyme przez niego trzy lata temu. Teraz jego pancerz przyozdabiała czerwień - barwy Khakkhary.

- Czy on… - mówił dalej Asiro - pomoże Mówcy pokonać Vrexa?

Odpowiedź ze strony Matoranki nadeszła po krótkiej chwili.

- Bądźmy takiej myśli - odrzekła w końcu i wyminęła Asiro, a ten odprowadził ją wzrokiem. Nie odezwała się już do niego ani słowem.

Nieustannie obserwowani z mroku przez innych członków grupy, wreszcie dotarli do celu. Uwięziony w doku ogromny frachtowiec, przerobiony od wewnątrz na bazę operacyjną Khakkhary. Vox nie wiedział, czy Mówca i jego ludzie znaleźli statek już w takiej postaci po przybyciu do stoczni, czy też może zbudowali swoją kryjówkę na podobieństwo frachtowca z dostępnych tu elementów. Pierwsza opcja wydawała się bardziej prawdopodobna, lecz sam fakt, iż Khakkhara pozostała w tym miejscu ukryta przez tak długi czas, sprawiał, że Vox był skłonny uwierzyć, że są oni zdolni do wszystkiego.

Wejścia pilnował pojedynczy strażnik. W przeciwieństwie do większości napotkanych agentów, będących głównie Matoranami, ten był podobnego wzrostu, co Toa Dźwięku. W miarę zbliżania się, Vox dostrzegł pośród czerwonych fragmentów pancerza białe akcenty oraz znajomą mu Kanohi na twarzy mężczyzny.

- Kopę lat, Vox - rzekł Izaki neutralnym tonem. - Nie sądziłem, że zjawisz się tutaj w takiej sprawie.

Toa w Hau nie ukrywał zdziwienia.

- Wiesz, po co tu przyszedłem?

- Kyre powiedziała o wszystkim Mówcy - odrzekł Izaki. - Jaki byłby z niego przywódca, jeśli nie podzieliłby się informacjami ze swoimi ludźmi?

Vox wydał z siebie tylko bliżej nieokreślone mruknięcie. Do jego uszu dotarły mechaniczne dźwięki obserwującej go soczewki Kanohi Matatu Izakiego. Toa Dźwięku wolał nie wnikać, co mówiła mu w tej chwili o nim Maska Mocy.

- Mimo wszystko wolałbym, żebyśmy spotkali się w nieco innych okolicznościach - powiedział. - Nie stojąc po przeciwnych stronach barykady.

- Czy to nie tak, że obaj chcemy zapewnić dobrą przyszłość mieszkańcom? Mamy po prostu… odmienne metody.

- Obawiam się, że moja wizja przyszłości różni się od twojej, Izaki.

Spodziewał się usłyszeć w odpowiedzi jakiś sarkastyczny komentarz, charakterystyczny dla Toa Lodu. Zdumiał się więc, gdy Izaki mu odparł:

- Cóż, nic na to nie poradzę.

Wtem Vox uświadomił coś sobie. Nie tylko Kyre się zmieniła od nich ostatniego spotkania trzy lata temu. U Izakiego, i być może również u pozostałych członków Khakkhary, także zaszły pełne zmiany. W ich głosie dało się słyszeć niepewność. Nie byli już ślepo zapatrzeni w Mówcę, nie głosili jego rewolucyjnych haseł jak w transie, nie byli tak wrogo nastawieni do każdego, kto nie zgadzał się z ich ideologią. Vox nawet zaczął domyślać się, dlaczego.

Khakkhara była u szczytu swojej popularności w pierwszych latach od jej powstania. Była wtedy czymś nowym, a Mówca sprawiał wrażenie osoby zdolnej w końcu zapewnić lepszy byt licznym niezadowolonym z ówczesnej sytuacji w mieście mieszkańcom. Dlatego tak wielu stało się jego poplecznikami.

Lata jednak mijały, a Khakkhara nie przyniosła żadnej znacznej zmiany. Wręcz przeciwnie, dla wielu osób sytuacja się pogorszyła. Członkowie grupy musieli to zauważyć. Nic dziwnego, że ostatnimi czasy tak rzadko się o nich słyszało - fakt, od czasu do czasu chodziły słuchy o atakach Khakkhary na placówki Syndykatu czy kolejnych demonstracjach, lecz bardziej sprawiały one wrażenie sytuacji mających na celu pokazanie mieszkańcom, że „hej, wciąż tu jesteśmy”, aniżeli faktyczne zmienienie czegoś.

Być może właśnie dlatego Mówca zgodził się na spotkanie z Toa. On też musiał to zauważyć. Niewykluczone, że widział w tej rozmowie sposób na zapewnienie sobie statusu osoby, która będzie się jakoś liczyła po zaprowadzeniu nowego porządku. O ile, rzecz jasna, taki w ogóle zapanuje.

Kyre ponagliła go, więc wyminął Izakiego i wszedł za nią do oświetlonego zielonkawym blaskiem korytarza wewnątrz statku. Od razu po przekroczeniu progu, poczuł ogarniający go dziwny, przenikliwy niepokój.

Po chwili usłyszał za plecami głos Toa Lodu:

- Uważaj na siebie, bracie.

Vox odpowiedział mu skinieniem głowy i podążył za Kyre.

W gruncie rzeczy, nie miał za złe Izakiemu, że dołączył do Khakkhary. Był tym nieco rozczarowany, tak, ale rozumiał go. Toa Lodu niewątpliwie odznaczał się wysoką inteligencją - w końcu jeszcze za czasów XONOX-u był jednym z naukowców pracujących dla organizacji - i próbował posłużyć się tą inteligencją do pomocy w zaprowadzeniu nowego porządku na Artas Nui po wojnie. Z tego, co Vox słyszał, to właśnie on był pomysłodawcą i projektantem źródła energii miasta. Syndykat jednak doskonale wiedział, jak odsunąć go od wszystkich ważnych stanowisk i ostatecznie przejął projekt, ogłaszając jako swój.

Może to i dobrze, że Izaki wstąpił do Khakkhary. Inaczej musiałby patrzeć, jak Syndykat niszczy własny wynalazek, by móc pochełpić się przed mieszkańcami innym - Nuvokah.

Toa Lodu był po prostu kolejną osobą zrażoną do Syndykatu, zmanipulowaną przez Mówcę, by do niego dołączyć. Tak jak Kyre. Może i nawet Vox, gdyby sprawy potoczyły się nieco inaczej, byłby teraz członkiem organizacji. Jeszcze nim poznał prawdziwą naturę Khakkhary i dowiedział się, jakich zbrodniczych czynów się dopuszcza, jedynym, co go powstrzymywało, była myśl, że Zaldiar uznałby to za niewłaściwe. Chociaż, z drugiej strony, świat tak bardzo zmienił się od czasów jego treningów z Toa Ognia, że Vox sam już nie wiedział, co Zaldiar uznałby za właściwe, a co nie.

- To, o co zapytał się wtedy Asiro… - głos Kyre wyrwał go z rozmyślań. - My wszyscy mamy taką nadzieję.

- Hm?

- Że pomożesz Mówcy pokonać Vrexa.

- Myślałem, że Mówca ma inną… wizję przyszłości, niż ja i pozostali Toa - odrzekł Vox. - Byliśmy dla niego wrogami rewolucji.

- Nie zależy już nam na żadnej rewolucji - westchnęła Matoranka. - A przynajmniej mi. Chcę tylko, żeby Vrex zapłacił za to, co zrobił. Ktokolwiek będzie w stanie to sprawić… pójdę za nim.

Wyszli z korytarza i zaczęli iść przy ścianie wzdłuż barierki, ponad rozciągającą się w dole przestronną halą, gdzie inni członkowie Khakkhary trenowali, planowali, dyskutowali i zajmowali się masą różnych innych czynności. Niektórzy pokazywali ich sobie palcami, z ich ust wydobywały się dziesiątki głosów, lecz Vox postanowił ich nie słuchać. Z natłoku dźwięków wyłapał tylko jedno często powtarzane, u jednych z pogardą, lecz u znacznej większości z nadzieją, słowo - „Toa”.

Wojownika rozbolało serce na myśl o tym, jak bardzo skrzywdzona przez Vrexa była Kyre. I jak wielu takich mieszkańców było teraz w szeregach Khakkhary. Lecz to właśnie dzięki temu mieli szansę wygrać tę wojnę.

W końcu dotarli pod właściwie drzwi, za którymi czekał Mówca. Gdyby nie Kyre, Vox nigdy nie odróżniłby ich od kilkunastu innych identycznych, metalowych, topornych drzwi w korytarzu. W następnej sekundzie otwarły się, pomału i ze zgrzytem, jakby sprawiało to im ogromną trudność. Vox jako pierwszy wkroczył do pomieszczenia. Matoranka weszła tuż za nim.

Od razu po wejściu, poczucie niepokoju przybrało na sile. Pokój był skąpany w słabawym, zielonkawym blasku. Było to proste pomieszczenie, wybudowane na planie prostokąta, pozbawione jakichkolwiek elementów wystroju, nie licząc dwóch czerwonych flag z symbolem Khakkhary na bocznych ścianach. Na środku podłogi znajdował się szeroki właz, teraz zamknięty, obecna była również pojedyncza dźwignia do, jak przypuszczał Vox, jego obsługi. Lecz uwaga szarego Toa skupiła się na czymś innym.

Przy ścianie przeciwległej do wejścia, siedział Mówca w towarzystwie dwóch strażników. Odziany jak zawsze w czerwoną zbroję z maską całkowicie zakrywającą twarz, zajmował miejsce naprzeciwko olbrzymiego wyświetlacza, podzielonego na kilka segmentów. Każdy z nich przedstawiał obraz rejestrowany przez inną kamerę - większość z nich pokazywała teren stoczni i okolice, było też jednak kilka, w których Vox rozpoznał ulice pozostałych dystryktów Artas Nui. Jak na kogoś, kto deklarował się jako wróg Vrexa, Mówca nie opierał się przed inwigilacją, z której powszechnie słynął Onu-Matoranin.

Z jakiegoś powodu, wojownikowi zrobiło się nagle bardzo zimno, gdy lider Khakkhary odwrócił się do przybyłych.

- Kyre - powiedział metalicznym głosem, jakby ignorując Voxa. - Zdajesz sobie sprawę, jakie ryzyko podejmujesz, sprowadzając tu tego Toa?

- Wiem, Mówco - odparła Matoranka, ukłoniwszy się. - Przepraszam. Ale ufam Toa Voxowi. Powierzyłabym mu swoje życie, jeśli…

- Bardzo dobrze - przerwał jej mężczyzna. - Toa obdarzony przez ciebie zaufaniem ma również moje zaufanie. Toa Dźwięku - zwrócił się do Voxa. - Co cię tu sprowadza?

Wojownik podszedł do Mówcy, stawiając ostrożnie kroki na zamkniętym włazie. Gdy tylko stanął przed mężczyzną, uczucie niepokoju nasiliło się, posyłając nieprzyjemny dreszcz wzdłuż kręgosłupa. Zajrzał Mówcy w oczy. W ciemnych goglach jego maski zobaczył jednak tylko własne odbicie, spowite czernią. Uznał to za nad wyraz adekwatne.

- Dobrze wiesz, po co tu przyszedłem.

- W rzeczy samej - odrzekł Mówca. - Ale chciałbym to usłyszeć od ciebie.

Jego głos był bez wątpienia nienaturalny. Vox już wcześniej to zauważył, będąc świadkiem pierwszego przemówienia Mówcy, lecz wtedy uznał to jedynie za winę sprzętu nagłaśniającego. Teraz, stojąc z nim twarzą w twarz, był pewien, że to maska Mówcy zniekształcała jego brzmienie. Gdyby Toa Dźwięku miał więcej czasu i szansę do skupienia, może udałoby mu się przywrócić głosowi jego naturalną barwę. Na chwilę obecną mógł jedynie stwierdzić, że w rzeczywistości był znacznie, znacznie wyższy.

Kątem oka dostrzegł, jak Kyre rzuca mu zaniepokojone spojrzenie. Odchrząknął i powiedział:

- Wiecie, że Vrex chce zastąpić Toa Nuvokah. Przypuszczamy, że wszystko to część planu sprawcy Wojny o Nowy Świat - jesteśmy tego niemal pewni. Vrex chce się nas pozbyć, ponieważ wie, że jesteśmy jedynymi, którzy mogą mu przeszkodzić. Wierzymy, że jeśli mu się uda, narazi wyspę na ogromne niebezpieczeństwo. Dlatego prosimy mieszkańców, żeby się mu sprzeciwili. Mogę powiedzieć wiele o twojej organizacji, ale nie można jej odmówić wpływów. Może i walczyliśmy przedtem ze sobą, mamy odmienne spojrzenie na przyszłość, ale to… wyjątkowa sytuacja.

- Wyjątkowa sytuacja, hm? W rzeczy samej… - powiedział Mówca. Ton jego głosu był odległy, jakby nie kierował tych słów do nikogo w sali. Zaraz potem jednak zwrócił się do Voxa: - Powiedz mi, Toa. Jeśli faktycznie jest tak, że jako jedyni możecie powstrzymać Vrexa… Dlaczego dotąd tego nie zrobiliście?

Vox skrzywił się w myślach. To pytanie musiało prędzej czy później paść.

- Mogliśmy. Ale wiemy, że jeśli odsunęlibyśmy go od władzy, znaleźliby się inni, którzy spróbują ją przejąć - odrzekł. - Jak wy.

- I dlatego przychodzisz do nas, żeby zawrzeć sojusz. Jak Fikou zawierający sojusz ze Żmiją Zguby.

- Zależy od tego, który z nas jest Żmiją.

Spod maski Mówcy wydobył się krótki dźwięk, będący oznaką rozbawienia.

- Chcesz, aby moi ludzie stanęli w waszej obronie. Jakie korzyści będzie miała organizacja z tego sojuszu?

- Nie chodzi tylko o mnie i moich przyjaciół - odparł Vox. - Wśród was również jest Toa.

- Izaki to dobry towarzysz, nie będę ukrywał. Jego utrata zaboli, ale nie powstrzyma rewolucji. To wciąż nie jest odpowiedź na moje pytanie.

Oczywiście, że odejście Izakiego nie powstrzyma rewolucji, pomyślał Vox. Ale zwątpienie pozostałych członków organizacji już tak. Mówca dobrze o tym wiedział, tak samo jak zapewne wiedział o tym, że Vrex skupi swoją uwagę na Khakkharze zaraz po usunięciu Toa z wyspy. Cała ta rozmowa była jedynie testem, wojownik uświadomił sobie nagle. Testem Mówcy mającym sprawdzić, czy Vox był dość bystry, by dojść do tych samych konkluzji, co on. Innymi słowy, czy był wart zawarcia sojuszu.

- Toa to nie jedyny cel Vrexa, Mówco. Na pewno zdajesz sobie z tego sprawę - powiedział. - Nuvokah zostały stworzone z myślą o walce. To dzieło jednego z najwybitniejszych inżynierów na Artas Nui, zaprojektowane w oparciu o drony. Jak tylko Vrex rozprawi się z nami, Toa, naśle je na was. Twoi ludzie może i są dobrze wyszkoleni, ale tego mogą nie przetrwać. Z naszą pomocą może uda się… Cóż, jeśli wy zgodzicie się nam pomóc, my pomożemy wam.

Odpowiedziało mu głębokie, metalicznie i przeciągłe mruknięcie. Vox nie wiedział, jak je odebrać, ale przynajmniej było lepsze od odmowy.

- W istocie, moi szpiedzy przynieśli kilka dni temu informację, że Syndykat poznał położenie naszej kryjówki - oznajmił Mówca.

Vox rozszerzył oczy ze zdumienia. Obrócił się, by spojrzeć na Kyre. Nie patrzyła na niego, lecz również zdawała się o tym wiedzieć. Dlaczego sama mu o tym nie powiedziała? I co ważniejsze…

- Dlaczego w takim razie jeszcze was nie zaatakowali? - zapytał Toa.

- Być może Vrex czeka z tym ruchem, aż najpierw zlikwiduje was z wyspy - odpowiedział mężczyzna w czerwonej zbroi. - By zadanie klęski moim ludziom było pierwszym jego zwycięstwem w nowym porządku bez Toa.

- Ale… W takim razie musicie uciekać! - odparł Vox, machając ręką. - Jeśli Vrex wie, gdzie jesteście, przypuści atak z pełną siłą, przecież Nuvokah…

- Toa - przerwał mu Mówca. Wojownik poczuł zimny pot na swoich plecach. Choć nie mógł tego zobaczyć przez czarne gogle rozmówcy, zdawało mu się, że lider Khakkhary zagląda prosto w głąb jego duszy. - Uznawanie przeciwników za dążących jedynie do siania zniszczenia jest głupstwem.

Vox uniósł brew, nie rozumiejąc.

- Co…?

- Tak się składa, że jesteśmy w posiadaniu czegoś, na czym Vrexowi może bardzo zależeć - wyjaśnił. - Czegoś, co daje nam możliwość do negocjacji.

Czoło Toa w Hau zmarszczyło się.

- Co to takiego?

Był pewien, że w tym momencie usta Mówcy drgnęły pod maską w uśmiechu.

- Może powinieneś to sam zobaczyć - powiedział i skinął na strażników.

Jeden z Matoran podszedł do dźwigni i pociągnął ją. Wojownik obrócił się, by zobaczyć, jak właz na środku podłogi zaczyna mozolnie się otwierać, odsłaniając ukryty pod spodem zbiornik ze srebrzystą, mieniącą się cieczą. Źrenice Toa rozwarły się szerzej na widok substancji. Podszedł do krawędzi zbiornika, spoglądając w dół, srebrny blask odbijał się w gładkiej powierzchni jego maski. Mężczyzna dobrze pamiętał tę ciecz z Neitu. Była to ta sama substancja, która wypłynęła z serca Góry Makariri, przemieniając Rahi w potworne bestie i przynosząc śmierć lub nieodwracalne mutacje każdemu Matoraninowi, który jej dotknął.

- Zenergizowana Protodermis…

- Jedyne źródło na Artas Nui - Vox usłyszał za swoimi plecami głos Mówcy. - Według moich szpiegów, Vrex nie jest w posiadaniu żadnego innego. Dzięki niemu możemy dyktować warunki. A jeśli Vrex zdecyduje się zdobyć je siłą… moi ludzie są gotowi do walki.

Miast się odwrócić, Vox spojrzał najpierw na Kyre. Nie patrzyła ani na niego, ani Mówcę, ani na zbiornik z Protodermis. I choć jej oczy stale przed nim uciekały, Toa mógł jasno dostrzec, że była śmiertelnie przerażona.

Zresztą nie tylko ona. Asiro i dziesiątki innych członków, których mijali - Toa mógł jasno wyczuć lęk zagnieżdżony w ich sercach.

- Nie, Mówco - powiedział, obracając się ku mężczyźnie w czerwieni. - Twoi ludzie się boją. Nie możesz skazywać nawet części z nich na śmierć, tylko dlatego, że nie zgadzasz się sprzymierzyć z kimś, kto sprzeciwia się założeniom twojej rewolucji. Jeśli staniesz po naszej stronie, pomożemy ci odeprzeć atak… - Przygryzł na moment wargę. - …a potem wspólnie postaramy się zaprowadzić nowy porządek. Jeśli połączymy siły, po pozbawieniu Vrexa władzy możemy wspólnie wymyślić rozwiązanie, które zadowoli nas obu.

- Jaką mam mieć pewność, że dotrzymasz słowa? - zapytał Mówca.

- Dotrzyma - ku zaskoczeniu samego Mówcy jak i Voxa, to Kyre udzieliła odpowiedzi.

Toa odwrócił się, by spojrzeń na Matorankę. Stała wyprostowana, spoglądając prosto na lidera w czerwieni. Jeśli nadal bała się Mówcy - a z pewnością tak było - robiła wszystko, by tego nie okazać.

Odpowiedź ze strony Mówcy nie nadchodziła długo. Vox nie był w stanie określić, co dzieje się pod maską mężczyzny, więc liczył tylko w wyczekiwaniu uderzenia serca, szykując się w myślach na każdy z możliwych scenariuszy. Zielone światło, odbijające się w powierzchni źródła Protodermis, rzucało falujące plamy na ściany pokoju.

- Niech więc i tak będzie, Toa - rzekł lider Khakkhary. - Przyprowadź tu swoich braci. Dzień walki się zbliża.

Uczucie ulgi zastąpiło wcześniej ogarniający Voxa niepokój. Toa skinął głową - wydawało mu się być to odpowiednią reakcją - i powiedział:

- Dobrze. - Popatrzył na strażników. Ich postawa jasno dawała do zrozumienia, że nadszedł już najwyższy czas, by odszedł. Kyre, jakby rozumiejąc się z nimi bez słowa, przystanęła przy Voxie, by móc odprowadzić go do wyjścia. Toa nie zamierzał oponować. Zdawał się zrobić wszystko, po co tu przybył.

Ruszył z Matoranką ku metalowym drzwiom, a ta otworzyła je przed nim. Vox nagle przystanął i, odwracając się ku Mówcy, odezwał się:

- Zanim pójdę, chcę się jeszcze zapytać… - Wbił spojrzenie w mężczyznę, chowającego dłonie za plecami. - Jak udało ci się zebrać przy sobie tych wszystkich mieszkańców?

Zielone światło wymieszane z blaskiem Zenergizowanej Protodermis zamigotało w czarnych goglach.

- Byłem po prostu osobą, która odpowiadała im potrzebom - rzucił Mówca, jakby od niechcenia. Nie była to odpowiedź, jakiej Vox oczekiwał.

Lecz wtem, nagle wszystko sobie uświadomił. Uczucie, które go ogarnęło po wejściu do kryjówki i po stanięciu twarzą w twarz z tym mężczyzną, nie mogło być przypadkowe.

- Strach… - powiedział. - Używasz strachu, żeby ich kontrolować. Wzbudzasz w nich lęk, żeby byli bardziej podatni na twoje słowa i w ten sposób werbujesz ich do Khakkhary…

Postawa lidera w czerwieni pozostawała niezmienna. Toa Dźwięku naprawdę nie podobało się to, że nie może wyczytać pod maską żadnych emocji u swojego rozmówcy. Jak na złość sam poczuł teraz strach, zimny dreszcz biegnący w dół jego pleców. Nie wiedział, czy ten lęk pochodził od niego samego, czy też był on wywołany przez Mówcę. Niewykluczone, że jedno i drugie.

- Wpływanie na umysły od zawsze przychodziło z łatwością mojemu gatunkowi - rzekł Mówca. - Co prawda, większość z nas mogła je jedynie koić, nie wzbudzać strach, a już na pewno nie wśród tylu ludzi jednocześnie. Los uczynił mnie jednostką wybitną. Naturalnym jest, by taka jednostka przewodziła innym.

W odpowiedzi, Vox ponownie skinął głową.

- Rozumiem - powiedział i odwrócił się do wyjścia. Usłyszał już wystarczająco dużo.

- Uważaj, Toa - rzucił za nim Mówca. - Rozważ, że pozbywając się Vrexa, możecie napuścić na siebie coś, czego nie będziecie w stanie powstrzymać.

Vox nic już mu nie odpowiedział. Nie skinął głową, nie obejrzał się, po prostu wyszedł z pomieszczenia, a Kyre wraz z nim. Usłyszał za sobą szczęk metalowych drzwi, po czym ruszył przed siebie w towarzystwie Matoranki chłodnym korytarzem. Wizja przyszłości, o której wspomniał Mówca, ocierała się o jego umysł już wcześniej parę razy - ale teraz, usłyszenie jej z ust lidera Khakkhary sprawiło, że Vox zaczął jej się śmiertelnie obawiać.

Cisza po wyjściu Toa Dźwięku zawisła w powietrzu na kilka długich sekund.

- Mówco - odezwał się w końcu jeden ze strażników. - Po pokonaniu Vrexa… co się stanie z rewolucją?

- Frapujące, nieprawdaż? - odrzekł Mówca, zasiadając w fotelu i na powrót wpatrując się w siatkę ekranów. - Iście… frapujące.

⁎⁎⁎

Z doświadczenia Galia wiedziała, że oprychy przesiadujące w barach występują w dwóch rodzajach - wielcy, oraz wielcy i pijani. Ci, którzy wyłonili się chwiejnym krokiem z Jednonogiego Husiego definitywnie zaliczali się do tej drugiej grupy. Mężczyźni pokręcili się przez moment w kółku, po czym ruszyli zygzakiem w stronę wylotu uliczki, ledwo podtrzymując się nawzajem w prostej pozycji. Dziewczyna odprowadziła ich wzrokiem, po czym spojrzała na szyld zawieszony nad drzwiami. Przedstawiał on wizerunek strusiowatego Rahi pozbawionego nogi, a napis z nazwą lokalu migotał raz po raz z powodu uszkodzonych neonów.

Uliczka, w której mieścił się Jednonogi Husi była ciemna i ciasna. Xianka przywykła do takich zaułków - można je było znaleźć w każdym z miejsc, w których do tej pory przyszło jej żyć. W jej ojczyźnie, Xii, wszyscy Vortixx zaczynali jako słudzy. Zakamarki tego typu dla wielu z nich były jedynym, co widzieli przez większość swojej egzystencji. Na Quentris, uliczki takie jak ta stały się jej drugim domem, miejscem do przenikania między cieniami, z dala od oczu lorda Xixexa. I tak jak na Xii oraz Quentris, Galia znalazła się w jednej z nich także i tu, na Artas Nui. Trudno było oprzeć się wrażeniu, jak bardzo te wyspy były do siebie miejscami podobne.

Lecz nawet mimo tych podobieństw, Vortixx czuła się na Artas Nui najlepiej w porównaniu z jej poprzednimi domami. Na Xii przyszło jej wieść ciężkie życie jako służąca zamożnej Sahkary. I choć liczyła, że coś się zmieni po przejściu do Xarsy, stała się wtedy nikim więcej jak kolejnym niewolnikiem bezdusznego systemu, kolejnym elementem potężnej machiny wojennej. Na Quentris z kolei była królową podziemia, inni trudzili się, by ją dopaść i zabić - lub zrobić z nią inne, nieprzyzwoite rzeczy - albo stanąć u jej boku, żeby razem walczyć przeciwko żelaznej pięści Xixexa. Było to jednak życie nieustających spisków, ukrywania się i obawy o własne życie. Na Artas Nui, po raz pierwszy, Galia poczuła, że jest szczerze wolna.

A przynajmniej tak było, dopóki Vrex nie przypomniał jej o Veen.

Rozejrzała się po zaułku, spodziewając się dostrzec w mroku błysk oczu dawnej przyjaciółki. Niczego takiego nie zobaczyła. Nie była na Xii ani na Quentris, bez względu na podobieństwo.

Odwróciła głowę z powrotem ku drzwiom, po czym wzięła kilka głębokich wdechów i weszła do środka.

Wnętrze Jednonogiego Husiego tak bardzo przypominało bary na Quentris, że Galia na moment odniosła wrażenie, jakby z powrotem znalazła się na tamtej wyspie. Było tu co prawda więcej metalu i kolorowych świateł, klimat był jednak taki sam. Schodząc po pordzewiałych stopniach, owionęły ją znajome dźwięki i zapachy. Nie jesteś na Quentris, uspokoiła samą siebie. Już nigdy nie będziesz.

Stoliki rozstawiono w, mogło się wydawać, losowy sposób, nie dbając o jakikolwiek ład czy porządek, ani tym bardziej o zapewnienie swobody. Jedyne, czego dopilnowano, to pozostawienie dość miejsca na środku, by zapewnić łatwy dostęp do baru. Stoliki były oblegane przez wszelkiej maści szubrawców, Galia zobaczyła też spore zbiorowisko na prawo od baru. W miarę, jak się zbliżała, zobaczyła, co tak bardzo przykuwało uwagę tutejszej klienteli.

Pośrodku sali znajdowała się niewielka, wyłożona piaskiem arena, na której właśnie toczył się pojedynek, ku uciesze wstawionych szumowin. Po jednej stronie ringu można było zobaczyć kobietę z potężnymi protezami nóg o zielono-żółtej barwie, przywdziewającą hełm w tych samych kolorach. Choć miała na sobie wielkie rękawice bokserskie, mogące zadać druzgocące ciosy, atakowała głównie kopnięciami, poruszając się z gracją doświadczonej wojowniczki.

Jej rywalem był dwugłowy mężczyzna w żółto-niebiesko-czerwonym pancerzu. Lub może raczej dwaj mężczyźni dzielący jedno ciało, Galia nie wiedziała. Sam ich wygląd oraz sposób, w jaki się ruszali jasno dawał do zrozumienia, że nie byli kimś, z kim chciało się zadzierać. Naparli na rywalkę, lecz ta powaliła ich solidnym kopniakiem na piasek. Wśród widzów zawrzało.

Na Quentris popularne były podobne rozrywki. Tamtejsi mieszkańcy woleli jednak walki uliczne, na co władze Artas Nui najwidoczniej nie pozwalały. Jeśli tutejsze oprychy chciały pooglądać mordobicie, ringi w barach musiały im wystarczyć.

Xianka nie zamierzała oglądać walki. Nie po to tu przyszła. Miała misję do spełnienia. Musiała jakimś sposobem przekonać przesiadujących tu drabów, by stanęli po stronie Toa w walce z Vrexem. Zapewne gdyby wysłano tu Hserga zamiast niej, ten zacząłby od wygłoszenia przemówienia na środku baru do zebranych szumowin. Galia jednak wiedziała, że takie zachowanie skończyłoby się niczym więcej jak wyśmianiem przez wszystkich. Dlatego miała inny plan.

Podeszła do lady barmana. Uznała, że na początek najlepiej będzie zamówić coś do picia. Wszystkie dobre plany zaczynały się od zamówienia drinka.

Barman, stary Rithianin, który wyglądał tak, jakby prowadził to miejsce od początku istnienia wszechświata - albo i jeszcze dłużej - podszedł do Vortixx i otaksował ją wzrokiem. Nie było to spojrzenie, jakim mężczyźni zazwyczaj raczyli Galię, co oznaczało, że zbroja od Hserga dobrze wykonywała swoją robotę. Rithianin zapytał:

- Co dla ciebie?

- Coś mocnego - odparła Galia, krzyżując ręce na blacie. - Nie jestem tutejsza. Co polecasz?

- Zakaziański Łomot, Makujito, Nova Blast albo Ogień Kuźni Astavar. Wszystko w promocyjnej cenie.

Galia postukała palcem o podbródek, zastanawiając się.

- Niech będzie najmocniejszy.

- A więc Łomot - powiedział Rithianin i sięgnął po szklankę.

Dziewczyna wręczyła mu garść widgetów i po chwili sączyła już napój, oparta plecami o krawędź lady. Musiała przyznać barmanom Artas Nui, że jeśli się na czymś znali, to z pewnością na robieniu drinków. Jeśli nic się jej nie uda, przynajmniej będzie mogła się upić i zatańczyć na stole, pogodzona z czekającym ją marnym losem.

Wodziła bacznym spojrzeniem po wnętrzu, szukając kogoś, od kogo mogłaby zacząć. Szukała lidera - osoby, która cieszyła się wystarczającym autorytetem wśród drabów, by po przekonaniu jej przez Galię mogła pociągnąć za sobą kolejnych. Szumowinom zdarzało się działać w pojedynkę, lecz były też takie, które łączyły się w grupy - i to właśnie one były dziś celem Galii.

Zasiadające przy stolikach oprychy rzucały od czasu do czasu na nią spojrzenia, nikt jednakże nie kwapił się, by podejść. Xianka domyśliła się, dlaczego. Choć zbroja nadawała jej groźnego wyglądu, widok samotnej kobiety był mimo wszystko niecodzienny w takim miejscu. Pewnie spodziewali się, że jest z kimś i czekali, aż jej towarzysz zjawi się barze. Galia musiała tylko poczekać, aż uświadomią sobie, że przyszła w pojedynkę i wtedy wykonają pierwszy ruch. Jeśli nie, ona sama go wykona.

Wreszcie zobaczyła zmierzającego ku niej wysokiego, chudego Skakdi. Pierwsza zdobycz tego wieczoru. Zakazianin miał ciemnozieloną zbroję, na której przywdziewał czerwone naramienniki, napierśnik oraz kolczasty hełm, a na ustach nosił nonszalancki uśmiech - o ile szczerzenie krzywych zębów można było w ogóle uznać za nonszalanckie. Przejechał do tyłu dłonią po wystających z głowy i kręgosłupa giętkich kolcach. Pewnie myślał, że ocieka charyzmą, w rzeczywistości jednak ociekał jedynie wonią alkoholu. Nie szkodzi. Galia wysłucha, co ma jej do powiedzenia i spławi, jeśli uzna go za niewartego uwagi. W przeciwnym wypadku, będzie musiała sprawdzić, czy zostały jej jeszcze jakiekolwiek resztki daru przekonywania z czasów na Quentris.

Wtem, jej serce na moment stanęło, gdy rozpoznała w Skakdi tego samego oprycha, z którym Hserg omal się nie pobił wczorajszego ranka przed Stadionem Nui. Nie wiedziała, czy mężczyzna ją rozpoznał, ale nie mogła dać po sobie znać, że go kojarzy. Momentalnie odzyskała spokój. Niewłaściwa postawa mogła jej przysporzyć kłopotów.

- Hej - odezwał się do niej Skakdi. - To miejsce jest wolne, czy będę musiał zbierać zęby z podłogi, jeśli je zajmę?

Dziewczyna zmierzyła go wzrokiem, a potem to samo zrobiła ze znajdującym się przy niej taboretem barowym, na który wskazywał.

- To zależy, co masz do powiedzenia.

Zakazianin roześmiał się, długo i perliście, jakby opowiedziała mu najśmieszniejszy żart w historii. Uznając to za pozwolenie, przystanął obok niej, obejmując dziewczynę ramieniem. Galia normalnie nie pozwoliłaby mu na taką bliskość, dla misji mogła jednak zrobić wyjątek. Oprych zdawał się nie kojarzyć Vortixx z wczoraj - i Wielkiemu Duchowi niech będą za to dzięki.

- Nigdy wcześniej cię tu nie widziałem. Nowa na wyspie?

- Jeśli po pół roku nadal jestem nowa, to tak - powiedziała dziewczyna. Spojrzenie żółtych oczu mężczyzny zmieniło się z błyskiem.

- Och, rozumiem… Więc co sprowadza taka uroczą pannę do tego… wyrafinowanego miejsca?

- To, co wszystkich - odparła Galia, niby od niechcenia.

Z policzków Zakazianina wystawały dwie długie, ostre wypustki. Za każdym razem, kiedy ruszał głową, Galia musiała uważać, by nie rozorał jej twarzy.

- Czyżbyś chciała na własne oczy zobaczyć czempionów tutejszej areny? - zapytał mężczyzna.

Xianka pociągnęła kolejny łyk ze szklanki.

- Walki niezbyt mnie interesują.

- Czyli alkohol. Doskonale - powiedział dryblas, uśmiechając się szerzej. - W takim razie pewnie nie będziesz miała nic przeciwko, żebym postawił ci drinka?

- Nie wiem, czy zauważyłeś, ale już jednego piję.

- Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że przyszłaś się napić tylko jednego? To tak, jakby zabrać tylko jedną monetę z wypełnionego po brzegi skarbca. Albo skończyć spotkanie z kimś jak ty na samej rozmowie… - Przystawił się jeszcze bliżej, coraz bardziej działając Vortixx na nerwy. - Więc jak będzie? Wypijemy kilka drinków i zobaczymy, dokąd poniesie nas noc?

Niedaleko nich rozległ się potężny łomot, kiedy kobieta w żółto-zielonej zbroi powaliła ostatecznie swojego rywala na ziemię. Zaraz potem dało się słyszeć okrzyki zachwytu zwycięzców zakładów oraz przekleństwa tych, którzy je przegrali.

Delikatnym, lecz stanowczym ruchem, Galia strąciła rękę Skakdi ze swojego ramienia.

- Dzięki - powiedziała - ale nie.

Zakazianin obruszył się.

- Hej, co ci we mnie nie pasuje?

- Szukam lidera - odrzekła dziewczyna. - Kogoś, kogo będą słuchać największe, najtwardsze szumowiny.

Zobaczyła zmianę na twarzy mężczyzny i w jego oczach. Były to drobne detale, ale przez lata spędzone na Quentris, Galia nauczyła się dobrze wyłapywać takie rzeczy. Skakdi połknął przynętę.

- W takim razie nie mogłaś lepiej trafić.

Popatrzyła na niego z udawaną drwiną.

- Ty? Poważnie?

- Chodź, pokażę ci coś - powiedział Zakazianin i ponownie objął Xiankę, prowadząc ją w stronę jednego ze stolików.

Siedziały przy nim dwie inne postacie. Pierwsza z nich była kobietą, przedstawicielką najniższej klasy Steltian, noszącą brązowawy pancerz. Galia tylko kilka razy miała styczność z tym gatunkiem - z tego co słyszała, byli oni zmuszani do walk gladiatorów ku uciesze steltiańskich arystokratów. Ta kobieta była znacznie mniejsza od swoich męskich pobratymców, którzy uchodzili za kolosów, lecz i tak jej wzrost był imponujący. Z pewnością przewyższała typowego Vortixx i ledwo mieściła się przy stole.

Lewą rękę, zakończoną długimi szponami, opierała na zastawionym szklankami i stosem kart blacie. Druga była zastąpiona przez parę mechanicznych protez, przypominających owadzie kończyny, które zawzięcie pracowały przy spoczywającym na kolanach Steltianki miotaczu dysków Kanoka. Galia nie wiedziała, gdzie podziała się dodatkowa para mniejszych rąk, które powinny wyrastać ze środku tułowia - być może kobieta straciła je, podobnie jak prawą kończynę.

Drugim osobnikiem był zasiadający po drugiej stronie stołu szeroki w barkach, przysadzisty mężczyzna zakuty w czarno-srebrną zbroję. Na głowie nosił złoty hełm - jedyny element pancerza w tym kolorze - przypominający wyglądem odwróconą maskę o ostrych krawędziach. Wyglądała spod niego para wielkich, pomarańczowych oczu, zdających się wyrastać z boków głowy. W swoich pazurzastych dłoniach oprych trzymał szklankę z alkoholem, choć Galia nie wiedziała, którą częścią dziwacznej twarzy mężczyzna pił.

Oboje podnieśli głowy na Xiankę i Skakdi, kiedy ci przyszli. Czarno-srebrny mężczyzna zawiesił wzrok na napisie wypalonym na karwaszu dziewczyny, po czym wbił spojrzenie w jej twarz. Jego oczy zabłyszczały.

- Pozwól, że przedstawię ci moich przyjaciół - rzekł Zakazianin, jedną ręką obejmując Galię w talii, a drugą wskazując na siedzących przy stoliku.

Jego dłoń najpierw wskazała na mężczyznę.

- Ten tutaj, Kimin, jest naprawdę wyjątkowy - powiedział. - Potrafi skopiować każdą umiejętność dowolnej istoty. Te zdolności pozwoliły mu popełnić tyle zbrodni, że tylko niekompetencja policji uchroniła go przed wylądowaniem w więzieniu na resztę życia.

Kimin skinął powoli głową, jakby na potwierdzenie tych słów. Galia i tak wiedziała, że to wszystko bujdy. Może i wojownik dokonał paru zbrodni, ale na pewno nie tylu, o ilu mówił Skakdi. Było to zwykłe chełpienie się.

- Zhyen z kolei - Zakazianin wskazał na kobietę - uciekła z areny na Stelcie. Jest mistrzynią w posługiwaniu się miotaczem Kanoka. Sama zbudowała swoją wyrzutnię. Jej dyski są najszybsze… i najniebezpieczniejsze. Powiedz jedno złe słowo, a będziesz mogła pożegnać się z głową.

Galia przyjrzała się uważniej broni Steltianki i musiała przyznać, że rzeczywiście sprawiała ona imponujące wrażenie. Dopiero teraz dostrzegła zamontowane w niej trzy miejsca na dyski, pozwalające miotać trzema Kanoka jednocześnie. Broń, której nie powstydziliby się inżynierowie z Xii. Dobrze było wiedzieć, że znienawidzony przez Galię jej własny gatunek miał konkurencję we Wszechświecie Matoran.

Skakdi usiadł przy stole, zajmując miejsce pomiędzy swoimi kompanami.

- No i oczywiście ja - powiedział, łącząc dłonie z tyłu głowy. - Zakhann.

- Mhm. - Galia usiadła naprzeciwko niego. - A czym ty sobie zasłużyłeś na miano szumowiny?

Zakhann wyszczerzył się.

- Jestem Skakdi. Czy to nie wystarczy?

Słysząc to, Zhyen wywróciła oczami, ale Galię szczerze rozbawiła ta odpowiedź. Uśmiechnęła się półgębkiem.

- No tak. Nie może być nic gorszego.

- A ty? - zapytał Zakhann, pochylając się do przodu i opierając łokcie na blacie. Wbił swoje spojrzenie prosto w Xiankę. - Co ty możesz nam powiedzieć o sobie?

Galia wzruszyła ramionami.

- Jestem Vortixx, jeśli nie zauważyłeś - powiedziała. - Z takiej wyspy, Xii. Nie wiem, czy słyszałeś.

Kimin i Zhyen wydali z siebie ciche parsknięcia, lecz Zakhann błyskawicznie zgromił ich wzrokiem. Na jego twarz szybko powrócił nonszalancki uśmiech - a raczej marna próba nonszalanckiego uśmiechu w wykonaniu Skakdi.

- No właśnie. Vortixx. - Zakhann nachylił się bliżej ku dziewczynie. - Z tego, co wiem, kobiety Vortixx zazwyczaj zajmują się biznesem. Ten bar to chyba nienajlepsze miejsce do prowadzenia interesów, co?

- Ten napis, co ma na ręce - wtrącił Kimin, pokazując na przedramię Galii. - Jest w języku Południowców. A ona mówi, że jest z Xii.

Dziewczyna przełknęła drinka, który popłynął płonącą strugą przez jej gardło, po czym odparła:

- Powiedzmy, że… nie byłam zbyt mile widziana w mojej ojczyźnie. Musiałam uciekać. Dużo podróżowałam. Spędziłam wiele lat na Quentris, zanim wylądowałam tutaj, pół roku temu. Myślałam, że uda mi się na chwilę odpocząć od uciekania… Ale wszystko wskazuje na to, że będzie wręcz przeciwnie. Chyba wiecie, o co chodzi.

Zakhann i jego towarzysze popatrzyli po sobie.

- To znaczy…? - Skakdi nie był do końca pewien.

- Słyszeliście o całym tym nowym pomyśle Vrexa, Nuvokah, prawda? Jak myślicie, co się stanie z miejscami takimi jak to, kiedy już zastąpi nimi Toa? - Powiodła dłonią w powietrzu, jakby chciała objąć sufit. - Ostatnio Vrex zdaje się bardziej dbać o porządek na wyspie. Wątpię, żeby Nuvokah zostawiły tak duże skupisko oprychów w spokoju.

- I co z tego? Przecież teraz i tak musimy użerać się z Policją Skakdi - odparł Zakhann lekceważąco. - Wsadziliby mnie do więzienia za byle głupotę. O tyle dobrze, że moi pobratymcy nie są tak mądrzy jak ja i do tej pory im się to nie udało.

Galia prychnęła.

- Proszę cię, jestem na wyspie ledwie pół roku, ale nawet ja wiem, że Policja Skakdi to tylko marionetki Vrexa. Mają odwalać brudną robotę, nic więcej. Dopóki nie będziecie się wtrącać w jego interesy, będą mieli was gdzieś.

- No właśnie - powiedział Zakhann. - Więc dlaczego z Nuvokah miałoby być inaczej?

- Wydaje mi się, że tu chodzi o coś więcej. - Tym razem to Galia się nachyliła i zniżyła lekko głos. - Słyszałam, że Nuvokah powstały jako ulepszone wersje dronów. Tych dronów z Armii Nowego Świata. Nie było mnie na Artas Nui podczas wojny, więc nie wiem, jaka była tu wtedy sytuacja. Ale podejrzewam, że niezbyt przyjemna. Teraz wygląda na to, że Vrex chce mieć tu powtórkę z czasów wojny. - Dopiła drink do końca i odstawiła szklankę na stół. Rozległo się donośne stuknięcie. - A to dopiero będzie nieprzyjemne.

- Pewnie tak - przyznał Zakhann. - Ale co nam do tego? Jesteśmy oprychami. Umiemy się ukrywać.

- Tylko, że ja mam na razie dość ukrywania się.

Skakdi roześmiał się. Wziął do ręki stojący na stole kufel z niedopitym piwem i pociągnął z niego długi łyk.

- I co? - zapytał. - Chcesz sama przeprowadzić rewolucję, żeby powstrzymać Vrexa?

- Sama nie… - Galia zaczęła przejeżdżać czubkiem palca po krawędzi własnej szklanki. - Ale razem może udałoby nam się coś zdziałać.

Kompani Zakhanna popatrzyli na nią z zaintrygowaniem. Sam Skakdi uniósł brew.

- Niby jak?

- Vrex chce się pozbyć Toa z wyspy, tak? - powiedziała Xianka. - Pomyślałam sobie, że może takie szumowiny, jak ty i ja, mogłyby stanąć po ich stronie, żeby Vrex ich jednak stąd nie wyrzucił. Na pewno macie jakieś inne zajęcia poza przesiadywaniem w tym barze, nie? Znacie ludzi… Możecie porozmawiać z nimi i przekonać ich, żeby zrobili to samo. Jeśli wystarczająco dużo mieszkańców nie zgodzi się na ten pomysł Vrexa, będzie musiał się z niego wycofać, żeby zachować dobre imię. A nawet jeśli nie, można odebrać mu władzę. Umiecie się bić, prawda?

Wcześniejsze zaciekawianie na twarzy Zakazianina ustąpiło miejsca rozbawieniu.

- Jeden drink wystarczył, żebyś się upiła, hę? - zadrwił. - Dlaczego mielibyśmy stawać po stronie Toa? Są tymi całymi „strażnikami pokoju”. - Nakreślił swoimi chudymi palcami cudzysłów w powietrzu. - A przynajmniej starają się być. Tak samo jak Nuvokah.

- Może i tak - odparła Galia. - Ale sam pomyśl, kogoś byś wolał, żeby cię osądzał? Toa? Czy pozbawioną skrupułów maszynę, zaprogramowaną do wymierzania narzuconej z góry kary, bez względu na okoliczności?

Zakhann zamyślił się. Dziewczyna mogła niemal dostrzec pracujące z wysiłkiem trybiki w jego mózgu. Zważywszy na jego gatunek, mogło to potrwać parę chwil, ale była pewna, że Skakdi w końcu uświadomi sobie, jak rysowała się cała sytuacja.

Galia sama nigdy nie padła ofiarą dronów, lecz słyszała mrożące krew w żyłach opowieści o nich. To były maszyny pozbawione skrupułów i litości. Niszczyły całe domy, byleby tylko zabić Toa albo dopaść innych mieszkańców i uśpić w tubach zastoju. Nuvokah były tym samym, tylko w udoskonalonej formie. Na miejscu Zakhanna, Xianka bez dwóch zdań wolałaby, by to Toa wymierzali sprawiedliwość. Nie chodziło tyle o kwestię moralności, a o zwykłe współczucie i empatię.

Oczywiście, żeby zaprowadzić nowy ład na wyspie, Toa nie mogli popełniać dotychczasowych błędów. Tak samo tutejszym typom spod ciemnej gwiazdy nie można było pozwolić na dalsze prowadzenie swoich… wątpliwie legalnych działalności. Ale kto wie, może szumowiny otrzymałyby drugą szansę od Toa, by zacząć wszystko od nowa z czystą kartą. Szansę, której nie dałyby im Nuvokah. Nawet ktoś taki jak Zakhann musiał być tego świadomy.

- Cóż, jeśli tak stawiasz sprawę… - mruknął Skakdi. - Powiedz mi, sama to wszystko wymyśliłaś?

- Po prostu staram się sprawić, żeby moje życie tu stało się jak najmniej uciążliwe - powiedziała Vortixx, wzruszywszy ramionami.

Zakhann pokiwał wolno głową.

- Mhm. Rozumiem. - Popatrzył na nią jadowicie. - A ja myślę, że to twój kolega, Toa Ognia, podsunął ci to wszystko.

Xianka zamarła. Rozszerzyła oczy, a wtem dostrzegła przebłysk rozbawienia w ślepiach Zakazianina. Wiedział. Zakhann wiedział. Od samego początku się nią bawił, a ona dała mu się tak łatwo podpuścić. Nie doceniła go. Może faktycznie był taki mądry, za jakiego się uważał, a na jakiego nie wyglądał.

- Nic nie…

- Och, proszę cię - przerwał jej oprych. - Myślisz, że cię nie poznaliśmy, bo założyłaś inną zbroję? Jesteś tą Vortixx, która zaleca się do Toa Hserga… Galia, tak? Pewnie Toa wysłał cię tu, bo boi się, że Vrex wyrzuci go i jego kumpli z wyspy. - Splunął na podłogę. - I myśli, że mu pomożemy.

Galia odwróciła na chwilę głowę, by sprawdzić, czy nikt nie usłyszał tej wymiany zdań. Na szczęście uwagi większości klientów skupiła się na nowej walce na ringu, która właśnie się zaczynała.

Obróciła się z powrotem ku Skakdi.

- Nawet jeśli, to co to zmienia? - powiedziała. - Zagrożenie ze strony Vrexa nadal jest tak samo realne.

- Może i jest. - Zakhann machnął ręką. - Ale jeśli Toa chcą pomocy, niech się zwrócą do Matoran. Nie mogę uwierzyć, że wysłali tu ciebie, żebyś przeciągnęła nas na ich stronę. Myślą, że mogą oszukać mnie? - Wskazał na siebie kciukiem. - Niech nie udają, że im na nas zależy. Nie wiedzą, jak wygląda nasze życie. Tak samo jak ty.

Galia popatrzyła a twarz Zakhanna, potem na Kimina i Zhyen. Uznawali ją za obcą, lecz nie mogli bardziej się mylić. Niegdyś przewodziła takim jak oni. I choć koniec końców wszyscy jej kompani okazali się zdrajcami, dziewczyna wiedziała, dlaczego tak się stało. Szumowiny z Quentris były istotami z marną przeszłością, bez przeznaczenia, które wylądowały na samym dnie skrzywionego społeczeństwa. Tam, wyładowywały swój gniew wobec świata na co tylko mogli - w przypadku popleczników Galii, na lorda Xixexa. Zdradzili ją potem, ponieważ wierzyli, że to pozwoli im przetrwać.

Z tutejszymi szumowinami musiało być tak samo. Przychodzili do tych barów oglądać walki i upijać się, by w jakiś sposób odreagować. Dopuszczali się wszystkich złych rzeczy, które mieli na sumieniu, ponieważ był to jedyny sposób, w jaki potrafili przeżyć.

Dla Toa byli oni zapewnie nikim więcej, jak zbłądzonymi istotami, do których lepiej było nie przyznawać się, że są na wyspie, lecz których mimo wszystko trzeba było zaciągnąć do walki w jej obronie. Dla Galii natomiast… z pewnego punktu widzenia, Galia była ich swoistą siostrą.

- Mylisz się - powiedziała Zakhannowi. - Kiedyś byłam taka, jak wy. To, co powiedziałam o Xii, to prawda. Uciekłam stamtąd. Vortixx mnie ścigają, nawet teraz. Ale to nie koniec. Słyszałeś o wyspie Quentris, prawda? - zapytała, a Skakdi potaknął. - Spędziłam tam długie lata. Przewodziłam rebelii, grupie takich szumowin jak wy, przeciwko tamtejszemu władcy, lordowi Xixexowi. To ja jestem tą, która doprowadziła do jego upadku.

Zakhann, Zhyen i Kimin wymienili spojrzenia. Niemal natychmiast wybuchli gromkim śmiechem. Galia wydęła usta. No tak, mogła się spodziewać, że od razu jej nie uwierzą.

- Błagam - powiedział Skakdi, ocierając czubkiem palca łzę z kąta oka. - Nie uwierzę, że taka mała Xianka była w stanie w ogóle przetrwać na takiej wyspie jak Quentris. Jestem pewien, że nie potrafiłabyś nawet wygrać siłowania się na rękę.

Galia jednym szybkim ruchem odgarnęła stos kart ze stołu i oparła rękę łokciem o blat.

- Założymy się?

Zaskoczenie wstąpiło na twarz Zakhanna. Ale teraz, kiedy rzuciła mu wyzwanie, nie mógł się wycofać.

- Nie mówisz poważnie…

- Sprawdź mnie.

Chwycili się za dłonie. Mężczyzna zapewne był przekonany, że z łatwością wygra. Zresztą, kiedy zaczęli się siłować, Vortixx musiała przyznać, że mimo postury chudzielca, siły mu nie brakowało. Do zwycięstwa nie wystarczała jednak sama siła, ale i technika, a Galia miała za sobą lata wprawy w siłowaniu się z takimi łajdakami jak on na Quentris.

Po paru chwilach Zakhann leżał już na stole, łapiąc się za bolącą rękę. Galia spojrzała na niego triumfalnie, wzięła jego kufel i wypiła resztkę piwa. Kimin popatrzył z niesmakiem na przyjaciela.

- Dałeś się upokorzyć jak ostatnia łamaga…

Skakdi zarechotał, jakby nic się nie stało, i wyprostował się. Wciąż masując obolały mięsień, odezwał się do Galii:

- No dobra, przyznaję, nie doceniłem cię. Może faktycznie masz w sobie coś z szumowiny.

- Dziękuję za uznanie. - Xianka uśmiechnęła się sarkastycznie. - Więc jak będzie?

- Może i to co powiedziałaś jest prawdą. - Zakhann przysunął do siebie z powrotem swój kufel i z rozczarowaniem odkrył, że jest pusty. Skinął kelnerce, Cestre o skórze w kolorze jadeitu, by przyniosła alkohol. - I może moglibyśmy pomóc Toa, wiedząc, że mają po swojej stronie kogoś, kto poznał życie szumowiny… Ale możemy się też wpakować w niezłe bagno. - Jego wzrok spoczął na zalegającym na blacie stosie. - Zrobimy tak. Niech karty zadecydują.

Zagarnął je do siebie i zaczął przetasowywać. Zhyen schowała swój miotacz na plecy i przysunęła się bliżej stołu, podobnie jak Kimin, ogłaszając swoją gotowość do gry. W międzyczasie kelnerka Cestre postawiła przez Zakhannem kolejny kufel z piwem, a przed Vortixx szklankę z Zakaziańskim Łomotem. Galia była ciekawa, dlaczego sam Skakdi nie pije swego ojczystego trunku. Czyżby był dla niego za mocny?

- Grałaś kiedyś w „Steltiańskiego Głupca”? - zapytał, podczas gdy karty przeskakiwały między jego palcami.

Dziewczyna miała już wielokrotnie okazję zagrać na Quentris w tę grę. Jeśli chciało się coś od kogoś zdobyć - bez użycia siły - proponowało się właśnie grę w „Steltiańskiego Głupca”. Lubiano go za to, że można było w niego grać tak długo, jak gracze mieli co stawiać. Nieraz dochodziło do sytuacji, w której przegrany na koniec ostatniej tury dodawał coś do puli, zwiększając stawkę i gra toczyła się dalej, dając szansę na przechylenie szali zwycięstwa na korzyść wcześniejszego przegranego - albo na jeszcze większą porażkę. Byli tacy, którzy tracili całe majątki w „Głupcu”, albo nawet i własną wolność. Inni to wszystko zdobywali. Jeśli chodzi o Galię, to udało jej się zdobyć fragmenty poszukiwanej przez nią zbroi, liczne informacje o działaniach Xixexa oraz wielu, wielu nowych wrogów.

- Ze sto razy - powiedziała.

- Ja sto jeden - odrzekł Zakhann. - Będą dwie strony: Zhyen, Kimin i ja przeciwko tobie. Jeśli wygrasz, pomożemy tym twoim Toa.

- A jeśli przegram?

Zakazianin wyszczerzył się od ucha do ucha.

- Opuścimy ten obskurny bar i pójdziemy zabawić się do mnie.

Dziewczyna wzdrygnęła się i popatrzyła na wręczone przez Zakhanna karty, przedstawiające znane jej dobrze postacie, stałe dla każdej wersji gry.

Podzielone na cztery frakcje, każda z nich miała przypisaną określoną ilość punktów. W grze chodziło o to, by tak dobrać karty, żeby w końcowym zestawieniu mieć dwadzieścia cztery punkty. Jeśli na koniec rundy nikt tylu nie miał, odpadała osoba z najniższą sumą - tytułowy głupiec - i gra toczyła się dalej. Xianka nie wiedziała, dlaczego akurat liczbę dwadzieścia cztery wybrano na zwycięską, ale podejrzewała, iż chodziło o to, że była ona wielokrotnością trójki - a Steltianie klasy średniej mieli właśnie po trzy palce u dłoni. Grę wymyślili Matoranie ze Steltu, a jej nazwa wzięła się od tamtejszych umięśnionych, lecz niezbyt inteligentnych robotników, którzy przyłączali się do grających Matoran i za każdym razem ponosili porażkę, tracąc wszystko, co postawili.

Zazwyczaj „Steltiański Głupiec” trwał tak długo, dopóki kieszenie wszystkich graczy nie zostały całkowicie puste. Tym razem jednak, stawka była jasno określona. Vortixx miała tylko jedną szansę.

- Zaczynajmy - powiedział Zakhann.

Rozpoczęła się gra. Galia i jej przeciwnicy przysunęli bliżej siebie swoje trzy karty - startową ilość - tak, aby nikt nie mógł ich zobaczyć. Zgodnie z zasadami, można było teraz poprosić o dobranie kolejnych, dwóch lub jednej; Kimin i Zhyen tak zrobili. Xianka popatrzyła na swoje. Nie były to najmocniejsze karty, więc poprosiła o dobranie jeszcze dwóch. Zakhann wręczył je jej z uśmiechem, którego znaczenie trudno było odgadnąć.

Po dobraniu, gracze mieli możliwość wymiany. Kimin z niej skorzystał, a kiedy dobrał nową kartę, Zakhann spojrzał wyczekująco na Galię. Nie zamierzała niczego wymieniać - podejrzewała, że jeśliby to zrobiła, Skakdi uznałby, że ma słabe karty, a nie chciała dawać mu satysfakcji, że idzie jej gorzej od niego. Co prawda nie miała dwudziestu czterech punktów - na samym początku mało kto od razu tyle miał - ale sądziła, że jej suma wystarczy, by przejść do kolejnej tury.

Fakt, mogła zaryzykować i coś wymienić, a los mógł się do niej uśmiechnąć i wręczyć jej kartę z odpowiednią ilością punktów brakujących do szybkiej wygranej. Lecz równie dobrze mogła dostać ich za dużo - a przekroczenie dwudziestki czwórki również oznaczało porażkę. Tego właśnie Galia nie lubiła w starciach tego typu - zbyt wiele zależało od losu.

Nadszedł czas, by odsłonić karty. Tak, jak podejrzewała Vortixx, nikt z nich nie uzyskał pełnej sumy punktów. Najmniej miał natomiast Kimin. Galia odetchnęła z ulgą - wciąż była w grze. Barczysty przyjaciel Skakdi musiał natomiast się z nią pożegnać.

- I kto tu się upokorzył… - zachichotał Zakhann. Kimin tylko odburknął coś niezrozumiałego w odpowiedzi.

Grali dalej. Szmery rozmów pozostałych klientów i odgłosy walki na ringu zlały się w jeden odległy szum, kiedy Xianka skupiła się w całości na swoich kartach. Były stare i wytarte, nadwyrężone tysiącami rozgrywek. Każda z nich była w jakiś sposób naddarta, postrzępiona. Może Zakazianin potrafił je rozpoznać i doskonale wiedział, co dziewczyna trzyma w dłoni. Może tylko się z nią droczył, czekając na jej niechybną porażkę. Tak naprawdę nie powinna się aż tak przejmować przegraną - jeśli nie uda jej się z Zakhannem, zwróci się o pomoc do kogoś innego. Obawiała się jednak, że Skakdi nagada o niej pozostałym szumowinom. Bez wątpienia lubił gadać.

Zdziwiła się, kiedy Zakazianin odpadł po tej turze. Mężczyzna wzruszył jedynie ramionami i poklepał w bark Zhyen, która została z Galią w grze.

- Teraz wszystko zależy od ciebie, kochana.

Steltianka potrząsnęła ręką i rzuciła Vortixx wyzywające spojrzenie. Była dobra w tę grę. Galia nie wiedziała, czy gladiatorzy ze Steltu również w nią grali, podobnie jak robotnicy - tak czy siak, Zhyen była wymagającą przeciwniczką. Xianka poczuła pot wstępujący na jej dłonie. Podniosła na moment wzrok znad kart na Zakhanna. W jego oczach zobaczyła, jak już cieszy się na wspólną noc spędzoną z nią. Nie zamierzała dopuścić, by dostał to, czego chce.

Mimo, iż były ich tylko dwie, ta tura zdawała się Galii trwać w nieskończoność. Wreszcie, po paru długich łykach Zakaziańskiego Łomotu i wymianach nerwowych spojrzeń, nadszedł czas, by odsłonić karty. Pierwsza na stół wyłożyła je Zhyen.

Galia sapnęła. Steltianka zdobyła dwadzieścia jeden punktów - o dwa mniej od przeciwniczki. Co prawda żadna z nich nie zdobyła dwudziestki czwórki, lecz na tym etapie liczyło się tylko, kto ma najlepszy układ kart. Vortixx wygrała. Fala radości i ulgi rozpłynęła się ciepłem po całym jej ciele.

- No dalej, Xianko, na co czekasz? - ponaglił ją Zakhann. - Wykładaj karty. Nie możesz się pogodzić z przegraną?

Dziewczyna spojrzała na niego z błyskiem w oku.

- Przykro mi, że będę musiała cię rozczarować.

Uniosła karty do góry, by triumfalnie rzucić je na stół, kiedy nagle czyjaś ręka złapała jej nadgarstek w żelaznym uścisku. Galia rozluźniła palce, wypuszczając z nich karty. Zobaczyła, jak na twarzach siedzących naprzeciwko niej Zakhanna, Kimina i Zhyen malują się zaskoczenie oraz strach.

Obróciła się. Za nią, odziana w biały pancerz przykryty szarym, postrzępionym płaszczem, stała Veen.

⁎⁎⁎

Tak jak Vox przeczuwał, nadeszła burza. Niebo zalało Artas Nui deszczem wypełnionym metalami ciężkimi i toksyną.

Toa Dźwięku szedł metalową kładką wzdłuż ścian budynków Czwartego Dystryktu, kilka bio nad ziemią. Gdzieś w oddali błysnęło, a chwilę potem rozległ się grzmot pioruna. Deszcz zacinał ostro, bębniąc o pancerz mężczyzny i metal pod jego stopami. Wokół nie było nikogo. Spoglądając na ulicę pod sobą, Vox widział same pustki. Nie było wędrujących przechodniów, transporterów ani wózków z Ussalami. Wszyscy mieszkańcy schowali się w swoich domach przed burzą. Ci, którzy ich nie mieli, zaszyli się w swoich ciemnych zaułkach, do których deszcz nie docierał. Pozostali jedynie Vox i burza.

Jak nigdy miasto nie ryczało kakofonią wymieszanych ze sobą dźwięków, słyszeć dało się jedynie szum ulewy.

Wojownik nie napawał się jednak tą chwilą dźwiękowej harmonii. Odgłosy deszczu wydawały mu się odległe, wyraźnie zaś słyszał słowa Mówcy, które dudniły mu w umyśle niczym echo w pustej jaskini.

Pozbywając się Vrexa, możecie napuścić na siebie coś, czego nie będziecie w stanie powstrzymać - tak mu powiedział. Vox zastanawiał się nad tymi słowami. Co Mówca miał na myśli? Czy chodziło mu o Khakkharę Nui, która po odsunięciu Vrexa od władzy wreszcie będzie mogła wyzwolić swój pełen potencjał, zwłaszcza że byli w posiadaniu Zenergizowanej Protodermis? Czy chodziło mu o Glavusa, o którym jakimś cudem się dowiedział? A może było to coś jeszcze innego, coś, co Vrex przed nimi ukrywał i co w jakiś sposób odkrył Mówca bądź któryś z jego ludzi?

Samo myślenie o tym napawało Voxa niepokojem, jakby Mówca użył swoich mocy, by zasiać strach i w jego sercu. Zawieranie z nim sojuszu wiązało się z ogromnym ryzykiem. Lecz Mówca, bądź co bądź, miał potężną pozycję i, nawet jeśli jego ludzie w niego powątpiewali, nadal miał znaczące wpływy.

Vox poczuł narastające wibracje. Chwilę potem Nui-Kansen przejechał po estakadzie tuż obok Toa. Mężczyzna spojrzał na bijące żółtym blaskiem okna, która minęły go w przeciągu sekundy. Zastanawiał się, co myśleli siedzący za nimi mieszkańcy, gdy go widzieli. Niektórzy pewnie bali się go, bo należał do tego samego gatunku, co sprawca wielkiej wojny, która spustoszyła tę wyspę przed parunastoma latu. Inni pewnie byli na niego źli, tak jak tamci, których widział w drodze na stadion po pożarze, bo nie spełnił ich oczekiwań. Widzieli w nim wszystko, tylko nie bohatera, za jakiego powinni go uważać.

Rozumiał ich. Nero zasiał w ich sercach strach - strach, który wykorzystywały istoty takie jak Mówca. A Toa nic z tym nie zrobili. Zapomnieli o swoim Przeznaczeniu, przez co zaniedbali swój Obowiązek, tracąc Jedność z mieszkańcami. Porzucili Trzy Prawa, święte zasady Wielkiego Ducha, o których opowiadał mu Zaldiar i którym powinien być oddany każdy Toa.

Kolejna błyskawica przecięła mroczne niebo. Vox zastanowił się, co jego mentor pomyślałby o nim w tej sytuacji. Czy to właśnie po to wysłał go na Artas Nui? Żeby Vox nauczył się być Toa? Czy może po to, by zatrzymał zło szerzące się na wyspie? Pokonał Glavusa, bo Zaldiar nie mógł tego dokonać? Toa Dźwięku sam nie był pewien, jak mu miało się to udać. To była zupełnie inna walka niż te, które prowadził do tej pory. Z pozbawionym twarzy wrogiem, który wyciąga rękę i chwyta go za gardło, przesuwa szponem po szczęce i szepcze: „Mogę cię zranić”, w ogóle nie występując otwarcie do walki.

Klucze do rozwiązania tajemnicy Glavusa zostały pogrzebane dawno w przeszłości, poza zasięgiem Voxa. Jedyne, co Toa mógł zrobić, to dobrze się przygotować na jego kolejne uderzenie.

Podszedł do olbrzymiego telebimu, bijącego różowawym blaskiem. Widniała na nim Cestre o różowej, przezroczystej skórze, pod którą dało się dostrzec każdy szczegół mechanicznego szkieletu. Spoglądała na Toa swoimi czarnymi, pustymi oczyma, jakby chciała nachylić się ku niemu i powiedzieć: „Wyglądasz, jakbyś potrzebował towarzystwa”. Zachęcała do odwiedzenia kurortu w jej ojczyźnie, wyspie Cestre, gdzie morze wyrzucało na brzeg klejnoty, a kryształowe kobiety takie jak ona używały swoich psionicznych mocy do ukojenia umysłów strudzonych przybyszów.

Vox zatrzymał się przed telebimem i stał przed nim przez chwilę, obmywany deszczem i różowym światłem. Jakże bardzo chciałby zapomnieć o tym wszystkim i wyjechać do takiego miejsca, gdzie nie drażniłyby go wszystkie dotychczasowe zmartwienia. I o ile łatwiejsza byłaby jego misja, gdyby miał taką zdolność wpływania na myśli. Już dawno wyciągnąłby z umysłów innych odpowiedzi, których potrzebował. Może już dawno poznałby plan Glavusa, zamiast czekać na to, co przyniesie przyszłość z nadzieją, że on i pozostali będą w stanie to powstrzymać.

- Ciągle się nad tym głowisz, co? - usłyszał czyjś głos.

Błyskawicznie odwrócił się, dobywając Rozjemcy. W ciemnej wnęce pomiędzy budynkami, jego oczom ukazała się dobrze mu znana zgarbiona, wychudzona postać starego Bajarza.

- Och. To ty. - Odetchnął z lekka, choć nadal czuł się nieswojo. Nie podobało mu się, kiedy ktoś potrafił przechytrzyć jego wyostrzony słuch i zaskoczyć go nagłym pojawieniem się.

Vox wykonał drobny gest ręką, otaczając ich dwójkę cienką dźwiękową barierą. Szum deszczu nagle stał się przytłumiony, jakby weszli do środka budynku. Było to nieco dziwne uczucie, gdyż nadal mogli poczuć chłodne krople na swojej skórze, lecz nie wydawały one już żadnego dźwięku.

- Czego chcesz?

Bajarz podszedł do telebimu i zaczął się weń wpatrywać, oparty na kiju.

- Niezły widok, prawda? - zapytał, spoglądając na Cestre. - Aż chciałoby się tam pojechać…

Vox przyglądał się przez chwilkę uważnie Bajarzowi, po czym schował miecz do pochwy i również zwrócił wzrok ku różowoskórej kobiecie oraz przyświecającym jej matorańskim napisom.

- Może nawet niedługo się tam udamy - powiedział. - Jeśli sprawy na wyspie źle się potoczą.

- Myślę, że nie tego chcieliby od was mieszkańcy.

Toa spojrzał na starca z uniesioną brwią.

- Skąd to wiesz?

- Jak idą ci twoje poszukiwania? - odrzekł Bajarz, całkowicie ignorując wcześniejsze pytanie. Zwrócił swoją starą, obdrapaną maskę ku wojownikowi. Kolejna istota patrząca na niego czarnymi oczami, za którymi ziajała jedynie pustka.

Vox pokręcił głową, wydając przy tym poirytowany odgłos. Nie wiedział, czy bardziej denerwowało go to, że Bajarz unikał odpowiedzi, czy cała ta sytuacja, w której on i reszta Toa się znaleźli. Może jedno i drugie.

- Staram się - staramy się - powstrzymać Vrexa, na ile tylko się da. Wydaje mi się, że bez niego będziemy mogli lepiej przygotować się na kolejny atak Glavusa. A mi może wtedy uda się poznać prawdę. - Zerknął na Bajarza i zmrużył oczy. - Jeśli tego ode mnie chcesz.

Starzec zachichotał. Kolejny Nui-Kansen przejechał za ich plecami, uwalniając wibracje, które pochłonął Vox. Zdawało mu się, że nawet krople deszczu drżą w powietrzu od sunięcia pociągu po torach.

- Popatrzcie no tylko, jak dociekliwie patrzy w przyszłość, zastanawia się, gdzie jest Glavus i co szykuje… - Bajarz obrócił się do Voxa i postukał kijem w jego pierś. - Patrząc tylko przed siebie nie znajdziesz odpowiedzi. Czasem trzeba się obejrzeć wstecz.

- Cokolwiek Glavus zrobił na tej wyspie, wydarzyło się lata przed moim przybyciem - obruszył się Toa. - Nikt już nic nie pamięta, kroniki są puste. Glavus ma jakiś plan z Vrexem i Nuvokah, Mówca zwiastuje nadejście czegoś niedobrego, a jeśli nic z tym nie zrobimy, to za dwa dni będziemy musieli zniknąć z wyspy. Na tym powinienem się skupić.

Bajarz pokręcił głową.

- Musisz skupić się na teraźniejszości, przyszłości i przeszłości - powiedział. - W każdej z nich znajdziesz element układanki, ale skupiając się tylko na jednej, żadna nie da ci pełnej odpowiedzi. Nie oszukasz tego. - Zerknął na Voxa i wykrzywił doń usta w uśmiechu. - Znam wiele historii. I w każdej jest to samo.

Wojownik miał ochotę coś odpowiedzieć, lecz zamiast tego odetchnął, uspakajając się. Bajarz tak naprawdę miał rację. On, Arctica, Hserg, Galia i cała reszta walczyli, układali plany, robili wszystko, żeby wyzwolić Artas Nui spod wpływu Vrexa, lecz Glavus tak naprawdę mógł sobie znaleźć kolejną marionetkę, tak jak to zrobił z Nero, Shilashem i Onu-Matoraninem. I mogli tak bawić się z nim w nieskończoność, do niczego nie prowadząc. Sam Glavus tak naprawdę był częścią przeszłości - przeszłości Zaldiara i najprawdopodobniej powodem, dla którego Toa Ognia w ogóle wezwał Voxa na tę wyspę. Odkąd tylko wojownik postawił stopę na tym lądzie, groźba Glavusa powracała do niego, jak swoiste echo.

Jeśli przeszłość tak często dawała o sobie przypomnieć, był to jasny znak, że właśnie w niej należało szukać odpowiedzi. Problem w tym, że przeszłość była również ulotna i wiele z kluczowych informacji zwyczajnie w niej zaginęło.

- No dobrze - odrzekł. - Mogę skupiać się na teraźniejszości i szykować się na to, co przyniesie przyszłość. Ale przeszłość zabrała ze sobą wiele tajemnic. - Popatrzył na starca. - Czas ukrył przede mną dość sporo.

Zgarbiony mężczyzna postukał palcem o podbródek.

- Hmmm, gdyby tylko było jakieś miejsce na wyspie, zajmujące się gromadzeniem rzeczy z przeszłości…

Nagle Vox wszystko sobie uświadomił. Archiwa. To w Archiwach razem z innymi Toa natknęli się na maszyny odpowiedzialne za śmierć drużyny Zaldiara. Miejsce to było teraz pod kontrolą Syndykatu i Vrexa, ale jeśli uda im się pozbawić go władzy, będą mieli do nich swobodny dostęp. O to w tym wszystkim chodziło. I to właśnie tam musiały być odpowiedzi, których Vox potrzebował, aby w pełni rozwikłać całą tę tajemnicę.

- Archiwa - powiedział na głos, uzewnętrzniając swoje myśli i popatrzył na Bajarza. - Chcesz, żebym zszedł do Archiwów, prawda?

Ku jego zdziwieniu, starca już tam nie było. Vox wyczuł jednak obecność innej istoty, schowanej w mroku wnęki między budynkami. Przyjął bojową postawę, trzymając Rozjemcę w gotowości. Nieznajomy miał na sobie czarno-zieloną zbroję, na której przywdziewał przemoknięty płaszcz z kapturem. Wyglądała spod niego para jasnych oczu, niepewnych i zagubionych.

Aden postąpił do przodu i odezwał się:

- Czy ty… znasz Toa Arcticę?

Rozdział 10[]

Deszcz dudnił zawzięcie o metal. Miasto tonęło w ulewie, plamy jego świateł rozmywały się za ścianami wody lecącej z nieba. Pioruny błyskały w oddali, grzmoty huczały w powietrzu. Zaś Aden i szary Toa stali naprzeciwko siebie, świdrując się wzrokiem.

Mężczyzna nigdy dotąd nie widział Toa tej płci. Przypominał białą wojowniczkę, którą spotkał wcześniej, lecz był od niej wyższy, szerszy w barkach, silniej zbudowany. Stał w bojowej pozie doświadczonego wojownika, w ręku trzymał długi miecz o srebrzystej klindze i rękojeści z niebieskim klejnotem. Broń gotowa do zadania ciosu.

Z tego, co powiedział Adenowi stary Bajarz, ten Toa i kobieta, którą spotkał wcześniej, znali się, więc wcale by się nie zdziwił, gdyby powiedziała mu o całym zajściu w biurze Vrexa i na ulicy przy Kopule. Musiał więc ostrożnie ważyć słowa, jeśli nie chciał zginąć tu i teraz. Nie wiedział, czy Toa faktycznie zabijali, tak jak mówił mu Vrex. Wolał nie przekonywać się o tym na własnej skórze.

- Czy znasz Toa Arcticę? - powtórzył pytanie.

Odnalezienie tego Toa nie było trudne. Widząc jego determinację, stary Bajarz zatrzymał Adena przed wyjściem z kryjówki i dopytał go o szczegóły. Wojownik opowiedział mu o Toa Arctice i oszustwie Vrexa oraz o tym, że chce poprosić Toa o pomoc w jego pokonaniu. Starzec zaoferował mu, że zaprowadzi go do Arctici - a raczej do kogoś, kto może go do niej zaprowadzić. I tak oto stali tu teraz, dwaj odmienni, zupełnie obcy sobie wojownicy, o włos od walki.

- Coś ty za jeden? - odparł w końcu szary Toa.

- Nazywam się Aden - przedstawił się mężczyzna w czarno-zielonym pancerzu. Na dźwięk tego imienia spojrzenie oczu Toa zmieniło się.

- Aden… To ty zaatakowałeś Arcticę! - Postąpił do przodu, wysuwając broń przed siebie.

Zielono-czarny wojownik cofnął się o krok.

- To nie tak, ja… Mogę to wszystko wyjaśnić - powiedział, starając się nie rozzłościć tego Toa. - Vrex mnie oszukał. Chcę znaleźć Toa, żeby pomogli mi go pokonać.

- Pokonać? - szary mężczyzna uniósł brew.

Aden tak naprawdę nie miał pewności, czy powinien ufać Toa. Podejmował takie samo ryzyko, jak ufając Vrexowi na początku. Poznał się już jednak na Onu-Matoraninie i wiedział, jaka jest jego prawdziwa natura. Jeśli Toa byli jego wrogami, stali po tej samej stronie, po której znalazł się Aden. Połączenie sił wydawało się wojownikowi w tym wypadku najsłuszniejsze.

Szary Toa wpatrywał się w Adena, lecz się do niego nie odzywał. Wyglądał, jakby poważnie się nad czymś zastanawiał. Aden już miał otworzyć usta, by coś powiedzieć, lecz Toa przerwał mu nagle.

- Cisza - nakazał mu ostrym tonem i popatrzył w bok, na jakiś punkt wysoko w górze. - Ktoś nas obserwuje.

Aden powiódł wzrokiem za jego spojrzeniem. Choć nie miał pojęcia jakim cudem szary mężczyzna usłyszał ją w szumie ulewy, rzeczywiście na dachu budynku naprzeciwko stała jakaś postać. Kobieca sylwetka obmywana przez deszcz, którego krople znikały w strużkach pary po zetknięciu ze świecącymi oranżem fragmentami jej zbroi.

Czworo złowrogich oczu przybyszki spoczęło na Adenie. Mężczyzna dobrze wiedział, że była to jedna z najemników wynajętych przez Vrexa. Łowczyni nagród zwana Blaze.

Aden sięgnął po swoje tonfy, spodziewając się najgorszego. Toa, jakby wyczuwając jego obawy, ustawił się przodem do kobiety, unosząc miecz.

- Tu jesteś! - odezwała się łowczyni, przebijając głosem przez ulewę. Wskazała palcem na uciekiniera, a z obmywanej deszczem wyprostowanej ręki zaczęła ulatniać się para. - Dość już włóczenia się po mieście. Pan Vrex każe ci wracać do siebie!

Wojownik przyjął bojową postawę, kierując ostrza tonf na boki.

- Jak mnie tu znalazłaś?

Deszcz zagłuszył nieco krótki śmiech kobiety, lecz Aden i tak go usłyszał.

- My, Ehali, jesteśmy wybitnymi tropicielami - powiedziała Blaze. - Wystarczy nam jeden, najmniejszy ślad. Masz szczęście, że to ja cię dopadłam. Pan Vrex chce cię żywego, ale wątpię, żeby Butterfly pozwolił ci żyć… zwłaszcza po tym, jak potraktowałeś Bane’a.

- Odejdź stąd - odparł Aden, podchodząc na skraj platformy, by łowczyni lepiej go słyszała. - Zabiłem go i nie zawaham się zabić ciebie!

Toa spojrzał na niego z niedowierzaniem.

- Zabiłeś Bane’a…?

Aden zignorował go i rzucił do kobiety, tak, by jasno go zrozumiała:

- Nie zamierzam wracać.

Przez twarz Ehali przemknął cień rozbawienia. Piorun błysnął za jej plecami, na ułamek sekundy nadając jej sylwetce demonicznej aury.

- Nie zrozumieliśmy się. Ty nie masz wyboru. - Wysunęła za swoich nadgarstków magmowe ostrza. Deszcz zasyczał przy zetknięciu z rozżarzonymi klingami.

Skoczyła. W okamgnieniu pokonała w powietrzu dystans dzielący ją i Adena, naskakując na mężczyznę. Aden zawył, kiedy gorące jak ogień ciało kobiety zetknęło się z jego własnym. Wypuścił bronie z dłoni. Blaze powaliła go na ziemię i zamachnęła się ostrzem, lecz chybiła, trafiając w telebim za nim. Na świecącej ścianie pozostała paskudna, wypalona szrama po cięciu.

Kobieta już szykowała się do kolejnego ciosu, lecz wtedy dźwiękowy podmuch zrzucił ją z Adena. Wojownik popatrzył w tamtą stronę i zobaczył nadciągającego Toa. Pomagał mu.

Toa zamachnął się mieczem, lecz ten przeszył jedynie ogień. Płomienie zawirowały i zmaterializowały się z powrotem w Blaze, o kilka kroków dalej. Ehali stanęła z ugiętymi kolanami w rozkroku, z bronią w gotowości.

- Lepiej będzie, jeśli zostawisz nas w pokoju, Toa - powiedziała. - W końcu masz dużo ważniejsze rzeczy na głowie. - Wystawiła ręce przed siebie i wystrzeliła z nich promienie ognia. Te trafiły w estakadę, przeistaczając fragment szyn i metalowej podpory w roztopioną breję.

- Nie! - krzyknął Toa, podbiegając na skraj platformy.

Blaze tylko zaniosła się krótkim śmiechem i przemieniła dolną część swojego ciała w płomienie, mknąc ku Adenowi i porywając go. Zielono-czarny wojownik mógł tylko syknąć z bólu i patrzeć na oddalającą się w dole pod nim ziemię.

Toa Vox został sam na platformie. Nagle poczuł narastające wibracje.

Nui-Kansen nadciągał prosto na zniszczone tory.

⁎⁎⁎

Obmywany lodowatym deszczem i parzony ognistym ciałem Ehali, Aden leciał przez niebo w objęciach Blaze. Miasto pod nim zanikało, podobnie jak resztki jego świadomości, wypierane przez ból. Nie miał pojęcia, jak długo to jeszcze potrwa. Łowczyni nie mogła go zabić - powiedziała, że Vrex chce go żywego - ale z drugiej strony…

Kobieta obniżyła nagle pułap. Ziemia zaczęła na powrót przybliżać się ku Adenowi, lecz nie było to miejsce, w którym zostawili Toa.

Po chwili oboje zaryli o płaski dach budynku otoczonego plątaniną rur. Blaze przycisnęła mężczyznę do podłoża, siadając na nim okrakiem i uniosła zaciśnięte pięści. Gdy spadły na Adena, ten nie poczuł jednak ciosu, zalała go jedynie fala gorąca. Gdy osłabła, otworzył oczy.

Blaze patrzyła na swoje dłonie, lecz ich tam nie było - jedynie owionięte płomieniami kikuty, na wpół cielesne, na wpół zrobione z ognia.

- Co do… - zdumiała się łowczyni, a zaraz potem na jej twarz wstąpiła panika. - Nie, nie, nie, nie, nie…

Aden nie zamierzał marnować szansy. Wystrzelił w kobietę błyskawicę, dezintegrując górną połowę jej ciała. Płomienie rozpierzchły się i zaczęły wirować wokół nóg Blaze, które chwiejnie podniosły się znad mężczyzny, walcząc o zachowanie równowagi.

Wojownik wstał, obserwując, jak ogniste jęzory desperacko próbują złączyć się z powrotem w całość, nim deszcz je unicestwi. Zmaterializowały się w gęstą, przypominającą lawę masę, będącą stanem przejściowym pomiędzy płomieniami a fizycznym ciałem łowczyni, i zaczęły formować humanoidalny kształt w panicznych spazmach.

Proces, który powinien trwać ułamek sekundy, dłużył się coraz bardziej, a części ciała Ehali zmieniały swoje miejsce, jakby próbował ulepić ją ktoś niemający najmniejszego pojęcia o anatomii tego gatunku. Aden patrzył, jak nogi kobiety stawiają ku niemu kolejne kroki w tej groteskowej próbie reformacji torsu, aż wreszcie ciało łowczyni stało się na powrót solidne. Czworo oczu wbiło gniewne spojrzenie w mężczyznę, a z rąk wyłoniły się czerwone klingi. Kobieta naparła na wojownika, owionięta kłębami pary.

Aden odchylił głowę do tyłu, umykając przed cięciem ostrza i natychmiast uniknął kolejnego ciosu. Blaze kopnęła go w brzuch, uderzenie rozpalonego kolana powaliło go na ziemię. Przeturlał się na bok, kiedy Ehali zaatakowała go serią wściekłych pchnięć, lewo, prawo, góra, dół. Wreszcie kobieta zrobiła mocniejszy zamach, lecz Aden w porę umknął ostrzu. Klinga wbiła się w dach i zaklinowała w nim na moment, dając mężczyźnie szansę do ataku. Aden poderwał się na nogi i uderzył Blaze pięścią w twarz.

Natychmiast pożałował tej decyzji, cofając poparzoną rękę z krzykiem. Spojrzał na twarz najemnicy - widniało w niej spore w głębienie w miejscu ciosu, jakby przywalił w miękki metal. Po chwili jednak lico Blaze stężało i wykrzywiło się w gniewnym grymasie. Jakby chcąc pokazać mu, jak to jest, Ehali oddała mu w twarz potężnym sierpowym.

Aden sapnął, dotykając policzka w miejscu wypalonego śladu po ciosie i poleciał na spotkanie z ziemią. Runął twarzą na mokry dach.

Zamiast chłodnego metalu, na skórze poczuł jednak gorący, szorstki piasek. Szum deszczu ustąpił, na jego miejscu pojawiła się głęboka cisza.

Z głuszy wyłoniły się głosy.

- Wstawaj, Iskierko! - usłyszał Saniis. - Podnoś się, szybko!

Odruchowo zerwał się na nogi. Odkrył, że nie znajduje się już na Artas Nui - stał pod czerwonym niebiem, pośród czarnych skał, a wokół niego rozgrywała się straszliwa bitwa. Nagle sobie uświadomił. Nawiedziło go kolejne wspomnienie.

Eksplozja z boku przywróciła go do tej nowej-starej rzeczywistości, w której niespodziewanie się znalazł. Grupa Karatusów przemknęła obok niego, uwalniając ze swoich robotycznych ramion żywiołowe pociski prosto w nadciągające z drugiej strony bestie Legionu. Tuż za nimi biegli wojownicy Zakonu Stwórczyni, dobijając pozostałości na wypalonym przez Karatusy szlaku w szeregach Kabriusa.

Spojrzał przed siebie, na czarne kolce z kamienia wyrastające z ziemi. Kierowany misją, która nie wiedziać skąd pojawiła się w jego głowie, puścił się biegiem za resztą ludzi Zakonu ku wzniesieniu, za którym zniknęła jego siostra. Zatrzymał się na nim, spojrzał w dół i zamarł na chwilę.

Rozpościerał się przed nim czarno-czerwony krajobraz, martwe skały i pył pod czerwonym niebiem wypełnionym trwającymi w bezruchu gwiazdami. Na zboczach Czarnych Szczytów, niczym wyniszczająca je narośl, widniała mroczna twierdza Kabriusa, a w dolinie pod nią dwie armie ścierały się ze sobą w walce, która nie przynosiła nic prócz śmierci i zniszczenia. Legiony zdradzieckiego brata Stwórczyni zlewały się z tak daleka w jedną masę czerni i szkarłatu, wychodząc naprzeciwko odzianym w niebieskie pancerze żołnierzom Zakonu i miotającym kolorowe wiązki żywiołowej energii mechanicznym Karatusom.

Dostrzegł kolejne przebłyski mocy żywiołów uwalnianych na polu bitwy. Posłańcy Przeszłości i Przyszłości, jego pobratymcy. Mystix unosił głazy siłą swojego umysłu, a te, owionięte fioletową poświatą mknęły na spotkanie z bestiami Legionu. Nieopodal niego walczyła Drya; wykonała szybki ruch łońmi, emanującymi szmaragdowym światłem, a wtedy z ziemi dookoła, choć jałowej i nieurodzajnej, wyłoniły się cierniste pnącza. Owinęły się wokół nadciągających potworów i wciągnęły je pod piasek.

Drya biegła dalej, lecz wtem z tej samej ziemi wyłoniły się kolejne bestie, niczym z wody. Osaczyły wojowniczkę, jednak nagle przepołowił je wszystkie świetlisty dysk energii, uwolniony z topora Orloga. Mężczyzna krzyknął coś do Dryi, przejeżdżając obok niej na Pustynnym Stalkerze, po czym pomknął dalej, ku gromadzącym się z przodu bestiom Legionu.

Aden powiódł za nim wzrokiem, aż wreszcie jego spojrzenie spoczęło na siostrze. Saniis walczyła samodzielnie z kilkoma bestiami naraz, miotając błyskawice z dłoni. Była jak śmiercionośna burza cięć i kopnięć, z ruchami nie wynikającymi z szaleństwa a dyscypliny, zrodzonymi ze sztuki walki, której poświęciła całe swoje życie i która chroniła ją od śmierci. Każda wroga bestia, która rzucała się na nią, by ją unicestwić sama napotykała zgubę; każda śmierć była dla niej kolejnym krokiem naprzód.

I choć zdawało się, że nic nie może jej powstrzymać, bestie mrowiły się wokół niej, z każdą chwilą było ich coraz więcej. Aden wiedział, że nawet ona nie da rady sama i zeskoczył ze wzgórza.

Jego cień mknął przez moment po ziemi w dole przed nim. Stopa wojownika zetknęła się ze stopą cienistej postaci w eksplozji starożytnego pyłu. Kolejne bestie naskoczyły na Saniis, lecz Aden wystawił włócznię przed siebie. Z jej grotu wystrzeliła błyskawica, przebijając piersi stworów. Wojownik dopadł do siostry, ta nic mu nie odpowiedziała. Spojrzeniem wyraziła wdzięczność.

- Jak sytuacja? - zapytał Aden.

- Fatalnie - wyrzuciła z siebie Saniis. - Neronus i jego ludzie sforsowali twierdzę Kabriusa, ale Legion odciął ich od reszty naszej armii. Wpadli w pułapkę.

- Więc co robimy?

- Walczymy - odrzekła Saniis. - Jakoś musimy się przebić.

Jak powiedziała, tak zrobili. Dawno minęły dni, w których siostra dominowała nad Adenem na treningach. Teraz ich umiejętności były na równi, pozwalając im walczyć w idealnej harmonii, odpierając kolejne ataki bestii. Opodal nich, pozostali Posłańcy walczyli równie zaciekle u boku wojowników Zakonu i Karatusów. Lecz nawet ich siła musiała się kiedyś skończyć. Coś, czego nie można było powiedzieć o zdających się nadciągać bez końca monstrom Legionu.

Nagle, całą doliną zatrzęsło.

Czas jakby się zatrzymał, kiedy Aden odwrócił głowę ku wzniesieniu, zza którego nadciągnął wstrząs. Nastąpił kolejny, tym razem silniejszy. I kolejny. I kolejny.

Głos Orloga dobiegł go nie wiadomo skąd:

- Zrobić miejsce dla Akkaratusów!

Słońce majaczące gdzieś w dali za szczytami zostało przesłonięte przez trzy wielkie, mroczne, mechaniczne sylwetki. Wysokie na kilkadziesiąt metrów machiny zatrzymały się na wzniesieniu i ruszyły powolnym krokiem ku rozgrywającej się w dole bitwie. Cała dolina drżała przy każdym zetknięciu ich stóp z ziemią.

Na ramieniu jednego z Akkaratusów Aden dostrzegł Kaida, ostatniego z Posłańców. Ręce wiedzionego przez niego giganta podniosły się, a z dłoni wystrzeliły strumienie energii. Niszczycielskie wiązki trafiły w szeregi Legionu, wypalając w nich dziury, którymi mogli przebiec żołnierze Stwórczyni. Wojownicy Zakonu unieśli swoje włócznie i z triumfalnym okrzykiem na ustach pomknęli ku mrocznej fortecy, by wspomóc walczących w niej pobratymców.

Aden i Saniis patrzyli, jak Akkaratus przechodzi nad nimi, czując się przy nim jak maleńkie Scarabaxy. Wtem stało się coś niespodziewanego.

Ostałe bestie zaczęły kłębić się, wchodzić jedna na drugą, łączyć swoje ciała w jedną, wspólną masę. Był to niecodzienny widok, patrzeć, jak potwory nie czyniące do tej pory nic, prócz siania zniszczenia, współpracują razem, by coś stworzyć. Aden i jego siostra spoglądali z przerażeniem, jak dziesiątki monstrów formują humanoidalny kształt, po chwili stając się jedną, ogromną bestią. Saniis opuściła swoje tonfy, wypowiadając jedno słowo:

- Kolos…

Bestia wyszła na spotkanie Akkaratusowi Kaida i złapała go za ręce. Dwa giganty utknęły w miejscu pomiędzy Czarnymi Szczytami, siłując się ze sobą. Nagle Aden ze zgrozą zauważył, jak cielsko bestii zaczyna rozjaśniać się od dołu i jak płomień w jej wnętrzu kieruje się z każdą chwilą coraz wyżej. W końcu potwór rozdziawił paszczę, uwalniając promień niszczycielskiej energii w sam środek głowy Akkaratusa. Kończyny maszyny zwiotczały, a jej ciało runęło na spotkanie z ziemią.

Dolina ponownie się zatrzęsła, gdy potężny robot upadł na piach. Olbrzymie kłęby pyłu poderwały się z miejsca uderzenia, mknąc na wojowników jak fala tsunami. Aden mógł tylko patrzeć, jak się ku nim zbliża.

- Przygotować się na uderzenie! - krzyknął Orlog i wbił swój topór w podłoże, by się zaprzeć.

Pozostali zrobili to samo. Aden również wbił grot swojej włóczni w ziemię i mocno go zagnieździł. Zamknął oczy i skulił się, gotów na spotkanie ze ścianą piachu.

Jednak gdy kłęby go pochłonęły, na poczuł nic na swojej skórze. Nic, tylko chłód.

Otwarł oczy i odkrył, że leży na mokrym dachu. Powrócił do rzeczywistości. Blaze jeszcze do niego nie dopadła. Choć bitwa w jego wspomnieniu rozgrywała się przez bardzo długi czas, w teraźniejszości musiał minąć ledwie ułamek chwili.

Nim zdołał się podnieść, Blaze zacisnęła palce na jego karku. Z gardła wojownika wydarł się bolesny wrzask, który dołączył do szumu ulewy i skwierczenia wypalanej tkanki organicznej, kiedy ręka Ehali szarpnęła jego ciałem.

Blaze podniosła Adena i przycisnęła go plecami do wielkiego rurociągu biegnącego wzdłuż dachu. Jedną ręką przytrzymywała mężczyznę, z drugiej wysunęło się magmowe ostrze.

- Czas wrócić do domu - wysyczała i pchnęła ostrzem.

Wojownik użył całej siły, jaką tylko dysponował, by uchylić się przed ciosem. Klinga trafiła w rurę i przebiła ją. Woda trysnęła wściekle grubym strumieniem ze środka, odrzucają łowczynię od mężczyzny, który padł na ziemię. Podnosząc się, Aden widział, jak Blaze leży na dachu, walcząc z zalewającą ją wodą. Miotała się, klnąc szpetnie i wierzgając kończynami jak przewrócony na grzbiet owad. Otoczyły ją gęściejsze obłoki pary, a pancerz jarzył się mniej intensywnym pomarańczowym światłem.

Woda ją osłabiała, pomyślał Aden. Sam deszcz nie wystarczał, ale jeśli zwabi ją do miejsca, gdzie było wystarczająco dużo wody… Zadarł szyję do góry, rozglądając się po okolicy. Zobaczył, że wszystkie otaczające ich rury zmierzały do jednego budynku, widocznego w oddali. Jeśli z tego rurociągu, uszkodzonego przez łowczynię, trysnęło tyle wody, w tamtym miejscu musiało być jej znacznie więcej.

Wskoczył na rurę i walcząc o utrzymanie się na śliskiej powierzchni, pomknął ku budowli. Gdy obejrzał się za siebie, zobaczył depczącą mu po piętach Blaze. Dokładnie tak, jak tego chciał.

⁎⁎⁎

Hserg nie lubił deszczu. Był zimny, mokry i zawsze dostawał się tam, gdzie nie powinien.

Tej nocy jednak wyjątkowo mu nie przeszkadzał.

Toa Ognia był tak wycieńczony, jak tylko się dało. Cały dzień spędził na wizytach w fabrykach Piątego Dystryktu i rozmowach z tamtejszymi robotnikami. Niemal za każdym razem musiał obierać inną taktykę. Jedni chcieli, by pomógł im przy pracy w ramach solidarności, inni kazali okazać jakiś inny dowód dobrych intencji, aby mogli zgodzić się na bunt przeciwko Vrexowi. Na szczęście Toa miał ze sobą Toro oraz Nuukora, którzy także starali się przekonać swoich pobratymców.

Niezwykle pomocny w tej sprawie okazał się również Aparu, czego Hserg szczerze się nie spodziewał. Najwidoczniej jednak widok Toa pozwalającego ich niegdysiejszemu zdrajcy kroczyć u swego boku musiał wywrzeć na nich naprawdę dobre wrażenie. Wybaczenie win było dla nich czymś niespotykanym - do tej pory mieli do czynienia jedynie z Vrexem, a u niego jeden błąd mógł przekreślić wszystkie dotychczasowe starania. Nikt nie dawał im drugiej szansy, bo byli robotnikami i łatwo ich było zastąpić. Nikt, poza Toa.

Oczywiście Hserg wiedział, że najprawdopodobniej tylko część z Matoran, którzy opowiedzieli się po stronie Toa, weźmie faktyczny udział w demonstracjach. Ludzie zawsze byli skłonni do obietnic, lecz niekoniecznie do ich spełniania. Nieistotne. Hserg zebrał sobie tylu popleczników, że nawet jeśli tylko garstka z nich zacznie działać, i tak będzie to dość imponująca liczba.

A mowa była tylko o Matoranach z Piątego Dystryktu. Wojownik nie wiedział, jak poszło Arctice, Voxowi i Galii, lecz jeśli ich próby przekonania mieszkańców były równie owocne, to jutrzejszego dnia fala protestów wstrząśnie Artas Nui. O ile Vrex nie chciał narazić miasta na ogromne straty, będzie musiał ich wysłuchać - a to, przy pomyślnych wiatrach, pozwoli im utrzymać się na wyspie.

Niepokojący był jedynie fakt, że przy wizycie w każdej kolejnej fabryce, Hserg ani razu nie napotkał oporu ze strony nadzorców, jak miało to miejsce z Laishą. Nie mógł to być przypadek. Żeńska Skakdi z pewnością przekazała wieść o jego wizycie pozostałym nadzorcom, może nawet samemu Vrexowi. Jeśli ten celowo kazał im się nie wtrącać, to znaczy, że pozwalał Toa na wzniecanie buntu. To z kolei oznaczało, że musiał być na to przygotowany.

Hserg dobrze wiedział, że nie zwiastowało to niczego dobrego, lecz nie zawracał sobie tym nadto głowy. Wzbudził dziś mnóstwo nadziei w robotnikach, co sprawiło, że sam był jej pełen. Pozwoliło mu to jechać pomiędzy fabrycznymi zabudowaniami, nie przejmując się zupełnie zmęczeniem, ani nawet deszczem. Właściwie, spędził w gorących i dusznych fabrykach tyle czasu, że nawet mu - Toa Ognia - potrzeba było trochę chłodnego orzeźwienia.

Spodziewał się, że po powrocie do latarni Phorena nie będzie miał okazji odpocząć, tylko od razu będzie musiał zabrać się do omówienia całego dnia i dalszego planowania z resztą drużyny, ale nawet to był w stanie przeżyć. Tak wiele razy musiał uświadamiać robotników z fabryk o tym, jak beznadziejna stała się sytuacja, w której się znaleźli, że dobrze będzie w końcu pomówić z kimś, kto był w tego pełni świadomy.

Przed powrotem jednak, Toa najpierw chciał zatrzymać się przy Jednonogim Husim. Nie zamierzał wchodzić do środka - jego pojawienie się w barze mogło zdemaskować Galię - wolał poczekać na zewnątrz na przyjaciółkę, by upewnić się, że bezpiecznie wróci do domu. Lub wkroczyć do akcji, jeśli usłyszy, że sprawy w środku przybrały nieprzyjemny obrót.

Przyspieszył nieco. Ulica, którą jechał, była niemal całkowicie pusta. Wszyscy Matoranie albo byli zajęci pracą w fabrykach, albo chowali się przed deszczem. Albo jedno i drugie. Od czasu do czasu mijały go jedynie zautomatyzowane transportery o pajęczych odnóżach. Jego jedyni towarzysze w pełnej rozmyślań podróży.

Nagle, stało się coś dziwnego. Zamiast ulicy, przed oczami miał ciemny dach oraz stojącą na nim postać, kobietę Vortixx w białej zbroi i poszarpanym płaszczu. Jego ręce, miast zaciskać się na drążkach kierownicy, trzymały parę sztyletów. Drżały.

Wtem wszystko wróciło na swoje miejsce - ulica, fabryki, motocykl. Hserg szarpnął kierownicą i zatrzymał Hellbringera, by uniknąć wypadku po nagłym wytrąceniu z równowagi powrotem do rzeczywistości. Oddychał głęboko, zaskoczony i skonfundowany.

Wreszcie zrozumiał. Zobaczył właśnie obraz widziany oczami Galii. Vortixx komunikowała się z nim poprzez ich mentalną więź.

Innymi słowy - miała kłopoty.

- Na rany Wielkiego Ducha... - zaklął Hserg i natychmiast wznowił jazdę.

Momentalnie chłód kropel deszczu na jego Kanohi przypomniał mu o innej nocy sprzed wielu lat, tragicznej w skutkach, podczas której stracił inną przyjaciółkę. Przekręcił drążki kierownicy, przyśpieszając. Chciał jak najszybciej dotrzeć na most i wydostać się z Piątego Dystryktu.

Wtem usłyszał, jak coś nadciąga ku niemu z tyłu. Nim zdołał spojrzeć za siebie, eksplozja rozerwała ziemię tuż za tylnym kołem Hellbringera. Wojownik szarpnął pojazdem i zatrzymał się parę bio dalej, kierując maszynę bokiem. Zadarł głowę do góry, wypatrując zagrożenia.

Na niebie ponad sobą ujrzał dwóch Mrocznych Łowców, Butterfly’a i Bata, opadających powoli ku niemu. Rozłożyste skrzydła motylego łowcy, udekorowane rozległymi wzorami, trzepotały w powietrzu, rozchlapując wodę na boki. Unoszący się obok niego podobny do nietoperza najemnik dzierżył dwa miotacze wybuchowych pocisków. Na widok zbirów Toa zaklął w myślach. Tylko tego brakowało. Nie miał teraz na nich czasu, musiał jak najprędzej pomóc Galii…

- Toa Ognia - zwrócił się Butterfly do Hserga. - Czego ktoś taki jak ty szuka w Piątym Dystrykcie?

Mężczyzna w Arthron wzruszył ramionami, traktując całe zajście jak rozmowę z pierwszym lepszym przechodniem, a nie z jednym z najemników odpowiedzialnych za zniszczenie miasta.

- Mogę przebywać w każdej części Artas Nui, w jakiej tylko mi się podoba - odparował. - Z tego, co mi wiadomo, Vrex jeszcze nas stąd nie wyrzucił.

- Ależ tak - powiedział Butterfly. - I z pewnością nie omieszkałeś odwiedzić Matoran w tutejszych fabrykach, prawda?

Ach, więc to tak, pomyślał Hserg. Teraz przynajmniej już wiedział, kto został poinformowany o jego wizycie w zakładzie przez nadzorczynię.

- Mam chyba prawo spotkać się i porozmawiać z mieszkańcami - odpowiedział, jakby nie wiedział, o co łowcy chodzi. - Jestem Toa. Chcę wiedzieć, co im leży na sercu. Nie ma w tym nic złego.

- Oczywiście - zgodził się Butterfly. - Lecz namawianie ich do buntu, żeby się wstawili za wami? Naprawdę? Jesteście aż tak zdesperowani?

Hserg popatrzył na drugiego łowcę. Bat obnażył kły w złowieszczym, drwiącym uśmiechu. Toa zaczynał powoli tracić cierpliwość.

- Słuchajcie, naprawdę fajnie mi się z wami gadało, ale czas mnie nagli i…

- O, popatrz, to zupełnie jak nas - przerwał mu Butterfly. - Właściwie, byliśmy w trakcie wykonywania pewnego zadania, zanim wezwano nas tutaj. Pewien niebezpieczny zbieg grasuje po mieście i panu Vrexowi bardzo zależy, aby do niego wrócił. Biorąc pod uwagę zaistniałą sytuację, niewykluczone, że będzie szukał właśnie Toa. Dlatego pomyśleliśmy, żeby połączyć te sprawy. Co ty więc na to: zabierzemy cię do głównej kwatery Vrexa i użyjemy jako przynęty, by zwabić tam naszego uciekiniera?

Hserg nagle wszystkiego się domyślił. Zbiegiem musiał być Aden - tajemniczy wojownik, o którym wspomniała Arctica. Jeśli rzeczywiście było tak, jak mówił Butterfly, to wszystko wskazywało na to, że nie stoi on już po stronie Vrexa. Dobrze. W natłoku obecnych problemów, miło było usłyszeć jakąś pozytywną wiadomość.

W tej chwili jednak, dla Hserga było to mało istotne. Musiał ocalić Galię i, przede wszystkim, musiał się jakoś pozbyć tej dwójki.

- Kusząca propozycja - odrzekł, jednocześnie sięgając ręką po miecz. - Lecz raczej nie skorzystam.

Butterfly pokręcił głową z rozczarowaniem.

- Nie ułatwiasz nam pracy, Toa. - Pstryknął palcami.

Na jego sygnał, Bat wystrzelił parę wybuchowych pocisków prosto w Toa. Ten był jednak na to gotowy i zamachnął się mieczem, uwalniając wiązkę ognia. Płomień zderzył się z pociskami i zdetonował je w locie. Eksplozja smagnęła łowcami, odrzucając ich do tyłu, a kiedy dym zniknął, zobaczyli oni oddalającego się od nich na motorze Hserga.

Butterfly zmrużył oczy, śledząc wojownika wzrokiem.

- Nie ułatwiasz nam pracy… - powiedział i razem z Batem pomknęli za Toa.

Uciekając przed łowcami, Hserg usłyszał kolejne wybuchy za plecami. Odwrócił głowę i ujrzał lecącego tuż za nim Bata, z miotaczami już gotowymi do kolejnego strzału. W następnej sekundzie pocisk pomknął ku niemu. Toa w porę szarpnął maszyną i ten przeleciał obok. Eksplozja poderwała w powietrze grudki asfaltu, które zderzyły się z Kanohi Arthron Hserga razem z kroplami zimnej wody.

Toa kierował Hellbringera slalomem, walcząc z wybuchami wszędzie dookoła. Bat, choć nie przejawiał zbytniego intelektu, świetnie potrafił się posługiwać tego typu bronią. Hserg słyszał, że jego gatunek pochodził z wyspy porośniętej drzewami z wybuchowymi owocami. Nic więc dziwnego, że nietoperzowaty łowca znał się na bombach jak nikt inny. Kiedy kolejna eksplozja wstrząsnęła ulicą tuż za nim, Toa sięgnął po swoją tarczę z Protostali. Jedną ręką trudniej było mu kierować motor, ale przynajmniej miał osłonę. Jego tarcza mogła sporo wytrzymać.

Na szybko przeanalizował swoją sytuację i stwierdził, że jest beznadziejna. Istniała szansa, że poradzi sobie w pojedynkę z parą Mrocznych Łowców, ale nie miał na to czasu. Galia potrzebowała jego pomocy. Była uzdolnioną wojowniczką - jeśli wzywała go, oznaczało to, że musiała mieć naprawdę ogromne kłopoty.

Kolejna eksplozja. Hserg zdusił przekleństwo i jechał dalej. Problem polegał na tym, że nawet jeśli zgubi pościg w zabudowaniach dystryktu, był tylko jeden sposób, by się z niego wydostać - pokonać most łączący go z resztą Artas Nui. Bat i Butterfly będą wiedzieli, dokąd zmierza. Będą mogli zastawić na niego pułapkę i go zatrzymać, a wtedy wszystko przepadnie. Nie. Toa musiał zrobić coś więcej, niż tylko ich zgubić - musiał ich spowolnić na tyle, by móc dotrzeć do mostu i mieć pewność, że go nie dopadną.

Nagle ulica przed nim zniknęła, a przed oczami pojawiła się Veen robiąca zamach sztyletem. Kolejny przebłysk i Hserg leciał na spotkanie z chropowatą powierzchnią dachu w bolesnym upadku. Moment później wszystko zniknęło i Toa na powrót znalazł się w Piątym Dystrykcie, na rozpędzonym motorze. Nie zdołał w porę wykonać skrętu i wjechał w stertę metalowych beczek. Matoranie, którzy akurat wypełzli na ulicę, odskoczyli w popłochu. Hserg pomknął dalej.

Galia przesyłała mu kolejne obrazy. Wyglądała to tak, jakby komunikowała się z nim podświadomie, w panice. Chciał wysłać jej wiadomość, że już do niej zmierza, lecz jest teraz nieco zajęty i mentalna więź tylko wszystko pogarsza, powstrzymał się jednak. Nie chciał jej rozpraszać. Jeśli nadal walczyła z Veen, jedna chwila nieuwagi mogła zaważyć o przegranej. Nie chciał powtórki z tamtej nocy przed Wielką Biblioteką. Wiedział, że nie pozbierałby się po tym.

Aktywował maskę, skanując otoczenie w poszukiwaniu jakiegoś miejsca, w którym mógłby spowolnić łowców. Nie chciał ryzykować i wjechać do którejś z pobliskich fabryk. Pomijając bezpieczeństwo Matoran, gdyby najemnicy uszkodzili którąś z kadzi ze stopioną Protodermis… Hserg wolał nawet nie myśleć, co by się stało.

Nagle coś przerwało jego skan. Bat musiał uwolnić własny dźwiękowy impuls, zagłuszając jego echolokację. Toa zaklął. Obejrzał się za siebie. Najemnicy wciąż za nim mknęli. Nie dawali za wygraną.

Wtem gdzieś z boku mignął mu żółty znak ostrzegawczy, informujący o zakazie wstępu. Lampka zaświeciła mu się w głowie. Miejsce, do którego nie wolno było nikomu wejść mogło nadać się idealnie. Problem w tym, że już dawno je minął - pędził zbyt szybko, a nie było mowy o zawracaniu. Nie, jeśli nie chciał wpaść prosto w łapy Mrocznych Łowców. Na coraz dłuższej liście jego problemów pojawił się kolejny - wrócić w to miejsce tak, aby Butterfly i Bat go nie dopadli.

Zielony łowca wyciągnął z sakwy garść nasion i cisnął nimi w ziemię tuż przed Hsergiem. Momentalnie drogę Toa zagrodziła ściana z wijącego się bluszczu. Wojownik musiał działać szybko. Nie trzymał w ręce miecza, przelał więc swoją moc w tarczę. Protostal zajarzyła się na czerwono i po chwili Hserg zamachnął się tarczą, uwalniając dysk ognia. Ten przeciął pnącza i spopielił w mgnieniu oka, odsłaniając przed Hsergiem skrzyżowanie, na które wjeżdżał właśnie kilkuwagonowy transporter.

Toa wpadł na pewien pomysł.

Nie zwalniając, przechylił maszynę i wjechał na boku pod jeden z wagonów. Gdy przemykał pod podwoziem insektoidalnego transportowca, Mroczni Łowcy zdążyli już znaleźć się po drugiej stronie. Byli pewni, że pojedzie dalej, prosto w ich ręce. Hserg miał jednakże inne plany.

Wyłoniwszy się spod wagonu, nie prostował motoru, tylko obrócił na śliskiej ulicy maszynę na boku przodem skierowanym na powrót ku transporterowi. Pojedynczy podmuch z dyszy silnika wystarczył, by Hellbringer z powrotem pomknął pod wagon. Znalazłszy się po drugiej stronie, Toa wyprostował motocykl, dodał gaz do dechy i pomknął przed siebie. Mroczni Łowcy popatrzyli na siebie, zdezorientowali, po czym błyskawicznie rzucili się w pościg.

Hserg uśmiechnął się nieznacznie, zadowolony z kilku cennych sekund, które zyskał. Momentalnie odnalazł boczną odnogę z zakazem wjazdu i skręcił w nią. Przebił się przez rogatki i wjechał na teren zakładu w budowie, jeszcze nieukończonego. Nie było tu ani żywej duszy - wokół na wpół skończonego budynku rozstawione były maszyny budowlane, lecz puste. Robotnicy musieli opuścić plac budowy na noc. Dobrze. Jeśli wszystko pójdzie po myśli Hserga, nie będzie żadnych ofiar. Poza, rzecz jasna, Mrocznymi Łowcami.

Wjechał do budynku. Najemnicy dotarli na teren placu chwilę później. Bat już miał wtargnąć do środka, ale Butterfly zatrzymał go ruchem ręki.

- Spokojnie, przyjacielu - powiedział. - Jeśli Toa chce się bawić w chowanego… - Odchylił płat pancerza na piersi i wyciągnął jedną z umieszczonych tam sakiewek. Wyjął z niej parę nasion i położył na ziemi.

W okamgnieniu ziarna zagnieździły się w wilgotnej ziemi i rozrosły do postaci sięgających do pasa muchołówek, wspartych na korzeniach jak na nogach.

- …dlaczego nie zaprosić więcej osób do szukania?

Wskazał muchołówkom na budynek, a te skinęły głowami utworzonymi z liści i wpełzły do zakładu.

W środku, Hserg prowadził powoli motor między skrzyniami z materiałami budowlami i topornymi barierami z kamienia i betonu, które oddzielały poszczególne puste hale fabryki. Wnętrze tonęło w półmroku, światło Piątego Dystryktu miało trudności z wdarciem się do środka. Tworzyło tylko gdzieniegdzie czerwone pasma na podłodze, wpadając przez niedokończone okna.

Nad głową Hserga rozpościerała się sieć rusztowań, metalowych kładek i lin. Toa zadarł głowę i rozmyślał przez chwilę. Postanowił spróbować swoich sił na górze.

Wjechał po rampie kilka pięter wyżej i znalazł się pośrodku kładki łączącej przeciwległe ściany, kiedy nawiedził go kolejny obraz. Kolejna wymiana ciosów pomiędzy Galią a jej prześladowczynią. Gdy zniknęły mu sprzed oczu, mężczyzna zatrzymał pojazd i przyłożył dłoń do skroni. Nagłe sygnały od przyjaciółki powoli zaczynały rozsadzać mu głowę. Ile już trwała ich walka? Toa był pewien, że Xianka długo już nie wytrzyma. Jeśli opadnie z sił, będzie po niej…

Już miał ruszać dalej, lecz wtem zobaczył przed sobą coś dziwnego. Mięsożerna roślina rozmiarów zbliżonych Matoraninowi stała przed Hellbringerem i zdawała się wpatrywać w kierowcę, choć była pozbawiona oczu. Nagle rozwarła swą paszczę, wydając z siebie nieprzyjemny skrzek.

Hserg bez słowa rozpostarł dłoń i uwolnił płomień, który w parę sekund obrócił intruza w niwecz. Było już jednak za późno.

Za plecami mężczyzny rozległ się donośny huk. Toa obrócił się, by ujrzeć, jak Butterfly przebija się przez kraty i zatrzymuje w powietrzu nad kładką, kilkanaście kroków z dala od wojownika. Podobny huk nastąpił z drugiej strony, kiedy Bat zjawił się parę bio przed Hellbringerem. Hserg znalazł się pomiędzy Mrocznymi Łowcami. Pułapka się zatrzasnęła.

- Koniec naszej zabawy, Toa Ognia - oznajmił Butterfly. Wzory na jego skrzydłach przybrały bardziej złowrogi wyraz, a spomiędzy szczelin w zbroi wyłoniły się cierniste kolce. - Nie masz dokąd uciec.

Hserg wychylił się z lekka, spoglądając w dół. Podłoga fabryki znajdowała się wiele bio pod nim.

- Nie da się ukryć… - mruknął.

Bat wycelował w niego swoje miotacze. Czerwona, migająca kontrolka kulistych pocisków jasno dawała do zrozumienia, że są gotowe wybuchnąć. Hserg nie mógł się zdecydować, co wygląda bardziej nieprzyjemnie - one, czy kolce Butterfly’a.

- Pójdziesz teraz z nami - powiedział zielony najemnik. - Do Kopuły Artas Nui, tak, jak uzgodniliśmy.

- Nie przypominam sobie, żebym cokolwiek z wami uzgadniał - odparował Toa.

Butterfly uśmiechnął się od ucha do ucha w złowieszczym grymasie. Kolce w szczelinach jego pancerza wysunęły się jeszcze bardziej.

- Ty niestety nie miałeś w tej sprawie prawa głosu.

Kolce oderwały się od jego ciała, mknąc ku Hsergowi. W tej samej chwili Bat wystrzelił w Toa wybuchające pociski. Wojownik znalazł się na linii strzału obydwu broni, patrząc na nie jak w zwolnionym tempie.

Wreszcie rozgrzewany pod kołami Hellbringera metal, którego Toa niepostrzeżenie roztapiał w trakcie rozmowy, ustąpił i mężczyzna poleciał na motorze w dół, razem z oderwanym fragmentem kładki. Pociski Mrocznych Łowców wyminęły się w powietrzu i pomknęły na spotkanie z Butterfly’em i Batem.

Hellbringer uderzył w ziemię w tym samym momencie, w którym nad głową Hserga rozległ się huk eksplozji, bolesne skomlenie Bata i siarczyste przekleństwa jego towarzysza. Toa uśmiechnął się półgębkiem i z piskiem opon wystrzelił z budynku. Pomknął w kierunku mostu, ku Pierwszemu Dystryktowi, ku Galii.

Cały czas modlił się do Wielkiego Ducha, by pozwolił mu zdążyć na czas.

⁎⁎⁎

Aden szedł ostrożnie przez spowity półmrokiem korytarz oczyszczalni Protodermis. Powietrze wypełniał nieprzyjemny odór oraz szum pracujących w nieprzerwanym rytmie kilkumetrowych pomp, rozmieszczonych pod ścianami. Tryby maszyn filtrujących wodę obracały się jak dzikie pod biegnącymi przy suficie rurami. Miejsce zdawało się być kompletnie puste - wszelką pracę musiały wykonywać tu zautomatyzowane maszyny. Oznaczało to i dobre, i złe wieści dla Adena.

Dobre, ponieważ mężczyzna nie musiał martwić się niespodziewanym spotkaniem z kimś, kto mógłby wziąć go za intruza. Dużo gorzej, jeśli byliby tu jacyś sojusznicy Vrexa. I tak miał już na głowie Blaze, nie potrzebował, by dołączył do niej jeszcze ktoś inny. Teraz przynajmniej nie musiał się tym przejmować.

Złe, ponieważ pustki oznaczały również brak Blaze. Aden nie wiedział, gdzie podziała się łowczyni - i to go martwiło. Ponieważ to, że nigdzie jej nie widział, równie dobrze oznaczało, że mogła być wszędzie.

Może zniechęciła się, kiedy zobaczyła, jak wbiega do oczyszczalni i postanowiła zaczekać na zewnątrz, zastawiając na niego pułapkę. Jeśli tak, to wojownik musiał przedrzeć się przez wnętrze budynku i znaleźć jakieś inne wyjście. Potem musiał tylko dotrzeć do tamtego Toa, którego spotkał przy telebimie. Albo znaleźć jakiś inny sposób, żeby odszukać Arcticę.

Ale może kobieta czaiła się na niego gdzieś w mroku. Nie chciała stawać do otwartej walki w miejscu, gdzie było tak pełno wody, wiedząc, że Aden może to wykorzystać przeciwko niej. Czekała na odpowiedni moment, by go zaatakować. W takim wypadku, mężczyzna potrzebował broni. Wszedł do kolejnego pomieszczenia, wypełnionego wielkimi turbinami. Jedna z nich była nieaktywna - Aden podszedł do niej i uwolnił z dłoni skoncentrowaną wiązkę błyskawic, która jak laser oddzieliła dwie łopaty od reszty. Teraz przynajmniej wojownik miał coś, co mogło uchodzić za miecze.

Wrócił do głównego korytarza i wtem ją zobaczył - stała pomiędzy pompami, skryta w całkowitym mroku. Widać było jedynie rozżarzone płyty jej pancerza i czworo złowrogich oczu. Po chwili dołączyła do nich para kling, wysuniętych z nadgarstków.

- Jesteś… uciążliwy - powiedziała Blaze. - Dlaczego nie możesz po prostu współpracować?

Aden uniósł prowizoryczną broń.

- Nie musisz tego robić - odrzekł. - Vrex to kłamca. Wykorzystuje cię, tak jak i mnie.

- Nie obchodzi mnie to! - warknęła Blaze. - Tak długo, dopóki ma to… czego potrzebuję.

Aden nie rozumiał.

- Co to takiego?

Odpowiedziała mu atakiem. Magmowe ostrze o włos minęło kark wojownika. Zrobiła kolejne pchnięcie, a kiedy Aden wykonał unik, dłoń Blaze zacisnęła się na jego szyi. Mężczyzna charknął, czując, jak miażdży mu tchawicę. Zamachnął się własnym ostrzem, trafiając w przedramię kobiety. Odepchnął ją od siebie kopnięciem; Blaze poleciała do tyłu, ale nie w całości. Jej lewe przedramię dalej zaciskało się na szyi wojownika, gorące niczym rozżarzony węgiel.

Ehali podniosła głowę i uśmiechnęła się podle, widząc, jak odcięta kończyna, nad którą wciąż miała władzę, wzmacnia swój uścisk. Z jej kikuta zaczęła sączyć się płynna magma. Aden zacharczał, z coraz większym trudem walcząc o kolejne wdechy.

Wystrzelił błyskawicę, trafiając Blaze w pierś. Ciało Ehali obróciło się w ogień, podobnie jak zaciśnięta na szyi Adena ręka. Mężczyzna zachwiał się i złapał za gardło, biorąc kilka głębokich wdechów. Popatrzył na ogniste jęzory, które próbowały zrosnąć się z powrotem w postać łowczyni.

Było tak, jak ostatnim razem, tylko gorzej. Płomienie przeistoczyły się w lawo-podobną masę, która zaległa na podłodze w kałuży, a z tej powoli zaczęło wyłaniać się coś, co miało przybrać postać Blaze. Na początku była to bezkształtna masa, pokrywa magmowymi bąblami, które pulsowały, niczym gotująca się woda. Z czasem masa zaczęła zrastać się we właściwy kształt, lecz nie w naturalny sposób - towarzyszyły temu spazmy, Blaze miotała się, jakby była marionetką, niepanującą nad własnymi ruchami. Wydawała przy tym gardłowe dźwięki, które wydobywające się z nieustannie zrastających i rozpadających się strun głosowych w niczym nie przypominały głosu kobiety.

Wreszcie stanęła przed Adenem w swojej właściwej, człekokształtnej postaci. Oddychała ciężko i głęboko. Widać było, że transformacja sprawiała jej ogromny ból. Jej oczy jeszcze przez moment przesuwały się po licu, jakby szukały swojego miejsca. Gdy wreszcie znieruchomiały, Blaze wbiła wszystkie cztery z nich w Adena.

- Nie widzisz, że się rozpadam? - zapytała. - Coraz trudniej jest mi utrzymać to ciało w jednym kawałku. Potrzebuję leku… Vrex mi go da, ale tylko, jeśli dobrze wykonam swoją pracę.

- Nie musisz mu służyć - powiedział Aden. Zrobiło mu się szczerze żal tej istoty. - Na pewno jest ktoś, kto też może ci pomóc.

- Jak kto?

Aden zastanowił się przez chwilę. Nie znalazł odpowiedzi.

- Ktoś inny.

- Toa? - Blaze zaśmiała się, krótko i płytko. - Toa nigdy mi nie pomogą. I nie widzę powodów, dla których miałbyś sądzić, że z tobą będzie inaczej. Jesteś naiwnym głupcem. Im szybciej to zrozumiesz i wrócisz tam, gdzie twoje miejsce, tym lepiej.

Posłała w niego kulę ognia z własnych dłoni. Trafiła ona Adena w pierś i wyrzuciła z korytarza. Mężczyzna runął plecami na stalowe rusztowanie w wielkiej, przestronnej hali. W dole pod nim pół tuzina wartkich strumieni wylatywało z ogromnych rur i wpadało do jednego miejsca, gdzie potężna turbina mieliła wodę i wszystko, co w niej płynęło.

Blaze wyleciała za nim z korytarza, tnąc ostrzami. Aden skrzyżował z nimi swoje bronie, chociaż wiedział, że długo nie wytrzymają przeciwko zdolnej topić metal mocy Ehali.

Odrzucił od siebie łowczynię i wykorzystał moment, robiąc zamach i odcinając obie ręce rywalki. Te padły na ziemię, płonąc jak pochodnie. Aden zauważył rurę biegnącą pod sufitem za Blaze. Posłał w nią błyskawicę. Woda trysnęła z ogromną siłą, zalewając oszołomioną łowczynię. Kłęby gęstej pary ulotniły się z jej ciała, przesłaniając wszystko na krótką chwilę.

Aden stanął w miejscu, dysząc i regenerując siły. Jakaś jego część miała nadzieję, że wreszcie udało mu się pokonać Blaze, jednak kiedy ta wyłoniła się zza obłoków, bijąca słabszym blaskiem, niż wcześniej, lecz wciąż żywa, wiedział, że to jeszcze nie koniec.

Naparła na niego i szybkim ruchem przepołowiła jedno z jego ostrzy. Aden obronił się drugim, lecz wiedział, że to daremne. Blaze najwyraźniej również to wiedziała i naparła mocniej.

Wyszarpnęła broń z jego rąk. Ta spadła z kładki i wleciała do wody, a po chwili została rozszarpana przez łopaty turbiny. Blaze zrobiła kolejny zamach. Chybiła Adena, trafiając w metalową poręcz i przecinając ją. Mężczyzna kopnął rywalkę, wykonując piruet, i błyskawicznie dopadł do uszkodzonego pręta, wyrywając go. Zauważył na kładce czerwone ślady w miejscach, gdzie Ehali stawiała kroki. Obawiał się, że rusztowanie długo nie wytrzyma.

Zamachnął się nową bronią, smagając łowczynię w twarz - z pancerza kobiety odpadły drobne grudki, jak rozpalone węgielki. Aden zrobił obrót i pchnął prętem, trafiając prosto w brzuch Blaze. Metal wyłonił się z plaskiem z drugiej strony jej ciała.

Kobieta popatrzyła na pręt, potem na Adena i uśmiechnęła się. Wyszarpnęła broń z brzucha - przypominające lawę masa od razu zasklepiła ranę - i uderzyła jej rozżarzonym końcem w twarz wojownika. Aden jęknął, czując palący ból na lewym policzku. Lewą połowę jego maski oszpeciła wypalona szrama, gdy padał na metal. Blaze dopadła do niego i chwyciła za kark, w miejscu poprzedniej rany. Aden krzyknął, lecz Blaze tylko mocniej na niego naparła.

- Nie umrę przez ciebie… - wycedziła.

- Nie możesz mnie zabrać do Vrexa… - wycharczał wojownik. - Nie masz pojęcia, co się stanie…

- Dobrze wiem, co stanie się ze mną - odwarknęła łowczyni. - Nic więcej nie mnie obchodzi.

Metal pod ich stopami roztopił się i oboje polecieli w dół. Wpadli do wody, płynąc na spotkanie tnącej wszystko turbinie. Wyłonili się z brudnego od ścieku strumienia, Blaze na górze, Aden pod nią. Kobieta zacisnęła ręce na jego szyi i nie zamierzała puścić. Mężczyzna zaczął wierzgać, wzburzając pianę, charcząc i bulgocząc, gdy płynna Protodermis zaczęła wlewać mu się do gardła. Na nic się to nie zdało. Woda ściągania ich w środek wiru, ku turbinie, lecz Ehali nie zważała na to - ślepa wściekłość przesłoniła jej wszystko.

Zginą oboje.

W akcie desperacji, Aden wyciągnął rękę i uwolnił błyskawicę. Dotknął wody. Elektryczne wiązki rozbłysły jak wściekłe, ale nie zrobiły krzywdy Adenowi. Smagnęły Blaze, która krzyknęła boleśnie. Odruchowo chciała zmienić ciało w płomienie, ale nie mogła - nie, gdy wokół było tyle wody, która zaraz ją unicestwi. Aden wykorzystał moment i uwolnił kolejny impuls mocy, który wybił go w górę. Wzbił się w powietrze i złapał poręczy rusztowania.

Spojrzał w dół. Blaze bezradnie próbowała wydostać się z wody, lecz prąd był zbyt silny. Przez moment chciał skoczyć z powrotem, jakoś jej pomóc, ale było już za późno. W ostatniej chwili Blaze próbowała jeszcze zmienić się w ogień, nie zważając na wszystko, ale potem zniknęła pod kłębami piany i wzburzoną wodą, pochłonięta przez turbinę.

Aden wspiął się na drugą barierki i padł plecami na pozostałości metalowej kładki. Leżał, oddychając głęboko. Leżał długo. Jęk metalu przypomniał mu wreszcie, że konstrukcja może w każdej chwili runąć, co zmusiło go do wstania. Popatrzył w dół. Nie wiedział, czy Ehali przeżyła, czy nie, lecz jeśli był jakiś sposób, by jej pomóc, nie miał teraz na niego czasu. I tak stracił go zbyt wiele.

Jego przeznaczenie wzywało.

Wszedł z powrotem do korytarza i zmierzył szybkim krokiem w stronę wyjścia z budynku.

⁎⁎⁎

Drgania coraz bardziej się nasilały. Nui-Kansen zmierzał prosto w kierunku uszkodzonej estakady.

A Vox nie mógł zrobić nic, by go zatrzymać.

Od momentu, w którym usłyszał zbliżający się pociąg, aż do teraz, przez jego głowę przemknęły setki myśli. Próby wymyślenia sposobu, w jaki mógłby uchronić pasażerów przed katastrofą i wizja tego, co się stanie, jeśli mu się nie powiedzie. Oczami wyobraźni widział roztrzaskujące się wagony, słyszał krzyki i czuł na skórze ogień eksplozji. Wiedział, co powiedzą ludzie. Gdy tylko dowiedzą się, że tu był, ale nie potrafił zapobiec wypadkowi, wszystko, na co pracowali razem z Arcticą i całą resztą, zostanie zaprzepaszczone. To będzie cios, po którym się nie podniosą.

Już za kilka minut.

Nie było nic, co mógł zrobić, by samodzielnie zatrzymać pociąg. Nie miał dość mocy, by wytworzyć dźwiękowy impuls tak silny, by choćby spowolnić rozpędzonego Nui-Kansena - te transportery osiągały zbyt wysokie prędkości. Jego moc na nic mu się nie przyda.

Pozwoli mu jedynie dokładnie i wyraźnie słyszeć krzyki każdego z pasażerów, gdy ci będą ginąć w metalowej skorupie.

W desperackiej próbie zrobienia czegoś - czegokolwiek - chwycił się poręczy przy uszkodzonym telebimie i użył jej, by wspiąć się wyżej. Deszcz ściekał po jego pancerzu, bardziej lodowaty niż zwykle. Zawieszony na ścianie, Vox spojrzał w kierunku, z którego nadciągał Nui-Kansen. Przednie, rozjarzone światła transportera wyłoniły się z mroku i z każdym kolejnym uderzeniem serca były coraz bliżej. Nie mogąc zrobić nic więcej, Vox wykrzyczał ostrzeżenie i użył swojej mocy, by sprawić, żeby jego głos dotarł do kabiny maszynisty. Na nic się to jednak nie zdało. Mijały kolejne sekundy, a transporter coraz bardziej się zbliżał. Wibracje się nasilały.

Ostatecznie Toa zeskoczył i wbiegł na tory, zamachał i krzyknął, łudząc się, że jeśli kierujący Nui-Kansenem go zauważy, zatrzyma w porę pojazd albo chociaż zwolni na tyle, by zminimalizować straty. Jeśli nie, użyje żywiołu, aby spowolnić pociąg, jak tylko się da. Może komuś uda się przeżyć, może będzie miał świadków. Będą wiedzieli, że nie stał bezczynnie.

Widząc zbliżające się światła, Vox był gotowy na każdy możliwy scenariusz. Tego jednak, co się stało, zupełnie się nie spodziewał.

Nagle, tory owionęła żółta poświata, a szyny i ich podpora zaczęły się naprawiać - samoistnie. Po chwili po uszkodzeniu nie było żadnego śladu. Vox przyglądał się temu z niedowierzaniem - dopiero w ostatnim momencie zreflektował się i odskoczył na bok. Nui-Kansen pomknął dalej estakadą i zniknął w oddali, jak gdyby żadnej wyrwy nigdy tam nie było.

Toa stał jeszcze przez chwilę w osłupieniu, nie do końca potrafiąc uwierzyć w to, co się przed chwilą stało. Potem dostrzegł na ulicy w dole żółty blask - taki sam, jakim zaświeciły się tory - bijący spod kaptura czyjejś postaci, zanim zgasł. Kiedy wojownik wyostrzył swój słuch, był w stanie usłyszeć ciężki oddech i przyspieszone bicie serca - oznakę zmęczenia.

Zeskoczył w dół i zmierzył ku niskiej, zgarbionej postaci w płaszczu z kapturem. Początkowo myślał, że to Bajarz, lecz w miarę jak się zbliżał, zauważył, że ma inną sylwetkę. Nie wiedzieć czemu, zdawało mu się, że skądś kojarzył nieznajomego przybysza, lecz zarazem był pewien, że nigdy przedtem nikogo takiego nie widział.

Zatrzymał się przy nieznajomym. Sięgający mu ledwie do pasa mężczyzna zdjął z głowy przemoknięty kaptur, odsłaniając pomarańczową Maskę Regeneracji. Vox rozszerzył oczy.

- Auerieus…?

Spoglądał ze zdumieniem na Kanohi Kiril Auerieusa - lecz nie Toa Auerieusa. Miał przed sobą Turagę Auerieusa.

- We własnej osobie, Vox - odpowiedział Turaga. Nadal mówił tym samym głosem, miał on jednak nieco inne brzmienie. Wydawał się starszy, jakby Auerieus postarzał się od ich ostatniego spotkania o tysiąc lat.

- Co… co ci się stało? - zapytał Toa Dźwięku, kucając przy Turadze.

- Ciężko mi to wyjaśnić - powiedział Auerieus i wbił spojrzenie w coś za plecami Voxa. - Nie mówmy o tym jednak tutaj.

Wojownik odwrócił się w momencie, w którym niebo przecięła błyskawica. W przebłysku pioruna zobaczył Adena stojącego na dachu budynku, obmywanego deszczem i wpatrującego się w niego. Wyglądał, jakby przeszedł przez piekło, ale nadal oczekiwał od Voxa tego, po co do niego przyszedł - zaprowadzenia do Arctici. Toa w Hau zerknął z powrotem na Auerieusa w jego nowej postaci. Będą mieli sporo do omówienia z pozostałymi.

- Lepiej zabierzmy cię do Phorena - powiedział.

⁎⁎⁎

Hserg zatrzymał Hellbringera z piskiem opon przed wejściem do Jednonogiego Husiego. Rozejrzał się wokoło, szukając jakiegoś miejsca, które kojarzyłby z obrazów przesyłanych mu przez Galię. Niczego takiego nie znalazł. Musiał wejść wyżej.

Wspiął się po drabinie na boczną klatkę schodową jednego z pobliskich budynków i stamtąd dostał się na dach. Aktywował Arthron, skanując otoczenie w poszukiwaniu jakiegoś ruchu. Szukał ruchu, ponieważ to oznaczało, że Galia jeszcze żyła - a Toa nie chciał dopuścić do siebie myśli, że padła ofiarą zabójczyni. Jeszcze nie, póki miał nadzieję.

Wreszcie ją zlokalizował, kilka dachów dalej. Klęczała przy krawędzi, spoglądając w dół i dysząc ciężko. Choć deszcz zdołał już zmyć sporą jej część, dookoła niej nadal było mnóstwo krwi.

- Galia! - krzyknął Hserg, podbiegając do Xianki. - Co się stało?

Dziewczyna nie odpowiedziała natychmiast, a kiedy już to zrobiła, wciąż patrzyła w dół - jakby kogoś tam widziała, mimo że nie było tam nic, prócz ciemności.

- Miałam… dość bolesne spotkanie z przeszłością.

- Wszystko w porządku? - zapytał Toa, obejmując Vortixx ramieniem i powiódł wzrokiem po szkarłatnych plamach. - Krwawisz…

Choć w jego żyłach przepływała ognista moc, sposób, w jaki spojrzała na niego w tej chwili Galia i to, co mu powiedziała, sprawiło, że przeszył go dotkliwy chłód.

- To nie jest moja krew.

Zajrzała mu w oczy, a on zajrzał jej. Rozpoznał, że jedna strużka wody ściekająca po jej policzku nie była kroplą deszczu, a łzą. Przytulił ją do siebie i objął mocno. Nie potrafił opisać, jak dobrze było znów czuć ciepło jej ciała przy swojej piersi i bicie jej serca. Wspomnienie tragiczniej nocy raz jeszcze go nawiedziło, lecz Hserg był wdzięczny Wielkiemu Duchowi - jeśli to on był za to odpowiedzialny - że nie musiał drugi raz przez to przechodzić.

Spędzili tak długi czas, dopóki deszcz nie przestał padać. Nieważne, co zaszło przedtem; najważniejsze, że było już po wszystkim.

⁎⁎⁎

Po burzy, powietrze nad Artas Nui wypełniła przenikliwa cisza, znacząc tę wyjątkową chwilę, w której zniknął szum deszczu, a szum mieszkańców nie zdążył jeszcze wypełnić po nim pustki, kiedy nie wychynęli na ulice, wciąż niepewni, czy ulewa nie powróci.

W pewnym jednak miejscu, szum wody rozbrzmiał raz jeszcze, gdy coś wyłoniło się z uszkodzonego rurociągu. Blaze - a raczej to, co powinno zrosnąć się w Blaze - padła na ziemię, łapiąc powietrze płytkimi wdechami. Potrzebowała żaru; potrzebowała ognia, żeby odzyskać moc i zregenerować siły. Wiedziała zarazem, że jeśli znów zapłonie, może już nie wrócić do swojej cielesnej postaci. Jej ciało nie słuchało jednak i buchnęło płomieniem. Paląc się, kobieta próbowała zmusić swoje atomy, by przywróciły jej humanoidalną postać, lecz nie wszystkie okazały jej posłuszeństwo.

Wiedziała, że niektóre części jej ciała pozostaną w tej formie żywego ognia zawsze. I że jedyna osoba, która ma lek zdolny to zmienić, nie da go jej, bo znów zawiodła.

Klęcząc na ziemi i wciąż płonąc, Blaze wydała z siebie gardłowy krzyk, ku niebu, księżycowi i całemu światu.

Rozdział 11[]

Po powrocie do latarni morskiej Phorena, Arctica spodziewała się wszystkiego. Zarówno dla niej, jak i dla jej przyjaciół wiele się wydarzyło i skutki ich rozmów z mieszkańcami mogły być różne - od całkowicie skutecznych do rozczarowująco bezowocnych. Jednakże ujrzenie Adena, zmanipulowanego przez Vrexa obcego wojownika, który jeszcze nie tak dawno próbował siłą wydobyć z niej odpowiedzi na pytania zasiane kłamstwami lidera Syndykatu, oraz Auerieusa w postaci Turagi, to coś, na co nie była gotowa.

To były dla niej długie dzień i noc. Po udanym przekonaniu Auerieusa do wezwania dawnych obrońców Artas Nui z powrotem na wyspę, niemal natychmiast udała się, by prosić pozostałych mieszkańców o pomoc. Chociaż na dobrą sprawę każdy w mieście potrzebował takiej rozmowy, skupiła się głównie na tych dzielnicach, które ucierpiały wskutek wybuchów i późniejszego pożaru. Musiała z pewną niechęcią przyznać, że czego by nie mówić o Vrexie, wysłany przezeń personel błyskawicznie zajął się naprawą uszkodzeń. Miasto szybko podnosiło się na nogi. Gorzej z tymi, którzy w nim mieszkali.

Chodziła od sektora do sektora, od ulicy do ulicy. Reakcje bywały raz lepsze, raz gorsze. Niektórzy mieszkańcy przyjmowali ją z otwartymi ramionami - widać było, że rozmowa z Toa to coś, czego potrzebowali w tym trudnym dla nich okresie. Inni początkowo podchodzili do niej ze sceptycyzmem, lecz ostatecznie udawało jej się ich sobie zaskarbić i zyskać poparcie. Jeszcze inni z kolei mieli zupełnie odmienne podejście. W ogóle nie chcieli na nią patrzeć i traktowali ją jak wroga. Nie mogąc ich przekonać, była zmuszona odejść. Skupić się na tych, którzy zechcieli jej wysłuchać.

Niekiedy w miejscach, do których przychodziła, natykała się na Nuvokah pomagające w naprawach. Choć oficjalnie nadal miała prawo przebywać na wyspie, roboty za każdym razem kazały jej się oddalić, argumentując to „zakłócaniem przez nią porządku”. Arctica nie miała innego wyjścia, niż posłuchać - nie mogła walczyć z Nuvokah, nie przy tych wszystkich ludziach.

Odchodząc, nie omieszkała spojrzeć na twarze mieszkańców - po licznych dało się poznać, że nie chcieli, aby ich zostawiała, ale nie mogli sprzeciwić się rozkazom Vrexa. Inni jednak żegnali ją gniewnym skandowaniem i gwizdami, najwyraźniej zadowoleni z tego, że Nuvokah kazały jej się wynosić. Nie zważała na reakcje, jakimi jej odpowiadali, zarówno na te ciepłe, jak i te oschłe. Bez względu na ich stosunek do niej, chciała, by wiedzieli, że cały czas jej na nich zależy. Nie mogli dalej patrzeć na nią przez pryzmat dawnych błędów, które popełniła, zaniedbując swoje obowiązki. Musieli wiedzieć.

Pewne pytanie przyszło jej wtedy do głowy - pytanie, które już nie raz ocierało się o jej myśli. Czy robiła to wszystko ze szczerego poczucia obowiązku i powinności jako Toa? Czy miało to może jednak bardziej egoistyczne podłoże i chciała po prostu zmyć z siebie plamę dawnej winy?

Nie potrafiła sobie na to odpowiedzieć tamtej nocy.

Na sam koniec, postanowiła odwiedzić jeszcze jedno miejsce - Kaplicę Onumoko. Nie po to, by szukać wsparcia. Po coś innego. Kiedy na Artas Nui spadła ulewa, potrzebowała chwili wytchnienia sam na sam z dawnym wybawcą, przyjacielem, i kimś więcej. Po wejściu do środka zauważyła, że kryształowa Kanohi Suletu - maska Nero, którą własnoręcznie wykonała z lodu i umieściła tam, by upamiętnić Toa Dźwięku - leżała na ziemi, pęknięta na pół. Nie mogła sama ulec zniszczeniu - Arctica zabezpieczyła ją swoją mocą, by do tego nie doszło. Ktoś musiał zrobić to celowo.

Wzięła odłamki w ręce i, scaliwszy je w całość, umieściła z powrotem w kapliczce Suva. Wpatrywała się w nią długo, deszcz bębnił o ściany świątyni. Nie wiedziała, ile minęło czasu. Później odkryła, że nie znajdowała się tam sama.

- Dlaczego tu przychodzisz? - zapytał ją wtedy Matoranin w zielono-żółtym pancerzu, który musiał obserwować ją z mroku. - Dlaczego opłakujesz tego potwora, po tym wszystkim, co zrobił?

Przyglądając się mu, zauważyła, że towarzyszyło mu dwoje innych. Nie miała wątpliwości, kto zniszczył maskę. Mimo to, nie czuła gniewu.

- Ten Nero, którego znałam, nie był potworem - odpowiedziała im. - Ten, którego znałam, jako pierwszy ruszyłby wam na pomoc, kiedy wybuchły bomby. Zginąłby, próbując was chronić.

Zrobiłby znacznie więcej niż ja, pomyślała, lecz nie powiedziała im tego na głos.

Jeśli Matoranie mieli jej coś jeszcze do powiedzenia, nie odezwali się słowem. Nie odeszli jednak. Zostali w świątyni, podobnie jak Arctica, dopóki na zewnątrz nie przestało padać.

Potem nadszedł czas, by wracać. Spotkanie w kaplicy nie należało do przyjemnych, ale uświadomiło o czymś Arcticę. Nero uważał siebie za Zbawcę, wybranego Toa, który jako jedyny mógł powstrzymać pozostałych i zagrożenie, jakie stanowili. A jednak, robiąc to, wywołał więcej zniszczenia niż ci, których pragnął przed tym powstrzymać - i to przez niego inni widzieli w Toa to, o co on sam ich oskarżał. Ironia losu. Bardzo smutna ironia.

Nadal było to jednak możliwe do naprawienia. Bez względu na to, co myśleli o niej mieszkańcy, nikt nie mógł już jej zarzucić, że stała bezczynnie. I nawet jeśli żadna z osób, z którymi rozmawiała, ostatecznie im nie pomoże, zawsze zostawali robotnicy, których odwiedził Hserg. Jeśli nie oni - Khakkhara Nui. Jeśli nie Khakkhara - szumowiny Galii. Jeśli nie one - Toa, których wezwał Auerieus. A jeśli coś powstrzyma ich przed przybyciem… Arctica nie miała wątpliwości, że i tak wymyślą jakiś plan. Oczyściła się z poczucia winy, nie było już nic, co ciągnęło ją w dół. I nieważne, co miało się stać, była przekonana, że jest gotowa na wszystko.

A przynajmniej tak sądziła, dopóki nie zobaczyła Auerieusa i Adena.

Wszystko wskazywało na to, że czekał ją kolejny długi dzień.

Cała ich drużyna zebrała się w latarni morskiej Phorena - w której, jak swoją drogą zauważyła, Arctica spędzała ostatnio znacznie więcej czasu niż w swej lodowej norze w Szóstym Dystrykcie. Zamierzali omówić wydarzenia z zeszłej nocy. Słońce zaczynało powoli wstawać, niebo nad Artas Nui było nad wyraz spokojnie po minionej burzy. Jako pierwszy głos zabrał Aden - opowiadał pozostałym, co działo się z nim od momentu, kiedy przebudził się w kwaterze Vrexa do czasu, w którym tajemnicza obecność w jego głowie przypomniała mu o jego misji.

Oprócz głosu wojownika dało się słyszeć jedynie Phorena krzątającego się w pracowni i Galię majsterkującą przy czymś, co przypominało miotacz, leżącym na stole, przy którym usiedli. Vortixx podobno miała za sobą dość traumatycznie spotkanie, więc Hserg zaproponował, by czymś się zajęła, żeby o tym nie myśleć. Phoren użyczył jej nieco części z warsztatu. Jak się okazało, dziewczyna była w tym całkiem dobra - jednak czego innego spodziewać się po Xiance. Wszyscy pozostali zaś z przejęciem przysłuchiwali się słowom Adena.

- …Wtedy zrozumiałem, że jeśli moja misja ma się powieść, Vrex musi zostać powstrzymany - mówił mężczyzna. - Ale szybko przekonałem się, dość boleśnie, że nie mogę tego dokonać sam. Dlatego zacząłem szukać Toa. Was. - Powiódł wzrokiem po zebranych. - Resztę już znacie.

Kiedy skończył, przez dłuższy czas nikt się nie odzywał. Cisza aż kłuła w uszy. Arctica już miała zabierać głos - chociaż musiała przyznać, że również nie miała pomysłu, jak skomentować to wszystko - gdy ubiegł ją Hserg:

- Cóż, tego na tej wyspie jeszcze nie było. Obcy wojownik z innego świata - zaśmiał się krótko. - Na Artas Nui nie można się nudzić.

- Jeśli mogę - wtrącił się Phoren. - Zauważyłem, że twoje ciało stanowi w większości tkanka organiczna. Masz szczęście, że twoje obrażenia same tak szybko się wyleczyły. Inaczej obawiam się, że nie dałbym rady cię naprawić.

- Naprawić…? - Aden wydawał się wyraźnie zszokowany.

- Och, wybacz - odparł Matoranin, nieco zmieszany. - Skrzywienie zawodowe.

- Phorenowi chodzi o to - próbowała usprawiedliwić go Arctica - że nasze ciała bardziej przypominają maszyny niż, dajmy na to, Kraata Rahkshi i… och, pewnie nie masz pojęcia, o czym mówię… W każdym razie, dzięki takiej budowie, Phorenowi, jako uzdolnionemu inżynierowi, dużo łatwiej jest opatrzyć nasze rany, niż twoje.

- Musi być ci pewnie ciężko się odnaleźć - powiedział Vox, opierając brodę na złączonych dłoniach - w naszym świecie.

- Właściwie, to… nie - odparł Aden. - Prawda, na samym początku byłem zdezorientowany, ale wydaje mi się, że dość szybko się przystosowałem. Zupełnie jakbym… - umilkł na chwilę. Popatrzył na własne dłonie. - Został do tego przygotowany.

- A ta misja, o której mówiłeś - zapytał Hserg. - Na czym miała polegać?

Aden zamyślił się na moment. Dla Arctici wyglądało to tak, jakby sięgał w głąb własnego umysłu i przychodziło mu to z wielkim trudem. Zaczął krążyć wokół stołu i rzekł:

- Setki wieków temu, w moim świecie rozpętało się ogromne zło, wywołane przez Kabriusa - Niszczyciela i brata mojej pani, Stwórczyni Aeny. Moja siostra Saniis i ja, oraz kilkoro innych, których nazwano potem Posłańcami Przeszłości i Przyszłości, zostaliśmy wybrani na elitarnych wojowników w trwającej przeciwko Kabriusowi wojnie.

Pomimo ciepłego wnętrza latarni, Arctica poczuła nieprzyjemny dreszcz. Już kiedyś słyszeli te imiona - były zawarte w legendzie o Słonecznym Krysztale, którą odczytali przed wyruszeniem na poszukiwania artefaktu. Do tej pory Toa Lodu uznawała je tylko za element wierzeń dawnych ludów, które miały okazję obcować z kryształem. Teraz, jednakże, wszystko wskazywało na to, że nadano je prawdziwym istotom. O ile to, co mówił Aden, rzeczywiście było prawdą.

- Ostatecznie Aenie udało się pokonać Kabriusa i uwięzić jego esencję we Wszechkrysztale - kontynuował mężczyzna. - Nam, to znaczy Posłańcom, powierzono zadanie strzeżenia kryształu, aby nie wpadł w niepowołane ręce. Potem… wybaczcie, ale moje wspomnienia wciąż są w dużej mierze niekompletne… z jakiegoś powodu, postanowiono umieścić Wszechkryształ w waszym świecie. Razem z Saniis, ze mną i z pozostałymi, jako strażnikami.

Arctica wymieniła spojrzenia z resztą. Nadal wydawało jej się to surrealne, że Aden pochodził z innego świata. Nieraz słyszała historie o innych wymiarach, istniały potężne Kanohi, które pozwalały między nimi podróżować, zawsze były to jednak alternatywne wersje tego samego świata - ich świata. Fakt, że Aden pochodził z zupełnie obcego… i na dodatek wydarzenia z niego kształtowały ich własny…

Będzie potrzebowała czasu, żeby to wszystko przetrawić. Zapewne nie ona jedyna.

- Saniis i ja zostaliśmy zahibernowani i mieliśmy przebudzić się, kiedy ktoś odnajdzie kryształ - ciągnął Aden. - Tylko… obudziliśmy się za późno. O wiele, wiele za późno. Wyczuliśmy ślad esencji Kabriusa na tej wyspie i wyruszyliśmy. Najwidoczniej ktoś z ludzi Vrexa musiał zestrzelić nasz statek i doszło do wypadku, po którym straciłem pamięć… - Przystanął przy oknie, wpatrując się w Kopułę i Wieżę Centralną. Było je widać nawet stąd. - Wiem, że także jesteście wrogami Vrexa i macie moje słowo, że w walce z nim stanę u waszego boku. Ale najpierw, muszę wiedzieć. - Popatrzył po wszystkich. - Co stało się z Wszechkryształem?

Momentalnie, wszystkie oczy zwróciły się ku Voxowi. Każdy z tu zebranych - poza rzecz jasna Adenem - słyszał historię o tym, co wydarzyło się w świątyni Słonecznego Kryształu w ostatnim dniu wojny. Lecz tylko Vox był tam osobiście. Toa Dźwięku spojrzał na Arcticę. Skinęła doń głową, a wtedy Vox zwrócił się do Adena i odrzekł:

- Dwadzieścia dwa lata temu w naszym świecie wybuchła wojna. Jeden z Toa, imieniem Nero, obrócił się przeciwko pozostałym i chciał użyć mocy Wszechkryształu, żeby nas unicestwić. Ja… walczyłem z nim. - Gdyby mówił to ktoś inny, nie byłoby nic nadzwyczajnego w pauzie, jaka nastąpiła po tych słowach. Arctica jednak zbyt dobrze znała Voxa. Sposób, w jaki zmienił się blask w jego oczach… To musiało być dla niego bolesne wspomnienie. - W trakcie walki, chwyciłem kryształ i zaatakowałem nim Nero. Wtedy on… zniknął.

- A kryształ? - zapytał Aden.

- Zniknął razem z nim.

- Mówiłeś, że zabiłeś Nero. - Arctica spojrzała na szarego Toa.

- Bo tak mi się wydawało - odparł Vox. - Zresztą, co innego mogło się z nim stać? Światło i ciepło, jakim emanował wtedy kryształ… Wyglądało to tak, jakby Nero zwyczajnie się… spalił. Wyparował. Dosłownie. Ale co stało się z kryształem, tego nie wiem.

Aden zamyślił się na chwilę.

- Wszechkryształ został zabezpieczony przez Stwórczynię w taki sposób, że gdyby jakaś osoba użyła jego mocy, co groziłoby uwolnieniem Kabriusa, zostałby teleportowany z powrotem do mojego świata - wyjaśnił. - To pewnie tłumaczy, dlaczego zniknął. Nadal jednak nie rozumiem, dlaczego wyczuliśmy z Saniis esencję Kabriusa po tym, jak kryształu dawno już tu nie było… - Spojrzał znów na Voxa. - Czy… jest coś jeszcze, o czym powinienem wiedzieć?

Toa Dźwięku zawahał się. Arctica odniosła wrażenie, że celowo unika jej wzroku.

- Tak - odpowiedział w końcu. - Kiedy wbiłem Wszechkryształ w pierś Nero, zdawało się, jakby w panice użył swojej Maski Mocy i sięgnął mojego umysłu. Mogłem usłyszeć wtedy jego myśli. I pewien obcy głos. Mówił, że jest wolny.

Aden zasępił się.

- To musiał być Kabrius - powiedział, przykładając dłoń do podbródka. - Toa Nero natomiast… niekoniecznie musiał zginąć.

Arctica zobaczyła, jak Vox spuszcza wzrok. Domyśliła się, jak musiał się czuć. Jej samej było z tym ciężko. Nie wiedziała, do czego dokładnie doszło między dwoma Toa Dźwięku tamtego dnia w świątyni, lecz dla Voxa Nero był wrogiem. Być może śmiertelnym, tak - ale nadal tylko wrogiem. Dla niej natomiast… kimś, kto skradł jej serce, a potem je złamał. Do dziś doskonale pamiętała ich spotkanie po latach na Artidaxie. Bolesne wspomnienie, o którym przypominały jej potem problemy, z którymi musieli borykać się każdego dnia. Kobieta cały czas pocieszała się jednak myślą, że nieważne, czego Nero się dopuścił, przynajmniej zginął. Teraz nie była już tego taka pewna.

Być może jednak chodziło o coś zgoła innego.

- Może to wcale nie Nero - powiedziała.

Wszyscy popatrzyli na nią. Aden uniósł brew.

- Co masz na myśli?

- Po wojnie dowiedzieliśmy się, że to nie Nero stał za jej wybuchem. Był to ktoś inny - odparła. - Istota imieniem Glavus.

- Glavus… - Aden zamrugał. - Zdaje mi się, że słyszałem to imię. Vrex je wspominał.

- Co takiego mówił? - zapytał Vox, nagle ożywiony.

- Niewiele. Powiedział tylko, że Glavus ma wobec mnie wielkie plany, tak jak i on. Mogłem też słyszeć to imię w moim wspomnieniach, ale… - Aden przyłożył dłoń do skroni. - To raczej nic, co mogłoby wam pomóc. Wybaczcie. Stwórczyni przywróciła mi wiedzę o mojej misji, ale nadal nie odzyskałem pełni wspomnień. Będę potrzebował czasu, żeby sobie wszystko przypomnieć.

- I tak wiele nam pomogłeś - powiedziała Arctica. - Teraz przynajmniej mamy pewność, że Glavus jest w to zamieszany.

- Co ma sens - wtrącił Hserg, krzyżując ręce. - Glavus już raz próbował użyć Wszechkryształu, żeby wygrać wojnę. Teraz pojawiłeś się ty - skinął głową na Adena - i przez twój związek z kryształem pewnie myślał, że może cię użyć, aby zdobyć go po raz drugi.

- I to dlatego Vrex chce pozbyć się nas z wyspy… - powiedziała Arctica, niemal szeptem. Wszystkie jej podejrzenia coraz bardziej się sprawdzały. - Żebyśmy nie mogli mu przeszkodzić…

- Ale… nie pozbędzie się was, prawda? - spytał Aden. - Bez was… sam nie dam rady powstrzymać go i Syndykat.

Toa Lodu uśmiechnęła się gorzko w duchu.

- Uwierz mi, my również nie wystarczymy, żeby powstrzymać Syndykat - odparła. - Straciliśmy zaufanie sporej grupy mieszkańców, a Vrex, mimo popełnionych zbrodni, zdobył je, niosąc im fałszywą pomoc. Dlatego zanim się… pojawiłeś… postanowiliśmy zebrać tylu sojuszników, ilu tylko się da, i przekonać lud Artas Nui, żeby wspomógł nas w walce z Vrexem. Każde z nas zajęło się inną grupą. - Powiodła wzrokiem po jej towarzyszach. - Myślę, że to dobry czas, żeby omówić, jak nam poszło.

Pozostali Toa pokiwali głowami. Arctica wstała od stołu i oparła dłonie na blacie.

- Jak wiecie, Auerieus wezwał naszych starych przyjaciół i są oni już w drodze. - Wskazała na Turagę, a ten potaknął. - Ja z kolei rozmawiałam z mieszkańcami, starając się przekonać jak najwięcej do pomocy. Nie wszyscy się zgodzili. Ale też nie wszyscy odmówili. - Spojrzała na Toa Ognia. - Hserg? Jak ci poszło w dzielnicy przemysłowej?

- Robotnicy są bardziej niż chętni do pomocy, Arctico. - Wojownik złączył dłonie z tyłu głowy. - Podejrzewam, że raczej nie wszyscy nam pomogą, ale nawet jeśli, to i tak możemy liczyć na duże wsparcie.

- Doskonale - uśmiechnęła się Arctica i zerknęła na Xiankę. - Galia, co z twoimi szumowinami?

Rozległo się donośniejsze niż do tej pory kliknięcie, kiedy Vortixx połączyła część z miotaczem. Położyła broń na stole, obok sztyletów - bynajmniej nie dlatego, że ją skończyła.

- Klapa. Dałam ciała - powiedziała, zwieszając głowę. - Byłam na dobrej drodze, ale ktoś mi przeszkodził. Nie zwerbowałam nikogo. Wątpię, czy się do nas po tym przyłączą.

Toa Lodu kiwnęła głową, przyjmując to do wiadomości. Co prawda niechętnie, ale rozważała taki obrót spraw.

- To… niefortunne - powiedziała. - Ale może kiedy zobaczą, jak inni protestują, dołączą do reszty… - Chciała dodać „Miejmy taką nadzieję”, ale uznała, że zabrzmiałoby to zbyt niepewnie. To, że jednej z nich się nie udało, nie oznaczało wcale, że wszystko przepadło. Zwróciła się ku Toa Dźwięku. - Vox? Jak z Khakkharą?

Mężczyzna w Hau, do tej siedzący zgarbiony nad stołem, zmienił pozycję, odchylając się do tyłu.

- Udało mi się zawrzeć tymczasowy sojusz z Khakkharą - odrzekł. - Albo przynajmniej coś w rodzaju sojuszu. Sprawy się jednak nieco skomplikowały. - Zawiesił na moment głos. - Khakkhara jest w posiadaniu źródła Zenergizowanej Protodermis.

- Niemożliwe - odparł niemal natychmiast Phoren, obracając się do nich od stołu w dalszej części warsztatu. - Vrex by o tym wiedział.

- Być może wie - powiedział szary Toa. - Podobno szpiedzy Mówcy odkryli, że Vrex poznał lokalizację ich kryjówki. A jeśli wie, gdzie się ukrywają, może też wiedzieć o źródle.

- Skoro wie, że ukrywają się w stoczni, dlaczego w takim razie jeszcze nie zaatakował? - zapytała Arctica, marszcząc brwi.

- Niewykluczone, że chce najpierw pozbyć się nas z miasta - zasugerował Vox. - Mówca zgodził się nam pomóc, w zamian za naszą pomoc w obronie źródła. Kazał mi przyprowadzić kogoś z was. Ja sam nie dam rady.

Arctica wahała się tylko przez ułamek sekundy.

- Pójdę z tobą.

Zobaczyła, jak kąciki ust mężczyzny unoszą się w uśmiechu pod jego maską.

- Jesteś pewna? - spytał ją. - Może być gorąco.

- Tak. Jestem pewna - odparła, zakładając ręce na piersi i przechylając biodra. Tym razem bez jakiegokolwiek, nawet chwilowego, wahania.

Była świadoma ryzyka. Jeżeli Vrex rzeczywiście wiedział o Zenergizowanej Protodermis w rękach Mówcy, zapewne nie cofnie się przed niczym, żeby je przejąć. Zapowiadało się zaciekłe starcie, lecz Arctica nie po to spędziła tyle czasu werbując sojuszników do walki o tę wyspę, żeby teraz samej nie wziąć w niej udziału.

Przez myśl przemknęło jej, co sądziłoby o niej teraz jej dawne ja. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie szłaby do walki o Artas Nui, nie wykroczyłaby poza lodowe ruiny, które obrała sobie za dom. A już na pewno nie z innym Toa - po utracie Nero, stroniła od jakichkolwiek partnerów. Czasy się jednak zmieniły. Zaś co do Voxa… prawdę mówiąc, nie potrafiła sobie wyobrazić lepszego partnera. Zbyt wiele ze sobą przeszli i zbyt dobrze się znali. Albo po prostu miała słabość do Toa Dźwięku.

- Jeśli Vrex chce zdobyć Zenergizowaną Protodermis - odezwał się Auerieus swoim nowym, lecz brzmiącym staro głosem. Kolejna rzecz, do której przyzwyczajenia się Arctica będzie potrzebowała czasu - to stawka jest zbyt wysoka. Będziemy potrzebowali całej wyspy, żeby się za nami wstawiła, jeśli chcemy to wygrać.

- Co prawda nie obraziłbym się wcale, gdyby całe Artas Nui ruszyło z nami do powstania - powiedział Hserg - ale nie mamy czasu, żeby przekonać tylu ludzi. To nasz ostatni dzień, w którym możemy tu legalnie przebywać. Mieszkańców jest cała masa, nawet jeśli znów się rozdzielimy, nie dotrzemy do każdego…

Arctica zamyśliła się i zaczęła przechadzać w tę i z powrotem, rozważając, jakie mają opcje. Oczywiście, Auerieus miał rację. Nie chodziło nawet o samego Mówcę i jego źródło - potrzebowali mieć po swojej stronie jak najwięcej ludzi z Artas Nui, jeżeli chcieli wygrać i uniknąć wojny domowej na jakąkolwiek skalę po usunięciu Vrexa zza sterów władzy. Lecz faktycznie nie mogli dotrzeć do każdego, czasu było zwyczajnie zbyt mało. Mogli tylko liczyć, że ci, którzy już zdążyli się za nimi opowiedzieć, przekonają też innych, by poparli Toa.

Nie widziała innego rozwiązania. Nie mogli przecież skontaktować się jednocześnie ze wszystkimi mieszkańcami.

Nagle jednak uświadomiła coś sobie. Bardzo możliwe, że jednak mogli.

- To prawda, że Lockette może wysyłać wiadomości do publicznej sieci? - zapytała, zwracając się w stronę konstruktora i jego mechanicznej służącej.

- Zgadza się - potwierdziła Lockette. - Dzięki połączeniu z siecią mogę skontaktować się z każdą osobą, która również ma do niej dostęp. To tworzy duże grono odbiorców.

- Problem w tym - wtrącił Le-Matoranin - że Syndykat zablokował sieć. Nikt, kto nie jest zatwierdzony przez Vrexa, nie wyśle żadnej wiadomości.

- Nie da się złamać jakoś tych zabezpieczeń?

- Szukaliśmy już z Lockette metod, by to obejść - wyjaśnił Phoren. - Na próżno. Jedyny sposób, żeby cokolwiek wysłać, to poświęcić całe dnie na łamanie zabezpieczeń, albo… - umilkł na moment. Oczy za jego goglami się rozszerzyły. - Albo wysłać to bezpośrednio z siedziby Syndykatu.

Każda z zebranych w latarni osób zwróciła głowę ku Phorenowi. Wymienili się spojrzeniami.

- A stamtąd będziemy mieli dostęp do tego, co Syndykat… - wyszeptała Arctica. - Telebimy na budynkach, sterowcach, wszędzie… - Popatrzyła na robota. - Lockette, dałabyś radę to zrobić?

- Nadal będę musiała obejść zabezpieczenia, ale to nie powinno stanowić problemu, kiedy już znajdę się w tamtejszym systemie.

- Dobrze. - Toa Lodu skinęła głową. - Dopilnujemy, by cię tam zabrać.

Aden zlustrował uważnie wzrokiem fioletowo-białą powłokę mechanicznej asystentki Phorena.

- To… interesujące - powiedział. - Z tego co pamiętam, w moim świecie roboty służyły tylko do walki. Coś takiego jak ona było nie do pomyślenia…

Arctica uśmiechnęła się z lekka w odpowiedzi.

- Uwierz, dla nas to też jest niecodzienny widok. Zazwyczaj roboty próbują nas zabić.

- Dobra, tylko nawet jeśli uda nam się wysłać wiadomość do wszystkich na wyspie, co to zmieni? - zauważył Hserg. - Przecież nie powiemy im nic nowego. Co sprawi, że teraz zechcą stanąć po naszej stronie, skoro wcześniej tego nie robili?

Toa Lodu musiała przyznać mu rację. Tyle razy mieli już okazję prosić mieszkańców, by nie odtrącali ich i nie zwracali się w stronę Vrexa. Ci, którzy im ufali, nie potrzebowali słuchać dwa razy. Ale ci, którzy żywili do nich urazę… Toa nie przekonali ich wcześniej i o ile nic nie wymyślą, nie przekonają ich także i teraz. Wiadomość nadana z Kopuły Artas Nui musi być krótka, jeśli nie chcą, by Vrex im przeszkodził. Będą potrzebowali konkretnego, silnego dowodu, który ostatecznie przekona ludność miasta.

Sięgnęła pamięcią do jej konfrontracji z Vrexem na samej górze Wieży Centralnej. Tej samej, w której po raz pierwszy spotkała również Adena. Przypomniała sobie, co sprawiło, że mężczyzna wziął ją za wroga.

- Nagrania z kamer… - powiedziała.

Pozostali popatrzyli na nią ze zdumieniem.

- Kiedy zmierzyłam się z Vrexem w jego gabinecie - wyjaśniła, zanim ktokolwiek zdążył zapytać. - I kiedy zjawił się Aden… Vrex wyświetlił mu nagranie naszej rozmowy, przez co wyglądało to tak, jakbym przyznawała się, że jestem współwinna śmierci Saniis. Może ma więcej takich nagrań. I wśród nich są takie, które pokazują, jaki jest naprawdę. - Skupiła wzrok na Toa Dźwięku. - Zrobimy tak, jak mówił Vox. Obnażymy jego prawdziwą naturę. Dosłownie.

- Jeśli to pomoże - odezwał się Aden - Vrex mówił mi, że dla bezpieczeństwa ma kamery w każdym pomieszczeniu swojej kwatery.

- Więc wśród nich na pewno są takie, które można wykorzystać przeciwko niemu… - powiedziała Arctica, czując w sobie narastającą nadzieję. - Phoren, czy Lockette potrafiłaby uzyskać dostęp do tych nagrań i je rozesłać?

- Jeśli tylko znajdzie się w systemie Kopuły, tak - potwierdził Matoranin. - Do takich rzeczy została stworzona.

- W takim razie czeka nas kolejny szturm na Kopułę, co? - zapytał z rozbawieniem w głosie Hserg. - Oby tym razem poszło lepiej.

Toa Lodu dobrze wiedziała, co ma na myśli. Dwadzieścia dwa lata temu drużyna, w której skład wchodzili również ona i Vox, przedarła się do wnętrza kontrolowanej przez XONOX Kopuły, żeby powstrzymać drony przed inwazją na Artas Nui… co zakończyło się wybuchem wojny z Armią Nowego Świata. Rzeczywiście tym razem powinni mieć nadzieję, że efekt ich szturmu będzie nieco mniej destrukcyjny dla całego wszechświata.

- Na szczęście teraz to ty będziesz miał okazję się wykazać, Hserg - rzucił z lekkim uśmiechem na ustach Vox do Toa Ognia.

- Och, uwierz mi, że z wielką chęcią przetrząsnąłbym tę metalową bańkę Vrexa - odparł wojownik w Arthron. - Ale chyba nie za bardzo się do tego nadaję. To miejsce jest silnie strzeżone. Ostatni raz, kiedy wtargnąłem do takiej twierdzy, miałem miksturę zmieniającą wygląd, a i tak doprowadziłem do wielkiej bitwy. Myślę, że potrzebujemy kogoś, kto może się tam przedrzeć niezauważony…

Na przykład ktoś z Maską Kamuflażu, dokończyła za niego w myślach Arctica. Inni również musieli o tym pomyśleć, bowiem Toa Lodu poczuła na sobie wzrok wszystkich zebranych. Zwróciła głowę ku Voxowi, ich spojrzenia się spotkały. Otworzyła usta, lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Z jakiegoś powodu, nie mogła nic powiedzieć. Vox ją ubiegł:

- Phoren może wyłączyć zabezpieczenia, prawda? - Zerknął na konstruktora.

- Mogę wyłączyć system zabezpieczeń - doprecyzował Matoranin. - Ale nadal pozostaną strażnicy, z którymi trzeba będzie się uporać. Ja tego nie zrobię, Junky i Lockette też nie. Jedyne roboty, które stworzyłem do walki, są teraz w rękach Vrexa.

- Cóż, zawsze można użyć Junky’ego jako przynęty - mruknął Hserg.

- S-Słucham?

- Nie. Ja pójdę - powiedziała Arctica. Hserg mówił prawdę. Z ich wszystkich, tylko jej Kanohi i w pewnym stopniu moce Voxa pozwalały niepostrzeżenie przejść obok zabezpieczeń i strażników Kopuły. Vox był jednak potrzebny w Khakkharze, to właśnie jemu Mówca kazał przyprowadzić pozostałych, w Khakkharze był już także jeden Toa Lodu. Arctica wiedziała, że na nic im się tam nie przyda. Lepiej będzie posłać kogoś, kto uzupełni brakujące ogniwo. - Zabiorę Phorena i Lockette do Kopuły. Hserg. - Spojrzała na mężczyznę. - Pójdziesz z Voxem do stoczni zamiast mnie.

Toa Ognia potaknął. Kobieta zwróciła wzrok ku Voxowi. Domyśliła się, że chce się kłócić, protestować, nie zrobił tego jednak. Wiedziała, że zrozumiał to samo, co ona. Tak będzie najlepiej.

- Musicie wiedzieć - powiedział Phoren - że jeśli mamy zdobyć te nagrania, nasza obecność w Kopule tak czy siak zostanie zauważona. A jak Vrex już dowie się, co robimy, na pewno zechce nas powstrzymać. Trzeba będzie odwrócić jego uwagę, żeby dać nam jak najwięcej czasu.

- Jakaś dywersja? - rzucił Vox.

- Ja się tym zajmę - oznajmił Aden. - I tak mam pewne… osobiste sprawy do załatwienia z Vrexem.

- Na pewno? - zapytał Auerieus, przyglądając się wojownikowi. - To nie jest byle jaki przeciwnik…

- Wiem, do czego Vrex jest zdolny - odparł Aden i rozpostarł dłoń, spoglądając na nią. Pomiędzy jego palcami przeskoczyło kilka drobnych, zielonych błyskawic. - Wydaje mi się natomiast, że on nie wie, do czego ja jestem.

- Dobrze, a co ze staruszkiem? - spytał Hserg, wskazując gestem ręki na Auerieusa. Turaga Plazmy odpowiedział mu gromiącym spojrzeniem, lecz Toa Ognia, być może specjalnie, nie zwrócił na to uwagi. - Jest członkiem Rady. To zbyt ważna pozycja, żeby Vrex go zostawił tylko dlatego, że został Turagą. O ile w ogóle wie, że Auerieus został Turagą. Nie możemy go wziąć do walki.

- Mogę z nim tu zostać - zadeklarowała Galia. - Przy okazji zajmę się pracownią Phorena. Sądząc po tym, jak Vrex już raz próbował go dorwać, pewnie spróbuje napaść to miejsce drugi raz.

- Jesteś tego pewna? - zapytał Toa Ognia, nachyliwszy się ku niej. - Nie masz pojęcia, kogo Vrex może przysłać.

- Proszę cię… - Uniosła skończony miotacz i zwolniła blokadę. Broń wydała z siebie głośne kliknięcie i buchnęła cienkimi strużkami pary z tylnych wylotów. Był to imponujący widok, zobaczyć, jak Vortixx potrafiła przekształcić kilka części zalegających w matorańskim warsztacie w coś, co wyglądało tak, jakby mogło siekać stal laserowymi wiązkami. - Umiem się bronić. - Podbiła kciukiem jeden ze sztyletów, po czym chwyciła go w locie dwoma palcami za boki ostrza, wykonała szybki obrót i złapała za rękojeść. - Poza tym, będę miała Turagę do pomocy. - Wskazała nożem na Auerieusa i wyszczerzyła się.

- Ach, no tak - mruknął Hserg. - Kamień spadł mi z serca…

- Nie lekceważ mnie tylko dlatego, że nagle stałem się od ciebie o połowę niższy, Hserg - powiedział Turaga, poprawiając się na krześle.

- Nie lekceważyłbym cię nawet, gdybyś zmienił się w Robaka Lodowego - odparł Toa. - Po prostu… uważajcie na siebie, dobra?

Zarówno Auerieus, jak i Galia, pokiwali w odpowiedzi głowami.

- W takim razie wiemy już, co mamy robić - oznajmiła Arctica, opierając dłonie na biodrach. - Galia zostanie tu z Auerieusem i będzie bronić pracowni Phorena. Vox i Hserg dołączą do Khakkhary Nui w Czwartym Dystrykcie. Aden odwróci uwagę Vrexa, żebyśmy z Phorenem mogli zabrać Lockette do Kopuły. I, Aden… - Spojrzała na mężczyznę, stojącego po przeciwnej stronie stołu.

- Tak?

Kobieta spuściła wzrok.

- W naszym świecie wierzy się, że Toa nie powinni zabijać… - rzekła. - Ale ty… nie jesteś Toa. Więc… nie musisz się powstrzymywać.

Była świadoma, jak chłodno w tym momencie zabrzmiała. Nie widziała jednak innego sposobu. Na własne oczy była świadkiem, jak Vrex znika w morskich odmętach, ponad dwadzieścia lat temu, co wcale nie przeszkodziło mu sprawować teraz władzy nad Artas Nui. Obawiała się, że jeśli i tym razem pozostawiliby go przy życiu, również znalazłby sposób, by powrócić. Zło, takie jak on, zawsze powracało, a Toa Lodu miała już dość ciągłej walki z tymi samymi twarzami. Najwidoczniej jej towarzysze także, nikt bowiem nie sprzeciwił się jej słowom. Nawet Auerieus, którego reakcji obawiała się najbardziej, milczał.

Aden wpatrywał się w nią długo. W końcu przytaknął.

- Rozumiem. Czy zabicie Vrexa zakończy ten konflikt?

- Samo zabicie Vrexa stworzy tylko jeszcze większy konflikt - powiedziała Arctica. - Potrzebujemy silnej, zjednoczonej wyspy. Dlatego musimy zdobyć te nagrania.

- Święte słowa, siostro - skwitował Hserg. - Kiedy zaczynamy?

- Myślę, że najlepiej będzie zacząć podczas trwających protestów - zaproponował Vox. - Ponoć już wczoraj w mieście coś się działo, ale wydaje mi się, że najwięcej mieszkańców wyjdzie na ulice dziś wieczorem. I to pewnie na nich głównie będą skupiały się Syndykat i Policja Skakdi, co zapewni nam lekką przewagę.

- Wieczorem - zgodziła się Arctica, przytakując. - Więc zostaje nam jeszcze dużo czasu.

- To dobrze się składa - powiedział Phoren. - I tak muszę zmodyfikować zewnętrzną powłokę Lockette, żeby móc zabrać ją do Kopuły. - Obrzucił robota wzrokiem i potarł palcem podbródek. - Szczerze, nie budowałem jej z myślą o transporcie…

- W takim razie wykorzystajmy ten czas, żeby dobrze się przygotować. - Arctica rozpostarła ręce i powiodła spojrzeniem po przyjaciołach. - Niech Wielki Duch będzie z nami. I, Adenie… - Zwróciła się do wojownika. - W cokolwiek wierzysz ty… niech będzie z tobą.

- Skoro to Wielki Duch sprawuje pieczę nad waszym światem - odrzekł Aden - a to właśnie w nim się znalazłem… Mi także przyda się jego pomoc.

Arctica uśmiechnęła się, słysząc te słowa.

- Dobrze - skinęła głową.

Wszyscy wstali od stołu i odeszli w swoje kąty, by na własny sposób przygotować się do nadchodzących wydarzeń. Toa Lodu odetchnęła w duchu, czując, jak wszystkie jej mięśnie się rozluźniają.

W trakcie całej tej rozmowy czuła się, jakby stała w miejscu przywódcy. Nigdy nie widziała siebie w tej roli. Inni traktowali ją jak doświadczoną Toa, to prawda, ale bycie przywódcą zawsze pozostawiono Auerieusowi. Teraz, kiedy został Turagą, Arctica spodziewała się, że coraz częściej będzie jej przypadać zadanie przewodzenia innym. Fakt, zmiana w Turagę na pewno zapewni Auerieusowi większy autorytet, ale oznacza również, że nie będzie on mógł im towarzyszyć w każdej sytuacji. Arctica nadal była Toa w pełni sił. Słuchali jej, bo doświadczenie zdobyte w Radzie uczyniło z niej kogoś w rodzaju mówcy, za kim idą inni.

Miała tylko nadzieję, że jej towarzysze Toa będą lepsi w słuchaniu od członków Rady.

Popatrzyła na Auerieusa, jak odchodzi od stołu i powoli drepcze małymi kroczkami w kierunku Phorena i pozostałych. To było w pewien sposób bolesne, oglądać go w tym stanie. Nie sądziła, by na to zasłużył. Nie dało się ukryć, że zostanie Turagą wiązało się z licznymi przywilejami, ale ograniczenia, jakie z tym przychodziły… Auerieus powinien być pełen siły, mocy, powinien dalej walczyć o dobro tej wyspy. W końcu robił to od samego początku. Arctica dopiero później do niego dołączyła.

Rozpostarła dłoń i utworzyła w niej niewielki zlepek lodowych kryształków, na kształt gwiazdy. Uniósł się w powietrze, emanując błękitnym światłem. Po chwili Arctica zwinęła palce w pięść, a kryształki rozpłynęły się w powietrzu. Nie kosztowało jej to ani krzty energii, lecz dla Auerieusa, w jego obecnej postaci, coś takiego mogło być wyczerpujące. Arctica nie wiedziała, czy byłaby gotowa na takie poświęcenie. On jednak był. Poświęcił część swojej mocy i wypełnił Przeznaczenie, wzywając tych, którzy powinni trwać u jego boku, zawsze. A to, czego nie mógł już dokonać, pozostawił jej.

Podeszła do niego. Nadal było to dla niej dziwne uczucie, patrzeć na niego z góry, kiedy jeszcze wczoraj ich wzrok był na równi. Kucnęła przy Turadze.

- Auerieus, ja… - nie wiedziała, jak zacząć. - Tak mi przykro…

- Niepotrzebnie - odparł mężczyzna. Kąciki jego ust uniosły się w ciepłym uśmiechu.

- To by ci się nie stało, gdybyśmy byli przy tobie od początku… Gdybym ja była przy tobie od początku. Może gdybyśmy razem działali w Radzie, do tego wszystkiego by nie doszło i nie musiałbyś…

- Stało się to, co miało się stać - przerwał jej Auerieus. Zajrzał jej w oczy. - I tak zrobiłem już dość dobrego dla tej wyspy. Na ciebie i tamtych Toa, z kolei, nadal czekają wielkie czyny. Ja byłem już starym i zmęczonym wojownikiem. Nadszedł czas, żeby ktoś inny przejął pałeczkę. Wierz mi, nie mogło paść lepiej, niż na ciebie.

Toa Lodu zamrugała, by pozbyć się zbierających się w oczach łez. Uśmiechnęła się delikatnie.

- Dziękuję, o czcigodny - powiedziała.

- Nie - odparł Auerieus. - Dla ciebie zawsze będę bratem.

- Racja - uśmiechnęła się szerzej Arctica. - Bracie.

Skinęła do Turagi, a ten odwzajemnił gest i odszedł. Wyprostowała się. Poczucie winy, którego, jak sądziła, pozbyła się po rozmowach z mieszkańcami, wróciło ze zdwojoną siłą, kiedy zobaczyła przemienionego Auerieusa. Jednak teraz, kiedy wszystko sobie wyjaśnili, znów mogła odetchnąć.

Teraz, została jej tylko jedna osoba, z którą pragnęła pomówić.

⁎⁎⁎

Vox skończył polerować klingę Rozjemcy. Przejrzał się w srebrzystej powierzchni miecza. Zastanawiał się, gdzie by się znalazł, gdyby historia potoczyła się inaczej. Co by było, gdyby mieszkańcy widzieli w nim bohatera, który pokonał Nero. Czy jego postać zostałaby uwieczniona w kamieniu, tak jak zrobiono to z Malą i Hikirą? Czy dołączyłby do grona sławetnych herosów, podobnie jak wszyscy jego towarzysze, którzy walczyli, tak jak i on?

Niekiedy słyszał, jak przybysze z innych wysp pytali się o niego, gdy przysiadał na skrajach przybrzeżnych budynków, chłonąc dźwięki napływające z portów. Wielu pytało, jednak nikt nigdy do niego nie przychodził. Syndykat dopilnował, aby wszyscy znali Toa, który wywołał wojnę, lecz nie Toa, który ją zakończył.

Rzecz w tym, że nie przeszkadzał mu brak sławy. Właściwie, sam nie wiedział, jak by sobie z nią poradził. Chodziło o coś zgoła innego. Uważał, że nie zasłużył - i nie tylko on, lecz pozostali Toa również - na los, z jakim musieli teraz się zmagać, zwłaszcza po tym, ile zrobili dla Artas Nui. To prawda, że popełnili potem liczne błędy; jednak to nadal oni ocalili tę wyspę. A może nawet i cały wszechświat.

Może jednak tak właśnie miało się stać. Może była to swego rodzaju podróż do samopoznania. Jeśli Zaldiar to wszystko rozplanował, to staruszek musiał być cholernym geniuszem.

Toa podniósł wzrok znad miecza, by ujrzeć podchodzącego do niego Adena. Wojownik przystanął przy nim, wpatrując się przez chwilę w Rozjemcę.

- Coś się stało? - zapytał Vox.

- Och, wybacz. - Aden potrząsnął głową. - Wcześniej, w nocy, kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy, nie miałem dobrej okazji przyjrzeć się twojemu mieczowi. Teraz jednak… wydaje mi się, że gdzieś już go wcześniej widziałem.

Toa Dźwięku spojrzał z powrotem na broń.

- To stary miecz - powiedział. - Wcześniej należał do mojego mentora. Nazywał się Zaldiar.

Aden rozmyślał nad czymś przez moment.

- Hmmm, nie wiem, na ile można ufać mojej pamięci - rzekł - ale nie wydaje mi się, żebym kiedykolwiek słyszał to imię. Może ten miecz tylko jest podobny do jakiegoś, którego kiedyś widziałem. Zauważyłem, że wiele rzeczy z tego świata przypomina te z mojego… Mogę dotknąć? - dodał, wskazując na broń.

Vox, po krótkim wahaniu, podał mu Rozjemcę. Nie sądził, by ktokolwiek mógł kiedykolwiek władać podobnym mieczem. Zdobienia klingi wydawały mu się jedyne w swoim rodzaju, nie wspominając już o kunsztownych ornamentach rękojeści i przyozdabiającym ją niebieskim klejnocie. Toa Dźwięku wątpił, by widział wcześniej cokolwiek równie intensywnie błękitnego i krystalicznego. Lecz jeśli miało to pomóc Adenowi w przywróceniu jego wspomnień - a im w rozwikłaniu tajemnicy Słonecznego Kryształu…

Aden wziął broń w obie ręce. Przymknął oczy, jak gdyby odczytywał jej historię przez sam dotyk. Kilka sekund później otworzył je.

- Nie, to nie to… - powiedział, oddając miecz Voxowi.

- O co chodziło?

- Kiedy Stwórczyni pokonała Niszczyciela i uwięziła go we Wszechkrysztale… - zaczął Aden. - Wymagało to od niej ogromnego poświęcenia mocy. Straciła cielesną formę, a jej esencja została zamknięta w podobnym krysztale. - Pokazał na Rozjemcę. - Ten z kolei został umieszczony na rękojeści podobnego miecza, którego potem przekazano jednemu z Posłańców, Neronusowi.

- Neronus… - Toa zmarszczył brwi. - Brzmi podejrzanie podobnie do Nero.

- Nie da się ukryć - potaknął Aden. - Ale Neronus nie był Toa, należał do mojego gatunku. I… jeśli wierzyć słowom Stwórczyni… nie żyje. A ten miecz nie mógł należeć do niego. Nie wyczułem w nim esencji Aeny. Pewnie zwykły przypadek.

- Zapewne - odparł Vox, choć nie był do końca przekonany. Mruknął. Zamiast dostarczyć odpowiedzi, cała sytuacja wzbudziła tylko więcej pytań. Kolejny problem do rozmyślania na liście, z której nic jeszcze nie ubyło.

- Musiałem się upewnić - powiedział Aden. - Teraz, jeśli pozwolisz… chcę pomedytować przed walką.

- Jesteś pewien, że chcesz walczyć z Vrexem sam? - zapytał Toa. - Pomoc kogoś z nas może być nieoceniona.

- Każde z was ma zadanie do wykonania gdzie indziej. - Aden popatrzył gdzieś w bok. - Z Vrexem muszę zmierzyć się ja. Przynajmniej tyle mogę zrobić dla Saniis…

Vox skinął głową.

- Niech i tak będzie - odparł. - I… wybacz, że kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy, chciałem cię zaatakować. Po prostu… to, co mówiła o tobie Arctica… Trudno było brać cię wtedy za przyjaciela.

- Rozumiem. Ja również żałuję tego, co zrobiłem - odrzekł wojownik w zielono-czarnej zbroi. - Byłem wtedy zdezorientowany. Wszyscy byliśmy.

Toa Dźwięku uśmiechnął się z lekka.

- Nie popełnijmy drugi raz tego błędu.

Aden odwzajemnił mu uśmiech, po czym skinął głową i odszedł. Vox odprowadzał go przez moment wzrokiem. Aden, Posłaniec Przeszłości i Przyszłości. Toa zastanawiał się, czy to właśnie o nim wspomniał mu kiedyś Bajarz podczas ich spotkania przez Kaplicą Onumoko. Z jednej strony, z opowieści Adena wynikało, że był on jednym z pierwotnych Posłańców, Bajarz wspominał zaś o Nowym Posłańcu… bądź Nowej. Z drugiej, Toa nie miał pomysłu, kogo innego starzec mógł mieć na myśli.

Zapamiętał sobie, by następnym razem, gdy się na niego natknie, zapytać go o to. Miał całe pięćdziesiąt procent szans, że Bajarz mu odpowie. I jeszcze mniej, że nie będzie to odpowiedź wymijająca.

Spojrzał z powrotem na swe odbicie w klindze Rozjemcy i wpatrywał się w nie przez krótki moment. Wreszcie schował miecz do pochwy i wstał. Wyszedł z matorańskiej pracowni i zatrzymał się przy okalającej dawną laternę barierce, spoglądając w dal, na miasto. Na niebie kłębiły się chmury, lecz nie tak ciemne i gęste jak podczas wczorajszej burzy. W powietrzu czuć było jeszcze wilgoć po minionej ulewie. Atmosfera była rześka i czysta. Czasami burze były potrzebne.

Kolejny raz przyłapał się na tym, że rozmyśla sam na sam, spoglądając z góry na świat. Weszło mu to już w nawyk. Zaczęło się od jego długiej podróży z Neitu na Artas Nui, kiedy musiał samotnie przepłynąć Wielki Duch wie ile kio morskich. Trenował wtedy swoje moce z nikim prócz fal… i rozmyślał. Od tamtej pory potrzebował od czasu do czasu udać się w jakieś odizolowane miejsce, by zebrać myśli.

Arctice nie zajęło dużo czasu, by go odnaleźć.

- Ciężka noc, co? - zapytała, wyłaniając się z budynku.

Trudno było się nie zgodzić.

- Ciężka noc - odparł Vox.

Podeszła do niego i oparła dłonie na barierce, pochylając się z lekka do przodu i wodząc wzrokiem gdzieś w oddali. Vox zdążył już się przekonać, że on i Arctica mieli ze sobą wiele wspólnego, więc podejrzewał, że też potrzebowała chwili kontemplacji, a to miejsce nadawało się do tego jak żadne inne. Coś mu jednak mówiło, że tym razem było inaczej. Kiedy wzmocnił swój słuch, mógł wychwycić zmiany w jej oddechu i biciu serca. Nie przyszła tu rozmyślać.

Nie musiał czekać długo, żeby rozwiała jego wątpliwości.

- Vox, kiedy powiedziałeś mi, że Nero zginął - spojrzała na niego - naprawdę w to wierzyłeś? Czy powiedziałeś tak tylko dlatego, żebym była spokojna?

Wiedział, że to pytanie musiało kiedyś nadejść. I im dłużej zwlekał z odpowiedzią, tym trudniej jego słowom było przejść mu przez gardło. Minęło kilka sekund, każda kolejna dłuższa od poprzedniej. W końcu Vox odparł:

- Powiedziałem tak, bo sam chciałem w to wierzyć. - Zwiesił głowę i zasępił się. - Nie mogłem znieść myśli, że mógłby powrócić. I wiem, że ty też.

- Rozumiem - powiedziała Arctica. - I rozumiem, dlaczego mi to powiedziałeś. Ale… zniosłabym prawdę. Każdą prawdę.

- Chciałem wyznać ci prawdę - rzekł Toa Dźwięku. - Chciałem wyznać ci wiele rzeczy. Po prostu czekałem… na właściwy moment.

Cały czas czuł na sobie jej wzrok, lecz nie odważył się, by na nią spojrzeć. Zamiast tego, zwrócił oczy ku metropolii. Wpatrywał się w ten sam fragment miasta, z tego samego miejsca, co kilka lat temu, gdy pierwszy raz przybyli do kwatery Phorena. Było to zaraz po ujawnieniu przez Shilasha śmierci Zaldiara z rąk Glavusa. Vox przyszedł tu, by uporać się z myślami o stracie mentora. Arctica też mu wtedy tu towarzyszyła.

Wreszcie przełamał się i spojrzał na nią. Nie znalazł ani krztyny złości czy rozczarowania na jej twarzy. Tylko ciepło. Cały czas się w niego wpatrywała. Choć Phoren wykonał spektakularną robotę, naprawiając maskę kobiety, przy dokładnym przyjrzeniu się nadal można było dostrzec ślad po cięciu, biegnący na ukos Kanohi. Pamiątka po nocy, która mogła potoczyć się zupełnie inaczej. Gdyby tak się stało, Toa Lodu mogłoby tu wcale nie być - ani tu, ani gdziekolwiek indziej. Vox nie wiedział, jak by to wtedy zniósł.

- Kiedy… lata temu, podczas sztormu, wypadłaś za burtę „Chimery” - mówił dalej - myślałem, że zmarnowałem szansę. A gdy teraz, niedawno, leżałaś nieprzytomna po walce z Adenem… myślałem, że zmarnowałem ją po raz drugi.

Przysunęła się do niego. Nieznacznie, ale i tak to zauważył. Potem jeszcze trochę. I jeszcze. Naturalny chłód, jakim emanowało jej ciało, był dla niego jak żar, lecz nie palący. Przyjemny.

- Co sprawiło… - odezwała się do niego szeptem - że mówisz mi to teraz…?

Słyszał bicie własnego serca. Waliło jak szalone. Każde uderzenie było jak uderzenie gongu, które roznosiło się po całym jego ciele. Uspokajał się tym, że Arctica nie mogła tego usłyszeć. Wtedy wsłuchał się w bicie jej serca i odkrył, że waliło tak samo.

- Pomyślałem, że gdyby dzisiejszej nocy coś poszło nie tak… - odparł. - To mogłyby być nasze ostatnie momenty razem. Nie chciałem ich zmarnować.

Teraz stali tak blisko siebie, że ich maski niemal się stykały.

- Żaden moment, który spędzam z tobą, nie jest zmarnowany - powiedziała. Jej oczy uciekły gdzieś w bok. - Ale… nie wiem, czy jestem gotowa. Był tylko jeden Toa, do którego tak się zbliżyłam. I wszyscy wiemy, jak to się skończyło…

Dotknął dłonią jej policzka. Bał się, że Arctica ją odtrąci, lecz nie zrobiła tego. Ponownie zwróciła ku niemu swe oczy. Para niebieskich, jasnych światełek wyglądających zza srebrnej maski. Vox sądził, że nie ma bardziej majestatycznego błękitu od klejnotu zdobiącego Rozjemcę. Jak mógł być tak ślepy, by nie zauważyć, że miał go tuż obok siebie przez tyle lat?

- Obiecuję ci - wyszeptał - że tym razem będzie inaczej.

Jej dłoń zetknęła się z jego. Spoglądali na siebie przez kilka dzikich uderzeń serca. Potem oboje przymknęli oczy, a ich usta powędrowały ku sobie.

Nim się zetknęły, drzwi do pracowni Phorena otworzyły się gwałtownie.

- Pani Arctico, panie Voxie! - zakrzyknął Junky, wychodząc na zewnątrz. - Pan Phoren skończył modyfikację powłoki Lockette. Jest gotowa do drogi!

Vox i Arctica odskoczyli od siebie, jak poparzeni. Stanęli plecami do barierki, chowając ręce z tyłu. Toa Dźwięku zobaczył, jak jego towarzyszka oblewa się rumieńcem. On sam poczuł falę gorąca zalewającą mu twarz. Bicie serca powoli się uspokajało.

- Och. Przepraszam. - Junky przekrzywił głowę. - Mam nadzieję, że w niczym nie przeszkodziłem…

- Nie, my tylko… - odparł zmieszany Vox. - Przekaż Phorenowi, że zaraz będziemy.

Robot potaknął, po czym zniknął za drzwiami do pracowni. Toa Dźwięku i Lodu wymienili się spojrzeniami. Arctica uśmiechnęła się, chowając usta za kołnierzem. Już miała zmierzać w stronę wejścia do latarni, kiedy Vox złapał ją za rękę, zatrzymując. Zerknęła na niego. Skinieniem głowy dał jej znać, by została. Zgodziła się, uśmiechając się szerzej.

W końcu, nic nie stało na przeszkodzie, by zostali sam na sam jeszcze przez parę chwil.

⁎⁎⁎

Kyre wzięła głęboki oddech. Wiatr wiejący od strony morza owionął jej twarz. Chłód wywołał dreszcz na jej plecach, gdy sięgała tam po swoją kuszę.

Stała na górnym pokładzie statku przeistoczonego w twierdzę Khakkhary. Wokół niej, pod burym niebem, jak okiem sięgnąć rozpościerał się pejzaż starych zabudowań opuszczonej stoczni. Pośród szarości chmur, pozostawionych hal montażowych, kontenerów i kadłubów, powiewały czerwone chorągiewki - jej cele. Przed nadciągającym starciem, Ga-Matoranka postanowiła pokonać niewielki tor treningowy, sprawdzający jej celność, by dobrze się przygotować. Albo by zapomnieć na moment o stresie i nie myśleć o nadchodzących wydarzeniach. Może jedno i drugie. Kyre nie była jeszcze do końca pewna.

Zadarła głowę, kierując wzrok ku dźwigom w kolorze brudnej zieleni, znacznie wyższym niż pozostałe budowle. Z daleka wyglądały jak swego rodzaju korona, lub, w zależności od humoru, podwinięte odnóża martwego Pająka Szybowego. Na ramieniu najwyższego z nich, który górował nad całą stocznią, przeczepiona była jedna z chorągiewek. Znajdowała się ze wszystkich najwyżej, Kyre więc postanowiła zostawić ją sobie na sam koniec.

Ustawiła się w odpowiedniej pozycji i odbezpieczyła kuszę, umieszczając palec w pobliżu spustu. Wzięła jeszcze kilka oddechów, po czym ruszyła.

W biegu, wycelowała i strzeliła w chorągiewki naprzeciwko statku. Energetyczne bełty przemknęły przez powietrze i rozpruły czerwony materiał. Matoranka nie chybiła, podczas biegu nie było jednak czasu na radość z celnych strzałów. Dotarła do końca pokładu i przeskoczyła przez reling, gdzie dwie liny rozciągnięte nad ziemią łączyły statek z budynkiem nieopodal. Zaczepiając się o nie ostrzami wystającymi z boków kuszy, przejechała po linach na drugą stronę i znalazła się na dachu starej montowni. Otaczały ją kolejne chorągiewki.

Oddała strzały i pobiegła dalej, w stronę dźwigów. Przebierając nogami, posyłała kolejne bełty w rozmieszczone dalej i bliżej cele, nie pudłując ani razu. Dopadła do żurawia i zaczęła wspinać się po jego ramie. W połowie wysokości, przeskoczyła na drugi, ten najwyższy, chwytając się stalowych prętów. Pięła się dalej w górę, aż dotarła do ramienia. Przebiegła po nim do końca i zeskoczyła, rzucając się w dół. Pod sobą miała widok na całą stocznię, nawet na miasto w oddali. Taki widok z łatwością mógłby oszołomić, ale nie ją. Była dobrze wyćwiczona. Zobaczyła już, że prawidłowo wymierzyła skok i leciała w stronę statku, z którego rozpoczęła bieg. Teraz musiała tylko trafić w ostatni cel.

Przeszywając powietrze, Kyre obróciła się do góry nogami, przymknęła jedno oko i wycelowała z kuszy. Czerwona wiązka pomknęła ku chorągwi na ramieniu żurawia. W kolejnej sekundzie zostały z niej tylko strzępy, które odfrunęły w nieznane wraz z wiatrem.

Kyre obróciła się raz jeszcze w powietrzu i złapała mocno za poręcz relingu statku. Przeskoczyła przez niego, znajdując się na pokładzie. Niemal natychmiast wymierzyła odruchowo z kuszy w postać, która tam stała.

Dopiero do chwili dotarło do niej, kogo widzi - wysokiego mężczyznę, całego w czerwieni i z maską z czarnymi goglami. Błyskawicznie wyprostowała się, chowając broń.

- Mówco - odchrząknęła.

Starała się nie dyszeć, by nie okazać zmęczenia, lecz i tak dało się łatwo dostrzec, że ją dopadło. Jej pierś intensywnie unosiła się i opadała, serce waliło jak młot, a wizjer Kaukau zaczął parować od potu.

- Imponujący pokaz umiejętności - rzekł Mówca, nie racząc jej nawet spojrzeniem, tylko patrząc gdzieś w dal. Przynajmniej na to wskazywała jego postawa. Kyre tak naprawdę nie wiedziała, co kryło się za czarnymi szkiełkami w miejscu oczodołów hełmu mężczyzny.

- Dziękuję - powiedziała. - Chcę się dobrze przygotować, na wypadek walki z Nuvokah.

- Rozumiem. I pochwalam - odparł Mówca. - Ale potrzebuję was w najwyższej formie przez cały czas, nie tylko w obliczu zagrożenia. Muaka używa pełni swoich sił nawet w pogoni za Pokawi.

Matoranka potaknęła powoli.

- Tak jest. Rozumiem.

Nie wyglądało na to, że Mówca miał zamiar odejść, nie podejmował też jednak dalszej rozmowy, więc Kyre odwróciła się od niego i podeszła do relingu. Spojrzała w dół, na żołnierzy Khakkhary ćwiczących na placu treningowym przed bazą. Zobaczyła wśród nich wiele znajomych twarzy, Toa Izakiego, Jhotunna… Był tam też Asiro.

Kyre poczuła dziwny uścisk w gardle. To przez nią Matoranin znalazł się w szeregach organizacji. Jego obecność tu była też dowodem jej przynależności do grupy. Z czasem jednak dziewczyna zaczęła się zastanawiać, czy podjęła dobrą decyzję. Kiedyś zrobiłaby wszystko w imię rewolucji, teraz jednak… Ile to już stoczyli walk, a jednak wskórali tak niewiele. Bywały takie dni, kiedy Kyre nie była pewna, czy tym wszystkim zbrodniom, które popełnili, rzeczywiście przyświecał szlachetny cel. Chęć uczynienia tego miasta lepszym. Czy też może ich przywódca coś przed nimi ukrywał.

Mówca się do niej zbliżył. Towarzyszyło temu uczucie niepokoju i strachu, nadchodzące z każdym jego pojawieniem się, ale Matoranka zdążyła już do tego przywyknąć.

- Wyczuwam w tobie zmartwienie, Kyre - powiedział lider Khakkhary. - Coś cię trapi?

Ga-Matoranka długo nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć.

- Nie, ja tylko… - zaczęła niepewnie. Nie odważyła się spojrzeć na Mówcę. Nie wiedziała też, czy on na nią patrzy. - Zastanawiam się. Mówco, czy faktycznie wszystko to, co robimy, robimy po to, żeby zmienić tę wyspę na lepsze?

- To pytanie, które sama sobie musisz zadać - oznajmił mężczyzna.

Była tego w pełni świadoma. Nie potrafiła zliczyć razy, kiedy je sobie zadawała. Niemal każdego dnia od momentu tamtej rozmowy z Voxem. Nie tej, którą przeprowadzili trzy lata temu podczas zamieszek, choć ta również zapadła jej w pamięć. Ta, którą miała na myśli Kyre, miała miejsce jeszcze wcześniej, przed wojną, zaraz po walce z Czarnymi Kłami w starej siedzibie Gildii Matoran. Powiedziała wtedy, że jest zmęczona tym wszystkim i chciałaby, żeby nikt nie musiał już ze sobą walczyć, żeby wszyscy ze sobą pracowali. Żeby było jak dawniej. Lepiej.

Pamiętała, że Vox odrzekł jej, by zrobiła wszystko, co w jej mocy, aby tak się stało. Potem wielokrotnie wracała myślami do tamtego dnia, zadając sobie pytanie, które padło i teraz.

- Wiem, że ja robię - powiedziała wreszcie.

- I ta odpowiedź musi ci wystarczyć - odrzekł Mówca.

Pokiwała głową. Nie powinna była liczyć na nic więcej.

Przez dłuższy czas żadne z nich się nie odzywało. Nagle Kyre zauważyła, że niepokój ją opuścił. Spojrzała w miejsce, gdzie stał Mówca i odkryła, że zniknął. Nie zdziwiło jej to. Prawdę powiedziawszy, mogła się tego spodziewać.

Zwróciła wzrok na powrót ku placowi treningowemu, przyglądając się ćwiczącym na nim rewolucjonistom i chłonąc napływające z ich strony dźwięki. Po pewnej chwili, która dla Kyre trwała nie wiadomo jak długo, odeszła od relingu. Postanowiła rozwiesić kolejne chorągiewki i jeszcze raz pokonać tor.

⁎⁎⁎

Klang-klang.

Odgłos narzędzi uderzających o rozgrzany metal wypełnił halę fabryki. Toro wytarł pot z szarej Komau. Choć był Ta-Matoraninem, gorąco bijące z rynny ze stopioną Protodermis biegnącej przez środek linii montażowej było uciążliwe nawet i dla niego. Podniósł na moment wzrok znad narzędzi, by powieść nim po robotnikach. Podobnie jak on, każdy z nich pracował w pocie czoła. Nuukor, Aparu, cała reszta, wszyscy harowali przy linii, zajmując się obróbką gorącego żelastwa, cięciem lub nitowaniem, niektórzy też krzątali się przy kadziach z Protodermis. Ich pracy przyglądała się uważnie Skakdi Laisha, chodząc wolnym krokiem od stanowiska do stanowiska.

Fabryka wyglądała tak, jakby nigdy nie doszło do żadnego spotkania z Hsergiem, który namówił ich do wystąpienia przeciw Vrexowi. Jakby nikt z nich nie poparł Toa ani nie dołączył do niego w długiej wędrówce po innych zakładach Piątego Dystryktu, by namówić do tego samego matorańskich pobratymców. Kiedy dzisiejszego ranka robotnicy zjawili się w fabryce, Laisha już na nich czekała, ale nie skomentowała w żaden sposób wczorajszych wydarzeń. Wszyscy poszli na swoje stanowiska, rozpoczęła się praca. Taka sama jak każdego dnia, odkąd Toro sięgał pamięcią, odkąd postawił stopę w tym miejscu po raz pierwszy.

Dziś jednak miało być inaczej.

Klang-klang. Toro poczuł, jak coraz bardziej się poci, bynajmniej nie tylko z powodu temperatury w hali. Czuł też przyspieszone bicie w piersi. Ekscytacja była trudna do opanowania, podobnie jak towarzyszący jej stres. Wiedział, że to, co miało się za chwilę wydarzyć, całkowicie zmieni jego życie i z trudem trzymał emocje na wodzy. Potem popatrzył na Nuukora pracującego nieopodal po przeciwnej stronie linii montażowej. Poczciwy stary Matoranin odpowiedział mu spojrzeniem. W jego oczach było coś, co uspokoiło na moment Toro. Wzrok Nuukora miał to w sobie, że potrafił podnieść go na duchu. Podnieść ich wszystkich.

Klang-klang. Dźwięki robotników jeszcze raz rozbrzmiały w zakładzie. Wtem, wszystko ucichło. Na znak Nuukora, Matoranie odłożyli narzędzia na swoje miejsca. Nastała cisza, tak bardzo niespotykana w tym miejscu. Toro mógł słyszeć własny oddech.

Przerwa w pracy nie umknęła uwadze Laishy. Kobieta stanęła i zaczęła rozglądać się wokół, jakby nie do końca wiedziała, co się dzieje.

- Co do… - wymamrotała, a potem huknęła: - Wracać do pracy!

Jej głos był jak ostra piła tnąca ze zgrzytem o metal. Nikt się jednak nie zląkł, a przynajmniej nie okazał tego. Nawet Toro. Wszyscy trwali w miejscu, jak przedtem, a pozostawione narzędzia leżały obok nich. Matoranin w Komau z trudem opanowywał drżenie rąk i nóg, ale wtem napotkał wzrok Nuukora. Stary robotnik skinął mu głową, nieznacznie, ale Toro dodało to odwagi. Odwzajemnił skinienie.

Laisha dobyła pejcza zawieszonego przy pasie. Bicz zaświecił się jaskrawym oranżem, skwiercząc energią.

- Powiedziałam - warknęła przez zęby, zbliżając się do jednego z robotników - wracać do pracy!

- Nie.

Toro nie wiedział nawet, kto się sprzeciwił. Nie było to ważne. Każdy z nich chciał powiedzieć to samo. W jednym momencie, wszyscy robotnicy zwrócili się ku Skakdi. Dziesiątki zmęczonych twarzy, niekoniecznie od pracy, a od wyzysku i braku nadziei. Teraz malował się na nich także ogień buntu, rozpalony przez Toa.

Twarz Laishy zdawała się zmieniać barwę z granatowej na wściekły szkarłat.

- Jak śmiecie… - zasyczała jak wąż.

- Mamy już dość wyzysku, dość Vrexa! - odkrzyknął któryś z Matoran.

- Jeśli Vrex chce pozbyć się Toa, straci i nas! - dołączył się kolejni.

Inni im zawtórowali. Uniesione głosy zaczęły napierać na Laishę, Toro jeszcze nigdy przedtem nie widział czegoś takiego. Zakazianka sprawiała wrażenie, jakby faktycznie się ich bała. Cały czas mieli możliwość sprzeciwienia się jej i jej mocodawcom, a jednak dopiero teraz odważyli się po nią sięgnąć. Może to i dobrze, że Vrex ogłosił plan wydalenia Toa z miasta. Gdyby Hserg tu nie przyszedł z propozycją wzajemnego wsparcia, pewnie dalej zaharowywaliby się w tej fabryce na śmierć Mata Nui wie jak długo…

Zwężone w wąskie szparki pomarańczowe oczy Laishy tryskały jadem.

- Gorzko tego pożałujecie… - Uniosła rękę z biczem, gotowa smagnąć najbliższego z robotników.

Nagle rzucili się na nią. Stając w obronie swojego pobratymca, Matoranie naparli na Skakdi, wyrywając pejcz z jej rąk i owijając go wokół niej. Krzyczała i wierzgała, ale nie mogła użyć swoich mocy, by ich zatrzymać - nie, jeśli nie chciała ich zranić i uczynić niezdolnymi do pracy. Uszczerbek na zdrowiu jednego robotnika nie był problemem, problemem było zranienie całej grupy. Byli narzędziami, to prawda, ale zbyt cennymi, by pozbawić się ich tak wielu. Laisha o tym wiedziała, i oni też.

Spętaną i odgrażającą się nadzorczynię wrzucili do pustej kadzi Protodermis. Wszyscy zebrali się na środku hali, wokół Nuukora. Toro nadal nie mógł uwierzyć, że to się dzieje. Był pewien, że za chwilę to, co się wydarzyło, okaże się snem i będzie musiał wrócić do ponurej rzeczywistości, pracując dalej w fabryce bez cienia nadziei. Jednak zebrani wokół niego Matoranie, ich spojrzenia i wypięte piersi byli realni jak nigdy. To nie mógł być sen.

Robotnicy popatrzyli z wyczekiwaniem na Nuukora, jak na przywódcę stada. Ten uśmiechnął się do nich ciepło i machnął ręką w stronę wyjścia z zakładu.

- Za mną, bracia - powiedział.

Wspólnie ruszyli i opuścili fabrykę, wylegając na ulicę. Po chwili zaczęli do nich dołączać inni pracownicy z całego dystryktu. Razem zaczęli marsz ku lepszej przyszłości.

Toro czuł, że dzisiejsza noc przejdzie do historii Artas Nui.

Rozdział 12[]

Noc przykryła Artas Nui całunem mroku.

Telebimy i neonowe szyldy rozświetlały ciemność. Zazwyczaj o tej porze w metropolii rozpoczynało się nowe, nocne życie - tym razem jednak miejskie ulice były wyjątkowo spokojne. Chociaż, nie - to, że pojawiało się na nich mniej mieszkańców, niż zazwyczaj, nie świadczył wcale o spokoju. Fakt, iż na większości telebimów wyświetlana była właśnie postać lidera Syndykatu, mógł mieć z tym coś wspólnego. Przestrzeń na ulicach miasta wypełniły dźwięki jego orędzia:

Mieszkańcy Artas Nui! Toa są wrogami miasta. Każdy, kto ich wspiera, zostanie pociągnięty do odpowiedzialności. Nie dajcie się omamić ich kłamstwom i pozostańcie wierni jedynej słusznej władzy - Rady Artas Nui i Syndykatu!

W jednej z dzielnic, pewien Bo-Matoranin odbierał właśnie skrzynie z zaopatrzeniem od le-matorańskiego handlarza. Ruch uliczny, tam, gdzie nie osłabł, przesuwał się wolno, ze względu na trwające na całej wyspie marsze protestujących - to ich dotyczył wyświetlany komunikat. Załadowując towar na wózek zaprzęgnięty w Ussala, błękitno-zielony Matoranin popatrzył na zawieszony wysoko na pobliskim wieżowcu ekran z Vrexem.

- Naprawdę podziwiam tych ludzi, że chce im się protestować - powiedział. - Ale czy to naprawdę może coś zmienić? Ile to już było takich marszów, i dalej nic…

- Myślę, że teraz będzie inaczej - odparł Le-Matoranin. - Słyszałem, że tym razem wszyscy Toa wracają na wyspę.

Całej rozmowie przysłuchiwał się skryty w cieniu bocznego zaułka Asiro, z czerwoną opaską Khakkhary schowaną pod płaszczem.

- Toa? - spytał Bo-Matoranin. - W takim razie kto wie, może w końcu da się… - Nie dokończył, zamarły w połowie ruchu ładowania skrzyni na wózek. Z tym że nie było już żadnego wózka. Coś wielkiego i ciemnego, co nadleciało nie wiadomo skąd, zmiażdżyło go przy lądowaniu. Ussal Matoranina zwinął się ze strachu.

Mężczyzna z rozdziawionymi ustami zadarł głowę. Wypuścił z rąk skrzynię, ujrzawszy gigantyczną sylwetkę Nuvokah. Maszyna zwróciła ku niemu swój pozbawiony twarzy łeb.

- Współrzędnie lądowania zostały skorygowane. Dziękuję za pańską współpracę.

Nie czekając na odpowiedź Matoranina, robot ugiął nogi i wystrzelił w powietrze, lądując kilkanaście bio dalej, po czym wykonał kolejny skok, znikając gdzieś za rogiem. Asiro rozpoznał, że maszyna zmierzała w kierunku mostu do Czwartego Dystryktu - ku stoczni. Po chwili w zaułku, w którym skrywał się Matoranin, nie było już nikogo. Przedzierając się przez kręte uliczki drogą znaną tylko sobie, Asiro pędził na złamanie karku, by dotrzeć do doków i ostrzec wszystkich, nim będzie za późno.

⁎⁎⁎

Wyglądanie z Wieży Centralnej na metropolię Artas Nui po raz kolejny utwierdziło Vrexa w przekonaniu, że najpiękniejszą rzeczą w tym widoku nie było to, jak za dnia horyzont rozciągał się bez końca na wszystkie strony, ani to, jak w nocy miasto migotało miliardem światełek, przypominających brylanty będące na wyciągnięcie ręki.

Nie, najpiękniejszą rzeczą w widoku miasta było to, że je posiadał. Było jego do czerpania zysków, kontrolowania, trzymania. Już zawsze będzie tylko na jego własność. Zupełnie tak, jakby posiadał część świata. W oczach niektórych, posiadał nawet cały świat.

Moment ten stanowił ucieleśnienie jego marzeń i ambicji. Był dowodem na to, że osiągnął cel, jaki sobie wyznaczył, dawno temu, kiedy jeszcze wiódł strudzone życie górnika. Wszystko to zdobyte dzięki ciężkiej pracy, niezłomnemu intelektowi i licznym zasługom. Ileż by dał, by móc zobaczyć wyraz twarzy jego matorańskich braci, kiedy dowiadują się, gdzie zaszedł. Chociaż, osiągnął tyle, że musiało im się to obić o uszy.

Oczywiście, po drodze nie obyło się bez porażek. Broń klimatyczna, która doprowadziła do skucia lodem całego Szóstego Dystryktu. Karanak. Soundrone. Nawet drony, mimo początków sukcesów, ostatecznie okazały się porażką. Nie były to mocne punkty w jego karierze. Ale odniósł też liczne sukcesy. Exo-Hagah. Wzmacniacz Myśli. Super-Zbroja. Jeśli wszystko pójdzie tak, jak oczekiwał, również Nuvokah. Sam fakt, że mógł obecnie spoglądać na całe miasto z góry, i że trzęsło się ono pod uciskiem jego pięści, był jednym wielkim sukcesem. Teraz, z pomocą Glavusa, czekały go kolejne.

Najpierw, jednakże, należało się odpowiednio przygotować. Vrex wiedział, że Toa mu na to pozwolą. W pewnym sensie podziwiał ich za to. Nienawidził Toa, ale nie oznaczało to wcale, że nie miał do nich szacunku. Doceniał to, jaką rolę odgrywali w tym świecie. W początkowych latach Artas Nui zawarł z nimi układ, pozwalając im osiedlić się na wyspie, o ile nie będą się wtrącać w jego interesy. Byli świadomi jego pozycji i zgodzili się. Zresztą, on sam nie prowadził wtedy żadnej szkodliwej działalności. Ot, zwykłe poszerzanie wpływów i przejmowanie kolejnych części metropolii. Nic, co zagroziłoby bezpieczeństwu Matoran i pozostałych mieszkańców.

Lecz kiedy przyszła pora na wprowadzenie w życiu planu stworzenia armii dronów, Toa nie wahali się, by go powstrzymać. Vrex odniósł wtedy sromotną porażkę. Spędził lata na dnie morza, przykryty warstwą złomu, który przylgnął do niego po uszkodzeniu zbroi podczas walki. Tylko systemy podtrzymujące życie pancerza pozwoliły mu przetrwać do czasu, aż odnaleźli go ludzie Glavusa. Potem potrzeba było kolejnych lat, by odseparować od niego przytwierdzone szczątki, monument jego porażki, i zmniejszyć defekt zbroi na tyle, żeby umożliwić mu normalne funkcjonowanie w jak największym stopniu.

Ktoś inny po tak długim czasie straciłby całą wcześniejszą władzę. Potęga, na którą pracował latami, utracona w całości. Vrex jednak dobrze się zabezpieczył, zostawiając Syndykat w odpowiednich rękach. Pozwoliło mu to powrócić jak król i zasiąść na czele świetnie przygotowanej i prosperującej organizacji.

Zabezpieczenie było kluczem do odniesienia sukcesu.

Teraz miało być nie inaczej. Choć, Vrex musiał przyznać, zebranie przez Toa tak ogromnego wsparcia było godne podziwu. Matoranin spodziewał się, że wojownicy będą stawiali opór - tak jak robili to wcześniej ich poprzednicy - protesty na taką skalę to jednak coś, czego jeszcze nie widziano w historii Artas Nui. Nie, żeby miało to jakiekolwiek znaczenie. Wysłał już odpowiednie służby, by zajęły się stłumieniem marszów. Najwyższy czas pokazać krnąbrnym mieszkańcom cenę za ciągłe trzymanie się przestarzałych wartości Trzech Praw i Kodeksu Toa. Od teraz na wyspie obowiązywało tylko jedno prawo - jego prawo. A gdy wybije północ, będzie mógł także pozbyć się z wyspy Toa, potem Khakkhary, Phorena i wszystkich, którzy mogliby stanąć na drodze w drożeniu w życie planu.

Godzina zero się zbliżała, a wraz z nią zbliżał się kolejny sukces.

To było na pewien sposób urocze, patrzeć, jak Toa myślą, że mogą go zastąpić. Że będą w stanie sprawować władzę bez jego udziału. Nie mieli pojęcia, co przed nimi ukrywał, co czaiło się w głębinach pod tą wyspą, przed czym ich bronił. Byli zbyt krótkowzroczni. Vrex spoglądał znacznie dalej w przyszłość. Gdyby tak nie było, nie zaszedłby tak daleko.

Pamiętał liczne poświęcenia, które go tu doprowadziły. Zniszczenie jednej trzeciej Artas Nui doprowadziło do ogromnych strat, i choć naprawy postępowały bardzo szybko, były również kosztowne. Samo spoglądanie na wyspę - jego wyspę - stojącą w ogniu, sprawiało mu ból. Stłumił jednak to uczucie. Wiedział, że tak trzeba. Zamierzał dopilnować, by poświęcenia nie poszły na marne.

Dochodziły do tego jeszcze różne pomniejsze sprawy, takie jak obietnica leku dla Blaze. Vrex oczywiście nie zamierzał jej spełniać. Nawet go nie posiadał. Lekarstwa na tę przypadłość Ehali były niezwykle rzadkie i sprowadzenie ich na wyspę kosztowałoby krocie. Łowczyni zwyczajnie nie była tego warta. Zresztą, i tak nie będzie miało to już żadnego znaczenia, kiedy robota zostanie wykonana. Nie będzie potrzebował już żadnych Mrocznych Łowców, kiedy Toa i wszyscy inni jego wrogowie znikną z Artas Nui, a on przejmie całkowitą kontrolę nad wyspą. Potem zaś, kiedy plan Glavusa się ziści… kto wie, jak daleko sięgnie jego władza.

Syntetyczny głos Sockette, który rozbrzmiał nagle w komunikatorze, wyrwał go z zadumy.

- Panie Vrex, Aden zjawił się u głównej bramy.

Aden. Ostatnia składowa planu. Szczerze mówiąc, Vrex zamierzał odszukać i pojmać go później. Nie spodziewał się, że mężczyzna przyjdzie tu sam, z własnej woli. Stwarzało to pewne ryzyko. Co prawda na Adena czekał już cały oddział Nuvokah zaraz przy wejściu, samo jego zjawienie się jednak świadczyło, że Toa coś szykują.

- Pozwól mu wejść - rozkazał służce. - Nuvokah się nim zajmą.

Zawahał się, czy nie wdrożyć swojego planu awaryjnego, polegającego na zabiciu Turagi Arkina. Miał już przygotowane sfabrykowane dowody, by obarczyć za to winą Toa. Pozbycie się starca przysporzy mu potem problemów - Vrex nie chciał usuwać z planszy swojej marionetki, w dodatku takiej, która tak dobrze odgrywała swoją rolę. Lecz nie będzie miał innego wyjścia, jeśli plan pójdzie nie po jego myśli.

Musiał się zabezpieczyć. Zabezpieczenie było kluczem do sukcesu.

Wywołał na komunikatorze doradcę Turagi.

- Kronikarzu Rennihk - powiedział. - Mam do ciebie pewną sprawę...

⁎⁎⁎

Wyrzeźbiona na kształt matorańskiej twarzy brama Kopuły otwarła się z hukiem.

Aden stanął w wejściu z miastem bijącym opalizującym światłem zza jego pleców. Zastanawiał się, jak musiał wyglądać dla Nuvokah ustawionych pod bocznymi ścianami mrocznego korytarza - drobna sylwetka tkwiąca w prostokącie jasności. Coś podłużnego, ostro zakończonego i lekko zakrzywionego odstawało z jego rąk na boki, z iskrami skaczącymi po zielonej, zewnętrznej części ostrzy. Błyskawice nie rzucały cienia, lecz były tak samo realnego jak jego tonfy, tak samo realne jak on sam oraz to, po co tu przybył.

- VREX!!! - zaryczał.

Lufy dział Nuvokah skierowały się w jego stronę. Jeden po drugim, roboty zaczęły się do niego zbliżać, korytarz zdawał się trząść przy każdym ich kroku. Wrota za wojownikiem zamknęły się, pogrążając wnętrze na powrót w ciemności.

- Wykryto wrogie zamiary - zadudniła jedna z maszyn. - Odłóż broń!

Aden obserwował, jak otaczają go dwukrotnie wyższe od niego, kilkutonowe monstra z czarnego metalu. Serce waliło mu jak szalone dzikim rytmem, pod hełmem słyszał własny przyspieszony oddech. Czas, który Nuvokah dawały mu na złożenie broni, pomału dobiegał końca. Działa maszyn zaczęły się obracać, szykując się do wystrzału. Aden mógł wyczuć narastającą w nich energię. Uspokoił sam siebie, że to co za chwilę nastąpi, nie będzie niczym się różniło od bitwy stoczonej z bestiami Legionu pośród Czarnych Szczytów. Z tym że teraz nie będzie miał innych Posłańców do pomocy. Tę walkę musiał stoczyć sam.

Nie. Wcale nie był sam. Saniis cały czas trwała u jego boku. Mógł niemal ją zobaczyć, dostrzec, jak uśmiecha się do niego dziarsko i kiwa głową, by dodać otuchy.

„Do dzieła, Iskierko.”

Kiedy pierwszy z energetycznych bełtów ku niemu pomknął, był już na to gotowy. Wystawił lewą tonfę bokiem przed siebie, uginając kolana. Wiązka odbiła się od płaskiej części ostrza i pomknęła ku innemu Nuvokah. Głowa maszyny eksplodowała ogniem i odłamkami szkła. Kolos z metalu zatoczył się do tyłu, pozwalając Adenowi przebiec między jego nogami. Wojownik puścił się biegiem do windy. Nuvokah były dla niego tylko przeszkodą - prawdziwy cel czekał na niego na szczycie wieży wieńczącej Kopułę.

Pozostałe działa wypluły ku niemu salwę ognia, lecz mężczyzna zdążył już znaleźć się dziesięć bio dalej. Nie przerywając ostrzału, działa obróciły się ponownie, rozrywając pociskami kawałki podłogi, ścian i sufitu, próbując go namierzyć. Więcej Nuvokah pojawiło się w korytarzu, zasypując go laserowymi boltami. Kiedy zagrodziły mu drogę, Aden wślizgiem wjechał pomiędzy nogi jednej z maszyn. Celował w słabe punkty - nawet jego ostrza nie mogły przeciąć pancerza Nuvokah. Przypomniał sobie Saniis walczącą w wizji. Trafił w siłowniki kolana maszyny, zmuszając ją do upadku.

Już miał się podnosić, kiedy inny Nuvokah podbiegł do niego, smagając go bokiem działa. Adenowi zadzwoniło w uszach. Odepchnięty siłą ciosu, uderzył o Nuvokah za jego plecami. Machina pochwyciła go w toporną dłoń prawej ręki i uderzyła o ziemię.

Na podłodze pod Adenem rozbiegła się siatka pęknięć. W jednym momencie całe powietrze zostało wyparte z jego płuc. Jeśli przedtem uważał, że to Bane jest silny, Nuvokah przewyższały go po stokroć. Wciąż na niego naciskając, robot wycelował w mężczyznę z działa. Aden w ostatniej chwili zdołał uwolnić lewą rękę, tnąc w trzymającą go kończynę. Pogrom błyskawic przemknął po ciele Nuvokah. Maszyna rozluźniła uścisk. Aden nie zamierzał marnować okazji.

Wybił się w górę, wirując i odbijając kolejne pociski. Było ich zbyt wiele. Jeden trafił przedramię, inny w bark. Krew rozprysła w powietrzu.

Opadając, Aden ciął w powłokę najbliższego Nuvokah, ale na nic się to nie zdało - pancerz był w tym miejscu zbyt gruby. Dotknął ziemi i przeturlał się po niej, cudem unikając laserowych wiązek. Ruszył biegiem ku najbliżej stojącej maszynie. Nie przestawała strzelać, lecz im bardziej się zbliżał, tym trudniej było go jej trafić. To była jego szansa.

Wykonał silniejsze cięcie, wzmocnione mocą błyskawicy. Zielona pręga zalśniła na ciele robota, głowa została przecięta na pół. Nuvokah runął na podłogę, lecz wtem następny pocisk trafił w ziemię tuż obok Adena, rozbryzgując na boki fragmenty posadzki.

Mężczyzna miał tylko ułamek chwili, by spojrzeć na przeciwnika, nim nadciągnął ku niemu kolejny bełt.

⁎⁎⁎

Wewnątrz Kopuły rozgrywało się piekło, lecz ulice na zewnątrz były zaaferowane czymś zgoła innym.

Klang-klang robotników dochodziło nie od narzędzi uderzających metal, a od kroków ich opancerzonych stóp niosących się przez miasto. Toro, Aparu i inni pracownicy fabryki szyn jako pierwsi wyszli na ulice Piątego Dystryktu, zabierając ze sobą po drodze innych z każdego mijanego zakładu i dalej, z głębi dystryktu. Tuziny umorusanych Matoran dołączały do zwartej ciżby, maszerując główną ulicą dzielnicy przemysłowej i blokując drogę zautomatyzowanym pajęczym transporterom. Z sercami pełnymi nadziei i dumnie wypiętymi do przodu piersiami, robotnicy weszli na most prowadzący do głównej części miasta, z nikim prócz morza do towarzystwa.

W Pierwszym Dystrykcie przyłączyły się do nich inne grupy. Marsze takie jak ten odbywały się teraz w całym Artas Nui, paraliżując Syndykat. Całe tłumy mieszkańców - Matoran i nie tylko - wychodziły na ulice, chcąc wyrazić swój sprzeciw wobec decyzji Vrexa. Ruch uliczny został całkowicie wstrzymany - wszystko, by zrobić miejsce dla protestujących. Nie rozbrzmiewał żaden dźwięk, tylko kroki demonstrantów i skandowane przez nich hasła. Wysoko nad głowami Toro i jego pobratymców przemknął sterowiec, jego basowe buczenie wypełniło na moment powietrze.

Oblepiające budynki jak huba telebimy, które mijali, wyświetlały w kółko tę samą wiadomość, przedstawiającą Vrexa wygłaszającego swojeg orędzie.

Toa są wrogami miasta. Nie dajcie się omamić ich kłamstwom i pozostańcie wierni jedynej słusznej władzy - Rady Artas Nui i Syndykatu!

Nikt go nie słuchał. Nikt się nie bał. Nie było też żadnej osoby, która próbowałaby ich zatrzymać. Niektórzy mieszkańcy szemrali między sobą, tak - lecz nikt nie stawał na ich drodze. Nawet ci, którzy od początku byli przeciwni Toa, musieli drugi raz dobrze się zastanowić, widząc tylu ludzi protestujących na ulicach w ich obronie.

Dla Toro było to niezwykłe przeżycie. Matoranin spędził wiele lat na morderczej pracy w fabryce, pogodzony z myślą, że zostanie tam już na zawsze. Takich jak on było wielu. Chcieli się temu sprzeciwić, lecz obawy w nich były zbyt silne. Teraz jednak, wiedząc, że mają po swojej stronie Toa, wojowników zdolnych podporządkować żywioły własnej woli, oraz że bohaterowie nie porzucili swojego obowiązku i byli gotowi ich chronić… To była iskra, której Matoranie potrzebowali. Iskra, która wznieciła w nich ogień walki.

Nie walczyli dla Toa - walczyli z nimi, wspólnie, wspierali ich, bo byli w tym wszystkim razem. I nie tylko robotnicy z fabryki - w portach, na plantacjach, dzielnicach handlowych, rozrywkowych i mieszkalnych, wszędzie na wyspie pełno było takich bojowników jak oni. Setki mieszkańców zjednoczonych pod sztandarem Toa przeciw wspólnemu wrogowi. Zbyt długo pracowali na przyszłość Vrexa. Nadszedł czas, by zapracować na własną przyszłość.

To była podniosła chwila.

Z jakiegoś jednak powodu, Toro czuł się, jakby coś jeszcze wisiało w powietrzu.

Tłum miał przemaszerować głównymi ulicami miasta, by ostatecznie zatrzymać się przy pomniku Toa Mali na dziedzińcu przed Kopułą i protestować tam do czasu zapadnięcia decyzji Vrexa. Na samym przedzie tłumu szedł Nuukor - Toro maszerował kilka kroków za nim, podobnie jak Aparu. Stary Matoranin, który jako jeden z nielicznych zachował wspomnienia z wojny i na własne oczy widział jej okropieństwa, był postrzegany przez pozostałych jako swego rodzaju światło nadziei. Uznali, że najsłuszniej będzie, jeśli to on poprowadzi marsz.

Przez lata pełnił funkcję swoistego opiekuna robotników - na dobrą sprawę tylko jego obecność dodawała im motywacji do dalszej pracy. I gdyby nie on, tak naprawdę żaden z nich nie zgodziłby się na taki protest, nikomu nie przeszłoby to w ogóle przez myśl. Nuukor był dla nich lepszym „Turagą” niż ten, który władał obecnie Artas Nui. Nie było nikogo innego, kto powinien ich prowadzić.

Szli dalej. Toro cały czas czuł, że coś było nie tak. Im bardziej zagłębiali się w miasto, tym bardziej puste stawały się ulice. Nie powinno tak być. Do tej pory widywali mieszkańców patrzących na nich z bocznych przejść lub wyglądających zza okien swoich mieszkań. Teraz jednak nikogo takiego nie spotkali, a kiedy Toro zaglądał za rozświetlane jasnymi światłami szyby, nie dostrzegał nic.

Nie zanosiło się na burzę, lecz powietrze było gęste. Ciężko było nim oddychać. To, że nikogo nie było widać na ulicach ani za oknami, mogło nic wcale nie oznaczać, pocieszał się Matoranin. Może ludzie usłyszeli o marszach i skryli się głębiej, obawiając się zamieszek. Albo sami dołączyli do protestów w innej części miasta. Powodów mogło być wiele. Niekoniecznie złych.

Weszli na Plac Kanohi, jeden z wielu na ich trasie. Był całkowicie pusty. Niespotykany widok, nawet tak późną porą. Nagle zza rogu wyłonił się pajęczy transporter o czarno-czerwonych barwach Policji Skakdi, stukając owadzimi odnóżami o płyty placu. Z paki spoglądał na nich tuzin zaciętych zakaziańskich twarzy. Wśród nich znajdowała się kobieta Skakdi o ciemnogranatowej zbroi i parze przenikliwych, jaskrawo-pomarańczowych oczu. Na jej widok, kilku robotnikom, w tym i Toro, serce na moment przestało bić. To była Laisha, ich zarządczyni.

Zeskoczyła z pojazdu, który zatrzymał się pośrodku placu, blokując im dalszą drogę. Kilku męskich Skakdi poszło w jej ślady.

- Wasz protest dobiegł końca - oznajmiła kobieta. - Macie zakaz dalszego marszu. Rozejdźcie się do domów, albo zostaną zastosowane wobec was odpowiednie środki.

Wśród tłumu wezbrały szmery. Do Matoran na przedzie szybko dotarła wieść od tych idących z tyłu, że droga powrotna została odcięta przez podobny transportowiec. Takie same pojawiły się też w bocznych odnogach ulicy. Toro niczego tu nie rozumiał. Skoro kazali im wrócić do domów, jaki był sens w blokowaniu drogi?

Nuukor postąpił naprzód.

- Nie możecie tego robić - powiedział do Laishy. - Nie wolno wam ograniczać naszej wolności!

Laisha zaśmiała się, płytko i złowieszczo.

- Wolności? - zapytała, podchodząc do Matoranina. Towarzyszący jej Skakdi trzymali miotacze Kanoka w pogotowiu. - Spójrz, jaki wywołaliście chaos. Sparaliżowaliście całe miasto. W świetle prawa jesteście przestępcami. Przestępcy nie zasługują na żadną wolność.

Matoranie próbowali się cofnąć, lecz nie było dokąd. Toro zerknął na Aparu. Ten spoglądał na Laishę z jadowicie zielonym światłem bijącym mu z oczu. Matoranin w Komau zaczął rozglądać się na boki, czując pot wstępujący na skórę. Z oddali dobiegły do łomocące odgłosy, coś zbliżało się wielkimi susami. Pomimo rozległości placu, Toro poczuł się nagle bardzo ciasno w zbitym tłumie. Jakie to miało znaczenie, jak szeroki był plac, skoro nie mieli dokąd uciec?

- Ale Toa… - zaczął Nuukor.

- Toa są wrogami miasta - przerwała mu Laisha. - I poniosą za to stosowne konsekwencje. Wy też, jeśli dalej będziecie nierozsądni.

Z tyłu ludzie zaczęli wykrzykiwać różne rzeczy o Vrexie i Skakdi. Gniewne głosy, gotowe do zamieszek. Kroiła się burza - znacznie większa i bardziej gniewna od tej, która nawiedziła Artas Nui zeszłej nocy. Toro poczuł strach. Matoranie wokół niego byli coraz bardziej niespokojni. Nikt już chyba nie wierzył, że da się polubownie załatwić tę sytuację. Zaczęli się wiercić, szturchali go łokciami. Donośny łomot czyichś skoków, który Matoranin wyłapał w oddali, był coraz bliżej. Czy to kolejni sojusznicy Vrexa? A może Khakkhara? Albo jakiś element oportunistyczny, który pragnął skorzystać z nadchodzącego chaosu?

Toro wyłapał moment, w którym Nuukor rzucił mu spojrzenie - mu i wszystkim pozostałym. Zazwyczaj gdy czuli się niepewnie, stary Matoranin raczył ich pocieszającym, ciepłym spojrzeniem. Jakby chciał powiedzieć: „Bez względu na to, co się stanie, wszystko będzie dobrze”. Tym razem Toro nie znalazł niczego takiego w jego oczach. Tylko zmieszanie. Niepokój.

Nagle Matoranin zrozumiał, dlaczego w drodze do tego miejsca nie spotkali na swojej drodze ani żywej duszy. Miasto wiedziało, co się wydarzy.

Przez Artas Nui przetoczył się doniosły gong, oznajmiając nadejście trzydziestej szóstej godziny. Wybiła północ.

Laisha dobiła swojego pejcza. Bicz zaświecił jaskrawym oranżem.

- Nadszedł koniec waszej krótkiej rewolucji - powiedziała, obnażając zęby.

Skakdi ruszyli ku Matoranom, gotowi ich pojmać i spacyfikować każdego, kto zamierzał stawiać opór. Tłum ogarnęła panika. Napierali na Toro, niemal go miażdżąc. Nie było dokąd pójść - każda możliwa droga ucieczki została odcięta przez transportowce Skakdi. Byli w pułapce. Toro spojrzał na jeden z pobliskich budynków. Podniesione głosy i wrzawa były nie do zniesienia, rozsadzały mu głowę. I ten łomot. Narastający łomot.

Nagle przez zewnętrzną ścianę przebił się Nuvokah.

⁎⁎⁎

Vox stał napięty jak struna. Jego wyostrzony słuch chłonął bacznie oddalone odgłosy napływające z miasta. Toa Dźwięku razem z Hsergiem, Mówcą i Izakim zajęli pozycje na jednej z barykad. Wszędzie wokół znajdowały się fortyfikacje i pułapki członków Khakkhary, umieszczone wzdłuż głównego wejścia do stoczni. Noc pachniała oceanem, słono i intensywnie, a oprócz tego dymem i czymś jeszcze, czymś ostrym, czego Vox nie czuł od czasu, gdy drony wyłoniły się na ulice Artas Nui, z laserowymi działami i wyrzutniami Rhotuka w gotowości, maszerując, by zabić Toa i pojmać mieszkańców.

Niepokój w nim narastał. Nie wiedział, czy wynikał on z obecności Mówcy, czy czegoś innego. Wyłapał wytłumione dźwięki walki, dało się dostrzec pierwsze słupy czarnych kłębów pnące się ku niebu. Coś złego działo się w mieście. Vox pragnął opuścić stocznię i pomóc mieszkańcom, lecz starcie, które mieli tu stoczyć, było równie ważne, jak nie ważniejsze. Obejrzał się przez ramię na statek-bazę. Gdzieś za metalowym poszyciem okrętu mieściło się źródło Zenergizowanej Protodermis, zbyt cenne, by oddać je bez walki. Mężczyzna doskonale pamiętał, co ta ciecz zrobiła z Rahi na jego rodzimej wyspie - wolał nie wyobrażać sobie, czego dokonałaby w rękach Vrexa.

Wtem dotarły do niego bardziej wyraźne dźwięki. Ktoś się zbliżał, szybko biegnąc. Vox sięgnął po broń, podobnie jak jego towarzysze. Po chwili na teren stoczni wbiegł zziajany Matoranin z zielono-złotej zbroi, Asiro. Zatrzymał się przed Mówcą i odczekał chwilę, by złapać oddech.

- Vrex wysłał Nuvokah do stłumienia protestów - zakomunikował Matoranin. - Idą też tutaj.

- A więc już czas - odparł Mówca, wydając przeciągły, niski pomruk spod maski.

Wszyscy trzymali broń w gotowości, skupiając wzrok na wejściu do stoczni. Vox wziął głęboki wdech i wypuścił powietrze przez wyloty w Kanohi. Sięgnął do mocy żywiołu, gotów uwolnić ją w każdej chwili. Jego myśli kłębiły się w głowie jak w ulu. Palce Toa wciąż pamiętały chłodny dotyk Arctici, jego skóra pamiętała spojrzenie błękitnych oczu, jakim go uraczyła. Vox nie żałował, że wyjawił jej to, co leżało mu to na sercu. Czuł ulgę, że to zrobił, a ta dodawała mu sił. Zamierzał wyjść zwycięsko z tej walki, choćby tylko po to, by znów spotkać się z Toa Lodu, zbliżyć się do niej, objąć.

Nie zamierzał fundować jej powtórki z dnia, w którym utraciła Nero.

- Wiesz, Vox - odezwał się niespodziewanie Hserg, stojący po jego lewej. - Wybacz, że na początku byłem dla ciebie taki szorstki. Nie mogłem się co do ciebie przekonać, a ty, nawet nie udawaj, że nie, byłeś wtedy nieco dziwny. Ale dowiodłeś, że źle cię osądziłem. Dobrze jest mieć cię za przyjaciela.

- Dzięki, Hserg, emmm… tak myślę - Vox nie był do końca pewien, jak powinien zareagować. - Ciebie również miło było poznać.

Ognisty Toa potrząsnął głową.

- Wybacz, po prostu kiedy czuję, że śmierć jest blisko, zdarza mi się gadać różne dziwne rzeczy. Nie zwracaj na to uwagi.

- Myślisz, że tu zginiemy? - zapytał Vox, unosząc brew.

Hserg odrzekł po chwili wahania.

- Istnieje taka możliwość.

Toa w Hau zwrócił się do Izakiego po jego prawej.

- Co ty o tym sądzisz, Izaki? - spytał. - Zawsze miałeś bardziej analityczny umysł. Jak widzisz nasze szanse na zwycięstwo?

- W takich sytuacjach wolę nie mówić o szansach - powiedział biały Toa. - Osłabione morale mogłoby niekorzystnie wpłynąć na wynik starcia.

- Jest aż tak źle?

Vox nie doczekał się odpowiedzi na to pytanie.

Wybiła północ. Z miasta zaczęły dochodzić coraz głośniejsze dźwięki metalowych uderzeń, jakby coś wielkiego i groźnego się zbliżało. Vox nie miał wątpliwości, że to, co słyszał, było nadciągającymi Nuvokah. Co najmniej pół tuzina maszyn zmierzało do kryjówki Khakkhary - nie minęło wiele czasu, aż inni również je usłyszeli.

Po chwili Nuvokah pojawiły się u głównego wejścia do doków. Sześć gigantów z metalu weszło dudniącym krokiem w zabudowania stoczni, zagłębiając się między opuszczone kontenery, szkielety statków i dźwigi. Nagle pod ich stopami naprężyła się lina, rażąc trzy maszyny na przedzie elektrycznym wstrząsem. Wtem z cienia wyłonili się żołnierze Khakkhary z miotaczami, jak nocni łowcy.

- Równość! Postęp! Rewolucja!

Zasypali Nuvokah gradem dysków i energetycznych bełtów, maszyny nic sobie jednak z tego nie robiły. Posłały w napastników salwę z własnych dział, zastępujących im lewe ręce. Wszyscy rozpierzchli się, by zaatakować roboty z różnych stron. Niebo nad stocznią zapłonęło.

Kolejne bolty nadciągnęły ku Nuvokah, tym razem z wyższego punktu niż dotychczas. Vox powiódł tam wzrokiem i ujrzał Kyre, zawieszoną na ramie największego z dźwigów, górującego nad całą stocznią. Wymierzyła z kuszy i oddała kolejne strzały, wypuszczając czerwone bełty w mrok nocy. Nawet nie drasnęły Nuvokah. Te odpowiedziały salwą własnych strzałów, lecz Kyre była zbyt daleko, by mogły dobrze wycelować. Schowała się za metalową belą dźwigowej konstrukcji i gdy wiązki ją minęły, wychyliła się, by ponownie strzelić.

Vox wykorzystał powstały hałas i skupił go wokół swoich rąk, posyłając w Nuvokah dźwiękowy pogrom. Trafione roboty zatoczyły się, lecz nic poza tym - szklane powłoki ich głów nawet nie popękały. Działa ryknęły, wypluwając ku Toa więcej boltów. Vox w porę się schował; pociski trafiły w barykadę, zmieniając ją w proch.

Mężczyzna otoczył się polem siłowym Hau i przeczołgał się do najbliższej rzeczy, która mogła mu posłużyć za osłonę - metalowej skrzyni stojącej kilkanaście bio dalej. Wyjrzał zza niej i zobaczył, jak Izaki więzi stopy jednego z Nuvokah w lodowej pułapce. Wtem ku robotowi nadciągnął Hserg, atakując płomieniami - ogień jednak ściekł po maszynie jak woda po kaczce. Izaki próbował jeszcze zablokować działo Nuvokah lodem, lecz promień lasera okazał się silniejszy. Metalowe monstrum wydostało się z potrzasku, strzelając na boki i zmuszając Toa do ucieczki. Gdzieś niedaleko rozległy się eksplozje, cała stocznia zadrżała. Potem doszły krzyki. Vox zasłonił uszy dłońmi. To wszystko było dla niego zbyt głośne, zbyt chaotyczne…

Nuvokah parły dalej, kiedy nagle podłoże się pod nimi zapadło. Wpadły do dziur wydrążonych w ziemi - jednej z pułapek przygotowanych przez Khakkharę. Nie bez powodu jednak maszyny nosiły miano następców Toa - w mig wydostały się z dołów, skacząc jak Makika. Wylądowały ledwie parę bio Voxa, wstrząsając ziemią i wszystkim wokół. Szaremu Toa przeszło przez myśl, że najwyższy czas znaleźć sobie inną kryjówkę.

Umykając laserom za porzuconymi kontenerami i barykadami, Vox dostrzegł nagle Mówcę, uciekającego przed ostrzałem goniącego go Nuvokah. Robot szedł ciężkim, mozolnym krokiem, lecz niebezpiecznie szybko się zbliżał. Toa przywarł do barykady, obserwując dalszy bieg wydarzeń. Maszyna doskonale wiedziała, kto tu jest głównym celem - nawet gdy inni ją atakowali, nie zaprzestała pogoni. Nagle inny Nuvokah wzleciał w powietrze i wylądował tuż przy Mówcy, odrzucając go na bok. Lider Khakkhary uderzył boleśnie o pobliskie skrzynie.

Robot zrobił pierwszy krok w jego stronę, lecz wtem aktywowała się podziemna pułapka, posyłając Nuvokah do dziury. Maszyna wygramoliła się z niepasującą do topornego cielska gracją z powrotem na powierzchnię. Wycelowała w Mówcę, klekocąc trybami działa.

Wiedział, że ratując przywódcę organizacji, która wyrządziła tyle złego, będzie miał potem wyrzuty sumienia, lecz nie zważał na to. Teraz to była ich wspólna walka. Vox zerwał się i naskoczył na Nuvokah, zagnieżdżając Rozjemcę w szczelinie między barkiem a prawą ręką maszyny. Uwolnione wibracje rozsadziły konstrukcję od środka. Nuvokah zatoczył się i spadł z powrotem do dziury. Vox wylądował opodal Mówcy i wyciągnął doń rękę.

- Nieuwaga kosztuje sekundę, ale jej efekty trwają znacznie dłużej - powiedział Mówca zza maski. - Powinienem być bardziej ostrożny.

Wyłonił rękę spod fałdów czerwonego płaszcza i chwycił dłoń Toa.

- Będziesz miał lekcję na przyszłość - powiedział Vox, pomagając mu wstać. - Nadal twierdzisz, że twoi ludzie są w stanie odeprzeć atak?

- Walka jeszcze się nie skończyła - odparował Mówca. - Źródło wciąż jest w moich rękach.

Toa Dźwięku zadarł głowę, rozglądając się po pobojowisku, w jakie przeistoczyła się stocznia. Mówca miał rację - Nuvokah nie zdobyły jeszcze głównego statku, choć spychały wolno, acz skutecznie, żołnierzy Khakkhary do tyłu. Jeśli uda im się znaleźć Izakiego i Hserga w tym piekle, może też Kyre, być może dadzą radzę przeprowadzić jakiś wspólny skoncentrowany atak, by je odeprzeć…

Nagle rozległo się dudnienie kroków Nuvokah, lecz cięższe i głośniejsze niż do tej pory. Wokoło wezbrały się krzyki, żołnierze Khakkhary pokazywali coś palcami, wykrzykując ostrzeżenia. Vox już miał powlec za nimi wzrokiem, kiedy do jego uszu dotarł inny dźwięk. Świst Elektro-Rakiety.

Rzucił się z Mówcą na ziemię i aktywował Hau, gdy nagle skoczył przed nich jakiś czerwony obiekt. Rozbłysło światło. Gdy pobladło, oczom Toa Dźwięku ukazał się Hserg, stojący na ugiętych nogach z Protostalową Tarczą w rękach przed powstałą z eksplozji ścianą ognia i dymu. Vox poczuł na skórze podmuch wybuchu, ale tarcza Toa w Arthron ich osłoniła.

- Co to, do cholery, było?! - wyrzucił z siebie wojownik. Vox sam chciałby to wiedzieć.

Zagrzmiała lufa Nuvokah. Hserg padł na ziemię, tuż obok Mówcy i Voxa. Roztrzaskana przez bełty pobliska barykada eksplodowała, obsypując ich gruzem. Chmury szarego pyłu zaczęły kłębić się nad ich głowami. Vox zakaszlał, próbując wstać, lecz znów zadźwięczało działo, więc padł plackiem. W tym przeklętym pyle nie było niczego widać.

Z pobliskiego budynku zatrzaskały w odpowiedzi strzały z lekkiej broni, lecz Nuvokah skontrowały je serią z własnych dział. Dym nieco się przerzedzał. Gdy wreszcie się rozpierzchł, Toa mogli zobaczyć, co było odpowiedzialne za wcześniejszy atak.

Oczom Voxa ukazał się największy potwór z metalu, jakiego kiedykolwiek widział. Dwukrotnie wyższa od standardowych Nuvokah, pokryta nie czarno-szarym, a złotym pancerzem jednostka piętrzyła się nad ich głowami, jak stalowy kolos. Ktoś najwyraźniej uznał, że jedno działo zwykłych Nuvokah nie wystarczało, i zamontował po dwa z nich po obu bokach olbrzymiego robota, z wyrzutniami Elektro-Rakiet umiejscowionymi między nimi.

Na powłoce lewego uda maszyny, mieniąc się w blasku ognia, którym zapłonęły doki, wygrawerowane zostały trzy matorańskie litery.

„KAL”.

Vox rozszerzył oczy. Hserg wydał z siebie stłumione przekleństwo, a spod maski Mówcy dobiegł krótki pomruk. Wtem maszyna nachyliła się lekko do przodu i Toa odkryli, że nie był to koniec ich kłopotów.

Na kanciastych barkach monstra, wielkością dorównujących wózkom ciągniętym przez Ussale ulicami Artas Nui, siedziało troje Mrocznych Łowców - Butterfly, Bat i Blaze. Motyli Łowca, Nietoperz i Płomienna Pani. Każdy z członków Zespołu B wyglądał w pewnym stopniu inaczej, niż gdy ostatnim razem ich widzieli - Butterfly miał dwa duże w gniecenia pancerzu otoczone rysami i osmolonymi śladami, jakby ktoś zaatakował go wybuchową bronią, ciało Bata zaś pokryte było niemal od stóp do głów czerwonymi punkcikami z zaschniętą krwią.

Największej zmianie uległa jednak Blaze. Trudno było stwierdzić, czy jej ciało jest w całości fizyczne - głowa, barki, pierś i dłonie owionięte były wiecznie palącym się ogniem. Od czasu do czasu z tych części jej ciała, które zachowały swój fizyczny stan, odrywały się drobne kawałki i umykały w dali z płomieniami, jak iskierki przy ognisku.

Seria czerwonych wiązek nadciągnęła ku nowemu Nuvokah od strony Kyre, zawieszonej na dźwigu. Na złotym pancerzu nie pojawiła się choćby rysa. Maszyna odwróciła się w tamtą stronę, plując pociskami z wszystkich czterech dział. Ga-Matoranka schowała się za belami dźwigu. Bełty Nuvokah zostawiły rozgrzane punkciki na ciemnozielonym metalu dźwigowej ramy.

Robot rozstawił nogi, zapierając się i wystrzelił dwie Elektro-Rakiety, które smagnęły podpory dźwigu. Cała konstrukcja zakołysała się i przechyliła w bok, Kyre z krzykiem pomknęła ku ziemi. Vox wstrzymał na chwilę oddech. Już był gotów zaryzykować i wyłonić się z ukrycia, by ją ratować, lecz wtem pojawił się Izaki, pędząc ku Matorance po utworzonym przez siebie lodowym torze. Chwycił Kyre w ramiona i pomknął z nią dalej. Nuvokah zasypały ich gradem strzał, niszcząc lodowego serpenta. Izaki i Kyre pomknęli ku ziemi, spadając gdzieś poza zasięgiem wzroku Voxa.

- Mata Nui… - wyrwało się Hsergowi.

Nuvokah-Kal ruszył mozolnym krokiem dalej, wraz ze swoimi mniejszymi kuzynami zmierzając w kierunku bazy Khakkhary i źródła Protodermis. Na razie ani one, ani Mroczny Łowcy nie zauważyli pary Toa i Mówcy. Dawało to im pewien element przewagi, mogli wymyślić jakiś plan i zaatakować z zaskoczenia. Otwarta walka nie wchodziła w grę, nie przy takiej sile, nie przy takiej mocy. Vox gorączkowo układał w głowie myśli, starając się zebrać je w jakiś plan działania. Spojrzał na Hserga, licząc na jakąś pomoc. Pod brudną od potu i pyłu Arthron zobaczył jednak tylko paniczny niepokój.

Ten sam, który Hserg dostrzegł u niego pod maską.

⁎⁎⁎

Jakiekolwiek okropności działy się teraz w mieście, Arctica wolała o nich nie myśleć.

Razem z Phorenem, Lockette i Junkym zakradli się do jednego z bocznych wejść Kopuły, przemykając spowitym niemalże w całkowitym mroku zaułkiem. Modyfikacja powłoki mechanicznej służki, którą zajmował się wcześniej Phoren, polegała na zmienieniu dolnej połowy jej ciała, normalnie przytwierdzonej na stałe do podłogi w pracowni Matoranina, i przyczepieniu do niej pęku grubych kabli, które miały przydać się potem do włamywania się do systemów Kopuły. Tę, jak nazwał to Phoren, kompaktową wersję Lockette niósł teraz na plecach Junky. Wyglądało to nieco komicznie, lecz sytuacja była na tyle poważna, że na twarzy Toa Lodu nie pojawił się choćby cień uśmiechu.

Dotarli pod czarną bramę. O ile pamięć Arctici jej nie myliła, była to ta sama, przez którą Rebis i Ragan zakradli się dawno temu do Kopuły, dzięki czemu jako pierwsi odkryli drony i ostrzegli pozostałych. Sprawiało to wrażenie niemal poetyckiego, wracać w to miejsce lata później po tym, co się wydarzyło. Phoren macał przez kilka chwil boczną ścianę przy bramie, a następnie wyjął z torby śrubokręt i podważył nim niewielki panel. Mieściło się pod nim kilka gniazd oraz masa kabli i przewodów. Matoranin wziął jeden z kabli Lockette i włożył go do gniazda. Sam zaczął majstrować przy przewodach.

- Brama jest zamknięta, ale drobne spięcie powinno załatwić sprawę - wyjaśnił Arctice. - Z tego co się orientuję, wcześniej wejść pilnowali strażnicy Skakdi, ale po tym jak pozwolili dwóm Matoranom wślizgnąć się do środka, najwyraźniej zastąpiono ich automatycznym systemem zabezpieczeń. Lockette zajmie się kamerą.

Arctica patrzyła, jak oczy robota o biało-fioletowej powłoce migoczą przez chwilę. Gdy przestały, Lockette oznajmiła:

- Kamera unieszkodliwiona.

- Co takiego zrobiła? - zapytała Arctica Phorena. Ten, zajęty kablami, wskazał Lockette, by sama jej wyjaśniła.

- Zmieniłam działanie kamery tak, żeby pokazywała w kółko jedną klatkę z obrazu zarejestrowanego parę minut przed naszym przybyciem. Oczywiście, najprawdopodobniej w końcu wzbudzi to podejrzenia, ale według moich obliczeń, do tego czasu zdążymy już znaleźć się w środku.

Arctica pokiwała głową z podziwem.

- Naprawdę zbudowałeś ją tylko do pomocy w warsztacie? - zwróciła się do Phorena.

- Powiedzmy, że… - zmieszał się Matoranin - zaprogramowałem jej kilka dodatkowych funkcji.

- Junky nie jest o nią zazdrosny? - Toa popatrzyła na tyczkowatego robota dźwigającego Lockette.

- Ani trochę! - odrzekł Junky. - Lockette i ja pełniły zupełnie odmienne funkcje. Ona zajmuje się katalogowaniem, przekazywaniem informacji i logistyką, a ja wykonuję zadania oparte na pracy fizycznej. Jakby to powiedzieli Toa, Lockette jest mózgiem operacji, a ja mięśniami!

Kobieta zmierzyła go wzrokiem.

- Nie wyglądasz na silnego…

- Wypraszam sobie! - obruszył się robot. - Moje siłowniki są całkiem sprawne, potrafię sporo udźwignąć…

Kable, przy których majstrował Phoren, wydały krótki trzask i brama zaczęła pomału otwierać się ze zgrzytem. Matoranin popatrzył na otwierające się wrota, potem na Arcticę, uśmiechnął się i zamknął panel.

Za bramą mieścił się nieduży, słabo oświetlony dziedziniec, prowadzący do bocznych drzwi Kopuły. Nie były one wykonane z takim rozmachem ani w takim rozmiarze jak główne wrota do budynku. Wyglądały właściwie jak zwykłe wejście do zwykłego domu, z tym że osiadły na nich pył i sadza. Używano ich głównie do transportu zaopatrzenia lub jako wejście dla personelu. Zapewne czasy świetności miały w czasach, kiedy większość robotników fabryk Vrexa nie została zastąpiona maszynami. Wyglądały, jakby nie używano ich od dawna.

Podłoże dziedzińca wyłożone było szarymi ośmiokątnymi płytami. Na ich widok, Toa Lodu coś sobie przypomniała. Położyła rękę na ramieniu Phorena, zatrzymując go, zanim zdążył przekroczyć z robotami przez bramę.

- Czekajcie - ostrzegła ich. - O ile dobrze pamiętam, na dziedzińcu podłożone są miny.

- Jesteś pewna?

- Tak było, kiedy ostatni raz próbowaliśmy dostać się tędy do środka. Ragan też o tym wspominał.

- Więc jak wtedy weszliście? - zapytał Matoranin.

- Utworzyłam lodową pokrywę nad płytami, po której przeszliśmy do wejścia. Teraz też mogę się tym zająć, daj mi tylko chwilę… - W jej dłoniach już zaczęła gromadzić się błękitna energia, lecz wtem Phoren przerwał jej ruchem ręki.

- To raczej nie będzie potrzebne… - powiedział, po czym zwrócił się do niesionej przez Junky’ego maszyny: - Lockette?

Mechaniczna asystentka wykonała skan otoczenia, wodząc po nim świetlistym promieniem emitowanym przez jej receptory optyczne. Po skończonym skanie, w powietrzu pojawiła się holograficzna projekcja błękitnych ośmiokątów, którą Lockette nałożyła na kilka płyt dziedzińca. Arctica przyglądała się temu w osłupieniu. Niebieska poświata wokół jej palców znikła.

- Omińmy podświetlone płyty i powinniśmy uniknąć urazu - zakomunikowała Lockette.

Kobieta w Volitak zmierzyła ją wzrokiem.

- Gdybyś jeszcze zbudował jej nogi - rzuciła do Matoranina - Lockette mogłaby sama zinfiltrować Kopułę.

Phoren poprawił nerwowo gogle.

- Kiedy wejdziemy do środka, nie będzie tak kolorowo.

Uważając, by nie stanąć na podświetlonych przez Lockette płytach, dotarli pod drzwi. Były zamknięte, jak mogli się tego spodziewać, lecz nie było to nic, z czym nie mogła poradzić sobie para narzędzi Phorena. Po uporaniu się z zamkiem i wejściu do środka, drużyna znalazła się w nieszerokim, oświetlonym na czerwono korytarzu. Widok znajomych ścian przyprawił Arcticę o ciarki, mimo gorąca, jakim biło wnętrze budowli. Był o ten sam korytarz, który przemierzali podczas pierwszego szturmu na Kopułę, w dniu, w którym mieli powstrzymać wojnę przed wybuchem, i w którym wszystko poszło nie tak. I tak jak inne korytarze uległy lekkim zmianom po przejęciu Kopuły przez Radę i Syndykat, tak ten pozostał taki sam. Arctica nie wiązała z nim przyjemnych wspomnień.

Zamknąwszy za sobą drzwi, Le-Matoranin szybko zlokalizował kolejny panel i podpiął Lockette do gniazda. Oczy maszyny zamigotały na parę chwil.

- Mamy z głowy kamery - oznajmił Phoren. - Teraz będziemy musieli się tylko zająć strażnikami.

- Lockette zhakowała wszystkie kamery? - zapytała z niedowierzaniem Arctica, a kiedy konstruktor wyjaśnił jej, że tylko te w tym sektorze, dodała: - Czy może stąd zdobyć te nagrania, których potrzebujemy?

- Raczej dałaby radę - odparł Matoranin po krótkim namyśle. - Ale to nie jest dobre miejsce na tego typu rzeczy. Kamery przesyłają rejestrowany obraz do jednego miejsca, czegoś w rodzaju centrum danych. Stamtąd powinniśmy mieć dostęp do większej ilości nagrań i do każdego obiektu w mieście, który przesyła informacje do Kopuły… oraz do tych, które otrzymują informacje z wnętrza Kopuły.

Toa Lodu poczuła nagły przypływ uniesienia.

- Więc będziemy mogli wyświetlić nagrania mieszkańcom… - powiedziała, bardziej do siebie niż reszty. Potem jej wzrok spoczął na Phorenie. - Wiesz, gdzie jest to centrum?

- Lockette właśnie ustala jego lokalizację.

- Jak długo jej to zajmie? - zapytała Arctica.

- Jeśli natrafi po drodze na jakieś przeszkody? Jeszcze z kilka sekund - stwierdził konstruktor.

Kobieta spojrzała na niego, jakby żartował. Kiedy jednak w żaden sposób tego nie skomentował, uświadomiła sobie, że mówił prawdę.

- Nie mam pojęcia, jakim cudem dałeś radę coś takiego zbudować - powiedziała, wskazując głową na Lockette.

- Myśl o waszych wyrazach twarzy, gdy dowiecie się, do czego jest zdolna, dodawała mi motywacji - wyszczerzył się Matoranin.

Wzrok Toa Lodu ponownie spoczął na robocie. Odpowiedziało jej tylko migotanie błękitnych światełek. Junky również nie miał nic do powiedzenia.

Arctica obróciła się plecami do Phorena i jego maszyn, lustrując uważnie ściany korytarza i trzymając Mroźne Ostrza w pogotowiu. Pomimo że, jak twierdził konstruktor, kamery w tym sektorze zostały wyłączone, Arctica nie mogła oprzeć się wrażeniu, że nadal cały czas czuła na sobie wzrok Vrexa. Jakby potrafił obserwować ich przez ściany. Miała nadzieję, że dywersja Adena zda egzamin.

- Mam to - zakomunikował Matoranin.

Jeden z fotoreceptorów Lockette zabłysł jaśniej i w powietrzu przed nim pojawiła się żółta holograficzna mapa. Arctica domyśliła się, że to plany obszaru, w którym właśnie przebywali. Kilkanaście krętych korytarzy i przejść dalej znajdował się zaznaczony na czerwono punkt, który musiał być wspomnianym przez Phorena centrum danych. Kobiecie zaparło dech. Rozpoznała, że pomieszczenie to mieściło się dwa piętra niżej od audytorium, gdzie odbywały się posiedzenia Rady Artas Nui. Sala, w której debatowali i walczyli o lepszą przyszłość dla miasta, znajdowała się tuż nad pomieszczeniem, z którego Vrex rozsiewał swe kłamstwa po całej wyspie…

Po chwili z miejsca, w którym aktualnie się znajdowali, została poprowadzona czerwona linia do celu, wijąca się niczym Węgorz Lawowy między pomieszczeniami Kopuły. Phoren oznajmił, że tę właśnie trasę powinni obrać.

- To najbezpieczniejsza droga - wyjaśnił. - Nie najkrótsza, ale najbezpieczniejsza. Nie powinniśmy natknąć się na niej na wielu strażników. - Na te słowa, na mapie na czerwono podświetliło się kilka obszarów, w których rzekomo przebywali strażnicy. - I… przy okazji… Lockette wychwyciła też kilka danych odnośnie Adena.

- Co z nim? - zapytała Arctica.

- Cały czas walczy z Nuvokah - powiedział Phoren. - Może… Może powinniśmy mu pomóc?

Arctica zawahała się. Jeżeli Aden nadal walczył z Nuvokah, być może maszyny Vrexa okazały się zbyt wielkim wyzwaniem dla przybysza z obcego świata. Z drugiej strony, nadal żył. Nadstawiła uszu, łudząc się, że może usłyszy dźwięki jego walki. Do jej receptorów nie dotarło jednak nic, prócz miarowego buczenia Kopuły. Zrozumiałe. Kopuła była olbrzymią budowlą, największą na Artas Nui. Aden równie dobrze mógł znajdować się kilkaset bio dalej.

W głębi duszy Arctica chciała mu pomóc. Mogło to wydawać się dziwne, zważywszy na to jak mocno ją zranił oraz na to, że wyrzucił ją z najwyższego piętra Kopuły - fundując przeżycie, którego nigdy nie spodziewała się doświadczyć. Lecz wiedziała, że był to wynik nieporozumienia. Ona sama kiedyś uznawała Voxa za wroga, a ten mimo to dał jej drugą szansę. Arctica nie mogła postąpić inaczej z Adenem.

Lecz nie. Nie powinna odwracać uwagi od celu misji. Aden robił to wszystko jedynie po to, żeby dać im czas. Najważniejsze zadanie spoczywało na ich - jej - barkach.

- Aden wykonuje swoje zadanie, żebyśmy my mogli wykonać swoje - powiedziała. - Ruszajmy.

Phoren pokiwał zgodnie głową. Razem z Lockette i Junkym zmierzyli dalej topornym korytarzem. W miarę, jak zagłębiali się dalej w Kopułę i skręcali w kolejne odnogi, odcinki stawały się coraz bardziej mroczne i surowe. Toa Lodu czuła się, jakby przemierzali starożytne katakumby. Co prawda wystrój wnętrza Kopuły nigdy nie należał do przyjemnych, lecz główne korytarze nosiły w sobie przynajmniej jakieś ślady estetyki, z szerokimi przejściami i zastępującymi ściany szklanymi panelami, za którymi każdy odwiedzający mógł zajrzeć do niektórych hal fabrycznych, by podziwiać pracę zakładu.

Te korytarze, które właśnie przemierzali, w niczym ich nie przypominały. Kable rozciągały się między przeciwległymi ścianami, niczym pajęcza sieć Visoraków. Para ulatywała z rur chłodniczych pod sufitem cienkimi strumieniami, wydając przy tym syk podobny do syczenia węża. Adekwatne, zwłaszcza że Arctica odnosiła coraz większe wrażenie, jakby wchodzili do paszczy Żmii Zguby.

Nagle, gdy zbliżali się do zakrętu, Phoren nakazał im, by się zatrzymali.

- Co się dzieje? - zapytała szeptem Arctica.

- Strażnicy - odszepnął jej Phoren. - Tuż za rogiem.

Kobieta wychyliła ostrożnie głowę zza ściany. Ujrzała parę Zakazian w czarno-czerwonych pancerzach Policji Skakdi, maszerujących wolnym krokiem korytarzem, z miotaczami dysków w dłoniach. Zwróciła się na powrót do Phorena i kiwnęła mu głową. Nadeszła jej pora, by zabłysnąć. Lockette mogła być dobra w hakowaniu i holograficznych projekcjach, ale nie mogła dorównać Arctice, jeśli chodziło o obezwładnianie ludzi Syndykatu.

- Zostawcie ich mnie - powiedziała i aktywowała Volitak. W półmroku korytarza stała się całkowicie niewidoczna. Kiedy się oddaliła, jej kroki nie wydały żadnych dźwięków.

Phoren czekał wraz z robotami za zakrętem, postukując nerwowo jednym palec o drugi. Kiedy wreszcie postanowił się wyjrzeć, omal nie krzyknął ze strachu, ujrzawszy tuż przed sobą wykrzywioną gębę Skakdi. Zamrożonego Skakdi. On i jego towarzysz tkwili w bezruchu w korytarzu, obrośnięci lodową powłoką. Arctica stała tuż za nimi, chowając właśnie Mroźne Ostrza na plecy.

- Czy oni… - zaczął niepewnie Phoren.

- Zamroziłam ich - odparła Arctica. - Ale nie zabiłam. Lód w końcu się rozpuści i nie będą nawet wiedzieli, co ich dopadło. Ale musimy się śpieszyć. Zamrożenie nie potrwa wiecznie, tu jest zbyt gorąco.

Phoren potaknął zgodnie i ruszyli dalej. Aby dotrzeć do bazy danych, musieli dostać się na wyższy poziom, lecz nie mogli skorzystać z windy - w windzie zbyt łatwo można było ich unieruchomić. Odnaleźli klatkę schodową i udali się na górę. Arctica musiała przyznać, że Junky’emu z zaskakującą łatwością przychodziło wnoszenie Lockette po krętych schodach.

Znaleźli się w korytarzu technicznym, sądząc po rozmiarach zbudowanym najwyraźniej z myślą o Tahtorakach. Ten oświetlony był dla odmiany na niebiesko, od energii przepływającej w słupach podtrzymujących sklepienie po lewej stronie. Pęki grubych kabli wyrastały z jednych miejsc w ścianie, wiły się i znikały w kolejnych. Ich struktura przypominała Arctice mięśnie - potęgowało to tylko wrażenie przedzierania się przez cielsko jakiejś monstrualnej bestii. Wibracje przepływającego prądu i syk pomp chłodniczych rozbrzmiewały w rytmie do złudzenia przypominającym bicie serca.

Korytarz zajmował dwa poziomy, oddzielone od siebie nie podłogą i sufitem, a jedynie podłużną metalową platformą biegnącą przez środek. Pod nią, w dole po lewej i po prawej, mieściły się bliźniacze platformy połączone z tą wyżej drabinami. Pomiędzy nimi ziała mroczna otchłań. Nie dało się stwierdzić, co było na jej dnie - równie dobrze mogła prowadzić do Archiwów, jak i donikąd.

Na końcu wyższego poziomu korytarza znajdowały się grube metalowe drzwi, za nimi zaś - cel ich misji. Miejsce, w którym przechowywane były wszystkie informacje przepływające przez Kopułę - informacje, które mogły nawet w tym momencie przepływać przez grube przewody osaczające Arcticę i Phorena. Po drodze jednak musieli najpierw zmierzyć się ze strażnikami. Para Zakazian uzbrojonych w miotacze patrolowała korytarz, dudnienie ich kroków odbijało się echem od skośnych ścian.

Arctica zasugerowała Phorenowi, by razem z Junkym i Lockette zeszli na niższy poziom i udali się w stronę drzwi dla odwrócenia uwagi. Ona zaś aktywowała Kanohi i zmierzyła na niczego niespodziewających się Skakdi.

Phoren i jego mechaniczni towarzysze skradali się ostrożnie po dolnej platformie, starając się, by odgłosy ich kroków nie niosły się zbyt wielkim pogłosem. Mijając kolumny tłoczące energię do innych części Kopuły, Matoranin czuł ich drżenie - wibrowały tak mocno, że mogły niemal zranić. Póki co konstruktor i roboty znajdowali się dość daleko, by Skakdi ich nie zauważył. Kiedy jednak zbliżyli się do drabiny, zareagował natychmiast.

- Hej, coście za jedni?! - wykrzyknął, podbiegając do drabiny i mierząc miotaczem w intruzów.

Phoren odskoczył do tyłu razem z Junkym i Lockette. Arctica pojawiła się nagle znikąd, dzieląc osiłka łokciem w twarz. Skakdi zatoczył się, a Toa wykonała piruet, dotykając go czubkiem ostrza. Zakazianin w okamgnieniu został uwięziony w krystalicznej bryle. Jego towarzysz już nadciągał, celując do kobiety z miotacza i wystrzelił; Kanoka pomknęło ku Arctice. Na przedramieniu wojowniczki pojawiła się lodowa tarcza w kształcie wielkiego płatka śniegu, w którą trafił dysk. Roztrzaskała się na kawałki, ale Arctica uniknęła urazu.

Skrzyżowała miecze przed sobą i pchnęła nimi do przodu, obrócona ku Skakdi. Błękitny strumień energii żywiołu uwolniony z kling pomknął ku mężczyźnie, w ułamek sekundy skuwając go lodem. Arctica opuściła broń po bokach, mierząc wzrokiem zamrożonych Zakazian.

- Wybaczcie, chłopcy, musieliście nieco… ochłonąć - powiedziała, uśmiechając się triumfalnie.

Popatrzyła na Phorena, który stanął jak wryty. Zamrugał.

- Masz szczęście, że Lockette tego nie nagrała. - Otrząsnął się. - Męczyłbym cię tymi słowami do końca życia.

Arctica zdusiła parsknięcie.

- Zajmijmy się lepiej tymi drzwiami - odrzekła, wskazując kciukiem na barierę za plecami.

Tak jak mogli się tego spodziewać, wejście do centrum danych było chronione dodatkową warstwą zabezpieczeń, ostatecznie jednak i je udało się złamać. Metalowe drzwi osadzone w sześciokątnym otworze rozsunęły się na boki, odsłaniając wnętrze pomieszczenia.

Oczom Toa i jej kompanów ukazała się przestronna sala, wybudowana na planie ośmiokąta; ściany naprzeciw wejścia były upstrzone migającymi światłami, diodami i tuzinami ekranów, układających się w siatkę. Wyżej ze ścian odchodziły kable, podobnie jak wszędzie wokół, i pięły się gdzieś ku górze, znikając za sklepieniem niewidocznym za plątaniną czarnych przewodów, niby żył. W centrum pomieszczenia, na wzniesionej platformie, znajdowały się trzy konsolety kontrolujące nieskończone katalogi informacji. Odchodzące od nich przewody, znikające gdzieś pod kratkowaną podłogą, migotały raz po raz błękitnym światłem, płynące przez nie dane zdawały się śpiewać.

Phoren aż zdjął gogle z wrażenia. Arctica mogła tylko patrzeć z zapartym tchem. Znajdowali się w mózgu Artas Nui, mieli dostęp do większej ilości informacji niż w Wielkiej Bibliotece, Archiwach, gdziekolwiek. Sama myśl o kontroli takiego ogromu danych będącej na wyciągnięcie ręki była onieśmielająca. Toksyczna. Co jednak zwróciło uwagę Arctici, to to, że nie znaleźli tu ani jednego strażnika.

- Nikt tego nie pilnuje - powiedziała cicho. Zerknęła na towarzyszy. - Nie wydaje się wam to podejrzane?

Phoren i Lockette spojrzeli po sobie.

- Nie było żadnych informacji o strażnikach w tym miejscu na mapie, którą znalazłam - oświadczyła Lockette.

- Może los choć raz się do nas uśmiechnął - powiedział Matoranin i zmierzył w stronę konsolet. Junky dźwignął Lockette i ruszył jego śladem.

Konstruktor zbliżył się do paneli. Junky postawił Lockette na ziemi obok Phorena, a ten podpiął maszynę do gniazda i sam zaczął stukać w klawisze. Momentalnie wszystkie ekrany w sali zaświeciły się, wyświetlając linijki symboli układających się w kody zrozumiałe tylko dla Le-Matoranina. Strumienie danych odbijały się w gładkiej powierzchni jego Maski Osłony, kiedy znieruchomiał na moment.

- Tu jest… wszystko. Nagrania z kamer, punkty dostępu do każdego telebimu czy sterowca w mieście - zaczął mówić z charakterystycznym dla niego podczas ekscytacji przyspieszonym tempem. - Wszystko… Mam nawet dostęp do rojów Nuvokah…

- Rojów? - zapytała Arctica.

Matoranin otrząsnął się z uniesienia.

- Nuvokah, podobnie jak drony, zostały zaprojektowane tak, by sterować nimi z jednego centralnego komputera, który następnie przesyłał impulsy do pośrednich stacji w różnych miejscach miasta, a stamtąd do kolejnych i tak dalej, i tak dalej… Tworzyło się w ten sposób swego rodzaju rój połączonych mózgów.

- Czyli… chcesz powiedzieć, że masz stąd kontrolę nad Nuvokah? - Kobieta wspięła się po schodkach na platformę z panelami i stanęła przy Matoraninie. - Możesz je wyłączyć?

- Mogę wiele rzeczy. Dane są zaszyfrowane, ale teraz, kiedy weszliśmy bezpośrednio do systemu… - odparł, uderzając w klawisze z niemal dziką prędkością. - Jedyne, czego potrzebujemy, to czasu. - Spojrzał przez ramię na Arcticę. - Osłaniaj nasze tyły.

Kobieta kiwnęła głową i obróciła się przodem do wejścia. Byli już bardzo blisko celu, teraz musieli tylko dopilnować, by nikt im nie przeszkodził. Aden świetnie się spisał, przeprowadzając dywersję - kto wie, ile przeszkód spotkaliby na swojej drodze, gdyby nie odciągnął od nich uwagi Nuvokah i Vrexa. Mimo wszystko, wydawało jej się to podejrzane, że przemierzając korytarze natknęli się ledwie na garstkę strażników, a po wtargnięciu do centrum danych na absolutnie nikogo.

Nie musiała długo czekać, by dowiedzieć się, dlaczego.


W innej części Kopuły, fotoreceptory Sockette zajarzyły się na czerwono, krzycząc ostrzegawczymi komunikatami. Osobista służka Vrexa naprężyła swe ciało, przerywając każdą wykonywaną w tej chwili czynność i skupiła się na nowym zadaniu. Przelała swoją cybernetyczną świadomość do otaczających ją przewodów i pomknęła nimi do miejsca, w którym wykryto wrogą obecność.

Jej celem było jedno - powstrzymać intruza.


Wściekłe czerwone światło wyparło błękitny blask, jakim biło centrum danych, a cokolwiek było wyświetlane na ekranach, zostało zastąpione szkarłatnymi iksami. Arctica omal nie podskoczyła, gdy to się stało. Phoren popatrzył z zaskoczeniem na ekrany i zaczął gorączkowo stukać w klawisze.

- Co się dzieje? - zapytała Arctica.

- Wykryłam nową obecność w systemie - oznajmiła Lockette. - Odcina mi dostęp.

- To Vrex?

- Nie, zbyt szybki czas działania jak na żywą istotę - odparł Phoren, nie odrywając palców od konsolet, jak w amoku. Nagle sobie uświadomił. - Sockette.

- Sockette? - Arctica uniosła brew. - Ta służka, która podawała mi wodę?

- Na jakiś czas przed skończeniem Lockette, jednego dnia miałem pewne problemy z siecią - powiedział Matoranin. - Teraz już wiem, o co chodziło. Vrex musiał się włamać i zdobyć jej plany, a potem użył ich, żeby ulepszyć Sockette. Bo najwyraźniej sam nie był w stanie tego zrobić - ostatnie słowa wypowiedział z zaskakującą jak na niego zawiścią, której Arctica jeszcze nigdy nie słyszała w jego głosie. Musiało to naprawdę rozzłościć Phorena.

- Dacie radę ją powstrzymać?

Konstruktor spojrzał na Lockette - jej oczy migotały jeszcze szybciej niż do tej pory, dając znać o tysiącach operacji wykonywanych w jej cybernetycznym mózgu pod powłoką - potem na Arcticę.

- To nasze zadanie. Ty skup się na tym, żeby nikt więcej - fizycznie - nie próbował nas zatrzymać.

Nie czekając na odpowiedź, wrócił do pracy. Arctica ponownie zwróciła się w stronę korytarza. Nikt nowy jeszcze się w nim nie pojawił, lecz kobieta wiedziała, że mogło się to zmienić w każdej chwili. Wzmocniła uścisk na rękojeściach trzymanych w gotowości Mroźnych Ostrzach, pulsująca w żyłach moc Lodu czekała na uwolnienie w dowolnej chwili.

Arctica czuła, że był to dopiero początek ich problemów.

⁎⁎⁎

Widok, który Galia zobaczyła za oknem matorańskiej pracowni, ani trochę się jej nie podobał. Trzy Nuvokah stały na placu przed kwaterą Phorena, ich zadarte oszklone głowy zapatrzone były w szczyt latarni. Maszyny stanowiły już wystarczające wyzwanie ze swoimi masywnymi cielskami, wielkością i siłą dorównującymi gladiatorom ze steltiańskich aren. Wielolufowe działa, umieszczone w miejscu lewej ręki u każdej z nich, tylko pogarszały sytuację. Podobnie jak zapętlona wiadomość odtwarzana przez roboty co parę minut, odkąd tu przybyły:

- Lojalny obywatelu Artas Nui. Według danych zebranych przez organy bezpieczeństwa, w tym budynku ukrywa się przestępca Toa. Oddaj go nam, a unikniesz kary. W świetle prawa, jakiekolwiek działanie mogące pomóc kryminaliście w uniknięciu zatrzymania będzie się równało z przestępstwem.

Galia odsunęła się od szyby.

- Raczej prędko sobie stąd nie pójdą - mruknęła pod nosem.

Popatrzyła na stół, na którym leżał własnoręcznie skonstruowany przez nią miotacz. Jako rodzima mieszkanka Xii i wieloletnia służąca zarządczyni fabryki produkującej narzędzia wojny, miała dość doświadczenia, a w warsztacie Phorena było dość części, by mogła zbudować tego typu broń. Z drugiej strony, ta wyglądała, jakby równie dobrze mogła rozlecieć się po pierwszym oddanym strzale. Albo Galia musiała liczyć na łut szczęścia i załatwienie wszystkich robotów jednym pociskiem, albo należało poszukać innego sposobu, by pozbyć się Nuvokah spod drzwi.

Przeniosła wzrok na Auerieusa, jego wątłe, zgarbione ciało, wzrostem ledwie przewyższające Matoranina. Turaga dzierżył tarczę, która uformowała się z jego Plazmowych Szczypców, oraz kostur, który powstał z bogowie wiedzą czego, ale to nie wystarczyło. Galia miała sporą wprawę w zabijaniu z ukrycia, a nawet w powalaniu większych zakapiorów w bezpośrednim starciu, ale Nuvokah były zdecydowanie ponad jej siły. Auerieus, nawet pomimo jego ograniczonych mocy Plazmy, jakimi dysponował, miał jeszcze mniejsze szanse. Nie, walka nie wchodziła w grę.

- Nie możemy się tu cały czas ukrywać - powiedział Turaga. - Nuvokah rozniosą ten budynek w pył.

Trudno było się z tym nie zgodzić.

Kłopot polegał na tym, że nie mieli za dużo innych opcji. Latarnia postawiona na wysuniętej poza miasto skale świetnie nadawała się jako miejsce do izolacji od świata i ukrywania się, ale nie wybudowano jej z myślą o obronie. Nie mieli też za bardzo jak się stąd bezpiecznie wydostać. Latarnię otaczało morze, a na jedynej drodze prowadzącej do miasta stały Nuvokah.

- Raczej nie mamy jak stąd uciec. Chyba że… - Vortixx zmierzyła Turagę od stóp do głów. - Umiesz pływać?

Auerieus pokręcił głową.

- Za dużo tu otwartej przestrzeni. Dopadną nas w mgnieniu oka.

- Nie mogę cię przecież wydać w ich ręce.

Turaga nic nie odpowiedział, miast tego zaczął krążyć wokół stołu.

- Może tak właśnie trzeba - odrzekł po pewnym czasie, przejeżdżając dłonią po blacie. - Wezmą mnie, a wtedy ciebie zostawią w spokoju.

Galia podeszła do stołu i oparła o niego ręce, sprawiając, że Auerieus się zatrzymał.

- Chcą cię, bo jesteś członkiem Rady - powiedziała, zaglądając Turadze w oczy. - Będziesz nam potrzebny w budowaniu nowego porządku, kiedy już uporamy się z całym tym bagnem. Dlatego tu jestem i cię bronię. Nie zgodziłam się na przegapienie całej akcji tylko po to, żeby teraz cię oddać bez walki.

Auerieus wgramolił się na krzesło przy stole i utworzył w dłoniach niewielką kulę plazmy. Owionięta niebieskimi płomieniami piłka przeskakiwała mu z jednej ręki do drugiej. Dla Galii wyglądało to tak, jakby Turaga sprawdzał ograniczenia mocy swojej nowej postaci.

- Nigdy jeszcze nie spotkałem Vortixx, który na pierwszym miejscu postawiłby coś innego niż własne dobro - powiedział, zerkając na dziewczynę. - Xianie z Quentris tak nie robią?

- Ja tak nie robię.

Na twarz mężczyzny wstąpił półuśmiech.

- No dobrze - odparł Turaga. - Ale nadal nie możemy tu zostać.

- Tak - zgodziła się Xianka. - Musimy tylko wymyślić jakiś plan.

Przysunęła do siebie jedno krzesło i usiadła przy stole. Wyciągnęła sztylet i obracała go przez moment w dłoni, po czym zaczęła kręcić kółka palcem zetkniętym z końcem rękojeści, z czubkiem ostrza dotykającym blatu. Był to jej niezawodny sposób na radzenie sobie z napiętymi sytuacjami. Jedni przygryzali wargi, ona bawiła się zdolnymi jednym cięciem rozpłatać gardło nożami.

Na zewnątrz Nuvokah kolejny raz powtórzyły swój komunikat, jak mantrę. Galia znała ten tekst już prawie na pamięć. Analizując go słowo po słowie, coś przyszło jej nagle do głowy.

- Nuvokah mówią, że chcą Toa, tak? - powiedziała, patrząc na jej towarzysza. - Chyba mam pomysł…

Auerieus wpatrywał się w nią z wyczekiwaniem.

⁎⁎⁎

- Odłóż broń!

Laserowe wiązki pruły powietrze nad głową Adena. Wszystko wskazywało na to, że ktoś skorygował oprogramowanie Nuvokah z „powstrzymać intruza” na „powstrzymać intruza za wszelką cenę”. Mężczyzna lawirował między błyskającymi pociskami, strzelając piorunami z czubków palców. Pomimo powalenia już trzech Nuvokah, korytarz nadal zdawał mu się ciasny. Za ciasny dla zarówno niego, jak i strzelających do niego robotów. Któreś z nich musiało stąd zniknąć. Rany od energetycznych bełtów coraz bardziej dawały mu się we znaki, lecz Aden miał nadzieję, że nie padnie na niego.

Mrok korytarza, płonące szczątki pokonanych Nuvokah, czerwone światła wyjącego alarmu migające pod sufitem - wszystko to przypominało mu o bitwie przed fortecą Kabriusa, o mrocznej skale Czarnych Szczytów, ogniu walki i szkarłatnym niebie. Im dłużej walczył, tym więcej obrazów z tamtego dnia odkrywał przed nim jego umysł.

To była straszliwa bitwa, zakończona ogromnym poświęceniem Stwórczyni, która oddała swoją cielesną formę, by wtrącić Niszczyciela do wiecznego więzienia. Gdy świstały wokół niego lasery Nuvokah, w głowie Adena pojawił się cień myśli, czy ta bitwa, która rozgrywała się teraz na Artas Nui, setki wieków później, w zupełnie innym świecie, również będzie wymagała takiego poświęcenia. I czy to on będzie musiał go dokonać.

Widmo Saniis walczyło tuż przy nim. Jej wojowniczy duch sprawiał, że lśniła, nawet w ciemności. Kierowała jego ruchami, naskoczyła na przeciwnika i rozpłynęła się niczym mgła.

Aden wbiegł na szczątki poległego Nuvokah i używając ich jak rampy, wybił się w powietrze, naskakując na robota naprzeciw. Ostrze jego tonfy zatopiło się w szklanej powłoce głowy Nuvokah. Wojownik wcisnął owioniętą błyskawicami rękę pod powłokę, łapiąc za przewody mózgu maszyny. Gdy pociągnął w lewo, robot obrócił się w tym samym kierunku. Nie przestając strzelać, Nuvokah zaczął posyłać laserowe bolty na wszystkie strony, niszcząc przy tym swoich mechanicznych pobratymców.

Drzwi do windy na końcu korytarza otworzyły się i pojawił się w nich Skakdi.

- Hej, co tu się dzieeeeeooooooo w mordę!!! - krzyknął, widząc nadlatujące ku niemu wiązki i czmychnął z powrotem do windy. Moment później drzwi do niej zostały zasypane gradem pocisków.

Aden wyszarpnął ostrze z mózgu Nuvokah. Zeskoczył z maszyny, a ta runęła na podziurawioną posadzkę. Ostatni z mechanicznych kolosów zaległ na ziemi wśród reszty pokonanych.

Wojownik zmierzył w kierunku windy, lecz na moment przystanął i odwrócił się, spoglądając na pozostawione przez siebie pobojowisko. Tam, dokąd zmierzał, czekała go jeszcze trudniejsza walka. Przeniósł wzrok na swoje rany, osmolone dziury w tkance organicznej, z których jeszcze uchodziły smużki dymu. Ból był nikły. Aden nie wiedział, czy to za sprawką adrenaliny krążącej w jego żyłach, jego zdolności szybkiej regeneracji, czy też może jeszcze czegoś innego. Lecz to, że nie czuł bólu nie oznaczało wcale, że nie odniósł obrażeń. Każde z nich mogło się obrócić przeciwko niemu w bezpośredniej konfrontacji z Vrexem.

Saniis położyła mu dłoń na ramieniu, spojrzeniem dając znać, by się nie martwił. Postanowił wziąć sobie tę radę do serca.

Podszedł do drzwi wieńczących korytarz i przywołał windę. W połowie drogi na szczyt Wieży Centralnej został nagle zatrzymany. Powiódł spojrzeniem po wnętrzu windy, gdy zaczęło migotać awaryjne światło. Dalszą drogę musiał pokonać w inny sposób.

Przelał moc do swoich ostrzy i rozpłatał sufit kabiny. Wydostał się na zewnątrz i zagnieździł ostrza w ścianie szybu, wspinając się ku górze, ku Vrexowi.

⁎⁎⁎

Vrex zapatrywał się podniośle w krajobraz Artas Nui. Tak wiele działo się teraz w mieście. Zamieszki były pomału pacyfikowane. Matoranin powiedział Nuvokah i Skakdi, by się nie powstrzymywali - jeśli ktoś z mieszkańców zginie, będzie to koniecznie poświęcenie. Musiał dać obywatelom przykład, jaka kara czeka ich za sprzeciwianie się jego woli. Nie mógł sobie pozwolić na żadne bunty i powstania, nie na tym etapie planu.

W stoczni Czwartego Dystryktu sprawy również układały się po jego myśli. Nuvokah zlokalizowały już kryjówkę Khakkhary Nui - Vrex wysłał tam również Zespół B, głównie po to, by mieć ich z głowy. Jego wywiad świetnie się spisał, znajdując siedzibę wrogiej organizacji, a pogłoski o źródle Zenergizowanej Protodermis były co najmniej przejmujące. Nie były to potwierdzone informacje, lecz w obecnej sytuacji Matoranin nie mógł niczego lekceważyć, nie uznając tego za pewnik. Zenergizowana Protodermis była zbyt niebezpieczna w rękach Khakkhary, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, co drzemało pod powierzchnią wyspy.

Vrex miał też po części nadzieję, że Nuvokah zdołają zamknąć sprawę Adena, nim ten da radę choćby na krok zbliżyć się do windy. To, że banda Mrocznych Łowców sobie z nim nie poradziła, było do przewidzenia - nie wykazywali się oni w końcu zbytnim intelektem - lecz Nuvokah miały potężne działa, znakomitą precyzję przy celowaniu i nie dało ich się przechytrzyć czy rozproszyć w ograniczonej przestrzeni, jaką był główny korytarz Kopuły.

Z drugiej strony, czy cokolwiek było w stanie powstrzymać moc, z jakąś nikt nigdy dotąd nie zetknął się na tym świecie?

- Sockette, raport - rzucił Vrex do komunikatora.

Odpowiedź nie nadchodziła przez długi czas.

- Sockette, raport - powtórzył Matoranin, tym razem ostrzejszym tonem.

- Przepraszam, panie Vrex - odezwała się Sockette. - Doszło do włamania do centrum danych. Robię, co w mojej mocy, by opanować sytuację.

Włamanie? Więc może Vrex dobrze postąpił, informując Rennihka o planie awaryjnym. Mimo wszystko, musiał przyznać Toa, że było to całkiem sprytne posunięcie - wysłać Adena do odwrócenia jego uwagi, by ktoś inny mógł zakraść się do banku danych Artas Nui. Było to niemal godne podziwu. Prawie im się udało.

- Co z Adenem? - zapytał Vrex.

- Nuvokah nie udało się go zatrzymać. Zmierza właśnie do pańskiego gabinetu. Mam wysłać strażników, by mu to uniemożliwić?

A więc jednak Nuvokah nie podołały zadaniu. Najwyraźniej nieważne, jak potężne maszyny Vrex zbuduje, pewnych rzeczy zwyczajnie nie dało się powstrzymać.

- Nie. Wyślij strażników do centrum danych - odparł. Z podłogi przy biurku wysunął się jego czarny miecz, Obsydianowy Poborca Podatkowy. - Sam zajmę się Adenem.

Chwycił rękojeść ostrza i ustawił się przodem do drzwi. Nie musiał długo czekać, aż te wyleciały z zawiasów, rozerwane od zewnątrz mocą bijących zielonym blaskiem błyskawic. Aden stanął w wejściu, otoczony zielonkawą poświatą, jego pierś unosiła się i opadała wraz z ciężkim oddechem, a blask w oczach nie pozostawiał żadnych wątpliwości, w jakim celu wojownik się tu zjawił.

- Vrex - powiedział przybysz, obracając ostrza tonf ku zewnętrznej stronie.

- Witaj, Adenie - odrzekł Matoranin. - Widzę, że Nuvokah zawiodły… Cóż. - Zakręcił mieczem w powietrzu. - Jeśli chcesz, aby coś było dobrze zrobione… zrób to sam.

Rozdział 13[]

Nuvokah zaskoczył ich wszystkich.

Toro zamarł na widok metalowego potwora, czterokrotnie od niego wyższego, pokrytego ciemnym pancerzem i rzygającego ogniem z działa w miejscu lewej ręki. Jeśli sami Skakdi nie wystarczyli, zjawienie się robota wywołało całkowitą panikę wśród Matoran. Nagle ciasna ulica przestała być problemem, protestujący rozbiegli się na wszystkie strony, przemykając gdzie tylko się dało, jak bezmyślne Rahi. Maszyna oddała strzały. Lufy zabłysły, gdy Nuvokah przegiął się na nogach. Działo obróciło się, klekocąc trybami i obierając sobie inny cel. Na Toro posypały się odłamki cegieł i metalu. Padł na ziemię, pod osłonę ściany.

Przez wyłom po Nuvokah wbiegł kolejny oddział Policji Skakdi. W ciemności zalśniły ciosy, przybysze byli cali w czerni. Biegający w tę i we w tę Matoranie stanowili łatwy cel dla dobrze skoordynowanych i uzbrojonych Zakazian. Do uszu Toro dobiegło wycie sprężyn miotaczy Kanoka, potem wszędzie wokół zaczęły świstać dyski. Na umykającego Matoranina posypało się więcej odłamków. Krawędź Kanoka, który przemknął mu też przed maską, zraniła go w policzek. Nagle odkrył, że leży, przykryty ciałem Nuukora, który ściągnął go na ziemię. Kolejne dyski przecięły powietrze nad nimi i z trzaskiem wbiły się w ścianę za plecami.

Jeszcze jeden wybuch. Hałas wypełnił mu całą głowę. Matoranin uświadomił sobie, że chlipie. Nagle wszystkie dźwięki stały się dla niego bardzo odległe. Zatrząsł się ze strachu.

Nuvokah wkroczył na środek dziedzińca i obrócił się. Huk eksplozji wzniósł się ponad krzyki. Maszyna zdawała się strzelać w losowe miejsca, bez wymierzania w jakiś konkretny cel. Do Toro dotarła straszliwa prawda - zorganizowali protesty, więc uznano ich za przestępców, takich jak Toa. Przestępców nie chroniło prawo. Równie dobrze mogli tu wszyscy zginąć.

Poczuł na sobie coś mokrego i ciepłego. Z przerażeniem odkrył, że to krew, którą broczyła pierś Nuukora. Wsparł się na łokciu, klękając obok starego Matoranina, skryty za powstałym gruzowiskiem.

- Nuukor, nie… - zachlipał.

- Uciekaj, Toro. - Nuukor przejechał mu dłonią po umorusanej masce. - Dla mnie jest już za późno… Idź, powiedz Toa, co tu zaszło…

- Nie mogę… ja…

- Idź! Uciekaj…!

Pobliska eksplozja uświadomiła Toro, że tak trzeba. Zostawił Nuukora, nie wiedząc, dokąd biegnie. Wokół niego padali Matoranie, trafieni paraliżującymi dyskami lub wiązkami laserów. Wszędzie drogę zdawali się blokować Skakdi, za plecami Nuvokah wypluwał kolejne bełty. Może w którymś budynku uda mu się znaleźć schronienie, a stamtąd poszuka drogi ucieczki…

Coś jasnego i pomarańczowego mignęło mu gdzieś z boku. Nagle jego prawą pierś naznaczyła jaskrawa pręga, promieniując bólem. Toro krzyknął i runął na ziemię. Kiedy podniósł głowę, zobaczył stojącą nad nim Laishę.

Zakazianka uniosła rękę, w której trzymała pejcz.

- Trzeba było zostać w fabryce - warknęła. Nim bicz zdążył jednak zranić Toro, jakiś czerwony kształt uderzył w kobietę z boku, zwalając ją z nóg.

Aparu bez słowa podciągnął Matoranina na nogi i razem schowali się za zalegającym na ulicy kawałem metalu. Toro zauważył, że Ta-Matoranin ma przy sobie miotacz Kanoka i kilka dysków. Jak je zdobył - wolał nie wnikać. Robotnik w Ruru wychylił się zza ściany żelaza i wycelował. Obok nich inny z robotników dostał dyskiem i padł, sparaliżowany mocą Kanoka. Aparu wymierzył starannie i oddał strzał. Trudno było ocenić - trafił, czy nie. Strzelił raz jeszcze i zobaczył przewracającego się Skakdi. Cały tłum Zakazian pędził ku nim jak tsunami.

Toro szarpnął go za ramię.

- Aparu, oni zabili Nuukora… - wykrztusił. - Musimy się stąd wynosić.

Ludzie rozbiegli się po dziedzińcu, w popłochu umykając wyłapującym ich plutonom Zakazian. Niektórzy wymykali się przez wyrwy stworzone przez Nuvokah, nie wiedząc, co czeka ich po drugiej stronie. Ci, którzy zostali złapali, znikali pod ciemnymi powłokami owadzich transportowców. Ci trafieni pociskami Nuvokah mieli mniej szczęścia. Toro zobaczył, jak Aparu po raz kolejny pociąga za spust. Zostały mu tylko dwa dyski.

- Aparu, proszę - ponaglił Toro. - Trzeba uciekać.

Eksplozja rozpłatała ziemię ledwie pół bio od nich.

- Uciekajmy! - błagał Toro. - Jest za późno, żeby walczyć.

- Cholera - zaklął Aparu. Zdjął palec z cyngla i obaj puścili się biegiem.

Wokół nich zajazgotały wrogie dyski. Przetoczyli się i podpełzli do drzwi, rzucając się do stosunkowo bezpiecznego wnętrza budynku. Jak się okazało, był całkowicie pusty - Toro nie chciał nawet się zastanawiać, gdzie podziali się mieszkańcy. Matoranin stanął na równe nogi, biegnąc za Aparu do wyjścia po drugiej stronie. Rozległo się stłumione tok-tok-tok bełtów Nuvokah uderzających o zewnętrzną ścianę i całym budynkiem zatrzęsło. Ciekawe, czy się na nas nie zawali, zanim dotrzemy do drzwi, pomyślał Toro. To jedyne, o czym mógł myśleć w tej chwili.

Wypadli z drugiej strony budynku. Spokój ulicy, na której się znaleźli, był niemal trudny do przyswojenia w kontraście z piekłem, z jakiego uciekli. Aparu i Toro spojrzeli po sobie, po czym ruszyli naprzód, trzymając się bram. Na ulicy było jeszcze parę osób; wszystkie oglądały się w stronę wybuchów, próbując ustalić, skąd dochodzą te odgłosy, co się dzieje.

Toro zastanawiał się, czy tak właśnie wyglądał dzień, w którym rozpoczęła się Wojna o Nowy Świat - czy wtedy mieszkańcy też tak zadzierali głowy, jak Kewa, obracając je ku odgłosom maszerujących mechanicznych żołnierzy, nagle zdając sobie sprawę, że coś im grozi.

- Na Wielkiego Ducha… - sapnął Matoranin i szturchnął towarzysza w ramię, pokazując na coś palcem. - Aparu, patrz.

Ta-Matoranin w Ruru powiódł wzrokiem za jego palcem, wskazującym nocny nieboskłon. Na tle ciemnego nieba, w kilku miejscach unosiły się słupy dymu. Bynajmniej nie z fabryk - w okolicy, w której się znaleźli, nie było fabryk. Były za to…

- Plantacje, doki, dzielnica handlowa… - wyszeptał Aparu. - To się dzieje wszędzie.

Nad ich głowami utrwalony w zapętlonym nagraniu Vrex powtarzał swoje orędzie na telebimach sterowca, ale skutki ostrzeżeń lidera Syndykatu były już widoczne. W cały mieście tłumiono protesty siłą. Mieszkańcy byli głupi, wierząc, że Nuvokah nie zrobią im krzywdy. Zrobią każdemu, kto sprzeciwi się woli Vrexa.

Toro już miał coś odpowiedzieć, gdy przerwały mu krzyki Matoran oraz świst dysków. Wszyscy popatrzyli wzdłuż ulicy.

- To nie brzmi dobrze. - Aparu zmarszczył czoło.

- Chowajmy się - powiedział Toro.

- Za późno.

Zza rogu wylała się fala ludzi, biegnących i krzyczących. Za nimi, jak nocne zjawy, pędzili Skakdi w czarno-czerwonych zbrojach. Migotliwe strumienie srebrnych dysków pomknęły ku ciżbie. Aparu i Toro skryli się w bramie, ludzie popędzili dalej, spadły na nich kolejne dyski. Zakazianie połączyli swoje moce i wznieśli żywiołową ścianę przed tłumem, która odgrodziła im drogę, a jeden ze Skakdi przebił się przez uciekinierów i stanął z przodu motłochu. Energetyczne więzy spadły na sparaliżowanych Kanoka i strachem Matoran. Na ulicę wtoczył się transporter, gotów zabrać pojmanych mieszkańców Wielki Duch wie dokąd.

Aparu i Toro schowali się głębiej we wnęce bramy. Furtka za ich plecami była zrobiona z siatki, łatwo można było się po niej wspiąć. Za nią znajdowała się długa, wąska uliczka, wiodąca zapewne do dalszej części miasta. Na obecną chwilę, Matoranie nie mieli lepszej drogi ucieczki.

Nagle, jeden z Zakazian ich zauważył. Wskazał ich palcem, wykrzykując coś do reszty oddziału. Kilku Skakdi zmierzyło w ich stronę. Toro przywarł mocniej do bramy.

- Idź, ja ich odciągnę - powiedział Aparu, ładując do miotacza jeden z dwóch ostatnich Kanoka.

- Ale… - Toro się zawahał. - Co będzie z tobą?

- To nie jest czas na dyskusje - odparł Matoranin w Ruru. - Zmykaj stąd, już!

Toro posłuchał się go. Wspiął się po siatce i wylądował niezdarnie po drugiej stronie. Nawet nie oglądał się na Aparu, tylko pobiegł przed siebie. Jakiekolwiek dźwięki rozegrały się na ulicy za jego plecami, nie chciał ich słuchać, więc udał, że nic do niego nie dociera. Z wodą wzbierającą w oczach, znalazł się u wylotu uliczki i rozejrzał na boki. Nigdzie nie było widać wrogich Skakdi. Jeszcze.

Musiał jakoś znaleźć Toa w tym chaosie, który ogarnął miasto, i powiedzieć im, co się stało - o ile sami nie zostali jeszcze wciągnięci w wir walki. Zaczął błądzić chaotycznie myślami w poszukiwaniu miejsca, w którym mógłby ich znaleźć.

Latarnia morska. Toro słyszał o latarni morskiej, w której Toa często spotykali się z matorańskim konstruktorem. Z tego, co kojarzył, mieściła się na północnym wybrzeżu. To nie tak daleko.

Zaczął biec co sił w nogach. Gdzieś za nim rozległy się przytłumione eksplozje, lecz nie zwracał na to uwagi. Teraz liczyło się tylko dotarcie do latarni.

Musiał się tam dostać za wszelką cenę.

⁎⁎⁎

Pierwszy Nuvokah padł na grunt stoczni. Ostrzeliwany przez żołnierzy Khakkhary pancerz dał wreszcie za wygraną i pociski rozryły wnętrze maszyny. Robot zajął się ogniem, zataczając się i przewracając na idącego obok Nuvokah, który zachwiał się, posyłając laserowe wiązki w kolejną z maszyn.

Żołnierze krótko cieszyli się chwilowym zwycięstwem. Jak rozwścieczony lider stada, Nuvokah-Kal odpowiedział zasypując odzianych na czerwono wojowników gradem bełtów. Więcej eksplozji rozniosło się po spękanych płytach doków. Puste wyrzutnie Elektro-Rakiet schowały się pod powłoką maszyny, by za moment znów wychynąć i od razu oddać strzały. Pociski smagnęły ziemią, rozprowadzając wszędzie wokół ogień i wstrząs elektryczny. Siedzący na ramieniu kolosa Butterfly coś wykrzyczał, ale huk zagłuszył wszystko.

Vox, Hserg i Mówca chowali się za barykadą najbliżej złotego Nuvokah. Wykorzystując moment, w którym robot był obrócony do nich tyłem, Toa Ognia wyłonił się zza osłony, uwalniając z rąk płomienistą kulę. Nim ta zdążyła dotknąć Nuvokah, maszyna w okamgnieniu obróciła się z terkotem ku Toa. Gorące powietrze ulatujące z działa zasyczało, kiedy robot obsypał ich kolejną porcją śmierci. Iskry i dym zawirowały wokół Voxa i jego towarzyszy, lecz dzięki Hsergowi ogień ich nie dosięgnął. Cokolwiek czerwony Toa do niego mówił, Vox tego nie usłyszał. Dźwięczało mu w uszach. Użył mocy, by wytłumić nieco hałas i przywrócić sobie słuch.

- Jaki szybki! - krzyknął Hserg. - Jakby ktoś wmontował mu Kakamę w tyłek. Gdy już będzie po wszystkim, będę musiał poważnie porozmawiać z Phorenem…

Toa Dźwięku wychylił głowę zza barykady, by ocenić sytuację. Nie chciał sobie nawet wyobrażać, ile martwych ciał kryło się pod kłębami dymu, rozszarpanych przez pociski Nuvokah, zmiażdżonych przez ich stopy. Przynajmniej zginęli w walce. Łatwo było zbyć ich śmierć, wmawiając sobie, że byli zbrodniarzami, jak cała Khakkhara. Ale Vox wiedział, że organizacja miała w swoich szeregach mnóstwo ludzi takich jak Kyre, którzy wcale tego nie chcieli, tylko zbłądzili w życiu.

Czas na ich opłakiwanie nadejdzie później. Po skończonej walce w Kaplicy Onumoko pojawi się mnóstwo nowych masek. Oby tylko jego własna Kanohi do nich nie dołączyła.

Srebrne dyski, wystrzelone przez żołnierzy Khakkhary, odbiły się z brzdękiem od pancerza Kal. W odpowiedzi zaatakował ich ogień nie z działa maszyny, a z rąk Blaze siedzącej na jej ramieniu.

- Nie rozumiem, co Mroczni Łowcy tutaj robią - powiedział Vox. - Przecież teraz wszyscy się dowiedzą, że współpracują z Vrexem.

- Może się zgubili - podsunął Hserg. Szary Toa mimowolnie się uśmiechnął.

- Vrex nie zamierza zostawić tu nikogo przy życiu. Więc nikt się nie dowie - odrzekł Mówca, śmiertelnie poważnie. Gdzieś za plecami zagrzmiała kolejna eksplozja. - Musimy być bardziej ostrożni.

- Święte słowa - powiedział Toa Ognia, spoglądając na gruzy. - Te Nuvokah są jeszcze gorsze niż drony. Z tamtymi chociaż miałeś kontakt. - Skrzywił się. - Dało się walczyć. A te są za szybkie.

Vox był skłonny się zgodzić.

- Ale śmierć to śmierć - odrzekł. - Wolałbym nie spotkać ani tych, ani tamtych.

Wyglądając zza osłony, powiódł po pobojowisku wzrokiem za złotym Nuvokah. Olbrzym wysunął się na przód grupy szturmowej, torując drogę reszcie maszyn. Pozostałe Nuvokah zajmowały się odpieraniem ataków żołnierzy ostrzeliwujących ich z boku. Kal był jak czołg, bombardując strzałami główne fortyfikacje na drodze do bazy. Nagle grupa żołnierzy w czerwieni wyłoniła się zza pobliskich skrzyń, zasypując go serią z miotaczy. Serwomotory maszyny zawyły, gdy odwróciła się w ich stronę, atakując parą Elektro-Rakiet.

Toa skupił swoją uwagę na towarzyszących metalowym monstrom Mrocznych Łowcach. W całym tym chaosie umknął mu moment, w którym Bat gdzieś zniknął, ale Butterfly i Blaze nadal tam byli. Najemnicy stanowili równie wielkie zagrożenie, co maszyny, ale brakowało im tak szybkich reakcji. Może warto byłoby zacząć od nich. Nuvokah i tak nie pozwalały im się do siebie zbliżyć.

- Zajmijmy się najpierw Mrocznymi Łowcami - powiedział Vox. - Spróbujmy znaleźć jakiś sposób, żeby rozdzielić ich od Nuvokah.

- To chyba nie będzie potrzebne… - Hserg wskazał nagle na coś palcem. - Kryć się!

Tym, na co wskazywał, okazał się nadlatujący Bat. Najemnik nadciągnął ku nim z mroku nocy, strzelając wybuchowymi pociskami. Bomby rozniosły barykadę w drobny mak, ale Toa i Mówca zdążyli w porę odskoczyć.

Schowali się za najbliższymi osłonami. Tylko po to, by znów rzucić się do ucieczki, kiedy spadły na nich lasery wyplute ze wszystkich czterech dział Nuvokah-Kal. Vox aktywował Hau, gdy za jego plecami przetoczyła się seria eksplozji. Zasypały go grudki rozszarpanych płyt, tworząc kolejną warstwę brudu na Kanohi. Zobaczył, jak Hserg wyciąga do niego rękę, schowany w dziurze w ziemi, pozostałości po jednej z pułapek Khakkhary. Vox skoczył, wpadając do dołu obok Toa Ognia, nim Nuvokah skończył salwę. Hserg osłonił ich obu tarczą, gdy nadciągnęły kolejne wiązki.

- Spokojnie - powiedział mężczyzna w Arthron. - Wytrzyma.

Vox nie chciał nawet używać mocy, by wykryć kłamstwo w jego głosie. Wolał nie wiedzieć. Wychylił ukradkiem głowę spod tarczy, dostrzegając Mówcę, który został po drugiej stronie. Dał mężczyźnie gestem znak, by pozostał w ukryciu. Następnie łypnął okiem na Kal. Tak szybko się zjawił. Vox jeszcze nigdy nie widział maszyny, która poruszałaby się tak prędko przy tak ogromnej masie. To ewidentnie nie była robota Phorena. Ci, którzy skonstruowali tę rzecz, musieli być szaleńcami.

- Dobra, Łowcy schodzą na razie na drugi plan - rzucił do Hserga. Jego własny głos brzmiał jak szept w całym tym rwetesie. - Musimy jakoś pozbyć się tego potwora.

Stocznia zatrzęsła się pod wpływem kolejnych wybuchów. Uszkodzony dźwig górujący nad dokami zajęczał żałośnie, groził zawaleniem. Gdzieś obok rozległa się seria strzałów Nuvokah, potem krzyki wojowników Khakkhary, a potem od strony tamtych żołnierzy nie nadszedł już żaden dźwięk. Żadnych krzyków. Vox uderzył zaciśniętą pięścią o ziemię. Ile jeszcze śmierci musiało przetoczyć się przez to miejsce, nim będzie po wszystkim?

Popatrzył na swoje odbicie w klindze Rozjemcy. Lustrzany wizerunek Toa pokrywały ciemne plamki brudu, którymi upstrzone było ostrze. Cholera, dopiero co polerował ten miecz…

- Hej, bracie - powiedział do niego Hserg, widząc, że się zamartwia. - Wyjdziemy z tego cało.

Toa Dźwięku pokiwał głową. Słowa towarzysza dodały mu nieco otuchy.

- Wiem - odparł. - Wychodziliśmy już z gorszych opresji.

- Ciesz się, że nie ma tu z nimi Bane’a. - Hserg oparł się bliżej plecami o ścianę dołu. Cały czas trzymał tarczę nad ich głowami. - Wtedy dopiero byliby nieznośni.

Vox roześmiał się. Przynajmniej to pozwoliło mu to na moment zapomnieć o rozgrywając się wokół piekle.

Wykonał na szybko dźwiękowy rekonesans, szukając wsparcia gdzieś w pobliżu. Wszyscy członkowie Khakkhary byli zajęci walką z podstawowymi jednostkami Nuvokah. Może uda im się je odeprzeć, póki uwaga Kal będzie skupiona na Mówcy i Toa. O ile Vox i jego towarzysze niedoli przeżyją. Wojownik cicho liczył na nagłe pojawienie się Izakiego, lecz Toa Lodu nie dawał żadnych oznak życia po upadku, podobnie jak Kyre. Vox obawiał się najgorszego. W obecnej sytuacji, wszystko, czego się obawiał, było najgorsze.

Uspokoił się. Hserg miał rację. Wyjdą z tego cało. Odnosili zwycięstwo w dużo gorszych starciach. A na Voxa wiele czekało po skończonej walce. Zbudowanie nowego porządku w mieście. Przeczesanie Archiwów w poszukiwaniu odpowiedzi dotyczących Zaldiara. Spotkanie z Arcticą…

Próbował wykorzystać rozbrzmiewający wokół hałas, by zaatakować Nuvokah impulsem dźwiękowym. Odpuścił tak szybko, jak szybko spadły na niego strzały z dział machiny, gdy tylko wyłonił się z ukrycia.

Butterfly przyglądał się z rozbawieniem, jak Toa i Mówca chowają się pod osłoną przed strzałami niczym spłoszone Żółwie Dermis. Nie różniło się to tak bardzo od uciekających w panice żołnierzy Khakkhary - wszyscy byli tak samo bezradni wobec potęgi Nuvokah. Ale moc, jaką normalnie dysponowali Toa, czyniła tę sytuację jeszcze bardziej satysfakcjonującą dla najemnika.

- Dalej, Toa, kryjcie się! - krzyknął. - Tak się właśnie kończy cała ta wasza rewolucja!

Czworo oczu siedzącej obok niego Blaze zwęziło się w cienkie szparki, gdy kobieta zmarszczyła czoło.

- Tamci Toa… - odezwała się. - Jest ich tylko dwóch.

- Hę? - Butterfly zwrócił ku niej głowę, nie rozumiejąc.

- Ci dwaj - wyjaśniła Blaze, wskazującą płonącą ręką na dziurę, w której skryli się Hserg i Vox. - Zazwyczaj jest z nimi jeszcze Toa Lodu.

- Był tu jakiś Toa Lodu - zauważył Butterfly, lecz Blaze pokręciła głową.

- Nie. Ta, o której mówię, to kobieta - odparła. - Nie ma jej tu…

Nagle Ehali rozszerzyła oczy. Spojrzała na towarzysza.

- Zdobądź źródło sam. Ja muszę wracać do Kopuły. - Nie czekając na odpowiedź, zeskoczyła z barku Nuvokah na ziemię. Rozpostarła ramiona i przemieniła swoje ciało w płomienie, które odfrunęły z wiatrem w stronę Pierwszego Dystryktu.

Butterfly spoglądał jeszcze przez chwilę skonfundowany na miejsce, w którym zniknęła, po czym skwitował całe zajście wzruszeniem ramion. Nie wiedział, o co w tym wszystkim chodziło, ale jeśli działo się coś złego, może należało wreszcie skończyć tę zabawę w chowanego z Toa. Mroczny Łowca wyciągnął garść nasion z jednej ze swych sakw i przytwierdził je do palców. Zatrzepotał skrzydłami, wznosząc się w powietrze, podczas gdy robot obrócił się i zmierzył ku reszcie walczących Nuvokah. W okamgnieniu z dłoni Butterfly’a wyrosły długie zielone wije, po jednym z każdego palca. Przesiąknięte wonią dymu powietrze zaświstało, gdy pomknął ku Toa.

Bat nadciągnął z drugiej strony, posyłając ku Toa pociski. Na ich drodze stanęła stworzona przez Voxa bariera ze wzmocnionych dźwiękowych wibracji, o którą rozbiły się jak o ścianę.

- Vox, uważaj! - rozległ się krzyk Hserga.

Toa w Hau zobaczył, jak zielone macki sięgają, by go pochwycić. Naładowały mocą ognia miecz Hserga przeciął je, nim zdołały go dosięgnąć. Butterfly wzbił się nad głowy obydwu Toa i zawisł w powietrzu. Jego pnącza momentalne odrosły. Najemnik zanurkował raz jeszcze, tym razem obierając sobie za cel Toa w Arthron. Wije momentalnie pochwyciły mężczyznę i porwały go ze sobą w górę. Po Hsergu na ziemi zostały tylko miecz i tarcza.

- Spróbuj przeciąć pnącza teraz, Toa - zaśmiał się Butterfly, gdy znaleźli się z Hsergiem wysoko nad ziemią. - Czeka cię długa droga w dół!

Vox próbował zrobić coś, by pomóc przyjacielowi, lecz gdy tylko wychylił się z ukrycia, Bat rozpruł pociskami ziemię dookoła. Zatoczył koło w powietrzu, by zaatakować Toa kolejną salwą. Vox nie wiedział, co było gorsze - bełty Nuvokah, czy bomby Mrocznego Łowcy. Pod względem tego, ile robiły hałasu, były równie koszmarne. Mężczyzna bał się, że jeśli dalej będzie to trwało, to w końcu osłabnie od ciągłego tłumienia huków i trzasków, które wypełniały powietrze wszędzie dookoła.

Bał się. Przenikliwy chłód strachu zacisnął swoje lodowate szpony na jego sercu i nie zamierzał puścić. Lęk już wcześniej gnieździł się w jego wnętrzu podczas rozgrywającej się bitwy, uczucie to zawsze towarzyszyło Voxowi gdzieś z tyłu głowy podczas każdej walki, jaką stoczył. Jednak nigdy nie było tak silne.

Nagle Toa zrozumiał, dlaczego.

Wyjrzał z ukrycia i zobaczył, jak Mówca kieruje nieodgadnione spojrzenie zza gogli ku Mrocznemu Łowcy. Nietoperz osiągnął szczytowy punkt, gotów, by zacząć pikować w ich stronę. Wtem moc lidera Khakkhary dosięgnęła i go.

Vox nie wiedział, jakie mroczne wizje Mówca wywołał w jego głowie, ale latający najemnik zaczął miotać się w powietrzu, jakby potrząsała nim czyjaś niewidzialna ręka. Nagle Toa uświadomił sobie - Mówca sprawił, że Bat przestraszył się własnym pocisków. Zbyt głupi, by wyrzucić miotacze, zaczął zataczać chaotyczne kręgi na ciemnym niebie, próbując uciec od czegoś, co trzymał we własnych szponach.

Wojownik wyskoczył z ukrycia i przeturlał się do Mówcy.

- Dobry pomysł.

- Strach jest najgorszym wrogiem - odrzekł mężczyzna. - Ale dla niektórych może być najsilniejszym sojusznikiem.

- Teraz musimy tylko sprawić, żeby Butterfly puścił Hserga i zająć się nim - powiedział Vox, ale lider Khakkhary pokręcił głową.

- Intelekt Bata jest na równi z Rahi - odparł. - Wywołanie u niego panicznego strachu było nadzwyczaj łatwe. Ale ten drugi łowca ma dużo mocniejszy umysł. Mniej podatny.

Vox zlokalizował na niebie Butterfly’a. Nie zanosiło się na to, by puścił Hserga, sam Toa Ognia też nie miał jak wydostać się z roślinnej pułapki - upadek z tak wysoka połamałby mu wszystkie kości, jeśli nie gorzej. To ostatnie, czego potrzebowali w tej bitwie.

- Wróć do swoich ludzi. Pomóż im odeprzeć Nuvokah - powiedział Toa Dźwięku do Mówcy, sięgając po miecz. Wychylił się zza osłony, by ocenić sytuację. - Ja pomogę Hsergowi. Potem postaramy się jakoś do was dołączyć.

- Zaczekaj, Toa. - Mówca pokazał na coś palcem. - Patrz!

Wciąż owładnięty panicznym lękiem Bat zaczął niebezpiecznie zbliżać się do trzymającego Hserga Butterfly’a. Mroczni Łowcy zderzyli się w powietrzu. Vox zamarł, widząc, jak cała trójka leci zygzakiem na spotkanie z ziemią, zaplątana w pnącza zielonego najemnika. Rozbili się gdzieś za ścianą pordzewiałych kontenerów, nieopodal miejsca walki.

Nie zważając na bełty, które rozpruwały przestrzeń wszędzie wokół, Toa Dźwięku puścił się biegiem w tamtym kierunku.

⁎⁎⁎

Gabinet Vrexa był tak samo wielki i tak samo wypełniony pustką, jak zawsze. Aden wątpił jednak, czy nawet tak przestronny pokój zdoła pomieścić pulsującą energię, gniew i żądzę wymierzenia sprawiedliwości, które w nim buzowały.

Żyły pod skórą wojownika płonęły zielenią od przepływającej przez nie mocy, która błagała, by ją uwolnić, błagała, by pozwolić jej dosięgnąć Vrexa i wymierzyć mu karę - za jego liczne kłamstwa, zabicie Saniis, odebranie wspomnień, za wszystko. Lecz mężczyzna wiedział, że nie może dać owładnąć się gniewowi. Potrzebował czystego umysłu w nadchodzącym starciu. Ulegał już wcześniej emocjom i nie skończyło się to dla niego dobrze.

Vrex stał tam, gdzie zawsze - opodal granitowego biurka, z przestronnym oknem za plecami. Pomimo wielkiego, czarnego miecza trzymanego w dłoni, postawa mężczyzny promieniowała ciepłem, była przymilna, można by nawet rzec, że ojcowska. Taka sama, jak gdy Aden po raz pierwszy go zobaczył, i jaką Vrex obierał przy każdym ich kolejnym spotkaniu.

W ten sposób uśpił jego czujność. Fałszywa chęć pomocy i życzliwość, jaką Matoranin obdarzył Adena - to sprawiło, że wojownik, który dopiero co wybudził się z hibernacji bez żadnych wspomnień, niemal natychmiast mu zaufał. Były pewne obawy i znikoma nieufność, tak, ale Aden na nie nie zważał. Był na tyle głupi, by uwierzyć w dobrodziejstwo wpływowego mężczyzny, który wziął go pod swoje skrzydła po tym, jak uległ tragicznemu wypadkowi. Cóż, powinien był wiedzieć lepiej.

Zrobił pierwszy krok do przodu w kierunku Vrexa. Błyskawice rozpoczęły swój dziki taniec wokół jego dłoni i ostrzy.

- Przemyśl to dobrze, Adenie - odezwał się Matoranin w Super-Zbroi. - Nie jest jeszcze za późno, by się wycofać.

Aden dobrze wiedział, co miały na celu te słowa. Vrex chciał zasiać w nim fałszywe przekonanie, że jeśli wojownik teraz się podda, to ominie go cierpienie. Jakby miał się na to nabrać. Matoranin nie wiedział, że Aden, który przed nim teraz stał, nie był tym samym naiwnym Adenem sprzed kilku dni, którym łatwo było manipulować, jak marionetką.

- Daruj to sobie, Vrex. Nie boję się ciebie - powiedział, stawiając kolejny krok. - Dobrze wiem, po co tu przyszedłem, i zamierzam tego dokonać.

Spojrzenie oczu Vrexa zza wizjera pozostawało nieodgadnione.

- Rozumiem - odparł Matoranin, z pewną nutą rozczarowania w głosie. - Tak czułem, że nie będziesz czekał, aż dopadnie cię przeznaczenie… i sam wyjdziesz mu naprzeciw.

Tchnienie mocy wyrzuciło Adena do przodu. Pulsując zielonym blaskiem, mężczyzna zamachnął się ostrzami tonf na łgarza zamkniętego w czarnym metalu, który odebrał mu siostrę.

Na drodze broni Adena stanął miecz Vrexa. Wojownik wyprowadził kolejny cios, lecz i tym razem Matoranin zablokował się Poborcą. W gabinecie rozległy się kolejne szczęki metalu o obsydian. Aden ciął zawzięcie niczym Saniis podczas bitwy; Vrex ledwie zmieniał rozstawienie nóg, ale dłoń jego pancerza wirowała jak dzika, pozwalając mieczowi parować każdy atak. Wojownikowi wydawało się, że magnetyczne przyciąganie zbroi Vrexa kieruje jego tonfy ku dłoni trzymającej Poborcę, aniżeli tam, gdzie chciał atakować.

Zwykłe cięcia nie wystarczały. Aden wykonał zamach i zaczepił ostrza o wystawioną w poprzek klingę czarnego miecza jak haki. Wybił się w górę, wykonując salto nad Vrexem i wylądował na blacie biurka. Gigant błyskawicznie obrócił się, tnąc mieczem, lecz Adena już tam nie było. Obsydianowy Poborca Podatkowy przeciął biurko, jego połówki przechyliły się i gruchnęły o podłogę.

Vrex obejrzał się na Adena. Ten zdążył już znaleźć się za jego plecami.

- To był drogi mebel - powiedział Matoranin.

Aden uniósł ramiona, gotów rozpłatać ostrzami pancerz mężczyzny. Serwomotory ręki władającej mieczem już kierowały ku niemu czarną głownię, lecz wojownik był szybszy. Wtem Vrex wysunął wolną rękę przed siebie, rozpościerając dłoń. Jakaś niewidzialna siła zatrzymała Adena w połowie ruchu. Chciał skierować ręce dalej, ale nie mógł. Magnetyczne odpychanie było siłą, której nawet moc dana mu przez Stwórczynię nie mogła przezwyciężyć.

Spojrzał w oczy przeciwnikowi. Pod wizjerem hełmu Vrexa przemknął cień rozbawienia.

Magnetyczny podmuch mechanicznej dłoni odepchnął go do tyłu, jakby ktoś chwycił go za plecy i mocno szarpnął. Aden uderzył boleśnie o sufit, pozostawiając w tym miejscu potrzaskane wgłębienie. Zagruchotało mu w kościach. Runął na podłogę, wyrwany z magnetycznego uścisku. Z ust mimowolnie wyrwało mu się bolesne charknięcie.

- Wierz mi, Adenie, nie chciałem, by do tego doszło - powiedział Matoranin, opuszczając rękę z mieczem. - Glavus i ja pokładaliśmy w tobie wielkie nadzieje. Mnie również boli patrzenie, jak cierpisz.

Aden powoli podniósł się i stanął chwiejnie na nogach.

- Jakoś nie przeszkodziło ci to w zabiciu mojej siostry - odparował.

Vrex odpowiedział mu kręcąc głową.

- Twój umysł opiera się na zbyt prostym myśleniu, przyjacielu - rzekł. - Wszystko odbywa się według długo przygotowywanego planu… Saniis była niepotrzebnym elementem, który zagrażał jego powodzeniu, dlatego musiała zostać stracona. To nic osobistego.

Aden poczuł wzbierającą w nim złość. Echo Saniis przypomniało mu jednak, by nie popadał w gniew. Wziął głęboki wdech, opanowując umysł. Kątem oka zauważył kamerę zawieszoną pod sufitem przy wejściu.

- A wysadzenie jednej trzeciej miasta i wygnanie Toa z wyspy? Narażenie tylu istnień na śmierć i odebranie im obrońców? - Chwycił pewniej tonfy. - To też część twojego planu?

- Tak - odparł z zaskakującą szczerością Vrex. - Nadal nie rozumiesz. Mieszkańcy tego świata to proste istoty, zostali stworzeni do pracy, a bez ich pracy, wszechświat nie może funkcjonować. Toa wprowadzają zamęt, który niszczy ten naturalny porządek, dlatego pozbycie się ich jest konieczne. Zniszczenie miasta i użycie Nuvokah do pomocy miało na celu popchnąć lud Artas Nui do decyzji, że Toa są im niepotrzebni.

Adenowi robiło się niedobrze od słuchania tego. Krzyki, które słyszał tamtej nocy, kiedy medytował w swoim więzieniu po tym, jak odpalono bomby… Wszystko to w imię jakiegoś większego, pokrętnego planu?

- Wiem, co sobie myślisz - ubiegł go Vrex, nim wojownik zdążył się odezwać. - Jednak musiałem użyć takiego sposobu. Ci mieszkańcy mają proste umysły, takie jak twój, nie zrozumieliby planu. Uwierz, wywołanie tylu zniszczeń w mieście również nie było dla mnie łatwe. Ale wkrótce nadejdą wydarzenia, których będzie warte to poświęcenie.

Wojownik w zielono-czarnej zbroi wyprostował się, unosząc lewą rękę na ukos z ostrzem tonfy skierowanym ku zewnętrznej stronie. Bronie zajaśniały zielenią.

- Mam już dość słuchania o planach - powiedział. - Zło nie ma usprawiedliwienia.

Rozświetlony zielonym blaskiem, wystrzelił ku Vrexowi. Kilka płyt oderwało się z podłogi, a w powietrzu zalśniła jaskrawa smuga za wojownikiem. Z bojowym okrzykiem wydzierającym się z głębi gardła, Aden naparł tonfami na ostrze Poborcy, którym Matoranin sparował cios. Tym razem stopy Super-Zbroi odsunęły się jednak w tył, by mocniej się zaprzeć. Przez szalejące zielone zygzaki, które wirowały pomiędzy zetkniętymi broniami, Aden spojrzał prosto w twarz swojego przeciwnika. Ostatni raz, kiedy Vrex tak na niego patrzył.

- Powiedz, Adenie, co cię motywuje? - zapytał Matoranin. - Czy ślepa pogoń za pomszczeniem siostry, które i tak ci jej nie zwróci, jest warta wrzucania się w wir mogącej cię przerosnąć walki?

Jego rywal zmrużył oczy. Zacisnął mocniej dłonie na uchwytach tonf, aż pobielały mu knykcie.

- W moim świecie powołano mnie do jednego zadania - wypalił Aden. - Miałem powstrzymać wielkie zło przed skrzywdzeniem niewinnych istnień. I to właśnie robię.

- Walczysz w imię ideałów, które umarły wraz z twoim światem - odrzekł Vrex. - Pora uświadomić ci to w bolesny sposób.

Miecz Matoranina ześlizgnął się w bok. Czarny gigant poleciał do przodu, Aden odskoczył w bok. Uwolnił impuls mocy, który odrzucił Vrexa. Lider Syndykatu charknął boleśnie, po raz pierwszy podczas walki. Stopy Super-Zbroi pozostawiły po sobie długie wgłębienia w podłodze, gdy przejechał po niej do tyłu. Wsparł się klingą Poborcy o ziemię i spojrzał na oponenta.

- Twój upór doprowadzi cię do zguby, Adenie - rzekł, lecz tamten nie dawał mu sobie mącić w głowie. Z siostrą u boku, zaszarżował na Matoranina.

Nagle tonfy Saniis wyrwały się z jego rąk i pomknęły ku Vrexowi, który odrzucił je w przeciwległe krańce pokoju swoją mocą. Potem ta sama moc pochwyciła Adena i przyciągnęła go do mężczyzny. Wojownik w porę zdołał uchylić się przed mieczem, ale Poborca i tak rozłupał mu pancerz na barku. Jęknąwszy z bólu, Aden poleciał dalej. Uderzył o podłogę.

Vrex obrócił się ku niemu.

- Tego wszystkiego dało się uniknąć! - powiedział, unosząc rękę.

Aden chwycił leżącą opodal niego na ziemi tonfę, gdy nagle poczuł, jak coś niewidzialnego ciągnie go do tyłu. Wbił ostrze w szczelinę między płytami posadzki, zapierając się. Przyciągająca moc Vrexa zdawała się zdzierać z niego pancerz. Wojownik obejrzał się. Matoranin zrobił pierwszy krok w jego stronę. Całe pomieszczenie zatrzęsło się, tak jak wtedy, gdy otaczały go Nuvokah.

- Nie myśl sobie, przyjacielu, że wygrasz tak łatwo - dobiegł go głos Vrexa. - To dopiero początek twojej nauczki.

W wolnej dłoni Adena zaczął wirować piorun kulisty.

- Nie nazywaj mnie więcej „przyjacielem”… - wycedził wojownik i posłał ku mężczyźnie wiązkę błyskawic. Przez moment w gabinecie nie było widać nic, tylko zielony blask.

Energetyczny pocisk przebił zbroję Vrexa i wyłonił się z drugiej strony. Pomniejsze błyskawice przemknęły po pancerzu Matoranina. Zachwiał się, lecz nic poza tym.

Lider Syndykatu przejechał wzrokiem po zbroi, po czym zogniskował go na Adenie.

- To mogło zadziałać na Bane’a… - W jego dłoni zaczęła gromadzić się własna energia. - Ale ja nie jestem Bane.

Pchnął ręką do przodu. Kula magnetycznej mocy robiła się coraz większa w oczach Adena, mknąc ku niemu, a on nie mógł zrobić nic, by jej uciec.

Pocisk go trafił. Mężczyzna zawył z bólu i zawisł w powietrzu. Z przerażeniem czuł, jak traci kontrolę nad własnymi kończynami. Mięśnie napięły się, jakby ktoś rozciągał mu ręce i nogi. Każda jego cząsteczka, każda molekuła jego organizmu pragnęła odepchnąć się od reszty, owładnięta mocą fioletowej sfery magnetycznej energii, która pochwyciła wojownika. Fragmenty jego pancerza zaczęły miażdżyć mu ciało, przyciągając i odpychając siebie nawzajem, a metalowe kości sprawiały wrażenie, że za chwilę wystrzelą spod mięśni i zaczną krążyć szaleńczo wewnątrz kuli purpurowego światła.

Zielony blask zniknął, tak jak i błyskawice. Aden próbował sięgnąć do mocy, lecz z jego wnętrza wydobył się tylko krzyk.

- Pochodzisz z innego, obcego świata, upadłego, o setki wieków starszego od tego - zagrzmiał Vrex z uniesioną ręką. - Dlaczego tak bardzo rwiesz się, by ingerować w moje plany? Nie masz nawet pełni wspomnień miejsca, w którym się narodziłeś. Odzyskałeś ledwie garść z nich, a już rzucasz się do zmieniania świata, o którym nie masz pojęcia…

Każde kolejne słowo było dla Adena jak cios, gdyż z każdym kolejnym słowem Vrex coraz bardziej zwijał palce magnetycznej rękawicy w pięść, a wraz z tym zwiększała się moc więżącej wojownika kuli. Ból stawał się nie do wytrzymania. Jego umysł był pomału rozszarpywany na strzępy.

- Jak myślisz, co się stanie, gdy pozbawisz mnie władzy? - ciągnął Vrex. - Toa zaprowadzą nowy porządek? Wszyscy będą żyć w pokoju? Nic im nie będzie zagrażać? Nie zdajesz sobie sprawy, jakie sekrety kryje ta wyspa… Zło sprzed wieków, przed którym bronię ją ja, nie Toa. Wydaje ci się, że dadzą mu radę? Nikt nie jest dość silny, by je przezwyciężyć, bo nikt nie jest dość silny, by przezwyciężyć mnie.

Aden nie mógł dłużej tego znieść. Mętnym wzrokiem zobaczył Saniis, która krzyczała do niego, by się nie poddawał, by walczył dalej. Tym razem nie był w stanie jej posłuchać. Panele na suficie zaczęły drżeć, skryta za nimi metalowa konstrukcja rwała się, by wydostać się z ram i pomknąć ku magnetycznemu więzieniu wojownika.

- Tak długo zajęło podporządkowanie mi twojego umysłu, a Toa wystarczył moment, by cię przekabacić… - Matoranin zmrużył oczy za wizjerem. - Powinienem był zostawić przy życiu nie ciebie, a twą siostrę. Może jeszcze uda mi się coś z niej wydobyć, jeśli znajdę jej zwłoki. A może…

- Nie!

Vrex zacisnął pięść.

Żabna bitwa, żadna broń, żadna rana nie przyniosła Adenowi tyle bólu, ile poczuł w tym momencie, po kilkaset razy w ciągu ułamka sekundy. Był pewien, że jego ciało rozpadnie się, rozerwane magnetyzmem. Wtem kula zniknęła, puszczając go. Wojownik osunął się na ziemię.

Matoranin zaczął iść w jego stronę. Teraz jego kroki zdawały się jeszcze bardziej trząść gabinetem, niż przedtem.

- Twoje wspomnienia nie przyniosły ci nic prócz niesubordynacji - powiedział Vrex. - Będę resetował twój umysł tak długo, aż wreszcie wydobędę z niego informację, której potrzebuję… nawet jeśli zostawi go to w ruinie.

Wije mroku zaczęły przesłaniać Adenowi obraz przed oczami. Sięgnął po moc, lecz nic mu nie odpowiedziało. Wszystko wyparł ból.

Usłyszał gdzieś z boku nawoływanie siostry, lecz nie potrafił wyłapać słów z głosu Saniis. Ani z tego, co mówił teraz do niego Vrex. Zmusił swoje ciało do zaciśnięcia pięści. Był już tak blisko…

Po chwili całkowicie osunął się w ciemność.

⁎⁎⁎

Arctica nie musiała długo czekać, aż Skakdi zjawią się w korytarzu.

Banda Zakazian wyłoniła się zza rogu. Mieli miotacze i niemal natychmiast oddali strzały w kierunku Toa stojącej w wejściu do centrum danych. Kobieta błyskawicznie zamknęła drzwi i roztrzaskała panel naścienny, by je zablokować. Usłyszała stłumiony dźwięk pocisków uderzających z drugiej strony. Dla wzmocnienia zapory zasklepiła ją lodową skorupą.

Wyprostowała ręce przed siebie, rozpościerając dłonie. Błękitny blask jej mocy zaczął sączyć się z palców, podtrzymując krystaliczną ścianę. Skakdi zbiegło się ponad tuzin, któryś z nich na pewno władał Wzrokiem Cieplnym. Łatwo będzie im się przebić i przez drzwi, i przez lód. Musiała cały czas podtrzymywać moc, jeśli miała ich opóźnić i dać Phorenowi czas, by złamał zabezpieczenia. Sądząc po tym, jak wyglądała ich obecna sytuacja, mogło to jeszcze trochę potrwać.

Chciałaby wiedzieć, co się dzieje. Wszystkie ekrany dookoła niej wyświetlały jednak tylko ostrzeżenia o włamaniu, więc na próżno było szukać tam odpowiedzi. Czy Aden dalej walczył z Nuvokah? Czy pokonał je i zaczął już pojedynek z Vrexem? Albo może starcie z Nuvokah skończyło się dla niego - i dla nich - mniej korzystnie? Nie było sposobu, by się tego dowiedzieć.

Powróciły do niej wspomnienia z tamtego dnia, z czasów wojny z najeźdźcami z Południa. Wtedy również tkwiła zamknięta w tym właśnie budynku, a dokładniej w jego Archiwach, broniąc ocaleńców, bez żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym, zdana tylko na siebie w metalowym jaju. Wtedy, tak jak i teraz, dało się słyszeć przytłumione odgłosy trwających na zewnątrz walk. Z tym że tamtego dnia wojna rozgrywała się ponad nimi, żaden strzał nie był wymierzony w stronę ich kryjówki. Nieco inaczej sprawa miała się tym razem, i Arctice wcale się to nie podobało.

Wciąż podtrzymując moc, obejrzała się za siebie.

- Radzę się wam pośpieszyć, Phoren.

Za jej plecami, Matoranin gorączkowo stukał w klawisze przy panelu kontrolnym, walcząc z odcinającą mu i jego asystentce dostęp Sockette. Toa Lodu nie wiedziała, jakie procesy zachodziły teraz w mózgu Lockette, ale sądząc po migotaniu świateł jej oczu, musiało być ich całkiem sporo.

- Lockette i ja robimy, co możemy - odparł konstruktor. - Nieważne, z której strony próbujemy dostać się do plików, Sockette stawia na naszej drodze kolejne zabezpieczenia. Jest w tym naprawdę dobra.

- Ale dacie radę ją pokonać, prawda? - zapytała Arctica.

- Lockette też jest dobra - powiedział Matoranin, nie odrywając wzroku od konsoli.

Junky podszedł do mechanicznej służki i uklęknął, wpatrując się w nią i zaciskając kciuki.

- Dalej, Lockette, uda ci się… - dopingował ją.

Arctica zwróciła się z powrotem ku drzwiom. Nagle w lodowej barierze zaczęła jaśnieć jaskrawo-pomarańczowa plama. Powiększała się coraz bardziej i bardziej. Przez swój kontakt z lodem, kobieta mogła wyczuć falę ciepła rozrywającą krystaliczną ścianę. Z centrum ognistej plamy zaczęła ściekać woda i unosić się para. Po chwili zajaziała w niej dziura. Coś owioniętego płomieniami przedarło się do środka pomieszczenia i zaczęło przybierać humanoidalny kształt. Przez powstały otwór wleciały do środka pierwsze strzały Skakdi.

Arctica momentalnie uświadomiła sobie, co się dzieje. Machnięciem ręki załatała dziurę w lodzie i zabezpieczyła drzwi kolejną warstwą, po czym otoczyła stanowisko Phorena i Lockette lodową bańką. Matoranin poderwał nerwowo głowę, gdy przykryła go przezroczysta kopuła.

Wojowniczka sięgnęła po Mroźne Ostrza, akurat gdy Blaze zmaterializowała się parę bio przed nią. Spazm szarpnął ciałem Ehali i była już gotowa do walki. Z przedramion wysunęły się rozgrzane ostrza. Niektóre części ciała kobiety nadal spowijały płomienie, nie wyglądało to tak, jakby miały zgasnąć. Oczy łowczyni biły wścieklejszym blaskiem niż przedtem.

- Toa Lodu… - wycedziła. Otaczała ją woń dymu unoszącego się z ognistych jęzorów, które trafiły jej ciało.

Kobieta w Volitak nawet nie zastanawiała się, jak łowczyni ich tu znalazła. Ehali byli jak Tropiciele Energii, mogli odszukać każdego nawet po najmniejszym śladzie, a Arctica i Phoren nie dbali specjalnie, by je zacierać. Liczyli, że cała uwaga strażników będzie skupiona na Adenie. Co do zamiarów Blaze również nie było wątpliwości.

- Wiem, po co tu przyszłaś - powiedziała Toa, ustawiając się w bojowej pozie. - I nie pozwolę ci. Miasto musi się dowiedzieć, co Vrex knuje za murami tej fortecy.

- Nie obchodzi mnie to miasto - wysyczała Blaze. - Już raz spłonęło. Może i spłonąć drugi raz. Mam dopilnować, żeby nic nie pokrzyżowało planu Vrexa, i to robię.

Nagle do Arctici dotarła prawda. Cofnęła się o krok.

- Ty… - Wskazała na rywalkę mieczem. - Ty wywołałaś pożar…

Blaze odpowiedziała jej śmiechem, przyprawiającym o dreszcze nawet Arcticę. Nie był on bynajmniej oznaką rozbawienia, nie, świadczył o czymś innym, mrocznym, ukrytym w głębi skrzywionej duszy.

- To bomby Bata zniszczyły miasto - odparła łowczyni. - Ja miałam tylko rozprzestrzenić ogień w miejscu, gdzie normalnie by się nie dostał…

Metal w miejscu, w którym stała, robił się coraz bardziej czerwony. Zrobiła krok w stronę Toa i tam również zaczął się roztapiać. Arctica spięła mięśnie.

- Co takiego Vrex obiecał ci w zamian? - zapytała. - Co jest tego warte?

Pomimo ciepła, jakie wokół siebie roztaczała, wyraz twarzy Ehali był w tym momencie zimny jak głaz.

- Moje życie.

Naskoczyła na Toa. Fala ciepła spadła na Arcticę razem z ciosami. Gorąco, jakim emanowała łowczyni, było nie do wytrzymania, samo dotknięcie jej groziło poparzeniem. Zasypała rywalkę gradem sztychów i cięć, wymachując ostrzami jak w amoku. Toa Lodu dawała z siebie wszystko, by parować jej ataki. W czterech oczach, które się na niej zogniskowały, pulsował żar gniewu, szaleństwa i desperacji.

Blaze wykonała mocniejszy zamach, celując w głowę. Arctica w ostatnim momencie umknęła przed ostrzem, pochylając się, po czym zdzieliła Ehali podbródkowym ciosem łokciem. Skraplający się na skórze kobiety pot wyparował z sykiem po zetknięciu z ciałem łowczyni. Blaze zatoczyła się parę kroków do tyłu. Potrząsnęła głową i spojrzała na Toa. Potem jej oczy powędrowały ku lodowemu kokonowi z Phorenem.

Arctica wydała z siebie krótki niemy okrzyk, gdy Blaze posłała ognisty pocisk w jego stronę.

Machnęła ręką, uwalniając lodowy podmuch, który zgasił płomień. Łowczyni tylko tego chciała - odwrócenia jej uwagi. Rzuciła się na Toa, robiąc piruet. Obrotem wokół własnej osi wzmocniła siłę ciosu. Udało się. Arctica krzyknęła krótkim, urwanym dźwiękiem, gdy jedno z Mroźnych Ostrzy wyleciało jej z ręki i z brzdękiem wylądowało gdzieś dalej. Chwyciła oburącz drugi miecz i mocno zacisnęła palce na rękojeści. Skierowała broń bokiem, blokując cios skrzyżowanych ostrzy, jasnych jak tysiąc słońc i równie gorących.

Blaze naparła na nią z całej siły. Arctica poczuła, jak odchyla się do tyłu. Lodowa aura jej miecza doprowadziła do powstania pary po zetknięciu z bronią Ehali. Szare obłoki przesłoniły twarz rywalki, Toa mogła zobaczyć tylko żółte oczy i bijącą z nich wściekłość.

Arctica wykrzesała całą siłę ze swych mięśni i odepchnęła oponentkę. Blaze już miała się zamachnąć, ale Toa aktywowała Volitak i zniknęła jej sprzed oczu. Łowczyni zaczęła rozglądać się nerwowo na boki. W międzyczasie Arctica zdążyła już znaleźć się za jej plecami. Ehali mogli być uzdolnionymi tropicielami, ale nawet oni nie mogli się przebić przez maskujące moce Maski Kamuflażu.

Na co jednak Arctica nie zwróciła uwagi, to ślady na rozgrzanym metalu, w którego miękkiej powierzchni każdy nacisk pozostawiał po sobie wgłębienie.

Naskoczyła na Blaze, ale ta dobrze wiedziała, gdzie się znajduje. Skrzyżowała ostrza przed twarzą, blokując atak. Naparła na Arcticę, zmuszając ją do wyłączenia Kanohi. Płomienie owinęły je obie, gdy zaczęły się siłować. Toa Lodu poczuła, jak ciepło odbiera jej siły. Ehali zaczęła przybliżać do niej ostrza, przechylając je w stronę barku Arctici. Dotknęła go czubkiem klingi i rana po walce z Adenem zapłonęła nowym bólem. Rozległo się skwierczenie organicznej Protodermis i syk pary. Przez zaciśnięte szczęki Toa przedarło się długie, bolesne stęknięcie. Za płomieniami skrywającymi twarz łowczyni przemknął wyraz triumfu.

Arctica puściła jedną ręką miecz i utworzyła w dłoni kulę lodowych kolców, którą smagnęła Blaze w głowę. Istota z ognia zachwiała się, niemal nie padając, na moment kawałki jej twarzy oderwały się od reszty, lecz po chwili wróciły na miejsce. Toa Lodu wyprowadziła szybkie cięcie w bok, lecz ostrze Ehali je zablokowało. Blaze momentalnie dołożyła do tego drugie ostrze, zaklinowując miecz Arctici pomiędzy własnymi. Gwałtownym ruchem wyszarpnęła go jej z ręki. Biała Toa sapnęła i błyskawicznie odchyliła głowę przed wyprowadzonym ciosem.

Zaczęło się robić gorąco - dosłownie i w przenośni. Arctica utworzyła na przedramionach grube lodowe karwasze, którymi blokowała cięcia łowczyni. Lód sublimował się przy zetknięciu z rozgrzanymi ostrzami, sycząc jak stado Rahkshi. Coraz więcej potu wstępowało na skórę Toa, ale niemal natychmiast znikał - Blaze tak bardzo była gorąca. Zaczęła spychać przeciwniczkę w kąt pomieszczenia. Nie wyglądało to zbyt dobrze.

Pięta Arctici natrafiła na przeszkodę - ścianę paneli i ekranów. Ehali natychmiast wykorzystała moment nieuwagi przeciwniczki. Roztrzaskała karwasze Toa i pchnęła ostrzem prosto w jej pierś.

Nastąpił ból, ale nie związany z przebiciem ciała, a z nagłym przypływem gorąca. Arctica spojrzała w dół i zobaczyła, że ręka Ehali jej nie przebiła - a przynajmniej nie w normalnym tego słowa znaczeniu. Od łokcia w dół, kończynę łowczyni stanowiły płomienie, które owionęły teraz talię kobiety. Blaze cofnęła płonący kikut ze strachem w oczach.

- Nie… - powiedziała. - Nie, nie, nie, nie teraz…

Arctica zaparła się rękami o ścianę za plecami i kopnięciem odrzuciła rywalkę od siebie. Blaze przejechała po podłodze, zostawiając w niej wytopione ślady i zatrzymała się kilka bio dalej. Biała Toa użyła mocy, by schłodzić rozgrzane ciało. Zasyczała para, otoczyły ją kłęby, ale szybko rozpędziła je mroźnym podmuchem i naskoczyła na łowczynię, formując w dłoniach lodowe sztylety.

Blaze zaryczała wściekle, machając ręką. Posłała na Toa ognistą falę, ale wojowniczka w porę wykonała unik. Płomienista pręga uderzyła o ścianę, niszcząc część monitorów. Kilka z nich spadło na podłogę, sypiąc iskrami z uszkodzonych przewodów.

Arctica popatrzyła na nie, potem na łowczynię.

- Chcesz zniszczyć to miejsce? - zapytała Ehali. - Masz pojęcie, ile cennych danych jest tu przechowywanych?

Łowczyni zaczęła się ku niej słaniać na nogach. Płomienie ze zdeformowanej ręki powoli skupiały się w jeden kształt, przypominał on jednak bardziej amorficzny bicz, a nie prawdziwą rękę.

- Nawet jeśli zostanie zniszczone, będzie można je odbudować… - cedziła słowo po słowie przez zęby Blaze. - Ale nikt nie odbuduje mnie, jeśli się rozpadnę…

Zamachnęła się biczem, wypluwając z niego kule ognia. Arctica odskoczyła od nich z dala, a te wypaliły dziury w podłodze.

- Rozpadniesz…?

- Nie widzisz tego? - odwarknęła gniewnie Blaze. - Nie mogę utrzymać tego ciała w całości… Palę się… I w końcu się wypalę, jeśli nikt tego nie powstrzyma.

Wyprostowała drugą, wciąż cielesną rękę i wystrzeliła ogniste pociski. Arctica je ominęła. Ręka łowczyni zapłonęła i nie przestawała się palić.

- Może… może znajdziemy sposób, żeby ci jakoś pomóc - powiedziała Toa. Cały czas zachowywała bezpieczną odległość od łowczyni, która wciąż się do niej zbliżała. Powoli wyrzucone Mroźne Ostrza zaczęły znajdować się w jej zasięgu. - Tylko musisz przestać walczyć.

- Nie, nie rozumiesz - odparowała Ehali. - Muszę walczyć. Jeśli plan Vrexa się nie powiedzie, nie da mi leku, a tylko on może mi pomóc… - Wycelowała wyrastającym spod płomieni ostrzem w przeciwniczkę. - Ale tobie, Toa, nic nie pomoże, kiedy wreszcie z tobą skończę…

Z furią trawiącą jej umysł i duszę, tak jak ogień trawił jej ciało, rzuciła się na Arcticę, zaślepiona desperacką chęcią przetrwania.


Phoren mógł oglądać walkę Blaze i Toa przez ścianę lodowej osłony, ale tego nie robił. Zamiast tego był skupiony na konsoli.

Deszyfracja plików powinna być banalnie prosta. Szczególnie teraz, kiedy znaleźli się w tutejszym systemie. Nie musieli martwić się zabezpieczeniami sieci czy jakimikolwiek innymi postronnymi zagrożeniami. Nie przewidzieli jednak oporu ze strony Sockette. Służąca Vrexa wzięła pliki, które próbowali zdobyć, setki tysięcy nagrań z ostatnich miesięcy, i otoczyła je warstwą dodatkowych zabezpieczeń, odcinając im dostęp. Kiedy Lockette próbowała znaleźć w nich lukę, na jej drodze stawiała kolejną barierę. Przypominało to przemierzanie wirtualnego labiryntu, z tym że z każdą mikrosekundą powstawały w nim nowe ślepe zaułki.

Konstruktor popatrzył na biało-fioletowego robota. Lockette została stworzona z myślą o komunikacji i analizie, ale jej zdolność do lawirowania w wirtualnych przestrzeniach sprawiała, że nadawała się do tego zadania bardziej, niż inne maszyny. Jej cybernetyczny mózg był zdecydowanie najwybitniejszym dziełem Matoranina. Jedyną wspólną cechą z innymi robotami był jej rdzeń, dostarczający pokłady energii do wykonującego niezliczone operacje w ułamku chwili mózgu.

Wrócił do stukania w klawisze. W rzeczywistości było to tylko stwarzaniem pozorów, że coś robił, że nie stał bezczynnie. Prawdziwa walka toczyła się na wirtualnym planie, z dziesiątkami działań wykonywanych w czasie, jaki zajmowało Phorenowi mrugnięcie. Matoranin mógł tylko śledzić linijki rejestru operacji i na własną rękę próbować złamać zabezpieczenia.

Kilka kropel spadło mu na Kanohi. Otaczająca ich lodowa osłona pomału zaczynała topnieć. Miał nadzieję, że walka niedługo się skończy - zarówno ta wirtualna, jak i ta toczona przez Arcticę z Blaze.


Wiele pięter wyżej, Sockette biła wszelkie rekordy prędkości, pacyfikując intruza w systemie. Co jednak było dla niej zaskoczeniem, to to, że jej przeciwniczka również je biła, obchodząc stawiane przez nią zabezpieczenia. Służąca Vrexa nie wiedziała, że toczyła właśnie pojedynek ze swoją przyrodnią siostrą, w oparciu o którą została zbudowana.

Walka ciągnęła się zdecydowanie za długo. Sockette musiała znaleźć skuteczniejszy sposób na powstrzymanie wycieku danych. Najpewniejszym rozwiązaniem byłoby wyłączenie prądu w centrum danych, ale niosło ono ze sobą duże ryzyko - odcięcie elektryczności oznaczało utrudnienia w przepływie informacji do licznych punktów odbiorczych poza Kopułą, sam intruz zaś mógł z łatwością podpiąć się do innego gniazda.

By temu zapobiec, mogła wyłączyć prąd w całym budynku, ale to również nie wchodziło w grę - spowodowałoby to przerwę w pracy licznych maszyn i urządzeń, narażając pana Vrexa na straty. Nie, Sockette musiała uderzyć bezpośrednio w intruza.

Wykryła lokalizację Lockette z dokładnością do gniazda, do którego była podłączona. Wysłała impuls mocy, który miał tam dotrzeć i wywołać przeciążenie, które spali jej rdzeń.


Lockette była właśnie w trakcie przeczesywania cybernetycznego korytarza, gdy wykryła nadciągający impuls.

- Uwaga, zbliża się… - zaczęła ostrzeżenie, ale było już za późno.

Nastąpił błysk. Phoren odskoczył z krzykiem od konsolety jak poparzony, gdy poraził go prąd. Spojrzał na asystentkę. Wydała z siebie ostrzegawczy komunikat, ale urwał się on w połowie zdania. Jej powłoka odsunęła się od gniazda i runęła na podłogę. Spod sypiącego iskrami pancerza zaczęły wyłaniać się cienkie smużki dymu.

- O nie… - jęknął Phoren, dopadając do niej.

- Lockette…! Panie Phoren, co się stało? - zapytał Junky.

Matoranin sam chciałby to wiedzieć. Sięgnął do torby i wyciągnął śrubokręt. Najpierw podważył płytę pancerza na głowie maszyny, sprawdzając, czy mózg jest cały. Ku jego uldze, był wyłączony, lecz nie uszkodzony, choć to nie tym najbardziej martwił się konstruktor. Odchylił klapę w miejscu rdzenia. Ze środka buchnęły gęściejsze kłęby dymu. Phoren zakaszłał i odpędził je ręką, po czym zajrzał do środka. Było tak, jak się obawiał - z rdzenia Lockette został tylko iskrzący złom.

- Jej rdzeń się przepalił - powiedział i zwiesił głowę. Uderzył gniewnie pięścią o konsolę. - To koniec…

- Nie da się nic z tym zrobić? - odezwał się Junky.

- Bez niego nie będzie działać - odparł Phoren. - A nie mam jak go naprawić. Mogę go tylko zastąpić nowym. Tylko skąd ja go teraz wezmę…

Junky spoglądał na Lockette długo swoim pojedynczym, czerwonym receptorem osadzonym w czaszce i dwoma mniejszymi umieszczonymi nad głową. W jego mechanicznym mózgu, znacznie mniej skomplikowanym i opartym na dużo prostszych zasadach działania niż ten należący do jego towarzyszki z pracowni, pojawiło się coś, co postronny obserwator mógłby określić jako zalążek emocji zwanej wahaniem. Ale ponieważ mózg Junky’ego był prosty, mógł dojść tylko do jednej konkluzji.

- Proszę użyć mojego - oznajmił.

Phoren spojrzał na niego, zaskoczony. Początkowo chciał zaprotestować, ale potem przeanalizował sytuację. Ponieważ jego mózg był bardziej złożony, wiedział, że innego wyjścia nie ma.

- Dobrze. - Pokiwał głową i zabrał się do pracy.

⁎⁎⁎

Galii jeszcze nigdy wcześniej serce nie biło tak mocno, jak teraz.

Zdawała sobie sprawę, jak bardzo prosty, ale z tego samego powodu niezwykle ryzykowny był to plan. W każdej innej sytuacji w ogóle nie obstawiałaby, że coś takiego może się udać. Z tym że to nie była każda inna sytuacja. Nie mieli żadnego wyjścia tak czy siak, mogli więc skorzystać i z tego. Uznali z Auerieusem, że nie było sensu dłużej ukrywać się w latarni. Zresztą, nie było ku temu powodu - nie mieli nic do ukrycia. Nuvokah żądały wydania w swe ręce Toa i Galia zamierzała im pokazać, że żadnego tu z nimi nie było. Przynajmniej w pewnym sensie.

Wyszli na plac przed latarnią. Galia miała schowany na plecach miotacz, na wypadek gdyby musiało dojść do starcia. Może uda jej się pokonać chociaż jednego Nuvokah, zanim ich obezwładnią. Przy udach miała też zawieszone sztylety, bardziej na szczęście, niż do walki. Zatrzymała się przed trójką robotów, Auerieus stanął obok niej. Xianka musiała zadzierać wzrok, by zajrzeć w oczy stojącej naprzeciw maszynie - gdziekolwiek na jej szklanej głowie się one znajdowały.

Przełknęła ślinę. Wymieniła nerwowe spojrzenie z Auerieusem, po czym zwróciła się na powrót ku Nuvokah.

- Proszę bardzo. Tylko my dwoje przebywaliśmy w budynku - oznajmiła. - I nie ma wśród nas Toa. Możecie sprawdzić.

Na moment maszyna zastygła w bezruchu. Potem z jej głowy wystrzeliło pasmo światła, które zeskanowało Vortixx i Turagę od stóp do głów. Galia wstrzymała oddech. Spięła się na całym ciele, gotowa w każdej chwili sięgnąć po broń.

- Potwierdzam. Nie wykryto obecności Toa - zadudnił Nuvokah.

Xianka przymknęła oczy i wydała z siebie długie westchnienie ulgi. Zerknęła na Auerieusa i na jego twarzy zobaczyła malującą się tę samą reakcję, ulga była nawet większa niż u niej. Może czasami te najbardziej banalne plany wcale nie były najgorsze.

- Ale - odezwała się niespodziewanie maszyna - ty jesteś Vortixx Galia. Jesteś poszukiwana za twoją współpracę z Toa. Poddaj się teraz, a nie zostaną ci postawione żadne dodatkowe zarzuty.

Dziewczyna myślała, że się przesłyszała. Bardzo chciała się przesłyszeć. Kiedy jednak wszystkie trzy Nuvokah obróciły w jej stronę działa, była pewna, że do niczego takiego nie doszło. Spojrzała na Turagę, szukając w nim pomocy, mimo iż dobrze wiedziała, że jej tam nie znajdzie. Z oczu Auerieusa biła bezradność - jak u złapanego w sieć Rahi, który właśnie zobaczył zbliżającego się doń Visoraka. Tak, dokładnie tak czuła się Galia, gdy patrzyła na lufy robotów.

Nuvokah zrobiły krok w ich stronę. Galia i Turaga przybliżyli się do siebie bardziej plecami. Auerieus miał swoje berło i tarczę, ona sztylety i toporny miotacz. Ich szanse nie malowały się zbyt dobrze. Vortixx wbiła wzrok w powłokę głowy najbliższej z maszyn, szukając za szkłem czegokolwiek prócz ciemności. Zaczęła pomału sięgać ręką za plecy po karabin.

Już za chwilę mieli się przekonać, co takiego Xianka i Turaga mogą zdziałać przeciwko trójce zabójczych gigantów z metalu.

Wtem, energetyczne bełty i dyski Kanoka uderzyły w plecy Nuvokah. Kolos zakołysał się na nogach i obrócił w tamtą stronę, podobnie jak dwa pozostałe. Spoglądając w to samo miejsce, Galia zobaczyła trzy postacie nadciągające od strony miasta. Trzy znajome jej postacie - szkieletowatego Skakdi w czerwono-zielonej zbroi i dwójkę jego towarzyszy. Zakhann biegł na przedzie, trzymając w jednej ręce zakrzywiony miecz, a w drugiej miotacz, z którego oddawał właśnie strzały. Steltianka Zhyen pędziła tuż za nim z wycelowaną w roboty wyrzutnią Kanoka, a dalej biegł barczysty Kimin, uzbrojony w tarczę i gwiazdę zaranną.

Nuvokah natychmiast posłały salwę w przybyszów. Na widok szumowin, Galia poczuła nagły przypływ podniecenia. Czyli jednak jej wyprawa do Jednonogiego Husiego nie poszła całkiem na marne…

- Zakhann! - krzyknęła do Skakdi. Auerieus gapił się na nią z niedowierzaniem.

- Znasz te istoty? - zapytał ją w szoku.

- Można tak powiedzieć - odparła Galia, dobywając miotacza.

Nuvokah kompletnie zignorowały Vortixx i Turagę, skupiając się w pełni na nowych napastnikach. Jeden z nich zogniskował swoje strzały na Kiminie, lecz tarcza mężczyzny skutecznie blokowała wszystkie pociski. Widząc, że nie może go zranić z dystansu, Nuvokah wybił się w powietrze, naskakując ku wojownikowi. Kimin wybił się tak samo, idealnie naśladując ruchy kolosa. Dopadł do maszyny w locie, smagając buławą jej głowę i roztrzaskując szklaną powłokę.

Minęli się w powietrzu. Kimin wylądował na ziemi i natychmiast osłonił się tarczą przed bełtami Nuvokah, który upadł paręnaście bio dalej. Zhyen w okamgnieniu doskoczyła do mężczyzny i posłała zza osłony Kanoka ku maszynie. Idealnie wymierzony dysk trafił w uszkodzoną głowę, a ta eksplodowała z hukiem. Cielsko robota gruchnęło o ziemię. Nie było jednak czasu na chełpienie się zwycięstwem - Kimin natychmiast poderwał się, by osłonić Steltiankę i siebie przed pociskami, które wystrzelił ku nim drugi Nuvokah zza pleców.

Tymczasem Zakhann szarżował ku trzeciemu Nuvokah. Wycelował z miotacza, oddając kilka strzałów. Maszyna odpowiedziała mu własną serią ognia. Płyty placu rozerwały się w eksplozji, lecz Skakdi zdołał uskoczyć w bok. Galia dostrzegła, że wybuch wyrwał miotacz z jego dłoni. Wtem oczy Zakazianina zajaśniały i wystrzeliły z nich dwa promienie lasera. Przejechały po powłoce robota, zostawiając w niej wypalony ślad, ale nic poza tym.

Galia nie zamierzała marnować szansy, kiedy Nuvokah stał do niej plecami. Pociągnęła za spust miotacza. Poczuła narastającą w nim energię. Po chwili z lufy wystrzeliła skoncentrowana laserowa wiązka, z taką siłą, że dziewczyna omal nie wypuściła broni z rąk. Z trudem nakierowała laser na Nuvokah, promień przeciął pancerz jak masło, oddzielając działo maszyny od reszty. Moment później miotacz Xianki się przegrzał, plując dymem i iskrami, i zmuszając Vortixx do upadku. Dokładnie w tym samym momencie o ziemię uderzyło odcięte działo.

Zakhann skoczył na zdezorientowanego Nuvokah, celując mieczem w głowę. Jeden z metalowych kolców wystających z ostrza wbił się w osłonę ze szkła.

- Hej, mała. - Mężczyzna wyszczerzył się do Vortixx. - Nie spodziewałaś się mnie tu, co?

Zanim Xianka zdołała odpowiedzieć, siłowniki robota zawyły, gdy Nuvokah szarpnął całym ciałem, łącznie z głową i uczepionym jej Zakhannem. Skakdi oderwał się z mieczem od maszyny, zostawiając dziurę w powłoce głowy, i uderzył o Galię, która właśnie się podnosiła. Oboje smagnęli o ścianę latarni.

Pozbawiony działa Nuvokah zrobił krok w ich stronę. Pochylił się naprzód, sięgając po nich ręką. Wtem przed robotem pojawił się Auerieus, z końcówką berła owioniętą plazmowym płomieniem. Pchnął Odznaką Urzędu, wtykając ją w dziurę w głowie Nuvokah. Pod szkłem zajaśniała plazma, kolos odchylił się w tył, a wtem Skakdi wystrzelił laserem z oczu, trafiając w stawy nóg giganta. Maszyna runęła plecami na ziemię.

Nieopodal, ostatni Nuvokah nadal bombardował wiązkami Zhyen i Kimina, schowanych za tarczą. Steltianka wychynęła zza bariery, strzelając jednocześnie trzema dyskami z miotacza. Kanoka zderzyły się z pancerzem robota, pozornie nic się nie stało. Kiedy jednak maszyna postawiła kolejny krok, zadrżał cały plac przed latarnią. Galia nagle sobie uświadomiła - Zhyen wystrzeliła w Nuvokah dyski zwiększające ciężar.

Protezy rąk Steltianki załadowały dwa kolejne Kanoka do miotacza, podczas gdy jej pierwotna ręka włożyła trzeci, ostatni. W następnej sekundzie wszystkie mknęły już w stronę robota. Trafiły. Nuvokah zrobił ociężale kolejny krok, a wtem ziemia zapadła się pod kilkukrotnie zwiększonym ciężarem jego cielska. Maszyna wpadła do dziury, unieruchomiona. Gdy spojrzała ponownie w stronę napastników, Kimin już przy niej stał. Uniósł gwiazdę zaranną i z grzmotem upuścił ją na mechaniczną głowę.

Zakhann podszedł do leżącej Xianki i wyciągnął rękę.

- Przyda się pomocna dłoń? - Wyszczerzył zęby.

Galia podniosła się jego pomocą. Otrzepała się z pyłu i popatrzyła dokoła, na trzy poległe maszyny. Potem spojrzała na Skakdi.

- Co wy tu, do cholery, robicie? - zapytała.

- Wiesz, na początku myśleliśmy, że jesteś grzeczną przyjaciółką Toa, dobrą i prawą jak oni - powiedział Zakhann, opierając miecz o ramię. - A całe te twoje opowieści o ucieczce z Xii i życiu na Quentris zostały wyssane z palca. Ale potem zobaczyliśmy, że ściga cię prawdziwa xiańska agentka… I, cóż, zdobyłaś nasz szacunek. Pomyśleliśmy, że jeśli ktoś taki wstawił się za Toa, może my też powinniśmy im pomóc.

- Gdy zobaczyliśmy, co dzieje się w mieście, a Toa nigdzie nie ma - wtrąciła Zhyen - od razu wiedzieliśmy, że coś się stało. Dlatego tu przyszliśmy.

- Ale skąd wiedzieliście, gdzie nas szukać? - spytał Auerieus, podchodząc.

Zakhann roześmiał się w odpowiedzi.

- Proszę was, naprawdę myślicie, że wasz mały klub spotkań jest jakąś tajemnicą? - odparł. - W mieście wszyscy wiedzą, że jeśli dzieje się coś złego, Toa idą naradzić się w starej latarni.

- Zaraz - powiedziała Galia. - Co dzieje się w mieście?

Wtem usłyszeli, jak ktoś się zbliża. Odwrócili się w tamtą stronę, z bronią w pogotowiu, spodziewając się posiłków Syndykatu. Niczego takiego nie zobaczyli. Od strony miasta biegł ku nim zziajany Matoranin w brudnym od pyłu i czegoś jeszcze pancerzu, ze szlachetną Kanohi Komau na twarzy. Po zbroi dało się poznać, że był on robotnikiem fabryki z Piątego Dystryktu. Po smugach brudu na ciele i strachem w oczach, że dopiero co przeszedł przez piekło.

Dobiegł do Galii i reszty, i zatrzymał się, by złapać tchu. Miał chrapliwy i zmęczony oddech, musiał biec bardzo długo.

- Toa… eee, Turago…? - odezwał się, skonfundowany nową postacią dawnego Toa Plazmy. - Turago Auerieusie, Vrex wysłał Nuvokah i Skakdi do stłumienia protestów… Uwięzili moich przyjaciół na Placu Kanohi! Zabili Nuukora… Proszę, musisz nam pomóc!

Turaga i pozostali popatrzyli po sobie. Galia zacisnęła pięści w gniewie.

- Ten drań…

- Nie ma tu teraz Toa… - powiedział zmieszany Auerieus. - Wszyscy są zajęci w innych częściach miasta.

- Ale ty byłeś kiedyś Toa - odparł robotnik. - Możesz nam pomóc, prawda…?

- Wszyscy możemy - zadeklarowała Galia i rzuciła spojrzenie na Zakhanna. - Jak już dołączyłeś, teraz będziesz musiał w tym zostać do końca.

Skakdi odsłonił przed nią krzywe zęby w uśmiechu.

- Wiem to - powiedział. - To co, jaki mam plan?

To było dobre pytanie. Chociaż „Vortixx, Turaga i trzy szumowiny” brzmiało lepiej niż samo „Vortixx i Turaga”, nadal nie było to wiele, szczególnie w obliczu takiego przeciwnika. Potrzeba było ich wszystkich, żeby pokonać trzy Nuvokah, a w mieście grasowało ich o wiele więcej. Galia miała co prawda swój miotacz, mogący siekać pancerz robotów, ale teraz został z niego jedynie złom, gdy broń przegrzała się i zepsuła po jednym strzale. Mogła ją naprawić, tak - jednak wtedy i tak byłaby do niczego po kolejnym wystrzale. W walce, która na nich czekała, potrzeba będzie ich znacznie więcej.

Ale może niekoniecznie. Dziewczyna spojrzała na swój uszkodzony miotacz, potem na jednego z poległych Nuvokah, kończąc na Masce Regeneracji Auerieusa.

Uśmiechnęła się z lekka. Coś zaczęło powoli świtać jej w głowie.

⁎⁎⁎

W ogniu walki, Vox znalazł Hserga i Mrocznych Łowców.

Leżeli na ziemi zaplątani w pnącza, ale przynajmniej byli cali - koślawy lot w dół musiał załagodzić ich upadek. I, na szczęście, wylądowali z dala od Nuvokah. Gdy tylko Toa Dźwięku się do nich zbliżył, Butterfly i Hserg poruszyli się, próbując wyplątać się z pułapki. Zielony łowca chciał użyć swoich kolców do przecięcia wijów, lecz wyhodowane przez niego rośliny okazały się zbyt wytrzymałe nawet dla niego.

- Przestań się tak wiercić, Toa, bo jeszcze bardziej nas zaplączesz - warknął do Hserga. - Nie możesz użyć płomieni, żeby spalić te pnącza?

- I chcesz się zapalić razem z nimi? - odwarknął wojownik. - Mnie ogień nie dotknie, ale ciebie może nie oszczędzić!

- Dobra, po prostu przestań się tak miotać, bo jeszcze obudzisz…

Było już jednak za późno. Do tej pory nieprzytomny Bat otworzył nagle oczy. Wciąż ogarnięty mocą Mówcy, zauważył swoje miotacze, wypuszczone z rąk, ale również zaplątane w zielone liany. Załadowane w nich pociski migotały na czerwono. Zobaczywszy je, Mroczny Łowca zaczął miotać się i wierzgać, panicznie próbując uciec. Udało mu się uwolnić skrzydła z plątaniny i wzleciał w powietrze, lecz jego ciało nadal owijały pnącza. Porwał za sobą miotacze i odgrażającego się Butterfly’a, odlatując gdzieś bez celu w nocne niebo.

Hserg wstał i otrzepał się z pyłu, patrząc za oddalającymi się najemnikami.

- Cóż, to było… ciekawe - skwitował.

Uwagę Voxa przykuło jednak coś innego.

- Hserg, uważaj! - krzyknął. Jedno z ostatnich pnączy owinęło się wokół kostki Toa Ognia. Wojownik w Masce Sonaru spojrzał na to ze zrzedniętą miną.

- O cholera… - Jego dłonie zaświeciły pomarańczowym światłem, gotowe uwolnić ogień i spalić lianę, Hserg został jednak szybko porwany w powietrze.

Toa Dźwięku pobiegł za nim, lecz ten momentalnie się oddalił.

- Hserg!

Zagrzmiały wybuchy. Obracając się, Vox zobaczył nadciągające Nuvokah - Kal i pozostałe. Pomknęły ku niemu lasery, ale Toa aktywował Maskę Mocy i otoczył się niewidzialną tarczą. Uwolnił impuls dźwięku, celując w najbliższego robota. Wibracje roztrzaskały szkło na głowie Nuvokah, odłamki wbiły się w obwody pod spodem. Maszyna zachwiała się, jednak Vox nie miał szansy dopilnować, by padła - natychmiast zaatakowały go kolejne. Zaczął uciekać, a goniące go bełty niszczyły płyty i porozrzucane w chaosie bitwy kontenery.

- Toa Dźwięku, tutaj! - zawołał ktoś.

Vox rozpoznał w głosie Kyre. Zobaczył Matorankę, wyglądającą zza jednej z barykad. Chociaż mózg wojownika skupiony był głównie na unikaniu laserów i jednym celu - przeżyciu - gdzieś tam pojawiła się ulga, że Kyre była cała. Dobrze było wiedzieć, że nic się jej nie stało, nadal nigdzie nie dało się jednak dostrzec Izakiego. Puszczając się biegiem w kierunku barykady, Vox przeskoczył przez zaporę, znajdując się pomiędzy żołnierzami Khakkhary. Kilku z nich wychyliło się zza osłony, strzelając w Nuvokah. Szybko schowali się, gdy roboty odpowiedziały salwą ognia.

Po chwili Vox zauważył Mówcę. Spojrzał na niebo - wciąż można na nim było dostrzec Bata, Butterfly’a i Hserga, ale oddalali się oni coraz bardziej, opuszczając przestrzeń nad stocznią. Zbliżył się do przywódcy Khakkhary.

- Widzisz to? - Wskazał na niebo. - Bat nadal jest przestraszony. Przez to straciliśmy Hserga!

Trudno było stwierdzić, czy wywołało to jakieś emocje u mężczyzny w czerwieni.

- Może moja moc była zbyt silna dla tak prostego umysłu - odparował. - Cóż, teraz nic już z tym nie zrobimy. Mamy większe zmartwienia.

Vox chciał coś odpowiedzieć, ale wtedy barykada zatrzęsła się od uderzenia Elektro-Rakiet. Nuvokah zaczęły gromadzić się przy złotym liderze. Część z nich została już powalona, nadal pozostały jednak jeszcze trzy, które dołączyły teraz do Kal, by wspomóc go w natarciu. Ustawiły się razem z główną maszyną w szeregu i rozpoczęły ostrzał. Stocznia za nimi wyglądała jak pobojowisko wielkiej bitwy - rozniesione w pył budowle i płonące zgliszcza. Oraz martwe ciała. Mnóstwo martwych ciał. Za barykadą, za którą chowali się teraz Vox, Mówca, Kyre i pozostali - ostatniej na drodze do statku i źródła - reszta żołnierzy, którym udało się tu dotrzeć, wycofywała się do siedziby, by umocnić ją na nadejście Nuvokah. Nie wierzyli, że barykada je powstrzyma. To był ich ostatni bastion.

Gdzieś wysoko, ponad ich głowami, metal zatrzeszczał żałośnie. Vox popatrzył tam i między kłębami czarnego dymu, unoszącymi się znad stoczni, zobaczył uszkodzony, przechylony żuraw. Znajdował się tuż nad Nuvokah. Trzy z czterech jego podpór zostały zniszczone, nie runął na ziemię tylko dzięki jednej, ostatniej. Jeśli tak ogromna kupa kilkutonowego żelastwa spadnie na maszyny…

W głowie Voxa pojawił się pewien plan. Wyjrzał na moment zza barykady, chcąc spróbować wpłynąć mocą na podporę dźwigu i zniszczyć ją dźwiękowym impulsem. Schował się z powrotem tak szybko, jak szybko pomknęły ku niemu wiązki Nuvokah. No tak, mógł się spodziewać, że roboty za główny cel obiorą sobie Toa. Nie było mowy o powaleniu żurawia dźwiękiem. Podpora podtrzymująca tak wielką konstrukcję z metalu musiała być potwornie solidna - Vox musiałby uwolnić wyjątkowy silny impuls, a do tego potrzebował skupienia. Rozgrywające się dookoła piekło nie pozwalało mu na skupienie.

Usłyszał gdzieś z boku dźwięki pocisków z kuszy Kyre, kiedy ta wychynęła na moment, by ostrzelać Nuvokah. Spojrzał na Ga-Matorankę.

- Kyre! - krzyknął do niej. - Strzel w dźwig! Przewróć go!

Zdezorientowanie widniało na jej twarzy tylko przez część sekundy. Moment potem pokiwała głową i wyłoniła się zza osłony raz jeszcze, by strzelić w podporę żurawia. Na drodze jej bełtów stanęły jednak Nuvokah. Błyskawicznie oddały strzały, trafiając w barykadę. Fragmenty umocnień i podłoża rozbryzgały się wszędzie na boki, Kyre zniknęła pod kłębami. Vox zamarł na moment, lecz kiedy dym się rozpierzchł, zobaczył Matorankę przywartą plecami do zapory. Ulżyło mu, przynajmniej na chwilę.

- Nie mogę stąd dobrze trafić! - krzyknęła do niego dziewczyna. - Muszę znaleźć jakiś wyższy punkt!

- Więc znajdź! - odparł Vox, szykując się do uwolnienia mocy. - Będę cię osłaniać!

Nagle Mówca szarpnął go za ramię.

- Co ty wyprawiasz? Jeśli dźwig się przewróci, zmiażdży i nas!

Zmiażdżenie ciebie przyniesie same korzyści, pragnął odpowiedzieć mu Toa. Było tu jednak za dużo ludzi. I tak już zbyt wielu zginęło, niepotrzebne były kolejne śmierci.

- W takim razie wycofaj się z żołnierzami do bazy - powiedział Vox. - Was też osłonię.

Nie zamierzał prowadzić tej dyskusji ani chwili dłużej. Mówca najwidoczniej to zrozumiał, bowiem skinął głową i wydał rozkaz swoim ludziom do odwrotu. Vox w międzyczasie wyłonił się zza barykady, z ciałem wypełnionym mocą żywiołu, i klasnął w dłonie, po czym rozpostarł ręce.

Powstała przed nim ściana tak silnych wibracji, że drżało od nich powietrze, rozmazując obraz. Pociski Nuvokah uderzyły o nią jak o mur. Wibracyjna tarcza wytrzymała, pytanie tylko, ile potrafił wytrzymać Vox. Już samo uwolnienie tak silnej mocy sprawiało mu ból. Utrzymanie bariery wiązało się z jeszcze większym.

- No już! - krzyknął do Kyre przez zaciśnięte szczęki. - Jazda!

Matoranka nie traciła ani chwili. Wybiegła zza barykady i wspięła się na dach starej montowni. Nuvokah nie zwróciły na nią uwagi - zajęte były ostrzeliwaniem tarczy Voxa. Z dachu, Matoranka mogła łatwiej wymierzyć w podporę pobliskiego dźwigu. Podbiegła do krawędzi, wycelowała i oddała serię trzech strzałów. Wiązki energii uderzyły o metal, zielona stal zajarzyła się na pomarańczowo w miejscu trafienia, ale podpora nadal była w całości. Kyre strzelała dalej, wyobrażając sobie, że celem jest czerwona chorągiewka. Ale to nie wystarczało. Nuvokah rozniosły pozostałe podpory w ułamek chwili, lecz kusza Matoranki nie mogła się równać z ich działami. Musiała znaleźć jakiś inny sposób… albo czuły punkt.

Zobaczyła uszkodzony fragment u samej podstawy podpory. Trafienie paroma, góra parunastoma pociskami powinno załatwić sprawę. Z tym że pozycja Nuvokah utrudniała jej celowanie. Aby mieć prostą linię strzału, musiała znaleźć się jeszcze wyżej.

Postukała piętą w dach montowni. To, co zamierzała zrobić, było równie ryzykowne, co nierozsądne.

Vox był na skraju wyczerpania. Ogień bólu trawił jego żyły i neurony od ciągłego przepływu mocy żywiołu, lecz Toa wiedział, że musi podtrzymać barierę, by dać czas Mówcy i jego ludziom oraz Kyre. Nuvokah nie dawały za wygraną, ciągle strzelając. Wibracje dźwiękowej ściany rozpraszały ich laserowe wiązki i detonowały Elektro-Rakiety, nim te mogły dotrzeć do celu, lecz roboty wiedziały, że Toa w końcu się zmęczy. Ich siła była nieograniczona, w przeciwieństwie do Voxa.

Kiedy wreszcie wszyscy żołnierze Khakkhary wycofali się do statku, opuścił tarczę. Dziwna pustka wypełniła jego ciało, kiedy to nie przewodziło już mocy dźwięku, nie dał się jednak omamić temu uczuciu. Błyskawicznie aktywował Hau, by osłonić siebie samego, i schował się z powrotem za barykadą. Dyszał ciężko, ból wciąż dawał się we znaki. Ale przynajmniej udało mu się osłonić pozostałych. Teraz wszystko zależało od Kyre.

Nagle usłyszał jej głos.

- Hej, ty! - krzyknęła Matoranka do jednego z Nuvokah, ostrzeliwując go. Vox wstrzymał oddech, widząc, jak robot natychmiast reaguje, niszcząc dach, na którym stała.

Eksplozja wyrzuciła Kyre w powietrze. Przeszywając je, wypełnione ostrą wonią dymu, dziewczyna obróciła się do góry nogami, wymierzyła i strzeliła. Raz, dwa, trzy. Bam, bam, bam. Wszystkie pociski trafiły w podporę. Rozgrzany metal zaczął się rozszczepiać. Wystrzeliła kolejną serię. I kolejną, i kolejną. Strzelała tak długo, jak długo była na odpowiedniej wysokości. Potem zniknęła pod kłębami, które spowijały ziemię.

Podpora rozleciała się na kawałki. Dźwig przechylił się jeszcze bardziej i uległ grawitacji, pozwalając jej pociągnąć się w dół na spotkanie z ziemią. Cień metalowej konstrukcji spadł na Nuvokah. Próbowały odskoczyć, lecz nie były dość szybkie.

Vox patrzył, jak żelazny szkielet spada na nie, grzebiąc roboty pod swoim cielskiem ze stalowych beli. Huk, jaki temu towarzyszył, był głośniejszy od jakiejkolwiek eksplozji wywołanej podczas niedawnej bitwy, a chmura pyłu, która uniosła się w powietrze przy zderzeniu, była porównywalna z tą uwalnianą podczas erupcji wulkanu. Mrok przesłonił Voxowi widoczność, jakby na moment ktoś zasłonił księżyc i wyłączył wszystkie światła miasta.

Nastała cisza, zdająca się być wręcz nie na miejscu. Toa z ulgą mógł opuścić cienką dźwiękową barierę, którą otaczał się w trakcie walki, by nie ogłuchnąć. Kiedy szare kłęby wreszcie się przerzedziły, wspiął się na gruzowisko i powiódł wzrokiem po polu bitwy.

Powykręcane bele zielonego metalu, będące kiedyś górującym nad dokami żurawiem, przykrywały iskrzące, czarne i złote szczątki Nuvokah i Nuvokah-Kal. Pomniejsze smugi dymu unosiły się znad zwłok robotów, gdzieniegdzie paliły się niewielkie płomienie. Nic się jednak nie ruszało. Nie było żadnego dudnienia kroków, żadnego świstu bełtów, żadnych strzałów. Pojedynczy członkowie Khakkhary, którzy zagubili się gdzieś w bitwie, zaczęli pomału wyłaniać się z ukrycia. Coś jeszcze też zaczęło się wyłaniać.

Między szczątkami Nuvokah pojawił się jakiś ruch. Vox dobył Rozjemcy, przyglądając się temu ostrożnie. Kiedy jednak zobaczył pod gruzami fragment błękitnej Kaukau, natychmiast schował miecz i zbiegł na dół.

Dopadł do Kyre i pomógł jej się wygrzebać. Była cała brudna od pyłu, wizjer maski miała pęknięty, jedno oko przymknięte, a z ust ściekała jej cienka strużka krwi. Ale żyła. Napotkała spojrzenie Voxa, gdy wziął ją w ramiona i uśmiechnęła się słabo.

- Niezły strzał. - Toa odwzajemnił jej uśmiech.

- Niezła obrona - wychrypiała Kyre.

Tylko tyle mogła powiedzieć, zanim straciła przytomność.

⁎⁎⁎

Lód zaczynał powoli topnieć.

Krystaliczna zapora drzwi stworzona przez Arcticę stopniowo słabła - nie tylko za sprawą Skakdi próbujących przedrzeć się do centrum danych, ale też z powodu panującej w środku temperatury. Walka Toa i Blaze trwała w najlepsze, a Zakazianie powoli przebijali się do środka. Czasu było coraz mniej. Phoren wiele razy w ciągu ostatniej godziny powtarzał sobie w myślach, że muszą się spieszyć - teraz jednak naprawdę musieli się spieszyć.

Fotoreceptory Lockette zapaliły się na niebiesko. Wstawienie nowego rdzenia zakończyło się pomyślnie. Wiązało się to z uczuciem ulgi, Matoranin był jednak zbyt zaaferowany, by móc ją okazać. Lockette niczego nie kwestionowała - ani tego, co się właśnie stało, ani dlaczego na podłodze obok nich leżał rozmontowany korpus Junky’ego. Cały czas pamiętała swoje pierwotne zadanie i zamierzała je wykonać. Phoren skinął głową i podłączył Lockette z powrotem do gniazda.

Znalazła się ponownie w wirtualnej przestrzeni sieci Kopuły. Wiedziała, że moment uśpienia czujności Sockette będzie trwał tylko krótką chwilę - dlatego miała zamiar jak najlepiej ją wykorzystać.


Podczas gdy zaczynała się druga runda wirtualnej walki, pojedynek Arctici z członkinią Zespołu B był daleki końca. Biała Toa miała wrażenie, że z każdą chwilą jej rywalka emanuje coraz większym żarem. Tak bardzo chciałaby teraz znaleźć się w jakimś chłodnym miejscu. Ciepło Ehali ją osłabiało, ciężko było jej oddychać od dymu unoszącego się w pomieszczeniu. Cały czas używała żywiołu, by schładzać powietrze wokół siebie, lecz wiedziała, że jej moc w końcu się wyczerpie - ogień Blaze zdawał się natomiast tylko przybierać na sile.

Najemnica wbiła ostrza w podłogę. Fala gorąca pomknęła ku Arctice i eksplodowała pod jej stopami, ale Toa odskoczyła do tylu, wykonując salto. Wylądowała opodal porzuconych Mroźnych Ostrzy i chwyciła je w ręce. Wystawiła miecze przed siebie czubkami do przodu. Wystrzeliła z nich wiązka lodu, zmierzając prosto ku Blaze, Ehali uwolniła w odpowiedzi skoncentrowany płomień. Oba promienie zderzyły się ze sobą, uwalniając blask zdolny oślepić. Lód topił się i sublimował, sycząc, trawiony przez ogień. Arctica ugięła kolana i rozstawiła szerzej nogi, zapierając się, lecz nie dała za wygraną. Dalej nakierowywała lodowy strumień na Blaze. Wiedziała, że jeśli ma dać z siebie wszystko, to teraz.

Łowczyni ryknęła wściekle, nie mogąc przezwyciężyć lodowej mocy. Jej głos był gardłowy, zniekształcony, zdawał się należeć do zupełnie innej istoty. Twarz pochłonięta przez jęzory ognia pulsowała gniewem tak wielkim, że gdyby tylko mógł, popieliłby góry.

- Dlaczego… nie możesz… się stopić?!

Arctica była bliska stwierdzeniu, że może to zrobić lada moment. Wtem jednak dostrzegła, jak z każdym kolejnym wypływem ognia z ręki Ehali, drobinki jej pancerza dematerializują się i zmieniają w płomienie, dołączając do tych wirujących wokół jej ciała.

- Wiem, że nie możesz tego dłużej znieść… - powiedziała przez zaciśnięte z bólu i zmęczenia zęby, cały czas podtrzymując strumień lodu. - Nie musimy wcale walczyć… Nadal możesz się wycofać…

- Nie - odparowała łowczyni. - Wszystko, co zrobiłam… Jest już za późno…

Toa czuła, jak opuszczają ją siły. Ręce ledwo trzymały Mroźne Ostrza. Musiała coś zrobić. Teraz albo nigdy. Sięgnęła w głąb swojej mocy żywiołu, do lodowatej energii drzemiącej w jej ciele, i uwolniła cały jej zapas, wzmacniając skierowany ku Blaze strumień. Lód przeżarł się przez ogień i dotknął Ehali, skuwając jej ciało szklistą jak kryształ powłoką. Płomienie znikły, przywracając łowczyni jej dawną sylwetkę - postać smukłej kobiety. Jak dziwnie było na nią patrzeć bez czerwonego blasku i trawiącego ognia.

Wojowniczka upadła na jedno kolano, wspierając się ręką o podłogę. Metal na podłożu był rozgrzany i parzył, ale było to ulgą w porównaniu z aurą żaru otaczającą Blaze. Arctica spojrzała w kierunku Phorena. Lodowy kokon przestał prawie istnieć, zostały tylko jego fragmenty u samej podstawy platformy z konsoletami. Matoranin napotkał jej wzrok.

Potem rozbłysło światło i więżąca Blaze skorupa obróciła się w niwecz. Ehali stanęła na nogach i ponownie się zajarzyła, płomienie na jej ciele paliły się jeszcze intensywniej niż przedtem. Arctica natychmiast poderwała się i przyjęła postawę obronną. Blaze zamachnęła się na nią czymś, co miało być ostrzem, nie mogło się jednak stać wystarczająco solidne.

- Nie chcę umrzeć, rozumiesz? - wydarło się z gardła kobiety. - Nie chcę!

Wymachiwała pół-mieczami przez twarzą Toa, ale jej mięśnie nie miały dość siły, by mogła ją zranić. Arctica zauważyła, jak obrys nóg jej rywalki coraz bardziej faluje. Kroki stawały się słabsze z każdym kolejnym. Ognista ręka Ehali zderzyła się z jednym z ostrzy kobiety i przeszyła je, jakby była powietrzem. Gdyby tylko nie parowały w ułamek sekundy, po policzkach Blaze ściekałyby łzy.

- Wy już raz zawiedliście… - mówiła. - I dostaliście drugą szansę. Całe miasto się za wami wstawiło, żeby was wepstrzeć… Ale jeśli ja zawiodę… to będzie już koniec. Nie będzie drugiej szansy, żeby naprawić błędy…

Z ust ściekały jej strumienie bulgoczącej lawy. Plamy ognistej krwi wypalały dziury w podłodze. Z momentu na moment, Blaze coraz bardziej traciła kontrolę nad swoją mocą. Arctice z trudem przychodziło patrzeć, jak pomimo tego łowczyni dalej się na nią zamachuje, próbując zranić ją do samego końca. Gdyby tylko było to możliwe, zrobiłaby wszystko, by powstrzymać chorobę Ehali. Ale podobnie jak Blaze, zaszła już za daleko, by teraz się wycofywać.

- Przykro mi - odparła, nienawidząc, jak bardzo chłodno zabrzmiały dla niej własne słowa - ale nie mogę pozwolić ci wygrać.

- Nie masz pojęcia, jak to jest… czuć, że się palisz… dzień w dzień… - Łowczyni wypluwała słowo po słowie. - Próbujesz to zatrzymać, utrzymać się w całości… ale jesteś coraz słabsza… i nie możesz…

To była prawda, Arctica nie mogła tego wiedzieć. Patrząc jednak na Blaze, mogła to sobie doskonale wyobrazić.

Wystarczyło to, by poczuła się, jakby ten sam ogień trawił również i ją.


Pierwsze wejście do systemu Kopuły Artas Nui było jak pierwsze nurkowanie w oceanie po nauce pływania. Lockette była przystosowana do poruszania się w tego typu sieciach, pierwszy raz jednak obcowała w tym konkretnym środowisku. Lecz teraz, kiedy poznała już sposób działania swojej wirtualnej rywalki, było inaczej. W dodatku, Sockette nie była w ogóle przygotowana na jej ponowne pojawienie się. Założyła, że intruz został zlikwidowany. Logiczne założenie, aczkolwiek błędne.

Lockette objęła inną taktykę. Atak Sockette wbrew pozorom wiele ją nauczył. Asystentka Phorena postanowiła skupić się nie na plikach, które miała zdobyć, a na swojej przeciwniczce. Sockette nie zajęło dużo czasu, by odkryć jej włamanie. Gdyby roboty były w ogóle zdolne do okazywania zaskoczenia, to po jej działaniach i tak nie dałoby się tego poznać. Zaraz po wykryciu, zaczęła ponownie odcinać Lockette dostęp do danych.

Logiczne założenie.

Ale błędne.

Wykorzystując nieuwagę mechanicznej przyrodniej siostry, Lockette wywołała taki sam impuls, jakiego tamta użyła do zaatakowania jej, i posłała go wirtualnymi ścieżkami ku komorze, w której się znajdowała.


W innym miejscu, Sockette ponownie wykryła wrogą obecność w systemie. Jej mózg przeanalizował szybko sytuację, doszukując się błędu z jej strony. Czyżby jej atak impulsem nie zadziałał? Nie, to niemożliwe, zarejestrowała wyładowanie w odpowiednich miejscach i odłączenie przeciwniczki od gniazda. Kiedy już ją wyeliminuje, będzie musiała się temu dokładniej przyjrzeć. Teraz sprawa ta miała mniejszy priorytet. Ważniejsze było ponowne zabezpieczenie nagrań. W ułamek chwili osaczyła pliki z centrum danych ścianą zabezpieczeń i odcięła Lockette dostęp do nich.

I dopiero wtedy zrozumiała swój błąd.

Rozpoczęła procedurę odłączenia, ale było już za późno. Impuls do niej dotarł, wyładowania energetyczne rozprowadziły pajęczyny błyskawic po konsoletach, do których była podłączona, smagając jej powłoką. Temperatura rdzenia osiągnęła poziom krytyczny.

Potem jej mózg nie wykonał już żadnej operacji.


- Panie Phoren - zakomunikowała Lockette. - Zdaje mi się, że absolutnie zniszczyłam Sockette.

Phoren spojrzał na nią zaskoczony. Uśmiechnął się w szoku. Potem spojrzał na ekran konsolety i uśmiechnął się jeszcze szerzej. Bez Sockette na jej drodze, Lockette w mig przełamała zabezpieczenia. Wszystkie nagrania z kamer, dostęp do punktów transmisyjnych w mieście, kontrola nad rojami Nuvokah - wszystko stało przed nimi otworem. Zaczął stukać gorączkowo w przyciski, przeczesując pliki, blask ekranu odbijał się w jego goglach i masce.

- Mamy to, Arctica! - krzyknął do Toa. - Udało się!

Słysząc to, Blaze wydała z siebie żałosny jęk.

- Nie…!

Zamachnęła się na rywalkę, ale w połowie ruchu jej golenie obróciły się w ogień i padła na kolana.

Po chwili nie było już nawet żadnych kolan.

Gorąca plama od lasera na zapieczętowanych przez Arcticę drzwiach robiła się coraz większa. Toa wiedziała, że Skakdi za chwilę przedrą się do środka i powinna coś zrobić, żeby ich zatrzymać. Zamiast tego jednak przyklękła obok Blaze. Ehali wyciągnęła do niej rękę złożoną z płynnej magmy, ale nie mogła jej nawet unieść na wyżej niż paręnaście centymetrów. Wyglądała, jakby ktoś ją podpalił, choć ogień pochodził z samego jej wnętrza. Arctica mogła się tylko domyślać, jak potworny ból musiał temu towarzyszyć. Użyła resztek swojej mocy, by choć trochę ulżyć jej w cierpieniu.

Blaze spojrzała na nią zza płomieni.

- Jesteś Toa… - powiedziała. - Macie chronić życia innych… Jak możesz pozwolić, żebym zginęła…?

Jestem gotowa poświęcić jedno życie, by ochronić setki innych, pomyślała Arctica, lecz nie potrafiła się zebrać, by słowa te padły z jej ust. Zapatrzyła się w czworo oczu Ehali. Nie bił z nich już gniew - zostały tylko desperacja i paniczny lęk przed śmiercią. Toa dotknęła dłońmi jej głowy, chcąc załagodzić płomienie. Paliły ją, ale chciała zrobić chociaż tyle.

Może coś więcej.

- Phoren - odezwała się do Matoranina, nie odrywając wzroku od Blaze, która wpatrywała się w nią błagalnie. - Sprawdź, czy w bazie danych jest coś o leku na chorobę Ehali.

- Co? - zapytał Phoren. - Ale Skakdi…

- Zrób to.

Konstruktor nie dyskutował już z nią ani chwili dłużej, tylko razem z Lockette zaczął przeczesywać pliki. Arctica podniosła głowę znad Blaze na wejście do pomieszczenia. Płat stopionego metalu odłączył się od drzwi i spadł na podłogę, odsłaniając ziejącą dziurę. Z zewnątrz dobiegły dźwięki Skakdi. Przekrzykiwali siebie nawzajem, ale Toa Lodu nie miała już nawet siły, by ich słuchać. I tak nie mogła już wzmocnić tych drzwi, zużyła za dużo mocy. Jeśli mieli tu wejść, niech i tak będzie.

Zerknęła z powrotem na Blaze. Ogniste macki wirowały wokół białej wojowniczki, jakby chciały ją objąć - Arctica nie wiedziała, co w ten sposób łowczyni chciała przekazać, i czy w ogóle jeszcze nad nimi panowała. Jej wzrok mówił wszystko. Wcześniej była żądna jej śmierci, ale teraz chciała tylko, by Toa została przy niej do końca.

Wreszcie Phoren się odezwał:

- Nie ma tu… nic. - Poprawił gogle, jak gdyby upewniając się, czy dobrze przeczytał. - Nie ma żadnej informacji o leku dla Ehali przechowywanym w Kopule…

Ogień Blaze mocniej zajaśniał, nie wiadomo czy z gniewu, żalu, czy jednego i drugiego. Kobieta wydała z siebie przeciągły odgłos, brzmiący jak połęczenie wściekłego ryku i jęku płaczu. Przemknęła oczy, a wtedy z ich kącików zaczęły ulatywać strużki pary.

- Przykro mi, Blaze - wykrztusiła Arctica. Nie wiedziała, co więcej mogłaby powiedzieć. - Tak mi przykro…

- Wiedziałam… - odparła Ehali, spoglądając znów na nią. - Łudziłam się, że tak nie jest… ale w głębi duszy… wiedziałam…

- Naprawdę mi przykro… - powtórzyła Toa.

Kolejny fragment drzwi padł na ziemię, dziura w wejściu pomału się powiększała. W ostatnim akcie świadomej kontroli nad ciałem, część płomieni uformowała się w rękę Blaze, którą łowczyni złapała za bark Arctici i przyciągnęła ją bliżej siebie.

- On chce zabić Turagę… - powiedziała Ehali głosem tak cichym, że omal niesłyszalnym.

- Co…? - Arctica niedowierzała.

- Vrex powiedział, że jeśli jego plan się nie uda… zabije Turagę - odparła słabo Blaze - i oskarży o to was…

Wojowniczka wymieniła zszokowane spojrzenia z Phorenem. Jeśli to prawda, oznaczało to, że Arkin…

Skakdi wparowali niespodziewanie z impetem do pomieszczenia. Drzwi rozleciały się na kawałki, ustępując oddziałowi uzbrojonych Zakazian w pancerzach Syndykatu. Przedarli się przez ścianę dymu, świecąc ślepiami za kłębami szarości, i wyłonili się przed Arcticą, Blaze, Phorenem i robotami, mierząc w intruzów miotaczami. Jeden z nich wycelował prosto w Matoranina. Phoren podskoczył na widok lufy miotacza skierowanej w jego stronę.

- Odsunąć się od konsolety, już! - warknął Skakdi, a konstruktor posłusznie wykonał polecenie.

- Podnoś się, Toa! - zagrzmiał inny, mierząc wyrzutnią w Arcticę. - Ręce na kark i żadnych sztuczek!

Kobieta żadnymi nawet nie dysponowała. Zaczęła pomału kierować dłonie ku szyi i prostować kolana. Ostatni raz popatrzyła na Blaze, przypominającą teraz bardziej rozpalone ognisko pośrodku stopionego metalu niż żywą istotę. Zarys jej postaci pod płomieniami był ledwo widoczny, ale oczy nadal paliły się jasno i intensywnie.

- Ja nic już nie zrobię Vrexowi… - powiedziała. - Ale ty możesz…

I wtem rozbłysła, bardziej niż kiedykolwiek przedtem. Arctica osłoniła twarz rękoma i zacisnęła oczy, by nie oślepnąć. Poczuła falę wybuchającego żaru, tak gorącą, jakby stała pośrodku gardzieli wybuchającego wulkanu, jakby znów znalazła się nad rzekami lawy na Artidaxie, jakby obok niej wybuchła gwiazda… Żaden płomień jej jednak nie dosięgnął. Wokoło rozbrzmiewały krzyki, nie należały jednak do Phorena - tylko do Skakdi. Ognista pożoga spadła na Zakazian jak wzburzona fala na łódź podczas sztormu. I choć Arctica czuła, że płomienie ją omijają, nie odważyła się otworzyć oczu w obawie przed piekłem, które mogła ujrzeć. Nie miała wątpliwości, że to właśnie piekło rozpętało się wokół niej.

Nie wiedziała, ile czasu czuła jeszcze pulsujący dookoła ogień - na pewno na długo po tym, jak ostatni Skakdi wydał z siebie ostatni krzyk. Ale potem wszystko ustało. Gorąco zelżało. Arctica poczuła smużki pary muskające jej pancerz. Odsunęła ręce od twarzy i otworzyła oczy.

Zwęglone truchła Zakazian zalegały na ziemi, ale ona, Phoren i Lockette byli cali. Kilka monitorów na ścianach popękało, niektóre pospadały, ale większości z nich nic się nie stało. Arctica podeszła do zniszczonych drzwi i wyjrzała na korytarz - zobaczyła więcej Skakdi leżących na podłodze. Wszyscy zginęli tak samo.

Toa Lodu dostrzegła w kilku miejscach na ziemi drobne płomyki w pobliżu martwych ciał. Nie wiedziała, czy ostały się w nich jeszcze jakieś szczątki świadomości Blaze - jeśli tak, to umrą one za niedługo wraz z wygaśnięciem ognia. Mimo to, Arctica chciała, by łowczyni wiedziała, że jest jej wdzięczna.

- Dziękuję - powiedziała, choć równie dobrze mogłaby mówić do pustki.

Cofnęła się do centrum danych i zlokalizowała Phorena. Był cały usmolony, a po jego twarzy dało się poznać, że będzie wspominał dzisiejsze zajście w każdej rozmowie przez kolejnych kilka lat, ale przynajmniej nie dał się temu oszołomić i już zabrał się z powrotem do przeglądania pozyskanych plików.

- Co teraz? - zapytała Arctica, podchodząc.

- Lockette zajmuje się już dezaktywacją Nuvokah. Co do nagrań, jest tu sporo takich, które moglibyśmy wykorzystać - powiedział, nie odrywając spojrzenia od konsoli. - Nawet z dzisiaj, z walki z Adenem. Mogę je rozesłać po całym mieście w jednej transmisji, ale przydałaby mi się twoja przemowa.

- Dobrze, roześ… zaraz, co? - Toa Lodu zamrugała. - Moja przemowa?

Phoren poprawił gogle.

- Pomyślałem, że jeśli wyświetlę w mieście same nagrania, mieszkańcy mogą być zdezorientowani i nie wiedzieć, o co chodzi - wyjaśnił. - Twoje słowa uczynią transmisję bardziej zrozumiałą i mogą poruszyć ludzi. Ponoć jesteś dobrą mówczynią.

- Ale… - chciała zaprotestować Arctica. - Słyszałeś, co mówiła Blaze. Turaga Arkin jest w niebezpieczeństwie! Nie mogę tracić czasu na przemówienia, jeśli Syndykat się dowie…

- Nie dowie się, dopóki nie nadamy transmisji - przerwał Matoranin, spoglądając na nią.

- Ale nadal będę musiała przecież dotrzeć do siedziby Turagi - odparła Arctica. - To daleko stąd.

- Mogę nadać transmisję z opóźnieniem - powiedział Phoren. - Żeby dać ci czas.

Arctica przygryzła wargę. Powiodła spojrzeniem po sali, po martwych ciałach Zakazian i pozostałościach ognia, który był kiedyś Blaze. Matoranin miał rację, w każdej kwestii, którą powiedział. Nie zamierzała nawet ukrywać, że się z nim zgadza. Od momentu, kiedy pierwszy raz wzięła udział w posiedzeniu Rady Artas Nui na prośbę Auerieusa, trzy lata temu, wygłaszała wiele przemów, chcąc zapewnić lepszą przyszłość temu miastu. Na każdym spotkaniu jej wysiłki spełzały na niczym.

Tym razem jednak, po raz pierwszy mogło być inaczej.

Spojrzała z powrotem na Matoranina.

- Dobra, nagrywaj.

⁎⁎⁎

Były takie momenty, jeszcze za życia na Xii, kiedy Galia zastanawiała się, jak by to było przejechać się na jednym z Taranów Bojowych Visoraków, wyjeżdżających z fabryk Sahkary.

Na Quentris nie miała nigdy potem okazji czegoś takiego spróbować. Co najwyżej parę razy ujeżdżała Proto Raptory czy inne Rahi w ucieczce przed zakapiorami, nic więcej.

Dopiero teraz przekonała się, co straciła.

Tak jak mówili Zakhann i Toro, w mieście panował istny chaos. Siły Syndykatu zapędziły protestujących w ślepe zaułki i wyłapywały ich jednego po drugim. Po tych, którym udało się uciec, wysłano patrole. Wszystkim mieszkańcom niebiorącym udział w demonstracjach nakazano zostać w domach i nie wyłaniać się na ulice. Protesty zebrały obywateli w jednolite grupy, przez co Policji łatwiej było ich pojmać - Matoranie nie dawali rady bronić się sami bez pomocy Skakdi, Vortixx czy Południowców. Ludzie Vrexa nie byli jednak gotowi na to, co właśnie nadchodziło.

Z pomocą Auerieusa, Galii i pozostałym udało się zreperować jednego z Nuvokah do tego stopnia, by móc przeprogramować go do wykonywania prostych poleceń, takich jak bieg w przód i strzelanie. Maszyna świetnie się w nich spisywała, kiedy wtargnęli na ulice zajęte przez Syndykat. Xianka siedziała z miotaczem w gotowości na barku robota; tuż obok niej siedział Auerieus, a Zakhann, Kimin, Zhyen i Toro biegli tuż przy maszynie. Od razu po zjawieniu się na Placu Kanohi, odpowiedział im ogień ze strony wrogich Zakazian. Skakdi byli w szoku widząc maszynę w ich barwach stającą z nimi do walki, ale ruszanie do ataku na wszystko nowe i obce leżało w ich naturze, więc szybko się zreflektowali.

Zaletą pancerza Nuvokah było jednak to, że strzały z zakaziańskich miotaczy nie były w stanie go uszkodzić. Przejęty robot na znak Galii wypluł z działa serię laserowych bełtów, zasypując nimi Skakdi. Potem pociski skierowały się w stronę owadziego transportera z więźniami, przewracając go na bok. Spod powłoki wyłonili się pojmani mieszkańcy, Zakhann i reszta natychmiast ruszyli, by pomóc im uciec.

Nagle pojawił się wrogi Nuvokah. Nuvokah Galii i nowo przybyły robot otworzyły do siebie ogień, ale przeprogramowana maszyna była szybsza i powaliła przeciwnika na ziemię. Drugi Nuvokah, który wkroczył na ulicę, zaszedł przejętego robota od tyłu. Nie było czasu na obrót, Xianka postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce.

Wycelowała z miotacza i posłała w mechanicznego przybysza laserową wiązkę, która posiekała jego pancerz jak rozgrzany topór skałę. Nuvokah zwalił się na ziemię w kawałkach, akurat kiedy broń Galii się przegrzała. Dziewczyna słyszała już dudniące kroki nadciągających Nuvokah i stukot odnóży transporterów Skakdi. Musieli działać szybko.

- Auerieus! - krzyknęła do Turagi.

Mężczyzna aktywował Kanohi i moc Kiril przywróciła broń Xianki do dawnego stanu. Ostatni z uwolnionych mieszkańców zdołali się schować, kiedy Nuvokah i Zakazianie wtargnęli na ulice. Przejęta maszyna zaczęła strzelać do gigantów z metalu, podobnie jak Galia - Vortixx obrała sobie za cel kolosy, które zeszły z linii strzału działa giganta.

Skakdi w czarno-czerwonych zbrojach rzucili się na wrogiego Nuvokah, ale na ich drodze stanęły szumowiny, grupa uwolnionych Matoran też włączyła się do starcia, pchnięta nadzieją na widok pojawienia się wybawców. Wokoło zawirowały dyski Zhyen i Zakazian, iskry uwalniane od zderzających się broni oraz kłęby dymu. Wśród walczących zalśnił pomarańcz pejcza Laishy. Zakhann natychmiast do niej doskoczył.

Kobieta umknęła przed ciosem jego ostrza.

- Walczysz po złej stronie, bracie - wysyczała.

- Wybacz, kochana - powiedział Zakhann, wykonując kolejny zamach. - Gdybym chciał dalej ślepo wykonywać rozkazy zadufanego w sobie bufona, zostałbym na Zakazie.

Laisha uchyliła się przed jego atakiem i błyskawicznie wyprowadziła kontrę, uderzając go pięścią w splot słoneczny. Zakhann poleciał do tyłu i wylądował opodal miejsca, gdzie trzej Skakdi osaczyli Zhyen. Przez moment wahał się, czy kontynuować starcie z Laishą czy pomóc przyjaciółce, szybko jednak dostrzegł, że świetnie radziła sobie bez niego.

Jak gdyby przywdziewała Maskę Szybkości, Steltianka załdowała trzy Kanoka do miotacza i wystrzeliła w kierunku pierwszego z Zakazian, otaczając go lodową bańką. Potem jej insektoidalne protezy w miejscu prawej ręki sięgnęły do sakwy na plecach po dwa kolejne dyski i rzuciła nimi w pozostałą parę Skakdi. Kończyny pierwszego z nich - trafionego dyskiem losowej przemiany - zamienieły się miejscami, a ciężar drugiego został zwiększony, zmuszając go do upadku.

Wszystko trwało to niemniej niż kilka sekund. Zakhann wyszczerzył się, gdy nagle trzasnął bicz rywalki. Mężczyzna spojrzał w jej stronem i z uniesionym mieczem zaszarżował na Laishę.

W pobliżu, Kimin pojedynkował się z innym Skakdi. Zakazianin w czarno-czerwonej zbroi zasypywał go gradem ciosów, lecz wojownik kontrował je ich idealnymi lustrzanymi odbiciami. Zaskoczony i sfrustrowany Skakdi atakował coraz siarczyściej, lecz i z tym uporały się odwzorowujące moce przeciwnika. Wreszcie Zakazianin nie wytrzymał i szykował się do uwolnienia lasera z oczu, a wtedy Kimin wykonał unik i smagnął go buławą, poprawiając cios uderzeniem tarczy.

Gdy ogłuszony Skakdi padał na ziemię, ku Kiminowi pofrunęły pociski z działa Exo-Hagah, który pilotowany przez innego stróża prawa zbliżał się do mężczyzny. Kimin osłonił się tarczą i zablokował kolejne wiązki. Strzelanie było jedną z niewielu zdolności, których nie mógł odwzrować.

Dostrzegła go Galia, akurat w momencie, w którym przeładowywała miotacz.

- Auerieus, maska!

Turaga Plazmy aktywował Kiril i zreperował jej broń, a wtedy dziewczyna coraz sprawniejszym cięciem lasera odseparowała nogi maszyny kroczącej od reszty jej cielska. Przerażony Skakdi wyskoczył z kokpitu, zanim bełty Nuvokah przemieniły Exo-Hagah w słup ognia.

W całym chaosie walki nikt nie zwrócił uwagi na drobnego Matoranina w szarej masce, który zakradł się do obalonego transportera Policji Skakdi. Toro udało się podważyć klapę i wydostać kilku pojmanych Matoran ze środka.

- Uciekajcie stąd, szybko! - krzyknął do nich, ale wyglądające z ciemności oczy trwały w bezruchu.

Kiedy Toro się odwrócił, zrozumiał, dlaczego.

Tuż nad nim stał wielki, barczysty Zakazianin o czerwonych oczach, z tonfą w ręku, którą uderzał raz po raz o otwartą dłoń. Ta-Matoranin przełknął ślinę, szykując się na cios, lecz wtem niespodziewanie Skakdi runął nieprzytomny na ziemię, odsłaniając stojącego za nim Aparu uzbrojonego w gruby, metalowy pręt. Matoranin w Ruru bez słowa skinął swojemu kompanowi w Komau, a ten uśmiechnął się nieznacznie. Razem zabrali odbitych więźniów z dala od walki.

Laisha, nawet gdyby chciała, nie mogła ich powstrzymać. Zakhann był teraz dla niej większym problemem, o czym ten doskonale wiedział i świetnie się bawił. Zamachnął się ostrzem, lecz wtedy kobieta smagnęła batem. Pejcz owinął się wokół główni miecza rywala. Zakazianka chciała mu go wyszarpnąć, ale Zakhann wzmocnił uścisk. Szarpnęła, przyciągając go do siebie.

- Przynosisz wstyd naszej rasie - warknęła.

- Trudno - odparował Zakhann, a jego oczy zaczęły lśnić. - Taki już jestem.

Laisha odskoczyła przed laserem w bok i spojrzała za wiązką, dając przeciwnikowi szansę, na którą czekał. Zakhann wykorzystał moment jej nieuwagi i uderzył ją z całej siły, posyłając w dal. Kilku Zakazian Syndykatu to zauważyło i już zmierzało ku wojownikowi, a ten uśmiechnął się na wizję kolejnej walki. Wtem, ziemia pod jego stopami się zatrzęsła. Wszystko się zatrzęsło.

Trzy Nuvokah pojawiły się znikąd, atakując wrogą jednostkę ogniem krzyżowym. Pancerz maszyny dał za wygraną pociskom jej pobratymców. Środkowa część torsu robota eksplodowała, Galia i Auerieus spadli na ziemię. W całym zamieszaniu dziewczyna wypuściła gdzieś swój miotacz. Dostrzegła go, leżącego na ziemi parę bio dalej, i już miała ku niemu skoczyć, gdy nagle na jej drodze stanęła noga Nuvokah. Xianka zadarła głowę na robota. Sięgnęła po sztylety, właściwie tylko z przyzwyczajenia.

Na ulicy zjawiło się więcej Nuvokah. Otoczyły Vortixx, Turagę, Zakhanna i jego szumowiny oraz Toro i Aparu, zapędzając ich w kozi róg. Dziewczyna przywarła plecami do szczątek zniszczonego robota i popatrzyła po pozostałych. Wymienili z nią niepewne spojrzenia. Nuvokah zbliżyły się do nich, rzucając nań długie cienie.

- No dobra… Co robimy? - zapytał Zakhann, przysuwając się do Xianki.

Galia szukała gorączkowo w myślach odpowiedzi, spoglądając na górujące nad nimi potwory z metalu. Nuvokah skierowały na nich swoje działa, robiąc krok do przodu.

I wtem, zamarły.

Początkowo trudno było w to uwierzyć. Nagle kończyny Nuvokah zwiotczały i maszyny opuściły je wzdłuż ciała. Ich nogi ugięły się, a szklane głowy opadły, niby patrząc na coś w dole. Przez krótki moment nikt się nie ruszał, nie wiedząc, czy nie jest to jakiś podstęp ze strony Syndykatu. Lecz nie. Nuvokah naprawdę wyglądały tak, jak gdyby ktoś je wyłączył.

Wreszcie Galia uświadomiła sobie, co się stało.

- Udało im się… - wyszeptała, właściwie nie do innych, a do siebie, po czym dodała głośniej: - Udało im się! Zrobili to!

Spojrzała na Auerieusa. Uśmiechał się do niej od ucha do ucha, napełniony wzruszeniem. Zakhann i jego towarzysze wybuchli gromkim śmiechem, unosząc zwycięsko ręce w górę. Kilkoro mieszkańców, którzy walczyli razem z nimi na ulicy, powtórzyło po nich ten gest. Galia sama się uśmiechnęła. Nuvokah zostały dezaktywowane, a to oznaczało, że Adenowi, Arctice i Phorenowi się udało. Gdy układali plan, miała wątpliwości, czy dadzą radę, jednak teraz…

- Stać! - rozległ się nagle kobiecy głos.

Wszyscy popatrzyli w tamtą stronę. Zza dymnych kłębów wyłoniła się Laisha z oddziałem Zakazian, celującym z wyrzutni w Vortixx i jej kompanów. No tak, powinni byli wiedzieć, że wyeliminowanie z gry Nuvokah nie będzie oznaczało końca ich problemów. Nawet nie blisko. Paru Matoran uwolnionych przez nich wcześniej, którzy dołączyli do walki, uniosło ręce i cofnęło się ostrożnie. Galia uniosła swoje sztylety, Zakhann obnażył groźnie zęby i przyszykował miecz. Nawet Auerieus chwycił pewniej swój kostur. Nie zamierzali poddawać się bez walki, choć po twarzy Laishy można było poznać, że bardzo by tego chciała.

- To koniec - powiedziała Skakdi, dzierżąc wypuszczony wcześniej przez Xiankę miotacz. - Nie pogarszajcie swojej sytuacji…

Rozległ się metaliczny stukot nóg o ziemię i za plecami Zakazian pojawił się kolejny transportowiec Policji Skakdi z posiłkami. Z sekundy na sekundę, szanse Auerieusa, Galii i reszty rysowały się coraz gorzej. Nie mieli już początkowej przewagi, którą zdobyli dzięki Nuvokah. Właściwie, na dobrą sprawę, nie mieli nic.

Nagle, niespodziewanie, wiszące wysoko nad ich głowami telebimy zaświeciły się.

Lecz zamiast Vrexa, pojawiła się na nich Arctica.

Rozdział 14[]

Aden lubił spacerować po pustyni. Szczególnie upodobał sobie wielkie pustkowia w sąsiedztwie jego rodzimej wioski, leżącej na pograniczu Wielkiej Dżungli. Było to przyjemne uczucie, zagłębić swoje stopy w nagrzanym od słońca piasku, zwłaszcza po brodzeniu w chłodnych strumykach płynących przez zalesioną osadę. Ale piasek bywał też szorstki i ostry, zwłaszcza kiedy miotały nim burze piaskowe, a wszyscy mieszkańcy wioski musieli chować się w domach przed szalejącym żywiołem.

Taki właśnie był piasek, na którym leżała teraz twarz Adena. Nieprzyjemny i drapiący. Uczucie porażki.

Jego przeciwnik, Kaid z Plemienia Ognia, stanął nad poległym wojownikiem. Próba inicjacyjna Adena trwała już jakiś czas, ale w końcu nadszedł cios, po którym padł na ziemię i nie był w stanie się podnieść. Bardzo chciał wstać, ale nie potrafił. Nie miał dość siły.

Obok wyłożonej piaskiem areny, na której odbywała się walka, stali pozostali Posłańcy Przeszłości i Przyszłości, w tym i jego siostra, Saniis. Aden nie mógł jej zobaczyć - jego twarz była skierowana ku ziemi - lecz wiedział, że wpatruje się w niego z przejęciem. Musiał się podnieść, choćby tylko dla niej. Nie mógł przynieść jej wstydu.

Wysoko ponad areną, przy balustradzie, stała Stwórczyni Aena, w swej majestatycznej, lecz zarazem kruchej postaci, obserwując starcie. Spojrzenie jej błękitnych jak ocean Aqua Magna oczu spoczywało na Adenie, podobnie jak spojrzenie wielu innych członków Zakonu zgromadzonych w sali. Wszyscy spoglądali na wojownika, w napięciu wyczekując na jego kolejny ruch w ostatniej próbie przed wstąpieniem w szeregi Posłańców. Trwała wojna, potrzebowali nowych, silnych wojowników. Aden musiał im pokazać, że podoła. Pokazać Stwórczyni. Pokazać Saniis.

Podparł się rękoma o podłoże i już miał się podnosić, lecz ból wywołany druzgocącym ciosem Kaida znów na niego spadł. Wojownik runął na piasek, nie podniósłszy się nawet o parę centymetrów. Dobiegły go głosy.

- On się nie nadaje, Saniis - powiedział jeden z Posłańców. - Jest za słaby.

- Świetnie sobie radził na treningach, lepiej niż niektórzy z nas - odparowała kobieta. - Da radę.

Słowa siostry dodały mu motywacji. Spróbował się podnieść raz jeszcze, lecz i tym razem bez skutku. Padł na piach z bolesnym stęknięciem. Kaid chodził przed nim w tę i z powrotem, czekając, aż się podniesie i będą mogli kontynuować starcie.

Saniis podeszła do krawędzi areny, złączając dłonie.

- Dasz radę, Iskierko… - wyszeptała, jakimś sposobem jednak zdołał to usłyszeć.

Dasz radę, Iskierko…

Zbudź się, Adenie.

W miejsce piasku pojawiła się chłodna podłoga w zrujnowanym gabinecie Vrexa. W miejsce Kaida pojawił się Onu-Matoranin. Aden leżał na ziemi, pokonany, tak jak tamtego dnia, z przeciwnikiem stojącym tuż nad nim. I tak jak tamtego dnia, musiał dać z siebie wszystko. Rozgrywała się inna wojna, ale jego zadanie się nie zmieniło.

Musisz się zbudzić.

Spróbował zmusić wątłe ciało do wstania. Odpowiedział mu ból, który natychmiast położył kres jego wysiłkom.

Dasz radę, Iskierko…

Wspomnienia uderzyły w niego wezbraną falą. Znów ujrzał Stwórczynię, piaszczystą arenę, żołnierzy Zakonu i siostrę wbijającą w niego wzrok z wyczekiwaniem. Tyle razy mierzyli się ze sobą podczas treningów, tyle razy padał na piach, lecz za każdym razem się podnosił. Tak jak i tym razem...

Zbudź się…

Jeszcze raz wsparł się rękoma i wytężył mięśnie. Ignorując ból, zaczął wstawać. Do rąk dołączyła noga. Wyprostował kolana i pomału się podnosił. W końcu stanął przed swoim przeciwnikiem. Blask pochodni zmienił się w białe światło lamp, Kaid rozmysł się i zastąpił go Vrex. Dłonie Adena zalśniły na zielono mocą darowaną mu przez Stwórczynię tego samego dnia, kiedy podołał próbie.

Dałem radę, siostro.

Vrex zadarł nieznacznie głowę, spoglądając na niego z uznaniem.

- No proszę - powiedział. - Nie sądziłem, że będziesz miał siłę dalej walczyć. Myślałem, że będziemy mogli to wreszcie zakończyć. Masz pojęcie, ile cennych zasobów mógłbym spożytkować w produktywny sposób, zamiast tracić czas na walkę z tobą?

Aden rozejrzał się po pomieszczeniu, z umysłem wciąż balansującym gdzieś na granicy pomiędzy dwoma rzeczywistościami. Zlokalizował swoje ostrza, ale leżały za daleko, by móc po nie swobodnie sięgnąć. Musiał jakoś odwrócić uwagę Onu-Matoranina.

Zielony oczy wbiły się we Vrexa.

- To jedyne co cię obchodzi? Twoje interesy? - wypalił wojownik. - Nie krzywda setek mieszkańców?

- Mój drugi - odparował Vrex. - Przypomnę ci, że to ty zdetonowałeś bomby.

- I myślisz, że to się na mnie nie odbiło? - Aden zrobił krok do przodu. - Huk i krzyki, które wtedy usłyszałem, wielokrotnie mnie potem nawiedzały. Ale czy w ogóle ruszyły twoje sumienie?

- Mówiłem ci już, przyjacielu, że to było konieczne poświęcenie.

Mężczyzna w zielono-czarnej zbroi zacisnął pięści. Światło jego mocy pulsowało w szczelinach między jego palcami.

- A ja mówiłem, żebyś nie nazywał mnie „przyjacielem”…

Wyrzucił ręce do przodu, rozpostarł dłonie i uwolnił z nich skoncentrowaną wiązkę błyskawicy, posyłając ją prosto we Vrexa. Matoranin zaparł się, krzyżując ręce zbroi i przyjął na siebie uderzenie. Błyskawica nie uszkodziła jego pancerza, lecz nie to było celem Adena. Wykorzystując odciągnięcie uwagi lidera Syndykatu, wojownik doskoczył do swoich tonf i poderwał je z ziemi. Wewnętrzna część ostrzy zajaśniała zielenią, gdy przelał w nie swą moc. Iskry błyskawic sypnęły z oczu mężczyzny, gdy szykował się do skoku na Vrexa. Matoranin w obronie wystawił Poborcę przed siebie. Z całą mocą gotową do uwolnienia, Aden zaszarżował na niego.

Ostrza tonf zderzyły się ze stojącą na ich drodze klingą obsydianowego miecza. Naparły dalej i broń Vrexa przeistoczyła się w chmarę czarnych odłamków. Aden pomknął dalej, pchnięty siłą ciosu.

Spojrzenia jego i Vrexa spotkały się na krótką chwilę, gdy wojownik przelatywał obok rywala, który zdążył się odsunąć. Nagle siłowniki ramienia zbroi Matoranina zawyły i wielka czarna dłoń chwyciła Adena za kark. Posłaniec Aeny tym razem jednak wiedział, jak uwolnić się z uścisku. Wyzwolił błyskawicowy pogrom, który oddzielił go od ręki Vrexa i odrzucił na parę metrów do tyłu. Aden przejechał stopami po posadzce, zatrzymując się pod ścianą. Z jego ostrzy i rąk unosiły się dymne smużki.

Vrex popatrzył na dłoń Super-Zbroi. Przez pewien czas przeskakiwały po niej drobne błyskawice. Zacisnął i otworzył pięść. Metalowe palce nie zespoliły się ze sobą.

- Mógłbym skorzystać z twojej mocy, chłopcze - powiedział do Adena. - Dlaczego tak bardzo rwiesz się do walki ze mną? Musisz nauczyć się podejmować własne decyzje, a nie pozwalać obcym głosom dyktować ci, co masz robić.

Wojownik doskonale wiedział, do czego miały prowadzić te słowa. Nie zamierzał dać się sprowokować.

- Jedyną osobą, która mną manipulowała, byłeś ty, Vrex.

- Czyżby? - odparł lider Syndykatu. - Skąd masz pewność, że głos, który słyszałeś w głowie, nie został ci tam przez kogoś zaszczepiony, by cię kontrolować, tak jak robiłem to ja?

Prawdą było to, że Aden nie miał takiej pewności. Równie dobrze wszystko, co usłyszał w swoim umyśle, mogło być kłamstwem i manipulacją. Ocknął się sam w zupełnie obcym świecie. Popełnił błąd, ufając pierwszej osobie, która sprawiała pozory dobrych intencji. Potem mógł jeszcze wielokrotnie popełnić podobne błędy. Nie sposób było to poznać. Wybór, komu zaufać, a komu nie, do tego się właśnie sprowadzał - do skoku w nieznane.

Ale decyzja, by zemścić się na Vrexie, była wyłącznie jego własną.

- Jestem tu z własnej woli - powiedział. - I nic nie zmieni tego, po co tu przyszedłem.

Onu-Matoranin wydawał się zawiedziony tą odpowiedzią.

- Zatem… niech i tak będzie.

Utworzył w dłoni magnetyczną kulę, taką samą jak tamta, która omal nie doprowadziła Adena do szaleństwa. Cisnął nią w przeciwnika, ale ten tym razem był gotowy. Uniknął pocisku - gdy kula go mijała nadal czuł, że gdyby tylko znalazł się o centymetr za blisko zostałby, do niej przyciągnięty. Skoczył ku Vrexowi. Wzbił się w powietrze, z jego gardła wydarł się mrożący krew w żyłach okrzyk, gdy robił zamach ostrzami.

Klingi tonf oddzieliły ramię zbroi Vrexa od reszty pancerza. Odcięta kończyna runęła na posadzkę, a Aden wylądował parę kroków nieopodal.

Lider Syndykatu spojrzał ze zdumieniem na miejsce, w którym jeszcze przed chwilą znajdowała się mechaniczna ręka. Spod kikuta wystawała dłoń - jego własna, matorańska dłoń, zniekształcona i okaleczona od metalu, który przywarł do niej na wiele lat. Zwrócił wzrok w stronę Adena, akurat gdy ten robił kolejny zamach. Na spotkanie z nim wyszła druga ręka zbroi. Mechaniczna dłoń pchnęła powietrze, uwalniając magnetyczny impuls. Odepchnięcie smagnęło Adenem gwałtownie do tyłu, posyłając go na panoramiczne okno. Wojownik uderzył plecami o szybę; po jej powierzchni rozeszła się pajęczyna pęknięć. Vrex zrobił krok w jego stronę.

- Męczy mnie już naprawianie tego okna - zadudnił.

Potem zadudnił jego krok. I kolejny. I kolejny. Aden podniósł się na nogi akurat w momencie, gdy mężczyzna zamachiwał się na niego pięścią. Czas nagle jakby zwolnił. Musiał działać szybko.

Podobny cios wyprowadził Kaid. Właśnie to uderzenie powaliło Adena na piasek areny. Potem, gdy tchnięty słowami siostry wojownik się podniósł i pojedynek trwał dalej, jego rywal chciał zadać podobny cios. Ale Aden nie dał drugi raz się powalić. Podobnie jak teraz.

Uniknął ciosu, nurkując pod ramię giganta z czarnego metalu. Przyłożył dłonie do napierśnika jego zbroi, gdy Vrexa pomknął dalej, ciągnięty przez siłę własnego zamachu. W tym właśnie momencie, gdy jego palce zetknęły się z metalem pancerza, a Matoranin przelatywał nad jego głową, Aden wydobył całą siłę ze swych mięśni i przerzucił oponenta nad sobą. Potem uwolnił moc, by oddzielić dłonie od Super-Zbroi. W gabinecie zajaśniało, kiedy błyskawica odrzuciła Vrexa, posyłając go prosto na okno.

Przywódca Syndykatu uderzył o szybę i rozbił ją w drobny mak. Odłamki szkła poleciały na zewnątrz, by rozbić się o znajdującą się wiele metrów niżej powierzchnię Kopuły. Vrex zatrzymał się przy kawędzi podłogi i wsparł się ocalałą ręką, by pomóc sobie wstać. Aden również się podniósł. Wiedział, że to co zrobił nie wystarczyło, by pokonać Matoranina. Ale przynajmniej rozbił jego ulubione okno.

- Zaczynasz naprawdę działać mi na nerwy, Adenie - powiedział Vrex, odwrócony do niego plecami. - Ty…

I nagle zamarł w połowie słowa. Adenowi nie zajęło dużo czasu zrozumieć, dlaczego. Vrex wpatrywał się w miasto.

Jego miasto.

Które właśnie wyślizgnęło się z jego szponów.

Zamiast się podnieść, wychylił się bardziej, wyglądając przez dziurę. Miasto w dole pod nim i sterowce dookoła wieży świeciły milionami świateł, wśród których jaśniały telebimy. Na każdym z nich widać było to samo.

- Nie… - wyrwało się Matoraninowi.

Na ulicach Artas Nui, wszyscy mieszkańcy zastygli w bezruchu.

Ci, którzy chowali się w domach w obawie przed rozgrywającym się na zewnątrz chaosem. Ci, którzy ścierali się z oddziałami Policji Skakdi, umykając przed jazgoczącymi dyskami i laserami wystrzeliwanymi z oczodołów zakaziańskich czaszek. Ci, którzy znaleźli się w niewłaściwym miejscu i po prostu starali się uciec przed zamieszaniem. Ci, którzy zakuci w ciemne zbroje pacyfikowali rozruchy, zmuszeni do ślepego wykonywania rozkazów, by uniknąć kary. Ci, których odgłosy walki wybudziły ze snu oraz ci, którzy nie byli świadomi, co działo się w innych częściach miasta i po prostu dalej wiedli swoje błahe życia.

Każdy, co do jednego, zwrócił swoją głowę ku telebimom, kiedy te niespodziewanie zabłysły i pojawiła się na nich skryta pod Kanohi Volitak twarz Toa Lodu imieniem Arctica.

Ktoś obserwujący miasto spoza jego granic mógłby odnieść wrażenie, jakby na wyspę została rzucona klątwa, zatrzymując wszystkie przebywające tam istoty w czasie i przestrzeni. Wtem, ulicami metropolii zaczęły nieść się słowa białej wojowniczki:

- Mieszkańcy Artas Nui! Nazywam się Toa Arctica. W ciągu ostatnich dni pewnie wiele razy słyszeliście to imię, ale nie były to pochlebne słowa. Z woli Wielkiego Ducha został mi powierzony Obowiązek strzeżenia tej wyspy przed złem. Dzisiaj pragnę obronić was przed największym zagrożeniem.

Jej Maska Mocy nosiła liczne ślady walki. Usta drgały jej z każdym słowem. Była wycieńczona. Mimo to, nie przestawała mówić, nawet się nie zająknęła. Cokolwiek miała do przekazania, miasto musiało to usłyszeć.

Nagle, zamiast niej na ekranie pojawiły się trzy postacie - Vrex, jego mechaniczna służąca oraz Aden. Obraz zarejestrowała kamera w pomieszczeniu, w którym Matoranin przetrzymywał wojownika, zaraz po jego przebudzeniu. Vrex doskonale pamiętał, co się wtedy wydarzyło. Jego oczy rozszerzyły się, gdy jego przeszłe „ja” podało coś mężczyźnie w zielonej zbroi.

Zamarł, kiedy w całym Artas Nui rozbrzmiał jego głos.

Śmiało. Naciśnij.

Co… co to zrobiło?

Wyobraź sobie, Adenie, że w tej właśnie chwili, jedna trzecia Artas Nui wyleciała w powietrze.

Wzburzony pogłos przetoczył się przez metropolię. Było to słyszalne nawet tutaj, w Wieży Centralnej. Vrex spoglądał na swoją wersję z przeszłości wyświetlaną na telebimach przelatujących w pobliżu sterowców, całkowicie obnaży. Potem na ekrany ponownie wróciła Toa Arctica.

- Cały ten czas byliśmy manipulowani i okłamywani przez władze miasta. Odpowiedzialność za zniszczenie naszych domów ponosi Syndykat, a inicjatorem całego planu jest mężczyzna stojący na jego czele - Onu-Matoranin Vrex.

Pojawiły się kolejne obrazy - z rozmów Matoranina z Adenem, jego spotkań z Mrocznymi Łowcami, nawet z jego walki sprzed paru chwil. Nagrane słowa zadudniły jak echo.

A wysadzenie jednej trzeciej miasta i wygnanie Toa z wyspy? Narażenie tylu istnień na śmierć i odebranie im obrońców? To też część twojego planu?

Tak. Nadal nie rozumiesz. Mieszkańcy tego świata to proste istoty, zostali stworzeni do pracy, a bez ich pracy, wszechświat nie może funkcjonować. Toa wprowadzają zamęt, który niszczy ten naturalny porządek, dlatego pozbycie się ich jest konieczne. Zniszczenie miasta i użycie Nuvokah do pomocy miało na celu popchnąć lud Artas Nui do decyzji, że Toa są im niepotrzebni. Uwierz, wywołanie tylu zniszczeń w mieście również nie było dla mnie łatwe. Ale wkrótce nadejdą wydarzenia, których będzie warte to poświęcenie.

Planuje pan… zabić Turagę?

Jeśli Toa faktycznie poznają prawdę o Nuvokah i całym planie, będę musiał to zrobić, żeby nikt nie był skłonny im zaufać. Dobrze jest jednak mieć głupca do manipulowania na najwyższym szczeblu władzy.

Widzisz, lata temu, zwrócił się do mnie pewien mężczyzna, z poleceniem powołania do życia armii, która wyzwoliłaby ten świat od Toa i im podobnych… Wtedy przegraliśmy, lecz teraz, dzięki Nuvokah, ma szansę się nam to udać. Toa dostaną nauczkę za swoje zbrodnie. Mój plan na razie przebiega bez przeszkód, a ich upadek będzie jego zwieńczeniem.

Wszystko, co przed nimi ukrywał - cały jego spisek, cała jego intryga, plan mający na celu pozbyć się jego przeciwników i zapewnić mu bezproblemowe podporządkowanie sobie Artas Nui - wszystko to zostało wyjawione i wykorzystane przeciwko niemu. Arctica zrobiła dokładnie to, co on jej w dniu, w którym przyszła do jego biura i zmierzyła się z Adenem. Wtedy jednak Vrex zmanipulował jej wypowiedź tak, by obrócić ją i wojownika przeciwko sobie. To, co wylewało się teraz z holograficznych ekranów na lud Nieugiętego Miasta, było tylko i wyłącznie prawdą. Zniszczyły go własne słowa.

Rzeźba Toa Mali, stojąca na placu przed Kopułą, z toporem uniesionym ku górze w geście zwycięstwa, zdawała się z niego drwić. Miał rację, mówiąc, że nikt nie ma dość mocy, by go pokonać.

Nikt, prócz niego samego.

- W tej właśnie chwili, wasi bracia i siostry walczą z wysłannikami Syndykatu, który chce uciszyć tych sprzeciwiających się jego władzy - mówiła dalej Arctica. - Mieszkańcy! Stawmy czoła tym, którzy spiskują przeciwko nam. Razem, mamy szansę zwyciężyć. Ale tylko razem.

W całej metropolii, w każdym Dystrykcie, wszyscy wpatrywali się z niedowierzaniem w wyświetlaną wiadomość. W ich wnętrzach narastał gniew oraz chęć wymierzenia sprawiedliwości Vrexowi i pozostałym spiskowcom. Nawet Zakazianie z Policji Skakdi, w połowie zaganiania pojmanych mieszkańców do transporterów, spojrzeli na swoje bronie i emblematy na pancerzach, pierwszy raz czując zwątpienie, czy służą po właściwej stronie. Nikt z nich nie wiedział, co działo się za murami Kopuły Artas Nui. Wszystko pozostawało tajemnicą.

Od dzisiaj jednak, miało już nie być więcej tajemnic.

- Nie wiem, co przyniesie przyszłość. Ale wiem jedno - głos Toa Lodu rozbrzmiewał dalej, podczas gdy obnażające prawdziwe oblicze Vrexa nagrania migotały na telebimach. - Błędy przeszłości, własne uprzedzenia i polityczna małostkowość zbyt długo nas dzieliły. Podzieleni, jesteśmy słabi. Nie możemy sobie pozwolić na słabość. Nie dziś. Dziś mamy wspólnego wroga. Musimy się zjednoczyć, jeśli mamy zwyciężyć!

To był koniec. Koniec Syndykatu i samego Vrexa. Sposób, w jaki Matoranin ani drgnął, tylko wciąż spoglądał na miasto w oddali - Aden dobrze wiedział, że jego przeciwnik zdaje sobie z tego sprawę. Przegrał.

- Kto sieje wiatr, zbiera burzę, Vrex - powiedział wojownik. - Twój biznes jest oficjalnie zamknięty.

Zaczął iść w kierunku Matoranina. Nagle, dobiegły go jego słabe słowa:

- Nie… - powiedział Vrex i uderzył pięścią o podłogę. Posadzka skruszyła się od jego siły. - Nie!

Obrócił głowę, wbijając spojrzenie w Adena.

- Masz pojęcie, co zrobiłeś, pomagając Toa pozbawić mnie władzy? Chcesz, żeby ten świat umarł, tak jak stało się to z twoim?!

Aden zatrzymał się.

- Co…?

Matoranin w zbroi podniósł się z podłogi stanął naprzeciwko rywala.

- Glavus wszystko mi pokazał. Twój świat rozpadł się w wyniku działań siedmiorga władców żywiołów - rzekł. - Jak myślisz, co stanie się z tym, w którym są setki takich jak oni?

Aden przyjął w odpowiedzi bojową postawę, kierując tonfy ostrzami na bok.

- Nie nabiorę się już na żadne twoje kłamstwa.

- Och, ależ to prawda - odparował Vrex. - To i wiele więcej. Mogę ci pokazać… - Wyciągnął do oponenta dłoń. - Jeśli zgodzisz się mi pomóc.

Dawniej Aden może i zastanowiłby się, czy przystać na tę propozycję - szczególnie, że w zamian mógł otrzymać odpowiedzi dotyczące jego utraconych wspomnień. Ale nie teraz. Ani nigdy więcej.

Zmrużył oczy, dając przeciwnikowi jasno do zrozumienia, że nie ulegnie jego słowom.

- Sam poznam moją przeszłość.

Skoczył na Vrexa, jaśniejąc jak gwiazda na nocnym niebie. Matoranin zadarł głowę, rzucając mu aroganckie spojrzenie.

- Nie znajdziesz nic prócz rozczarowania… - powiedział i sam zmierzył na oponenta.

Kroki obu z nich zatrzęsły pomieszczeniem. Pioruny wokół rąk i oczu Adena emanowały żarem wyładowań elektrycznych, a kula magnetycznej energii w dłoni Vrexa zdawała się rozrywać przestrzeń wokół siebie.

Ich ciosy zderzyły się ze sobą na środku sali. Dwie ogromne siły naparły na siebie, a uwolniona przy tym energia smagnęła wszystkim wokół - szczątkami mebli, ścianami, sufitem i podłogą - zmieniając je w drobny mak. Aden i jego przeciwnik zniknęli, pochłonięci przez falę oślepiającego blasku, która zalała ich, jakby znaleźli się w centrum supernowej. Wojownik nie przestawał napierać na swojego rywala, podobnie jak Vrex. Każdy z nich chciał udowodnić, że jest tym silniejszym, nie dając za wygraną. Nie pozwolić przeciwnikowi go ugiąć. Wyjść z tej walki zwycięsko.

Eksplozja mocy rozerwała gabinet na szczycie Wieży Centralnej. Z zewnątrz wyglądało to tak, jakby jej czubek przeistoczył się w kulę jasnego światła.

⁎⁎⁎

W innej części miasta, Bat, Butterfly i Hserg mknęli po niebie z zawrotną prędkością. Nietoperzowaty łowca oglądał się co chwila za siebie, i kiedy wciąż widział gotowe się zdetonować pociski, wierzgał w powietrzu, lecąc dalej bez celu. Toa Ognia nie wiedział, jak chaotyczne machanie skrzydłami pozwalało mu poruszać się tak szybko, ani skąd miał tyle siły, by ich udźwignąć. Najwyraźniej strach pozwalał zapomnieć o fizycznych ograniczeniach.

Wiedział natomiast jedno - jeśli zaraz czegoś nie wymyśli, czeka ich marny koniec. Albo rozbiją się gdzieś po drodze, albo bomby Bata w końcu wybuchną, albo zginą od upadku podczas próby uwolnienia się z pnączy. Musiał znaleźć jakiś sposób, by bezpiecznie wylądować. Butterfly przeklinał i odgrażał się najemnikowi, ale nie dawało to żadnego skutku. Hserg musiał spróbować czegoś innego.

Zimny wiatr dął mu w twarz, był zaplątany w liany i przeraźliwie wysoko nad ziemią. Nie pomagało to w trzeźwym myśleniu.

Nagle Toa zauważył przed nimi oblepiony telebimami zautomatyzowany sterowiec, jasny punkt na tle ciemnego nieba. Bat leciał prosto na niego, jakby zupełnie nie zdawał sobie sprawy z obecności przeszkody. Hserg nie wiedział, dlaczego na ekranach zamiast Vrexa widnieje Arctica, nawet się w tej chwili nad tym nie zastanawiał. Uświadomił sobie, który z czarnych scenariuszy się rozegra. Rozbiją się. Zginie tu razem z łowcami, a jeśli się uwolni i spadnie, to też zginie, tylko nieco później.

- Co robisz, ty durniu?! - krzyczał Butterfly. - Nie leć tam! Zatrzymaj się!

Bat tylko obejrzał się za siebie i gdy znów ujrzał migające na czerwono bomby, przyspieszył. Sterowiec przed nimi stawał się coraz większy i większy. Kiedy było już jasne, że Bat nie zamierza go ominąć, Hserg podjął decyzję. Uwolni się z pnączy i spadnie. Wolał spróbować szczęścia przy lądowaniu, niż rozbić się o górę latającego metalu.

Sięgnął do mocy żywiołu.

- Cholera, dlaczego nie nauczyłem się latać… - zaklął pod nosem i uwolnił płomienie.

Zielone macki spopieliły się i puściły go. Spadając twarzą ku ziemi, Toa obejrzał się za siebie, spoglądając na łowców. Zastanawiał się, czy istniał jakiś sposób, by im pomóc. Po chwili poznał odpowiedź.

- Bat, co ty robisz?! Zatrzymaj się! - wrzeszczał panicznie zielony najemnik. - Zatrzymaj się!

Uwolnił kolce, próbując przeciąć liany. Wierzgnął, uderzając przypadkiem o jedną z bomb. Zamigotała intensywniej i zdetonowała się. Eksplozja rozświetliła niebo, a Mroczni Łowcy zrobili korkociąg w powietrzu i uderzyli o sterowiec. Z przebitego telebimu sypnęły iskry, potem ze środka buchnęły płomienie. Po chwili latająca maszyna przeistoczyła się w wielką kulę ognia.

Kulę, pod którą spadał Hserg. Czerwony Toa obrócił się ponownie przodem w stronę lądu. Miał na tyle mało szczęścia, że w jego pobliżu nie znajdowały się żadne wysokie budynki. Mknął prosto na opustoszałą ulicę.

Zobaczył pola lawy i stojącego nad nim Turagę. Zobaczył wspólną podróż z Shedem na Artas Nui i treningi z Hikirą. Zobaczył jej śmierć i wojnę z dronami. Potem swój pobyt na Quentris, walkę z Xixexem i każdą kolejną stoczoną aż do tego momentu. Pomyślał, że w jego życiu wydarzyło się dość, by Matoranie mogli opowiadać o nim legendy przy ognisku. Gdyby tylko nie żałosne zwieńczenie tego wszystkiego.

Hikira padłaby ze śmiechu, gdyby dowiedziała się, jak skończył.

- Mogłem nie zamieniać się z Arcticą miejscami…

Gdy ziemia była już tak bardzo blisko, że oczami wyobraźni widział, jak się o nią roztrzaskuje, nagle otoczyła go jasna poświata. Coś go złapało, choć nikogo nie widział. Potrzebował momentu, by zrozumieć, co się stało.

Zatrzymał się w powietrzu.

Spojrzał w bok i ujrzał Izakiego, lecącemu ku niemu na lodowym torze, z bijącą takim samym blaskiem Kanohi Matatu. Toa Lodu zatrzymał się parę bio od ulicy i przy pomocy Maski Telekinezy położył Hserga bezpiecznie na ziemi. Wojownik w Arthron wstał na nogi i otrzepał się z pyłu.

- W samą porę, Izaki - odezwał się, podchodząc.

Nim biały Toa zdążył odpowiedzieć, nad ich głowami rozległ się głośny trzask. Zadarli wzrok, by ujrzeć, jak płonący wrak sterowca zmierza ku ziemi. Izaki w mgnieniu oka aktywował ponownie swoją Kanohi, spowalniając szczątki pojazdu, a Hserg użył żywiołu, by pochłonąć cały ogień z eksplozji. Toa Lodu opuścił pomału wrak na ziemię i padł na kolana, wyczerpany. Razem udało im się zapobiec katastrofie.

Hserg zacisnął dłonie, wokół których zgromadziła się pochłonięta energia, dopóki pomarańczowa poświata nie znikła. Popatrzył na zwęglone pozostałości sterowca. Nie chciał nawet sprawdzać, czy pośród nich znajdowały się ciała Mrocznych Łowców. Uznał, że lepiej było nie wiedzieć.

Odsunął się od zgliszczy i podszedł do Izakiego, żeby pomóc mu wstać.

- Dzięki, bracie - rzekł.

Toa Lodu chwycił go za rękę i podniósł się.

- Nie ma sprawy - powiedział, po czym zwiesił głowę. - I… wybacz. Za wszystko.

Dłoń białego Toa dotknęła wygrawerowanego na czerwonym naramienniku symbolu Khakkhary Nui. Hserg położył dłoń na jego ramieniu.

- Nie było warto, co? - zapytał.

Izaki spojrzał na niego. Przez chwilę nic nie odpowiedział.

- Nie było warto - odrzekł wreszcie. W odpowiedzi czerwony Toa uśmiechnął się z lekka.

- Cóż, w takim razie dobrze jest mieć się znów z powrotem - odparł, wystawiając Izakiemu zaciśniętą pięść.

Toa w Matatu odwzajemnił uśmiech i przybił Hsergowi żółwika.

⁎⁎⁎

Sposób, w jaki wszystko nagle się zmieniło, był niemal nie do opisania.

W jednym momencie Galia i jej grupa wojowników o wolność byli w centrum uwagi oddziału Zakazian Laishy. Zaraz potem, wszyscy spojrzeli na wielkie telebimy i wiadomość od Arctici. Każdy jak w transie wpatrywał się w wyświetlane obrazy i wsłuchiwał w odtwarzane słowa. Cała ludność Artas Nui w ciągu zaledwie kilku minut dowiedziała się o skrywanej przez całe lata intrydze Syndykatu. Móc zobaczyć wszystkie kłamstwa i manipulacje Vrexa wyciągnięte na światło dzienne było dla Galii i jej towarzyszy czymś nierealnym, jak ze snu.

Z tym że tym razem dla odmiany był to dobry sen.

Wreszcie, kiedy wiadomość się skończyła i zaczęła odtwarzać się od nowa, Auerieus zrobił kilka kroków naprzód. Laisha nagle poruszyła się gwałtownie, jak aktywowana pułapka na Rahi, mierząc do Turagi z miotacza.

- Stój! Ani kroku dalej! - warknęła. Kilku Zakazian oderwało wzrok od telebimów i spojrzało niepewnie na kobietę i byłego Toa.

Galia już miała ruszać Auerieusowi na pomoc, gdy Laisha do niej syknęła:

- Nie ruszaj się, albo roztopię Turadze głowę laserem. - Zmrużyła groźnie ślepia. Ręce jej się trzęsły, wargi drżały, a oczy szkliły. Jasno było widać, że jest zdruzgotana tym, co właśnie zobaczyła, ale nie było też wątpliwości, że jeśli Xianka choćby drgnie, to wystrzeli. Dziewczyna posłusznie zastygła w bezruchu.

Niespodziewanie, Auerieus zrobił kolejny krok.

- Daj spokój, Laisho - powiedział do Skakdi spokojnie. - Vrex jest skończony. Naprawdę sądzisz, że warto?

Kobieta uniosła wyżej miotacz, celując w jego głowę, ale ręce coraz bardziej jej dygotały. Kilku jej pobratymców popatrzyło po sobie, Galia również wymieniła spojrzenia z Zakhannem i szumowinami, Toro, Aparu i resztą Matoran. Skakdi z Policji byli uciekinierami z Zakazu. Ich ojczyzna była niszczona przez wojny domowe, przybyli tu, by znaleźć nowe życie i cel. Vrex i jego organizacja im je dały. Vortixx doskonale wiedziała, jak trudno było porzucić takie życie. Sama przez to przechodziła. Na swój sposób, widziała w Laishy samą siebie sprzed lat.

Auerieus zajrzał głęboko w oczy Zakaziance i powtórzył pytanie:

- Naprawdę sądzisz, że warto?

Był taki moment - bardzo krótki moment - kiedy Galia była pewna, że Laisha strzeli. Jednak nie. Kobieta opuściła miotacz i cofnęła się. Wymówiła szeptem krótkie przekleństwo. Nie patrząc w ich stronę, rzuciła do reszty Skakdi:

- Chodźcie. Wynośmy się stąd.

Nikt nie nalegał, by dokończyli misję i pojmali buntowników. Wszyscy musieli dojść do tych samych wniosków, co Laisha. Bez słowa i wielokrotnie oglądając się za siebie, załadowali się na pokład transportowca i po chwili opuścili plac. Zostały tylko nieaktywne Nuvokah.

Auerieus podparł się kosturem o ziemię. Galia podeszła do Turagi, spoglądającego na postać Toa Lodu widoczną na telebimie.

- Wiedziałem, że sobie poradzi - powiedział.

- To jeszcze nie koniec, Auerieus - odparła dziewczyna. - Musimy pomóc mieszkańcom w innych częściach miasta, Policja Skakdi może nadal tam z nimi walczyć.

Już miała iść w stronę jednego z przewróconych transporterów, by sprawdzić, czy nadaje się do jazdy, kiedy Auerieus zatrzymał ją swoją Odznaką Urzędu.

- To raczej nie będzie potrzebne - rzekł i wskazał czubkiem kostura na niebo. - Mieszkańcy są w dobrych rękach.

Galia zadarła głowę, podążając tam wzrokiem. Za bladymi chmurami dostrzegła feerię wielobarwnych świateł.

⁎⁎⁎

Turaga Arkin nie mógł uwierzyć w to, co widzi.

Władca Artas Nui spoglądał przez okno swojej rezydencji na metropolię. Dostrzegł rozjuszone tłumy i garstkę Skakdi próbujących zapanować nad teraz całkowicie już zwróconym przeciwko nim mieszkańcom. Niektórzy z Zakazian w barwach Syndykatu zatrzymywali się pośrodku ulic, opuszczając broń i patrząc na świetliste ekrany, podczas gdy ich towarzysze coś jeszcze do nich nawoływali, zanim odbiegli w nieznane. Najbardziej jednak jego uwagę przykuwały obrazy i słowa wylewające się z telebimów zdobiących wieżowce miasta. Był oburzony.

- To niesłychane… Vrex stoi za wojną i zniszczeniem Artas Nui? - wyszeptał, niedowierzając. - I planuje mnie zabić…?

Kronikarz Rennihk zajmował miejsce kilka kroków dalej i również obserwował sytuację na zewnątrz, stojąc w cieniu Turagi. Choć wyraz twarzy na jego bladoszarej Matatu był zimny jak głaz, pod maską kłębiły się liczne emocje. Matoranin nie wiedział, co robić. Plan Vrexa zawiódł, więc zgodnie z jego rozkazem, powinien był teraz doprowadzić do śmierci Arkina. Z drugiej strony, Turaga i tak już wiedział o spisku na jego życie. Podobnie jak wszyscy inni. Czy Rennihk powinien dalej postępować według planu? I czy Turaga się czegoś domyślał?

- Rennihk? - zapytał nagle starzec.

Matoranin spiął się na całym ciele. Cokolwiek Turaga by nie myślał, Rennihk musiał dalej sprawiać pozory, że jest jego sojusznikiem. Obrócił powoli głowę, spoglądając na mężczyznę w pomarańczowej Hunie.

- Słucham?

- Rennihk, wiedziałeś o tym? - zapytał Arkin, wskazując berłem na telebimy za oknem.

- Nie, Turago - zaprzeczył Matoranin, kręcąc głową. - To… to straszne.

Arkin spojrzał ponownie na miasto, a następnie westchnął i opadł ciężko na fotel przy biurku.

- Niewiarygodne… Vrex zawsze sprawiał wrażenie takiego miłego, a teraz okazało się, że Toa mieli rację… Od tego wszystkiego zrobiło mi się słabo - powiedział, masując czoło. - Rennihk, bądź tak dobry i przynieś mi herbaty.

- Tak jest, o czcigodny. - Doradca ukłonił się i opuścił pomieszczenie, zmierzając do niewielkiej kuchni.

Wstawił wodę na herbatę i wpatrywał się w czajnik, bijąc się z myślami. Narastający świst wydobywający się z naczynia dobrze oddawał to, co działo się w jego głowie. Kronikarz Artas Nui nie miał pojęcia, co teraz - czy powinien dalej pozostać lojalny Vrexowi, czy oszczędzić Turagę, licząc, że ten nigdy nie dowie się o jego powiązaniach z przywódcą Syndykatu?

Woda była już prawie gotowa. Czasu na podjęcie decyzji było coraz mniej.

Gdy się zagotowała, Rennihk nalał ją do ulubionej filiżanki Arkina i otworzył szafeczkę z ziołami. Wśród nich były zakupione przez niego od handlarzy z przestępczego półświatka Artas Nui substancje stopniowo osłabiające mentalność Turagi. Matoranin dodawał ich po trochu do każdego napoju starca; szybko umysł Arkina stał się na tyle rozkojarzony, że nawet nie zwracał uwagi na zmiany w smaku. Tak też Rennihk postąpił i teraz. Dodał nieco substancji razem z ziołami do herbaty, potem wsypał cukier i dokładnie wymieszał, by ukryć obecność podejrzanych składników. Nie mógł sobie pozwolić na trzeźwo myślącego Turagę, nie w tej sytuacji.

Potem otworzył tajną skrytkę, o której nie wiedział nawet sam Arkin. Znajdował się w niej niewielki flakonik z trucizną. Kilka kropel wystarczyło, by zabić władcę wyspy. Rennihk wziął butelkę w dłoń i dokładnie się jej przyjrzał.

Powinien to zrobić, czy nie? Nie wiedział, na ile plan awaryjny Vrexa się powiedzie, teraz, kiedy wszystkie jego tajemnice zostały ujawnione. Lider Syndykatu mógł nie być w stanie zapewnić Kronikarzowi bezpieczeństwa. Ale z drugiej strony, czy Vrex w ogóle zlecałby Rennihkowi to zadanie, jeśli nie byłby przygotowany na każdą, nawet najgorszą ewentualność? Nie. Na pewno nie. Matoranin był z nim od samego początku, wiedział, do czego jest zdolny.

Dolał trucizny do herbaty i raz jeszcze pomieszał. Postawił filiżankę na tacy i udał się z powrotem do pokoju Turagi.


Arctica biegła co sił w nogach.

Na ulicach roiło się od mieszkańców, którzy wyłonili się z domów, by obejrzeć wyświetlaną na telebimach transmisję. Kiedy ich mijała, niektórzy wznosili radosne okrzyki, inni wiwatowali, ale ona tylko machała rękoma, by odpędzić ich na bok.

- Z drogi! Turaga jest w niebezpieczeństwie! - krzyczała.

Do posiadłości Arkina został jej jeszcze spory kawał drogi. Miała nadzieję, że dotrze na czas, że po wejściu do środka nie zastanie tylko zwłok martwego starca. Mogła go nie lubić, mogła uznawać go za nieodpowiedniego władcę, ale nie zasługiwał na taki los. Lecz chodziło nie tylko o to. Mimo że kłamstwa Vrexa zostały obnażone, zabijając Turagę nadal mógł zwyciężyć. Nawet jeśli byłoby to tylko częściowe zwycięstwo.

Toa Lodu nie zamierzała do tego dopuścić.

Przyspieszyła.


Rennihk miał wrażenie, że przejście z kuchni do gabinetu Turagi zajęło mu całą wieczność. Arkin nie ruszył się z miejsca - dalej siedział w fotelu, wpatrując się w widok za oknem z niedowierzaniem. Matoranin stawał się nie zachowywać podejrzanie. Przez lata nauczył się ukrywać swoją prawdziwą naturę przed starcem, nie mógł sobie pozwolić, by ta sytuacja wytrąciła go z równowagi.

Postawił tacę na biurku obok Turagi. Arkin skinął głową w podzięce i wziął filiżankę do ręki. Rennihk czekał w napięciu, aż mężczyzna pociągnie pierwszy łyk. Nie napił się jednak od razu, tylko czekał, aż herbata ostygnie. Matoranin schował ręce za plecami, wyczuwając nimi schowany tam na wszelki wypadek sztylet. Jeśli wszystko inne zawiedzie, użyje i tego.

Turaga przybliżył naczynie z herbatą do ust. Rennihk na chwilę wstrzymał oddech, ale Arkin uznał, że napój jest jeszcze za gorący i tylko podmuchał. Jak zwykle wykonanie nawet najprostszej czynności wymagało od niezdarnego Turagi mnóstwa czasu. Doradca zastanawiał się, na ile była to wina substancji dolewanych mu przez niego do herbaty, a na ile wieku. Lecz, kiedy przyjrzał się obserwującemu miasto za oknem Arkinowi, Rennihk dostrzegł w jego oczach coś, czego nie widział od dawna.

Była to szczera troska o mieszkańców miasta. Najwidoczniej w głowie władcy Artas Nui gdzieś jeszcze tliła się pozostałość po mężnym Toa Ognia z drużyny Siedmiorga Założycieli, który swoimi wyniosłymi przemowami poruszał serca rozsianych wtedy po nagich skałach tego regionu handlarzy, kupców i marynarzy, przybyłych z leżącego na północ od wyspy rejonu Voya Nui Południowego Kontynentu. Było to jeszcze przed przemianą członków drużyny w Turaga, przed śmiercią wszystkich poza Arkinem, przed nieformalnym oddaniem władzy w ręce Vrexa. Rennihk sam ledwo to pamiętał, choć był Kronikarzem…

Wreszcie starzec uznał, że odczekał dość długo. Przybliżył filiżankę, by się napić. Była coraz bliżej jego ust, i bliżej, i bliżej…

Drzwi do pokoju otworzyły się nagle. Matoranin i Turaga odwrócili się w ich stronę. Stała w nich Toa Arctica. Dostrzegłszy filiżankę w ręku starca, rozszerzyła oczy i wskazała na nią mieczem.

- Turago Arkinie, nie! - ostrzegła. - Proszę tego nie pić!

Mężczyzna w Hunie wstał i przyjrzał się naczyniu, zdezorientowany.

- Co…?

- Vrex zaplanował zamach na twoje życie, Turago - powiedziała kobieta. - Wypicie tej herbaty jest zbyt ryzykowne. Nie wiadomo, kto może być zdrajcą.

- Wiem, ale… - Arkin zająknął się i popatrzył na doradcę. - Chyba nie Rennihk…?

Kronikarz tylko zwęził usta. Nie dał po sobie poznać, że przy pasie za plecami ma schowany sztylet.

- Nie wiem tego - odparła Arctica. - Lepiej będzie, jeśli zabiorę cię stąd w jakieś bezpieczne miejsce.

Zrobiła krok w stronę władcy. Arkin odwrócił wzrok od Rennihka, by na nią spojrzeć i wtedy Matoranin podjął decyzję. Naskoczył na starca. Wszystko potoczyło się w ledwie ułamek chwili, zarówno Arkin jak i Arctica nie zdążyli nawet zareagować. Rennihk dopadł do Turagi i owinął rękę wokół jego torsu, przyciskając sztylet do gardła. Mężczyzna stęknął i wypuścił filiżankę herbaty z ręki. Uderzyła o podłogę i rozbiła się z trzaskiem.

Arctica zamarła w połowie ruchu.

- Nie rób niczego głupiego, Toa, albo Turaga zginie - warknął ostrzegawczo Kronikarz. Zaczął powoli odciągać Arkina w stronę drugiego wyjścia z gabinetu.

- Rennihk… czyli ty też jesteś w to zamieszany? - Turaga wydawał się nie dopuszczać tego do świadomości.

- Zamilcz, starcze - odwarknął doradca, przyciskając mocniej ostrze do krtani mężczyzny.

Toa Lodu zacisnęła mocniej palce. Nie mogła pozwolić Rennihkowi uciec. Ale nie mogła też ryzykować śmierci Arkina. Konsekwencje tego byłyby druzgocące. Dopiero co odzyskała zaufanie ludu miasta, nie mogła tak szybko go stracić…

Jej myśli pędziły z dziką prędkością, próbując znaleźć wyjście z sytuacji. Ale tego, co się wydarzyło, w ogóle się nie spodziewała.

- Wiedziałeś o tym wszystkim i mi nie powiedziałeś… - odezwał się Turaga. Jego dłonie zaczęły jarzyć się światłem. - Przez cały czas mnie oszukiwałeś… I stłukłeś moją ulubioną filiżankę…

Uwolnił płomienie z rąk. Rennihk krzyknął przeraźliwie i wypuścił sztylet, a wtedy Arkin złapał go za przedramię i przerzucił nad sobą. Kronikarz gruchnął boleśnie o ziemię. Jego bladoszarą Matatu wykrzywił gniewny wyraz, kiedy wstawał na nogi. Z podniesionym nożem rzucił się na Turagę, ale ten zdążył chwycić swoje berło. Jego czubek owionęły płomienie, a starzec zamachnął się i przywalił Odznaką Urzędu prosto w twarz Kronikarza. Rennihk ponownie zwalił się na podłogę, a wtedy Arctica ruszyła ku niemu biegiem, uwalniając z jednego z mieczy lodową wiązkę, która uwięziła Matoranina w kryształowej bryle.

Turaga podparł się berłem o ziemię, trzymając je oburącz, zmęczony użyciem mocy żywiołu. Wpatrywał się przez pewien czas w zamrożonego Rennihka. Tylko głowa Matoranina wystawała spod przezroczystej skorupy. Jego twarz miała gniewny i zmieszany wyraz, ale nie odezwał się już ani słowem.

- Wiedziałem, że coś jest nie tak, kiedy twoja herbata przestała mi smakować - powiedział Turaga, mrużąc oczy. Arctica podeszła do niego, a wtedy zwrócił się do niej: - Dziękuję ci, Toa Aritiko. Gdyby nie ty, Rennihk pewnie nigdy by się nie ujawnił.

- Arctico - poprawiła go wojowniczka.

- Tak właśnie mówię - odrzekł starzec. - I… chyba jestem winien tobie przeprosiny. Tobie i pozostałym strażnikom. Powinienem był dawno was posłuchać.

Kobieta w Volitak uśmiechnęła się z lekka.

- Przeprosiny przyjęte - powiedziała, chowając miecze na plecy.

Arkin skinął do niej głową w odpowiedzi.

- Teraz musimy wymyślić, co z nim zrobić - rzekł, wskazując berłem na Rennihka. Potem podszedł do okna i długo się w nie wpatrywał. - Oraz z całym miastem.

Arctica podeszła do Turagi i przystanęła u jego boku. Raz jeszcze się uśmiechnęła.

- Służę pomocą, o czcigodny - powiedziała.

⁎⁎⁎

Vox stał pośród ruin stoczni, trzymając Kyre na rękach. Dookoła niego wciąż dogasały szczątki maszyn Syndykatu, a umorusani żołnierze Khakkhary nadciągali ze wszystkich stron doków, by wrócić do swojej kryjówki. Choć od walki z Nuvokah nie minęło wiele czasu, Toa wydawało się, jakby wydarzyło się to w zupełnie innym życiu. Jakby był to koszmar, który właśnie się zakończył.

Wsłuchał się w dźwięki napływające z miasta, obawiając się, czy znów usłyszy koszmar, który rozgrywał się tam. Tym razem jednak było inaczej. Coś się zmieniło. Wyłapał głos Arctici i przekazywaną przez nią wiadomość. Uśmiechnął się półgębkiem. Tamtejszy koszmar również dobiegł końca. Udało im się.

Mówca i kilku jego popleczników zbliżyło się do wojownika.

- Weźcie ją i opatrzcie - powiedział Vox, przekazując Matorankę jednemu z towarzyszów Mówcy. Nie miał pewności, ale chyba był to Asiro, bliski przyjaciel Kyre. Wziął dziewczynę na ręce i oddalił się z nią w kierunku statku-bazy. - Sporo przeszła.

- Ty również - rzekł Mówca. - Dobrze się spisałeś, Toa. Muszę ci podziękować. Khakkhara Nui wiele tobie zawdzięcza.

- Ci Matoranie wiele mi zawdzięczają - sprostował Vox, patrząc na Mówcę. - Nie Khakkhara. Dobrze wiesz, jakie jest moje zdanie o twojej organizacji.

- Wiem - przyznał mężczyzna. - Ale i tak masz naszą wdzięczność.

Wojownik chciał coś jeszcze powiedzieć, ale powstrzymał się przed tym. Uznał, że nie było warto. Bądź co bądź, przeszli przez to razem. Mógł odrzucić waśnie na bok, przynajmniej na ten moment. Wykonał tylko lekki ukłon głową. Mówca odwzajemnił skinienie i oddalił się wraz ze swoimi ludźmi. Vox odprowadzał ich przez chwilę wzrokiem, patrząc, jak kierują się w stronę swojej fortecy. Wszystko wskazywało na to, że jego zadanie tutaj dobiegło końca.

Zwrócił się z powrotem ku miastu. Wiedział, że gdy tam wróci, nic już nie będzie takie samo. Będą mieli sporo do odbudowania, ale przypadnie im szansa zaprowadzenia nowego porządku tak, jak powinni to zrobić dawno temu.

I będzie ich więcej niż tylko marna garstka.

Popatrzył w górę. Chmury na nocnym niebie zaczęły się przerzedzać. Na Voxa padło światło.

⁎⁎⁎

Wśród zgliszczy i pozostałości zwieńczenia Wieży Centralnej, dwie postacie nadal trzymały się na nogach. Blask wywołanej uderzeniem mocy eksplozji pobladł, ukazując arenę walczących. Nie było nad nimi dachu, nie otaczały ich też ściany. Tylko powykręcane pręty metalowego szkieletu konstrukcji gabinetu, które jakimś cudem nie uległy niszczycielskiej fali wyzwolonej energii. Podłoga była cała zwęglona, gdzieniegdzie leżały dogaszające szczątki. Zbroje Adena i jego przeciwnika były w opłakanym stanie. Żaden z nich nie zakończył jednak jeszcze walki.

Dźwięki, które napływały tu do nich na górę z miasta, były dziwnie przytłumione, a przynajmniej tak wydawało się Adenowi. Może po prostu eksplozja uszkodziła mu słuch. Nie słyszał jednak żadnych huków i krzyków, jak tamtego dnia, kiedy obudził się po raz pierwszy, co przyniosło mu ulgę. Rozbrzmiewało tylko wycie wiatru szalejącego na tej wysokości. Na swój sposób, było cicho. Jak cisza po burzy.

Uniósł głowę, by popatrzeć w oczy swojemu oponentowi. Wizjer hełmu Vrexa był pęknięty i po raz pierwszy wojownik ujrzał oczy Matoranina bez stojącej na drodze powłoki ze szkła. Biły niebieskim światłem, ale Aden nie dostrzegł w nich choćby śladu chęci poddania się.

Zagruchotały kolejne ciosy.

Krach.

Krach.

Krach.

Siłowniki ręki Super-Zbroi Vrexa zatrzeszczały. Sypnęły z nich iskry i wielgachna pięść spadła na Adena. Mężczyzna odchylił się przed nią w bok i tylko roztrzaskała podłogę. Aden w kontrze uderzył Matoranina w głowę. Kolejne odłamki jego maski odfrunęły gdzieś daleko.

Były to słabe, powolne ciosy. W pełni sił obaj przeciwnicy nie mieliby problemu z ich uniknięciem. Ale nie byli w pełni sił. Aden był wycieńczony i słaniał się na nogach; pancerz Vrexa trzeszczał i zgrzytał, ledwo trzymając się w jednym kawałku. Zielony wojownik z wielką chęcią zakończyłby starcie tu i teraz - Syndykat został obnażony, Vrex stracił swoją pozycję, było po wszystkim. Jednak jeśli Matoranin nie zaprzestawał walki, musiał mieć ku temu powód. Może miał jeszcze plan, jak wyjść z tego zwycięsko. Kto wie, jakie jeszcze intrygi i machinacje kryły się w jego głowie.

A może po prostu był szalony i nie dopuszczał do siebie wizji porażki. Myślał, że pokonanie Adena cokolwiek zmieni. Dlatego wojownik nie mógł teraz odpuszczać. Musiał walczyć dalej.

Dla Stwórczyni. I dla Saniis.

Onu-Matoranin zrobił zamach i uwolnił magnetyczny impuls, który odrzucił Adena na parę kroków do tyłu. Jego stopy pozostawiły po sobie białe smugi, zdzierając brud i pył z posadzki. Zbroja Vrexa zajęczała i gigant runął na kolana, podpierając się ręką. Przednia klapa pancerza na torsie opadła, odsłaniając skryte pod spodem ciało Matoranina - słabe, wątłe, kruche i zniekształcone. A jednak, przez długi czas dysponowało tak ogromną mocą.

Mimo że mięśnie i kości błagały go o choć trochę odpoczynku, Aden zaczął iść w jego stronę.

Setki tysięcy lat temu, w jego ojczyźnie, rozegrała się straszliwa wojna. Dwie wielkie siły - Legion Zniszczenia oraz Zakon Kreacji - starły się ze sobą na pokrytej wielkim oceanem, dżunglą, pustynią i mroźnymi górami rajskiej planecie. I chociaż w decydującej bitwie udział brało wielu wojowników, tak jak i teraz, to o wyniku wojny zadecydował pojedynek dwóch potężnych istot - Niszczyciela Kabriusa i Stwórczyni Aeny. Aden zastanawiał się, co czuła jego pani, widząc porażkę Kabriusa. Oraz czy było to uczucie podobne do tego, które czuł on teraz.

Stanął przy Vrexie i zatrzymał się. Matoranin spojrzał na niego. Chciał się poruszyć, ale zbroja odmawiała mu posłuszeństwa.

- Errr… zaczekaj - powiedział słabo. - Wygrałeś. Przyznaję to. Dam ci… dam ci wszystko, czego tylko sobie zażyczysz.

Aden przykucnął przy pokonanym przeciwniku.

- Wszystko? - Zajrzał Vrexowi w oczy. Nie zobaczył w nich żadnej desperacji ani strachu. To była szczera oferta.

- Wszystko.

Wojownik uśmiechnął się z lekka. Kilka błyskawic zaczęło krążyć wokół jego dłoni.

- Dostałem już to, co chciałem - powiedział. Błyskawice zaświeciły jaśniejszym blaskiem. Całą rękę mężczyzny owionęła teraz kula energii elektrycznej, którą pchnął w pierś Vrexa.

Matoranin rozszerzył oczy.

- To za Saniis - wyszeptał Aden.

Potężny podmuch mocy uderzył we Vrexa. Nie był to najsilniejszy z uwolnionych podczas tej walki impulsów, nawet nie blisko - Aden był za bardzo wyczerpany, by znów wyzwolić tyle energii. Jednak to, co zakończył, nadało temu podmuchowi największą wagę ze wszystkich. Jasnozielone światło raz jeszcze zabłysło na szczycie Kopuły Artas Nui, zalewając swoją falą Onu-Matoranina. Lider Syndykatu krzyknął, raniony przez energię, i odleciał do tyłu, oddalając się od Adena coraz bardziej. Wojownik patrzył za nim, dopóki jego jedyny sojusznik, a potem największy wróg, nie zniknął za krawędzią Wieży Centralnej, pozostawiając po sobie tylko smugę dymu w powietrzu.

Krzyk Vrexa jeszcze długo niósł się w powietrzu, dopóki coś go nie przerwało. Aden poczuł nagły przypływ rozluźnienia. Padł na kolana i zakołysał się. Spojrzał na swoją dłoń - była cała poharatana od walki i mocy. Potem zadarł głowę ku niemu i popatrzył na zdobiące je gwiazdy.

Chciał powiedzieć siostrze - „zrobiłem to”.

Pochłonęła go ciemność.

⁎⁎⁎

Więc tak wyglądał upadek.

Przecinając chłodne nocne powietrze, mknąc z samego szczytu swojego imperium ku miastu w dole - miastu, które kiedyś było jego - Vrex uświadomił sobie, jak dawno nie doświadczył tego uczucia. Kiedyś, wieki temu, przed laty, czuł to bardzo często. Każdy dzień pracy górnika i wysłuchiwania drwin ze strony jego pobratymców był dla niego takim upadkiem. Wieńczyła to katastrofa, podczas której kopalnia się zawaliła, zaprzepaszczając lata ich pracy, a winę za to poniósł Vrex, nie Toa, który faktycznie do tego dopuścił. Pozostali Matoranie wykluczyli go ze swojego społeczeństwa. Vrex sądził wtedy, że po takim upadku już się nie podniesie.

A jednak się podniósł.

Potem, drugi raz czuł zbliżone emocje w dniu, kiedy został pokonany przez drużynę Toa i zatonął w oceanie Artas Nui. Było to dla niego jakby ktoś wylał mu kubeł zimnej wody na głowę. Zarządzał wówczas świetnie prosperującą organizacją, która trzymała w garści całą wyspę, lecz Toa i tak zdołali zadać mu klęskę.

Wtedy również się podniósł.

W końcu jednak nastąpił upadek, po którym Vrex miał już się nie podnieść. Ten był ostatni. Dobrze o tym wiedział.

Spadając, Onu-Matoranin zastanawiał się nad wszystkimi wydarzeniami, które doprowadziły go do tego momentu. Nad wszystkimi kłamstwami, intrygami, planami i tajemnicami. Były liczne porażki. Drony, Karanak i tak dalej. Ale były też sukcesy. Nuvokah… Nie, nawet Nuvokah okazały się gorsze od Toa. Może i rzeczywiście byli oni godnymi strażnikami tego miasta. Może faktycznie źle ich osądził. Może faktycznie ich nie docenił. W końcu, skoro potrafili się zebrać i odebrać mu całą władzę i potęgę, których do tej pory nie był w stanie odebrać mu nikt, zdawali się być zdolni do wszystkiego, prawda?

Teraz mogli przejąć jego rolę. Właściwie, ich dotychczasowe role nie różniły się tak bardzo od siebie. Wszystko, co Vrex robił, robił po to, by zapewnić bezpieczeństwo Artas Nui, podobnie jak Toa. Zresztą, tego samego chciał Glavus - uchronić wszechświat przed zagładą. Matoranin widział jego wizję i zgadzał się z nią. Plany Glavusa wybiegały jednak bardzo daleko w przyszłość, Vrexa skupiały się wokół bardziej przyziemnych wydarzeń.

Nie chciał oddawać pieczy nad miastem nikomu innemu, bo obawiał się, że nie będą oni zdolni zapanować nad tym, co dawno temu zwyciężył i uwięził pod ziemią. Lecz jeśli Toa zjednali sobie całą wyspę, by pokonać go i Syndykat… Żadne przedwieczne zło - i każde innego zagrożenie - nie stanowiło dla nich wyzwania. W końcu to sobie uświadomił.

Teraz Vrex wiedział, że zostawił Artas Nui w dobrych rękach.

Przyniosło mu to wewnętrzną ulgę. Nie obawiał się już niczego. Choć nie tak wyobrażał swoje odejście, przynajmniej odchodził w spokoju.

Nie czuł nawet bólu, gdy topór rzeźby Toa Mali przebił się przez jego pierś.

Epilog[]

Nawołujący głos z oddali wybudził go ze snu.

Zbudź się, Adenie.

Otworzył oczy. Leżał pod białym sufitem w pomieszczeniu o białych ścianach. Początkowo przeraził się, że znów zbudził się w kwaterze Vrexa, a wszystko, co przeżył do tej porty, było jedynie snem. Pomału jednak zaczął uświadamiać sobie, że przebywa gdzie indziej.

Pokryty bandażami i opatrunkami, odpoczywał na łóżku w komnacie medycznej. Wokół niego znajdowały się trzy tuziny podobnych łóżek, lecz wszystkie były puste. Przez szerokie okno do środka wpadały ciepłe promienie słońca. Pomieszczenie wypełniała głęboka cisza. Odzyskiwał siły po bitwie, lecz nie tej, która właśnie się wydarzyła. Innej. Odległej. Nawiedziło go kolejne wspomnienie.

Ostatnie echo.

Spróbował podnieść się do pozycji siedzącej. Towarzyszący ból kazał mu dwa razy się nad tym zastanowić, ale i tak to zrobił. Usiadł z boku łóżka i pochylił się do przodu, opierając ręce na udach. Oddychał miarowo i spokojnie. Cokolwiek wydarzyło się zeszłej nocy, nie pamiętał tego. Uznał, że to nieistotne. Domyślał się, co się stało.

Zauważył nagle czyjąś obecność. Spojrzał w tamtym kierunku i ukazała mu się postać siostry. Saniis stała w drzwiach komnaty, opierając się o framugę. Na jej ciele nie było aż tyle opatrunków, ale także nosiła ślady walki. Napotkawszy wzrok brata, uśmiechnęła się nieznacznie. Jej niebieskie oczy zaświeciły się.

- Obudziłeś się - rzekła.

- Saniis… - odezwał się Aden. - Co się… achh - stęknął, kiedy ból powstrzymał go przed próbą wstania. Usiadł z powrotem na łóżko, uciskając obandażowane ramię.

Saniis zachichotała krótko.

- Nie rwij się tak, bracie. Odpocznij trochę - powiedziała. W cichej komnacie jej miękki głos działał kojąco jak lecznicze zioła. - I tak nacierpiałeś się więcej niż to warte…

Aden popatrzył na własne dłonie. Więcej, niż to warte…

- Ta bitwa… Czy…

- To koniec - odparła spokojnie siostra. - Skończyło się. Wszystko. Jestem tego pewna.

Z powrotem zwrócił ku niej spojrzenie. Wpatrywali się w siebie przez pewien czas.

- Koniec…? Naprawdę?

- Nie mam żadnych wątpliwości - odparła Saniis. - Zapomnij o tym, bracie. Zapomnij o tych wszystkich złych rzeczach, które się wydarzyły. Odpocznij - mówiąc to, jej wzrok powędrował dalej, za Adena, na krajobraz planety rozpościerający się za oknem. - Zapomnij o wszystkim…

Mężczyzna podążył za jej spojrzeniem, obracając się ku oknu. Na zewnątrz jasne słońce muskało wzgórza i pagórki jego świata. Było to przyjemny widok. Saniis miała rację. Dobrze było zapomnieć o koszmarach minionej bitwy, chociażby na moment…

- Kiedy będziesz już gotowy, wróć do swojego życia - powiedziała kobieta. - Zostaw mnie za sobą. Nieważne co zrobisz, i tak będę z ciebie dumna.

Aden nie miał do końca pewności, czy rozumie.

- Wróć do swojego życia…? - powtórzył, po czym nagle zrozumiał. Rozszerzył oczy i obrócił się gwałtownie ku siostrze. - Saniis, zaczekaj, ja…

Saniis zdążyła się już jednak rozmyć, podobnie jak cała komnata. Biel ustąpiła miejsca rozświetlonej wieloma barwami czerni, która przesuwała się w dole pod Adenem. Wojownik poczuł, jak wiatr wieje mu w twarz. Po chwili uświadomił sobie, że to, co ujrzał pod sobą, było miastem Artas Nui widzianym z góry. Przemieszczał się w powietrzu. Leciał.

Nie potrafił latać.

Krzyknął przeraźliwie i szarpnął, dopiero wtedy wyczuwając, że ktoś go trzyma.

- Och. Obudziłeś się - powiedziała trzymająca go postać. Aden popatrzył na nią. Nieznajomy nosił ciemnozieloną maskę i zbroję, a na plecach miał dwa przypominające wielkie skrzydła miecze, na których unosił się na wietrze. Sam wiatr zdawał się naginać do jego woli.

- K… Kim ty jesteś? - zapytał wojownik, zdezorientowany.

- Ach, no tak. Nie wiesz - zreflektował się nieznany mężczyzna. - Chyba lepiej będzie, jak gdzieś cię postawię.

Zbliżyli się do jednego z budynków w pobliżu i wylądowali na jego dachu. Adenowi od razu zrobiło się lepiej, mając grunt pod nogami. Nachylił się z lekka w przód, wspierając ręce na kolanach i zaczął głęboko oddychać. Nadal czuł zmęczenie po niedawno stoczonej walce.

Jego tajemniczy towarzysz podszedł do niego. Miecze mężczyzny rzeczywiście zachowywały się jak skrzydła, składając się teraz na jego plecach jak u latających stworzeń.

- Nazywam się Toa Purrik - przedstawił się. - Ty jesteś… Aden, jak mniemam? - zapytał, na co wojownik skinął potakująco głową. - Twoi przyjaciele kazali mi cię zgarnąć. Trochę mi to zajęło. Wybacz, jeśli musiałeś czekać.

Aden dotknął dłonią obolałej skroni.

- Jak długo byłem nieprzytomny…?

- Niedługo będzie świtać.

Skinął wolną głową. Jego umysł wciąż zdawał się nie do końca wrócić do obecnej rzeczywistości.

Nagle coś sobie przypomniał. Wbił wzrok w Toa Purrika.

- Co… co z Vrexem? - zapytał.

Zielony Toa tylko wykonał gest ręką, wskazując na coś, dając Adenowi jasno do zrozumienia, że sam powinien to zobaczyć. Wojownik podszedł do krawędzi dachu i spojrzał we wskazanym kierunku. W oddali dostrzegł stąd oświetlony plac przed Kopułą Artas Nui, na którym panowało jakieś zamieszanie. Kilka transporterów Policji Skakdi zatrzymało się wokół rzeźby na środku dziedzińca. Na topór wojowniczki Toa uwiecznionej w skale nabity był Vrex. Szczątki jego maski leżały u stóp pomnika.

Aden pomruknął. Teraz wszystko do niego wróciło.

- Kto sieje wiatr, zbiera burzę - powiedział. - Rozumiem…

Purrik odchrząknął.

- Nie chcę popędzać, ale to raczej nie jest dobre miejsce do przebywania. Powinniśmy się zbierać - odezwał się, ale Aden wystawił rękę na bok, uciszając go. Przybliżył się bardziej do krawędzi, tym razem spoglądając na niebo.

Chmury przerzedziły się, odsłaniając całun rozjarzonych gwiazd na nieboskłonie ponad Artas Nui. Kilka z nich mieniło się jaśniejszym światłem o innej barwie, niż pozostałe. Jedna taka gwiazda, w kolorze intensywnej zieleni, wisiała dokładnie nad Adenem i jego towarzyszem.


Z dala od nich, dwie gwiazdy, biała i czerwona, mieniły się na niebie ponad wpatrującymi się w nie Izakim i Hsergiem. Toa Ognia trącił łokciem ramię swojego towarzysza na ten widok, a biały wojownik uśmiechnął się, przybijając pięść Hsergowi.


Nad handlową Dzielnicą Khofima świeciła brązowa gwiazda, tam, gdzie Toa Kaleva odparł właśnie atak Exo-Hagah we własnoręcznie skonstruowanej maszynie bojowej. Grupa przyglądających się starciu mieszkańców dopingowała go w walce.


Ciemnofioletowa gwiazda lśniła nad plantacjami, gdzie Toa Ragan wydostawał dwóch Południowców spod kawałka metalu, który przygniótł ich podczas rozbojów. Mieszkańcy podziękowali mu w zachwycie i zaczęli wiwatować, gdy padł na nich fioletowy blask.


Niebieska gwiazda zabłysła na niebie opodal doków, w miejscu, w którym oddział Zakazian osaczył Toa Wody. Dalla wystawiła włócznię przed siebie, gotowa bronić stłoczonych za jej plecami Matoran.


Szara gwiazda wisiała ponad głową Voxa, przekraczającego most łączący Czwarty Dystrykt, gdzie mieściła się opuszczona stocznia Khakkhary, z głównym dystryktem miasta. Zauważywszy ją, Toa poczuł przyjemne ciepło rozchodzące się po jego wnętrzu. Przystanął na chwilę, zadzierając głowę, po czym ruszył dalej.


Arctica i Arkin wyłonili się na ulicę z siedziby Turagi. Toa Lodu położyła dłoń na ramieniu starca, a na jej twarz wstąpił uśmiech, gdy dostrzegła na niebie własną białą gwiazdę.


Osiem Gwiazd Opiekuńczych przyćmiło swoim światłem wszystkie inne goszczące na nieboskłonie Nieugiętego Miasta. Aden wpatrywał się w nie, i choć żadna z nich do niego nie należała, czuł równą satysfakcję i uniesienie, jakby miał tam również i własną, dziewiątą. Purrik stanął przy krawędzi obok wojownika, z dumnie wypiętą piersią na widok swojego światełka na niebie. Rzucił ukradkowe spojrzenie na wojownika.

- Więc… to wszystko było częścią waszego planu?

Aden zaśmiał się krótko pod nosem. Zerknął na Toa Powietrza.

Nie musiał nawet odpowiadać.

⁎⁎⁎

Przytłumiona blaskiem innych, na niebie Artas Nui gościła jeszcze jedna Gwiazda Opiekuńcza.

Z dala od oczu pozostałych istot, obserwował zajście na placu przez Kopułą, patrząc na Skakdi krzątających się wokół pomnika Mali i poległego Vrexa. Choć znajdował się daleko, miał stąd doskonały widok. Sam był dobrze skryty, więc inni nie mogli go dostrzec. Czerwone drobiny esencji Zniszczenia, ulatniające się ze szkarłatnych szczelin w jego kolczastej zbroi i masce, krążyły w powietrzu dookoła, ale cień przykrywał wszystko. W ciągu ostatnich lat, dobrze nauczył się ukrywać w cieniu.

Nie było żadnych wątpliwości. Należało znaleźć kogoś na miejsce Vrexa. Wpatrywał się jeszcze przez kilka chwil w martwe ciało Matoranina, po czym pokręcił głową z dezaprobatą i odszedł w swoją stronę.

- Jeśli chcesz, żeby coś było dobrze zrobione… - powiedział Nero - zrób to sam.

Nie minęła chwila, a zniknął w ciemności.


KONIEC

Autor[]

ViktoriaForever!

Advertisement