Fanclub Bionicle Wiki
Advertisement

"Imperium cieni" to opowiadanie, które stanowi bezpośrednią kontynuację wydarzeń z tekstu "Wyrok na świat". Jego tematem jest dalsza historia Toa Wody, Kami, która trafia do tytułowego imperium u boku swojego dawnego oprawcy, będąc skazanym na jego pomoc. Razem z innym Toa - Shineyem - będą musieli przemierzyć Cressę, aby wydostać się z nieprzyjaznego świata.

Imperiumcieni.jpg


Prolog[]

Był kiedyś jednym z wielu, stworzonych po to, aby strzec pokoju poprzez szerzenie śmierci.

Każdego z ich czwórki zesłano w inne miejsce pośród tysiąca gwiazd. Czekali na swoje przebudzenie, choć większość z nich nadal aż po dziś dzień nie ocknęła się z wiecznego snu. Wyjątek stanowił Prorok.

Znajdował się setki, a może i tysiące lat pod powierzchnią naszej planety. Nic nie wskazywało na to, aby sytuacja się zmieniła. Cressa była wtedy w latach świetności. Jej złota epoka przeminęła jednak bezpowrotnie.

Jeden z  wodzów zdradził. Nazywał się Dolus. U boku drugiego z liderów sprawowali pieczę nad naszą planetą, razem rządzili, opiekowali się i dbali o dobrobyt Cressy. Nie trwało to jednak wiecznie.

Nastała wojna. Dolus, pan południowej części planety chciał zagarnąć władzę dla siebie. Przywódca północy  - nazywany w legendach Szkarłatnym Królem -  stawił mu opór i zwyciężył. Drugi lider nie poddał się jednak po porażce na pustkowiach. Odnalazł sprzymierzeńca, którego zbudził za pomocą berła.

Konflikt został wznowiony. Każdego dnia mieszkańcy patrzyli, jak planeta zmienia się w pola jałowej ziemi, fauna i flora ginie na ich oczach, a  jedynym nienaruszonym elementem Cressy zostają jej opiekunki: gwiazdy. To właśnie pod ich całunem, w samym środku nocy rozgorzała decydująca bitwa. Nasz wódz zmierzył się z Dolusem i przebudzonym Prorokiem. Ostatecznie Szkarłatny Król wygrał po raz kolejny, choć wojna przyniosła ze sobą mnóstwo konsekwencji. Wielu wojowników zginęło, a poszczególne klany oddzieliły się od siebie. Jeden z nich oddalił się daleko na południe, aby czcić Proroka, który urósł do miana jednego z naszych stwórców. Zniknął również Szkarłatny Król. Słyszałem, że jego dawny kompan nasłał na naszego przywódcę skrytobójców. Ponoć zabili go, a ciało rzucili na pożarcie ogarom.

Tak zakończyła się legenda o dwóch władcach: Dolusie i Szkarłatnym Królu, o berle i Proroku. Pomiot naszych stwórców spełnił swoją misję, ale tylko połowicznie.

Zniszczył bowiem nasz świat, ale to nie przyniosło pokoju...



- ... i to w zasadzie koniec mojej opowieści - oznajmił Kell. Uniósł wzrok.

Przed Cressaninem w miedzianej zbroi i pelerynie rozciągał się typowy dla Cressy obraz: brunatna ziemia pokryta pomarańczowym pyłem i pierwsze gwiazdy, powoli pojawiające się nad całą planetą. Wraz ze swoim oddziałem miał doskonały widok na pustkowia - stacjonowali na skalnej półce i patrolowali najbliższą okolicę.

Kell postanowił umilić nieco służbę swoim podwładnym i opowiedział im o Proroku. Słyszeli tę historię już wiele razy, ale nawet teraz, po tylu latach wciąż miała na nich silny wpływ. Mniej doświadczeni wojownicy lekko trzęśli się i błądzili gdzieś niepewnym wzrokiem, natomiast bardziej zaprawieni w walce po usłyszeniu tej opowieści czuli przypływ sił. Kell niewątpliwie się do nich zaliczał, choć na myśl o Dolusie miał wrażenie, że jego żyły wypełniają się pulsującym chłodem i nie jest już tak pewny swego. Nie dał jednak tego po sobie poznać.

- Wodzu, czy możemy juz wracać do enklawy? - spytał jeden z wojowników.

- Jeszcze nie - odparł ze spokojem Kell. Odwrócił się w stronę rubieży. - Mam dziwne przeczucie, że ktoś będzie próbował przekroczyć granice.

Cressanin nie mylił się. W przeciągu następnych piętnastu minut ujrzeli bowiem jeźdźca, którego odprowadzały ostatnie promienie zachodzącego słońca. Gnał na ogarze, wzniecając za sobą tumany pyłu. Kell z towarzyszami zszedł ze wzniesienia i wyszedł mu na spotkanie.

- Wodzu! - zawołał zziajany mężczyzna. Zeskoczył z wierzchowca i podbiegł do reszty, próbując złapać oddech. Ugiął się i zakaszlał, a następnie kontynuował. - Mieszkańcy z południa rozpoczęli ewakuację.

- Z południa? - spytał Kell, unosząc przy tym brew. - Tam przecież nikt nie przetrwał.

- Tak też myślałem, ale to nie prawda. Obserwowałem miasto Archeaxa i okazuje się, że jakaś grupa schroniła się w jego pałacu. Musiała tam najwyraźniej ukrywać się prawie trzy miesiące, ale teraz postanowili uciekać.

Przywódca w zamyśleniu pokiwał głową. Pogładził się po podbródku i po chwili rzekł:

- Ilu ich jest?

- Dwa tuziny, nie więcej. Jechałem jak najszybciej, bo wiedziałem... - Przerwał, aby zakasłać - ... że mają towarzystwo. Sługi depczą im po piętach.

Gdy tylko Kell usłyszał o wrogach, odchylił pelerynę i odruchowo położył dłoń na rękojeści miecza.

- Dobrze się spisałeś - Poklepał przybysza po ramieniu. Następnie odwrócił się do podwładnych. - Musimy ich eskortować. Ruszamy natychmiast.

- Wodzu - wypalił szybko jeden z nich. - Ale... czy to aby na pewno jest warte zachodu? To raptem nieco ponad dwudziestu Cressan.

- Nie zostawimy nikogo - odparł z pewnością głosie. - Dopilnujemy, aby uchodźcy dotarli do enklawy.

Zaraz potem zagwizdał i po chwili pojawił się przed nim jego ogar. Kell poklepał stworzenie po czubku głowy i wskoczył na jego grzbiet. Zauważył kątem oka niepewność na twarzach swoich wojowników.


- Gdy wy potrzebowaliście mnie, nie odmówiłem pomocy i dostaliście się do mojego klanu. Okażmy zatem taką samą łaskę naszym braciom i siostrom z południa - rzekł, kończąc swoją wypowiedź lekkim uśmiechem.


Mężczyźni chwilę jeszcze zastanawiali się, po czym jak jeden wojownik kiwnęli głowami. Wdrapali się na rumaki.


Kell odprowadził ich spojrzeniem, a następnie zerknął żółtymi oczami na swój miecz. Ozdobny kamień na rękojeści póki co był bezbarwny. Po chwili jednak pewniej zaplótł palce na broni, a niewielki klejnot zalśnił czerwoną poświatą. Wódz odetchnął głęboko. Uniósł miecz przed siebie.


- Za mną - rozkazał.


Zaraz potem jego ogar puścił się biegiem, a za nim następne. Ruszyli, aby uratować lud tego, który sprowadził na nich gniew Proroka.

Rozdział I[]

Widziała falującą przed nią zieleń. Ściany w kolorze szmaragdu powoli przesuwały się jak spokojne morze. Kami czuła się tak, jakby znalazła się w ruchomej klatce. Sytuacji nie pomagał fakt, że tuż obok niej stał Nenreh.

Zakazianin był ranny, ale potrafił utrzymać się na nogach. Dokuśtykał w stronę ścian po dziwnej platformie i spróbował przeszyć je swoją maczetą. Ostrze przebiło zielonkawą barierę bez problemu, ale w żaden sposób jej nie uszkodziło. Toa i Skakdi nadal znajdowali się w potrzasku.

- Coraz bardziej mi się to nie podoba - mruknął najemnik, próbując dalej przecinać swoją bronią przeszkodę.

Kami chciała przyznać mu rację, ale jednocześnie nie zamierzała zamienić z nim ani słowa. Trafiła do tego przeklętego miejsca u boku swojego dawnego oprawcy, który - znając go - pewnie będzie próbował wbić jej nóż w plecy. Zdążyła go już dobrze poznać na Qarthar. Zamierzała udać się tam swoimi myślami, ale nie spodziewała się, że one powędrują w zupełnie inny zakątek jej wspomnień - na Cressę.

Miała teraz przed sobą obraz zniszczonego miasta. Widziała filary płomieni, opustoszałe budynki i setki ofiar, które nie zdołały się uratować. Wśród nich był Maveris.

Toa próbowała otrząsnąć się z tego, co jeszcze chwilę temu miało miejsce. Nie była jednak w stanie. Myśli krążyły wokół jej głowy i nie potrafiła się od nich sama uwolnić. Nie spodziewała się, że pomoże jej w tym Nenreh.

Zakazianin dalej atakował ostrzem zieloną ścianę. Jedna ze szram nie zasklepiła się od razu zieloną energią. Wypłynął z niej snop światła, który skumulował się na Skakdim i oślepił go. Najemnik upadł na ziemię.

- A to co... - mruknął.

Kami przeniosła spojrzenie w stronę zbliżającego się do nich blasku. Osłoniła oczy.

Światło szybko stało się nieznośne. Wojowniczka próbowała odejść od niego, ale zaczęło pędzić w ich stronę jak rozpędzony transportowiec. Gdy towarzysz z przymusu zniknął w białej energii, Kami zrozumiała, że nie ucieknie. Poddała się.

Zaraz potem światło dotarło do niej. Ostatnim, co ujrzała, był słaby cień jakiejś postaci.

Następne wydarzenia potoczyły się bardzo szybko.

Odzyskała przytomność. Zostawiła zielony wir za swoimi plecami i zaliczyła twarde spotkanie z ziemią. Wylądowała obok obolałego Nenreha.

Wstała, mrugając wielokrotne. Po chwili udało jej się uspokoić zszokowane oczy.

Zauważyła, że za nią unosił się zielony okrąg. Chciała do niego podejść, ale tajemnicza moc momentalnie skurczyła się i... zniknęła. Wywołało to konsternację u wojowniczki.

Odwróciła się. Wciąż nie dostrzegała wszystkiego wyraźnie i czuła pulsujący ból głowy, ale nie ulegało wątpliwościom, że znajdowali się gdzieś wysoko - widziała sąsiednie wzniesienia, nad którymi królowała półka skalna. To właśnie na nią zostali wyrzuceni.

- Cholera - nagle usłyszała warknięcie Nenreha. Podeszła do niego.

Rana przy jego boku otworzyła się na skutek upadku. Położył na niej swoją masywną rękę, ale przez przestrzeń między jego palcami szybko przedostały się strużki krwi. Popatrzył na dłoń z malującym się na jego twarzy strachem.

- Pomożesz? - spytał, zaciskając zęby i siadając na półce skalnej. Toa klęknęła przed nim i wyciągnęła dłoń, ale Nenreh jej przerwał. - Tylko bądź w miarę ostrożna.

- Pomogę ci, jeśli nie będziesz gadać - odparła, łypiąc na niego kątem oka.

Przyjrzała się ranie. Wyglądała paskudnie - jakby okolice biodra najemnika przeorała krawędź jakiegoś dysku. Kami podrapała się po głowie. Szybko zrozumiała, że bez odpowiednich przyrządów nie zapewni wystarczającej pomocy Zakazianinowi. Groziła mu nawet śmierć.

Nie poddała się jednak. Ręce zaczęły jej na nowo drżeć jak wtedy, gdy Layren zmiażdżył jej nadgarstki, ale musiała zignorować ten fakt. Położyła swoją słabą rękę na ranie, a następnie pozwoliła, aby do opuszków jej palców przepłynęła odrobina energii. Za jej pomocą wytworzyła bąbel, który obwinął się wokół paskudnej szramy.

- Dzięki temu nie wykrwawisz się... a przynajmniej nie tak szybko - stwierdziła ponurym głosem.

- Twój optymizm mnie niepokoi.

- A co innego mam ci powiedzieć? - spytała podirytowana. Wstała, obejmując wzrokiem najbliższe otoczenie. - Nie mam sprzętu, aby ci pomóc. Nawet nie wiem co to za miejsce...

Gdy jednak przyglądała się dłużej wysokim górom skąpanym w pomarańczowym pyle i wysuszonym równinom, zaczęła mieć pewne przypuszczenia. Słońce zbliżało się powoli ku linii horyzontu i grzało niemiłosiernie. Znała to miejsce z opisów pewnego wojownika.

- Cressa - mruknęła.

- Co tam gadasz? - zagaił Nenreh.

- To nieistotne. Skup się na ranie. Jest poważna.

- Więc może znajdziemy kogoś lub coś, co pomoże ci podtrzymać mnie przy życiu zamiast podziwiać widoki? - warknął, próbując wstać.

- W tym momencie najbardziej pomoże ci oszczędzanie sił.

- Racja, ale nie możemy tu stać wiecznie. Ta półka... - Postukał w nią pięścią - nie wydaje się zbyt stabilna.

Toa Wody była tego świadoma. Przeniosła wzrok na wzniesienie. Podeszła do niego, wyciągnęła Serce Tajfunu i z trudem wbiła go w ścianę.

- Rób co ja - nakazała posępnym głosem. - Tylko bądź ostrożny.

Chwyciła się broni i pozwoliła, aby trójząb zaczął powoli zsuwać się ze wzniesienia wraz z właścicielką. Jednocześnie upewniała się, że Skakdi wbił swój oręż w grubą skałę i naśladował ją. Dzięki zapieraniu się nogami, skupieniu, sile ich ramion i odrobinie szczęścia znaleźli się po chwili na ziemi.

- Całkiem nieźle radzi sobie ten twój twór - Popukał palcem w bąbel. Kami jedynie pokręciła głową z politowaniem - musiał bardzo uważać. Przebicie go oznaczało, że z jego wnętrza tryśnie krew.

Kucnęła i sięgnęła dłonią po pomarańczowy pył. Przesypywała go sobie z jednej ręki do drugiej. Starała się coś wymyślić, choć skupienie się przychodziło jej z olbrzymim trudem.

Wróciła przemyśleniami do ostatnich wydarzeń. Sądziła, że los nie był dla niej łaskawy, gdy musiała walczyć z Layrenem i Vahki, a następnie obserwować konającego Maverisa. Teraz natomiast czekało ją kolejne wyzwanie. Znalazła się w nieznanym jej miejscu, bez żadnego pomysłu na powrót. Dodatkowo stał przy niej Nenreh - kat, zimnokrwisty najemnik i ciemiężyciel Qarthar. Sytuacja była beznadziejna i nieugięta Kami autentycznie rozważała poddanie się.

Wtedy przypomniała sobie jeden z ostatnich obrazów, którego była świadkiem. Toa Kamienia przed swoją śmiercią wręczył jej kamyk i kawałek sznurka. Postanowiła sobie zrobić z niego wisiorek, który upamiętni Mava - przebiła bronią podarunek, a następnie nawlokła go na grubą nić. Całość zawiesiła na swojej szyi, wierząc w to, że naszyjnik przyniesie jej choć trochę ukojenia i spokoju. Tak przynajmniej działała na nią obecność jej przyjaciela.

- No... to jaki mamy plan? - przerwał jej męski głos. Skakdi z trudem kucnął przy wojowniczce. - Nie możemy tu zostać.

Wzruszyła ramionami.

- Może ty masz jakiś pomysł?

Pokręcił głową. Toa odpowiedziała westchnięciem. Po chwili podparła się jednak o swój trójząb i wstała.

Poddanie się nie wchodziło w grę. Poświęcenie Maverisa nie powinno pójść na marne. Kami wiedziała, że musi się stąd wydostać - nawet, jeżeli w promieniu kilkuset bio znajdowały się tylko piaszczyste równiny, a jedynym do pomocy był jej dawny oprawca.

- Plan jest prosty. Idziemy przed siebie - odparła. Zaraz potem chwiejnym krokiem ruszyła na północ - w stronę zachodzącego, pomarańczowego olbrzyma - a zdesperowany Zakazianin podążył jej śladem.

Razem udali się w długą podróż i żadne z nich nie spodziewało się, że będą musieli odbyć ją wspólnie.

Gdy Kami i Nenreh stali się jedynie niewyraźnymi cieniami na tle chylącego się ku dołowi słońca, wiatr za ich plecami przybrał na sile.

Na rubieżach pojawiła się jakaś postać. Była ubrana w zielony pancerz i kaptur z beżowej tkaniny, który chronił jej głowę od upału. Wbiła klingę swojego miecza w ziemię i odprowadziła wzrokiem przybyszów.

Zaraz potem Shiney ruszył za nimi.

*

Ostatni uchodźcy ścigali się ze sługami już od kilku godzin.

Została ich tylko dwójka: Athalie i Vidar. Wszystkich swoich braci i siostry musieli zostawić na pastwę niedobitków z armii Proroka. Maszerowali w samotności pod osłoną nocy, która wkrótce nawiedziła całą Cressę.

- Nie... mam... już... siły - stękała kobieta w czarno-białej zbroi z bliznami na twarzy. - Vidar, musimy zrobić sobie przerwę.

- Nie możemy. Skończymy tak jak reszta.

- Błagam.

Mężczyzna westchnął, a następne zatrzymał się i wytężył wzrok, jednocześnie błądząc światłem lampy po otaczających ich ciemnościach. Nikogo nie dostrzegł.

- Robimy trzy minuty postoju - oznajmił. – I ani sekundy więcej.

Dla Athalie usłyszenie tych słów było jak zbawienie. Osunęła się na twardą ziemię i starając się ustabilizować swój nierównomierny oddech, łykała ciężkie powietrze. Kaszlnęła i popatrzyła pozbawionymi wiary oczami na swojego przyjaciela.

- Nie damy rady - rzekła. - Nie dotrzemy do enklawy. Skończymy jak...

Cressanin nie pozwolił jej gadać takich głupstw. Uklęknął i położył dłoń na jej barku. Athalie urwała w pół zdania.

- Dotrzesz na szczyt góry - zapewnił. - Osobiście tego dopilnuję.

- A co ze sługami? Zaatakowali innych uchodźców. Jak niby my mamy sobie z nimi poradzić? Jesteśmy od nich słabsi.

Vidar doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale jego spojrzenie nie zdradzało choćby cienia strachu. Podniósł palcem podbródek towarzyszki i zerknął na jej twarz - piękną, choć zarazem oszpeconą.

- Jesteś silna, przetrwałaś wiele i przetrwasz również tę przeprawę.

Przystawił lampę do jej twarzy i zobaczył przez krótką chwilę, jak zagościł na niej niewielki uśmiech. Nawet tyle wystarczyło Vidarowi, aby poczuł się pewnym sukcesu.

Wstał. Machnął kagankiem i nagle stanął jak wryty w ziemię. Miał wrażenie, że przed chwilą przemknęła obok niego zgarbiona sylwetka.

- Wszystko w porządku? - Athalie podparła się po ręce i wstała. Zerknęła na mężczyznę, który wciąż skrywał strach pod płaszczem skupienia swojego wzroku i drobnego uśmieszku. Cressanka potrafiła jednak określić, kiedy odczuwał lęk. To był właśnie ten moment. - Co się dzieje?

Nie odpowiedział. Obrócił się z lampą i skierował światło za ich plecy. Kolejny cień przebiegł. Mężczyzna przełknął ślinę. Wyciągnął nóż, podobnie jak jego kompanka.

Uniósł lampę najdalej jak tylko potrafił. Dostrzegł jeszcze jeden, zmierzający w ich stronę kształt. W przeciwieństwie do poprzednich nie poruszał się na czterech łapach - szedł spokojnie, a dźwięk uderzającego o ziemię metalu z każdym minionym krokiem narastał.

- Czy to...

- Tak - przerwał kobiecie Vidar. - To Namiestnik.

Oboje stanęli jak wryte w ziemię drzewa.

Postrach Cressy nosił ciężką, złotą zbroję, która osłaniała całe jego ciało. Miał na głowie hełm pozbawiony otworu na oczy, zwieńczony dwoma rogami. Na naramiennikach ciągnęły się rzędy kolców, a cały pancerz, który oplatał jego masywną sylwetkę niczym Żmija Zguby swą ofiarę, zdobiły łańcuchy. Trzymał dwuręczny miecz na swoim barku.

- Powinniśmy uciekać - szepnęła Athalie.

I tak też uczynili. Gdy jednak zrobili krok, usłyszeli ujadanie. Vidar obrócił się błyskawicznie i uderzył lampą jednego ze sług, który chciał się do nich dobrać. Skupił blask kaganka w konkretnym punkcie. Zauważył ponad trzydzieści stworów, ustawionych w rzędzie i kłapiących swoimi dziwnymi szczękami w stronę uciekinierów. Athalie pobladła.

- I co teraz? - spytała.

Cressanin nie odpowiedział jej od razu. Skakał wzrokiem po napastnikach i zmierzającym w ich stronę Namiestniku. W końcu jednak, gdy zdawało się, że już ma się poddać, zacisnął palce na swoich nożach.

- Walczymy.

- Do upadłego?

- Nie. Dopóki nie dostaniemy się do enklawy.

Athalie kiwnęła głową. Gdy jej towarzysz był pewien swego i nieulękniony, ona również potrafiła ukryć swój strach. Przygotowała się na atak.

Chwilę później sługi rzuciły się jak jedna, żywa masa na uchodźców.

Z początku odparcie ich ataków przyszło dwójce uchodźców z trudem. Kobieta została raniona w bok, a na jej torsie pojawiła się czerwona pręga. Zacisnęła zęby i oczy z bólu. Vidar natomiast utracił jedno ze swoich ostrzy, które upadło na ziemię, gdy jeden z zajadliwych sług chlasnął go pazurem po nadgarstku. Nie poddał się jednak i walczył dalej.

Z każdym przeciwnikiem było o dziwo coraz to lepiej. Na ciele Cressanina pojawiały się kolejne rany i wiedział, że sługi prawdopodobnie ich pokonają, ale nie prędko. Sił dodawał mu bowiem ryk każdego z rywali, gdy tylko jego nóż dobrał się do gardła lub brzucha wroga. Kilka trupów brudziło się już w pomarańczowym pyle.

Kontynuowali walkę. Vidar odciągał jak najwięcej stworów od Athalie. Bał się o nią, choć wiedział, że w starciu z nimi nie była zupełnie bezbronna. Potrafiła bowiem na moment zniknąć i znaleźć dogodniejszą pozycję do ataku. Niestety - zdradzały ją krwawe smugi, które wyczulone ślepia sług bez problemu dostrzegały w odmętach nocy.

Kiedy wydawało się, że jakimś cudem uda im się odeprzeć atak przeciwników i ratować się ucieczką, do akcji wreszcie włączył się Namiestnik.

Ruszył przed siebie niczym taran. Zamachnął się klingą, odrzucając na bok jedną z przeszkadzających mu kreatur. Przedostał się do Athalie i uniósł miecz do góry.

- Uważaj! - krzyknął Vidar.

Mężczyzna w porę pobiegł do towarzyszki, zagarnął po drodze porzucone ostrze, odepchnął partnerkę i przyjął na skrzyżowane noże cios Namiestnika. Poczuł, że jego nogi zatrzęsły się.

- Osłaniaj mnie - polecił.

Zszokowana Cressanka potrząsnęła głową i odciągnęła sługi od reszty. Wyglądała marnie - po jej ciele ciągnęły się pasma krwi, była spocona i - co najważniejsze - przestraszona. Jej stan nie równał się jednak z marnym wyglądem Vidara. Wojownik miał ciężkie rany w okolicy barku i uda. Zacisnął jednak zęby i ani na moment nie cofnął się przed rywalem.

Namiestnik zrobił krok do tyłu i zamarkował atak. Pchnął klingą do przodu. Rywal w porę uszedł ostrzu na bok, ale nawet nie zauważył, gdy pięść osiłka zderzyła się z jego twarzą. Runął na ziemię.

- Głupi... - wycharczał gardłowym głosem mężczyzna w złotej zbroi. Obrócił miecz w swojej dłoni i popatrzył na ogłuszonego rywala.

Vidar po chwili wstał. Gdy jednak wyprostował się na swoich wiotkich nogach, Namiestnik ukarał go ciosem twardej rękojeści prosto w szczękę. Cressanin przetoczył się do tyłu i podparł na ramionach. Splunął na ziemię czerwoną papką.

Popatrzył szybko na Athalie. Dostrzegł, jak sama padła na pomarańczowy pył, ale zaraz potem wstała i odciągała kolejne sługi. Ich spojrzenia się spotkały.

- Vidar... - szepnęła. Brzmiało to tak, jakby chciała go prosić o pozwolenie. Chciała mu pomóc. Mężczyzna pokręcił jednak głową.

- Nie - mruknął.

I wtedy zrobił coś ryzykownego.

Niespodziewanie wstał i zamachnął się swoim ostrzem, które przecięło róg wieńczący hełm Namiestnika. Ozdoba powoli zsunęła się na ziemię, wprawiając jej właściciela w szał. Vidar tylko na to czekał.

- No, dalej - Ponaglił go ruchem ręki.

Namiestnik zaszarżował ze zdwojoną siłą. Cressanin nie zdołał obronić się przed barkiem napastnika, który wbił się w jego tors. Nie zareagował również w porę, gdy wróg zamachnął się i jednym ruchem miecza wyrwał mu noże z dłoni. Zamarł.

Rywal chwycił go za gardło i zaczął dusić. Twarz mężczyzny pobladła a jego oczy widziały wszystko jak przez mgłę. Wciąż jednak dostrzegał to, co tak go chwilę wcześniej zaniepokoiło - w ich stronę gnała kolejna fala sług. Z trudem przeniósł spojrzenie na Athalie.

Jej widok był najgorszy. Obiecał jej, że dotrą do enklawy, a teraz zdawało się to niemożliwe - czuł, jakby natrafili na mur, którego nie dało się przejść. Cressanka walczyła ze ślepą wiarą w to, że jakimś cudem się wykaraskają. Gdy jednak dostrzegła duszonego przyjaciela, cały jej zapał prysł.

- Vidar… - wydukała przestraszona. Zaraz potem zobaczyła jak wytrzeszcza źrenice, zaś jego usta się otwierają. Załkała. Z kącika jej oczu spłynęła struga łez.

Namiestnik puścił martwego Cressanina na ziemię. Wziął porzuconą lampę i rzucił światło na siebie i najbliższe otoczenie. Athalie dostrzegła, że wokół niego pojawili się słudzy.

A moment po nich... ktoś zupełnie inny.

Nagle jeden ze stworów padł. Miał dziurę z tyłu głowy. Kolejne strzały z procy powalały zgromadzone w jednym miejscu kreatury. Nie robiły one jednak wrażenia na twardej zbroi Namiestnika, choć zmusiły go do tego, aby się obrócił.

Czyjaś ręka trafiła go prosto w twarz.

Przybysz pognał dalej na swoim ogarze. Dotarł do Athalie, posyłając jej szybkie spojrzenie. Następnie chwycił ją błyskawicznie i usadowił na swoim rumaku. Zdezorientowana Cressanka trafiła na grzbiet zwierza. Gdy tylko przetarła zapłakane oczy dostrzegła, że zniknął gdzieś jeździec. Odwróciła głowę.

Mężczyzna klęczał jednym kolanem na ziemi. Jego lewa ręka trzymała lśniący miecz, natomiast prawa podtrzymywała pelerynę, która nie mogła się zabrudzić. Przybysz w brązowych barwach uniósł oczy.

- No... teraz są równe szanse - rzekł Kell.

Zaraz potem jego ludzie ruszyli wprost na niedobitki Proroka.

Ranna Athalie obserwowała to wszystko z bezpiecznej odległości. Patrzyła, jak ostry metal odbijał się w świetle księżyca, a zaraz potem topił w skórze sług. Cressanie z niebywałą lekkością przecinali kolejnych rywali. Stwory nie odpuszczały jednak - miały przewagę liczebną i atakowały zawzięcie.

Dowódca wybawicieli ściął jedną z kreatur, a następnie zmrużył oczy i powiódł wzrokiem po polu bitwy. Mimo wszystko przegrywali. Do walki włączył się także Namiestnik, który z zimną krwią zabił jednego z przybyszy a następnie skręcił głowę w stronę Kella. Ten nie bał się nawiązać kontaktu wzrokowego z rywalem. Był gotów stanąć z nim do walki.

Zauważył jednak, że jego ludzie powoli uginali się pod siłą oponentów. Kolejne sługi przybywały, wabione krzykami swoich braci, które brzmiały tak, jakby obdzierano ich ze skóry. Z taką liczbą rywali i kompletnym chaosem nie mógł wygrać. Rzucił szybkie spojrzenie poległym wojownikom i Vidarowi, który leżał z wytrzeszczonymi oczami na ziemi. Podjął błyskawiczną decyzję.

- Odwrót! - zawołał, unosząc przy tym miecz. Jego klinga i kamień przy rękojeści zabłysły niczym tysiące gwiazd, które cały czas czuwały nad Cressą.

Kell i jego ludzie szybko wdrapali się na ogary. Przywódca zasiadł przy Athalie i na krótką chwilę zamyślił się. Wbił w nią spojrzenie swoich błyskotliwych, żółtych oczu. W następnej chwili jednak pociągnął za wodzę, a jego rumak pognał za pozostałymi.

Sługi nie miały szans dogonić uciekinierów, choć chciały. Zatrzymał ich jednak rozkaz wyraźnie wściekłego Namiestnika.

- Stać! - ryknął.

Stwory posłusznie zatrzymały się, kłapiąc zębami w stronę znikających pod osłoną nocy Cressan. Namiestnik natomiast podniósł z ziemi swój odcięty róg i po chwili zmiażdżył go gołą ręką na proch, obsypując nim martwego Vidara. Potem nie pozostało mu nic innego, jak odprowadzenie wzrokiem uciekinierów.

Wśród nich była Athalie. Jechała ledwo żywa, opierając się całym ciałem o plecy siedzącego przed nią Kella. Została uratowana, choć nie cieszyło jej to. Wyglądała na wstrząśniętą.

Pamiętała swojego towarzysza, którego oczy zagasły jak światło trzymanego przez niego kaganka, gdy tamten osiłek go dusił. Pamiętała jak runął na ziemię. Pamiętała wreszcie jego słowa, które dawały jej nadzieję i nakazywały walczyć dalej. Dawna służąca Archeaxa wątpiła jednak, że będzie w stanie podnieść się po tej stracie i wrócić do normalnego funkcjonowania, gdy dotrą do enklawy.

Wiedziała bowiem, że wspomnienia tej nocy będą męczyć ją w koszmarach.

*

Wędrówka nocą przez Cressę była dziwnym doświadczeniem. Kami tym bardziej się cieszyła, gdy dobiegła końca, a nad ich głowami zagościło wschodzące słońce.

Podczas podróży pośród mroku nie zamieniła prawie żadnego słowa z Nenrehem, oprócz spostrzeżeń na temat świata pokrytego pyłem i pełnego wysokich wzniesień. Mimo to cały czas czuła obecność rannego mężczyzny za swoimi plecami. Miała również wrażenie, że są obserwowani.

- Też sądzisz, że ktoś nam depcze po piętach? - nagle odezwał się Zakazianin. Zrównał krok z kobietą.

- Tak - przyznała krótko.

- Ciekawe co żyje na tych pustkowiach i może nam zagrozić - dumał. - Dziwię się, że Cressanie zdołali tu przeżyć.

Kami nie odpowiedziała. Dotarli do podnóża jednej z góry, która rzuciła im trochę upragnionego cienia. Nenreh oparł się o wyrastający z ziemi jak jakaś narośl głaz i zerknął badawczo na towarzyszkę.

- Kiedyś byłaś bardziej rozmowna.

Toa Wody wciąż milczała. Wytężyła słuch. Miała dziwne wrażenie, że wiatr, który do tej pory dął w ich plecy, teraz nadciągał z północy. Pogładziła się po podbródku.

- Wszystko w porządku? - spytał Zakazianin.

Uśmiechnęła się mimochodem. Miała wrażenie, że nic nie jest w porządku. Położyła dłonie na biodrach i powiodła wzrokiem po najbliższym otoczeniu. Nagle jej wzrok osiadł w jednym punkcie. Dostrzegła jakąś postać, ale po chwili nieznajomy rozmył się w oddali. Wyciągnęła Serce Tajfunu.

- Kogoś widziałam - oznajmiła.

- Cressanin? - spytał, wstając z ziemi. Toa pokręciła głową. - Może się przewidziałaś. Fatamorgana już płata ci figle, zaraz będziesz widziała stado tańczących Muaka.

- Może - rzekła niepewnie. Dalej chłonęła swoimi zmęczonymi oczami krajobraz planety.

Momentalnie usłyszała dźwięk szamotaniny za swoimi plecami. Odwróciła się i otworzyła usta w szoku.

Stał przed nią jakiś Toa. Nosił zieloną zbroję i lniany kaptur, rzucający stożkowaty cień na jego maskę. W ręku miał platynowy miecz, który dotykał krawędzią gardło zdezorientowanego Nenreha.

Toa Wody potrząsnęła głową. Znała tego wojownika. Rozpoznała w nim kogoś ze swojej przeszłości na Qarthar, choć jeszcze dokładnie nie wiedziała kim był. On zaś, gdy uniósł swe pomarańczowe jak rozżarzone węgle oczy, obdarzył wojowniczkę takim spojrzeniem, jakby widział ją po raz pierwszy.

- Kim jesteś? - spytał.

Gdy usłyszała jego głos, już wiedziała z kim ma do czynienia. Przełknęła siłę. Uniosła otwartą dłoń.

- Spokojnie, Shiney. Odłóż ten miecz.

- Skąd znasz moje imię? - spytał.

- Jestem Kami, znam ciebie z Qarthar. A to...

- Wiem kim on jest! - warknął, patrząc na łowcę. - To on jest obecnym władcą mojego domu i jego katem.

- Obecnym?

- Władcą?

Te dwa pytania, które kolejno padły z ust Toa Wody i Zakazianina zbiły nieco z tropu napastnika. Odrobinę poluzował uścisk na Aksjomacie.

- Niro u boku pozostałych obalił go, nie pamiętasz? - kontynuowała Kami.

- Kim jest Niro? - warknął.

Kobieta i najemnik wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

- Nie pamiętasz go? - spytała, a Shiney pokręcił głową. Westchnęła. - To może inaczej: co pamiętasz jako ostatnie?

Toa Powietrza namyślał się przez chwilę.

- Moment, w którym ten tyran - wskazał oczyma na Nenreha - najechał naszą wyspę! U jego boku byli Cressanie.

Wojowniczka wytrzeszczyła oczy ze zdziwienia. Zastanawiała się, czy grożący im mężczyzna faktycznie mógł to wszystko zapomnieć? A jeśli tak, to niby jak? Przez chwilę nie miała na to żadnego wytłumaczenia, dopóki nie przypomniała sobie historii Layrena o jednym Cressaninie.

Watrix. Tak miał na imię. Zdrajca wspominał jej, że przejście przez portal zrobiło mu z pamięci totalny rozgardiasz. Zastanawiała się, czy to samo mogło spotkać Shineya. Oznaczało to, że powinna działać w sposób przemyślany i spokojny. Jej ranny towarzysz wyszedł jednak z innego założenia.

Zaskoczył napastnika, chwytając go za rękę i przerzucając sobie przez plecy. Toa upadł na piach. Nenreh chciał go wykończyć prostym ciosem, ale jego ręka zderzyła się jedynie z twardym gruntem. Przeciwnik jakby rozmył się w powietrzu.

- Cholera, a to co znowu? - warknął.

Zaraz potem Kami poczuła, że wiatr ponownie spotęgował na sile. Jego świst skutecznie uciszył kroki Shineya, który po chwili pojawił się w cieniu wśród podróżników. Nie mieli jednak bladego pojęcia, czy znowu stała przed nimi iluzja.

- Radzę się opanować - zasugerował wojownik.

- Chciałbyś… - syknął przez zęby Zakazianin. Wstał i wymierzył cios prostym w pierś przybysza. Ten jednak zablokował atak - ujął rękę Skakdiego, chwycił ją mocno i lekko wygiął. Kami patrzyła na to ze zdziwieniem i jednoczesnym podziwem, gdy Shiney oparł się sile rywala, a następnie odepchnął go z lekkością na bezpieczną odległość.

- Opanuj się - Poprawił kaptur, położył dłoń na spoczywającym w pochwie mieczu i zerknął na zirytowanego Skakdiego. Potem przeniósł wzrok na Kami. -  Żądam wyjaśnień.

Toa Wody odetchnęła głęboko i podrapała się z tyłu głowy. Zdawała sobie sprawę, że jakikolwiek błąd oznaczał walkę - Shiney nie był skłonny do zaufania wędrowcom. Uznała zatem, że powie mu całą prawdę. To była najbezpieczniejsza opcja.

- Rządy Nenreha zostały obalone przez Toa Nazar. Musisz wiedzieć tyle, że kilka lat później jeden z Cressan otworzył portale i spuścił tamte stwory na nas. Ja i on - pokazała na przymusowego towarzysza - ratowaliśmy się ucieczką. Trafiliśmy tu.

Wojownik w zielonej zbroi zmrużył oczy.

- Sługi? O nie ci chodziło, prawda? - spytał.

Kami pokiwała głową. Obserwowała uważnie napastnika, który zaczął przechadzać się między wędrowcami i wyglądał tak, jakby głęboko się nad czymś zastanawiał. Po dłuższej chwili namysłu zmierzył Nenreha od stóp do głowy.

- On powinien nie żyć - mruknął.

- Trudno się nie zgodzić - przyznała Kami. Zauważyła, że najemnik zgromił ją wściekłym spojrzeniem. Domyśliła się, że gdyby tylko mógł, wypaliłby swoim laserowym wzrokiem dziurę w piersi kobiety. - Póki co jednak bardziej przyda się żywy niż martwy.

Shiney pokiwał głową. Nie spuszczał dłoni z miecza.

- Co zamierzacie?

- Musimy wrócić do naszego świata. To nasz priorytet.

- Myślisz, że to takie proste? - zadrwił.

- Tak, tak właśnie myślimy - rzekł z pewnością w głosie Skakdi. - Już raz odpaliliśmy portal - dodał, patrząc, jak Toa Powietrza reaguje na to prychnięciem.

- Sądzicie, że siedziałbym tu od prawie dwóch miesięcy, gdybym znał sposób na wydostanie się z tych przeklętych pustkowi?

Dwóch miesięcy? - pomyślała Kami.

- Ale... ty zaginąłeś ponad trzy lata temu - zauważyła dyskretnie.

- Według was? Może i tak. Tutaj jednak czas działa trochę inaczej.

- Opowiedz nam zatem o tym.

- I o wielu innych rzeczach - burknął Nenreh.

Shiney wyglądał na kogoś, kto bije się z myślami. Stanął w miejscu i poprawił ostry czubek kaptura, który okrywał cieniem jego Mahiki. Jego miecz wciąż wisiał przy pasie.

Nagle wyciągnął go i wymierzył w stronę Kami.

Toa Wody nawet nie drgnęła. Miała wystarczająco dużo problemów na głowie, aby martwić się zaginionym mężczyzną z utraconą pamięcią, który chciał ją zabić. Nie bała spojrzeć mu się prosto w oczy.

- Proszę, pomóż - rzekła.

Shineya najwyraźniej przekonały te słowa, a przynajmniej chwilowo.

- Pójdziecie ze mną i wymienimy się informacjami. Jeśli jednak mnie oszukacie… - urwał, aby przenieść miecz w okolice swojej szyi i przejechać nim po karku. Potem Aksjomat trafił do pochwy. - … to wiecie co się stanie. Rozumiemy się?

Nenreh zerknął na kobietę, chcą nawiązać z nią porozumiewawcze spojrzenie. Zauważył jednak, że nie zamierzała wchodzić w zbędne interakcje ze swoim oprawcą. Była pewna swojego wyboru. Wiedział, że zadecydowała za ich oboje.

- Zgoda - odparł, patrząc z niechęcią na mężczyznę.

- Ruszymy natychmiast - oznajmił Shiney.

Odwrócił się na pięcie i jako pierwszy udał się w sobie tylko znanym kierunku. Kulejący Nenreh szedł jako drugi, a szeregi grupy zamykała Kami.

Przez moment zawahała się, czy na pewno chce spróbować swoich sił i wywalczyć sobie powrót do swojego archipelagu. Widziała już wiele i była zmęczona ostatnim konfliktem, a jej duch walki został złamany.

Zerknęła na jej trzęsące się ręce. Uświadomiła sobie, że nie może się poddać. Maveris, Niro, Gwiazda, Ceya - nikt z nich by tego nie chciał. Wspieraliby ją, nawet gdyby jej dłonie drżały (tak jak teraz), nogi odmawiały posłuszeństwa, a umysł już dawno przegrał wewnętrzną walkę. Odetchnęła głęboko.

Zrobiła pierwszy krok. Drugi. Trzeci. Czwarty. Nie mogła dłużej oglądać się na siebie i swoją przeszłość, choć bardzo chciała.

Rozdział II[]

- Daleko jeszcze?

Nenrehowi odpowiedziała cisza. Kami nie odzywała się od kilku godzin, a Shiney, który miał pełnić rolę ich przewodnika, przyjął taką minę, jakby zgubił drogę do kryjówki. Fakt ten irytował Zakazianina. Od kilku godzin maszerowali w palącym słońcu, a jego systemy podtrzymywania oddychania zaczynały powoli szwankować. Postanowił ponowić pytanie.

- Ej, słyszycie... - urwał w pół zdania.

Przy skupisku nagich, brunatnych skał stał rozłożony namiot. Był zbudowany z lnianej tkaniny i podtrzymujących całość metalowych wzmocnień, a przed wejściem do niego znajdowało się rozpalone ognisko.

Zarówno Kami, jak i Nenreh z jednej strony spodziewali się czegoś lepszego po swoim nowym towarzyszu, ale po wielogodzinnej wędrówce pod pomarańczowym olbrzymem uznali widok namiotu za zbawienie. Uśmiechnęli się.

- To moje schronienie - oznajmił Toa Powietrza. - Wejdźcie.

Uchylił wejście. Najpierw do środka wślizgnął się Skakdi, a zaraz potem ruszyła za nim wojowniczka.

Wnętrze kryjówki było raczej skromne. Znajdowało się tutaj coś na wzór starego materaca, płachta z bronią i mapą oraz szara skrzyneczka. Innych rzeczy za beżową tkaniną nie było.

Toa Powietrza przysunął sobie pojemnik i klapnął na nim. Popatrzył na przybyszów, którzy wlepiali w niego swoje zmęczone oczy. Jedną rękę oparł o lśniący Aksjomat, natomiast drugą wskazał na piaszczyste podłoże.

- Usiądźcie - nakazał, a Kami i Nenreh posłusznie przycupnęli na gołej ziemi.

- Musimy się stąd wydostać - zaczął Skakdi. - Odzyskam tylko pełnię sił i uciekniemy z tej przeklętej krainy.

- Z tym pierwszym będzie łatwo - odparł Shiney. Uchylił klapkę od skrzyneczki, pogrzebał w jej wnętrzu i po chwili wahania rzucił szorstki jak papier ścierny bandaż Nenrehowi. - Powinien być dość gruby, aby zakryć tamtą ranę.

Najemnik obdarzył mężczyznę podejrzliwym spojrzeniem. Szybko przebił wytworzony przez Kami bąbel i okrył paskudną szramę białym materiałem. Kobieta obserwowała to ze skupieniem, a następnie zabrała głos:

- To teraz druga kwestia: ucieczka. Wspominałeś, że nie będzie taka prosta.

- Racja - kontynuował. - Aby przejść, potrzebujemy portalu, źródła jego zasilania oraz berło. O ile z tymi pierwszymi nie powinno być problemu, tak ta ostatnia kwestia jest, lekko mówiąc, problematyczna.

Toa Wody przywołała przed swoimi oczami przedmiot, który ujrzała pierwotnie na Cressie. Pamiętała czarną laskę z niewielkim blaskiem na jej końcu i ostrzami, które wyglądały tak, jakby były zamrożoną energią i przybierały wszystkie kolory tęczy. Layren użył artefaktu, aby sprowadzić sługi do jej wszechświata.

- Widziałam jedno z takich bereł. Czy jest ich więcej?

- Niegdyś było ich kilka. Większość zostało zniszczonych - wytłumaczył Shiney. - Po konflikcie z niejakim Dolusem ktoś dopilnował, aby nikt nie położył rąk na tych artefaktach.

- Większość to nie wszystkie - zauważył Zakazianin.

Wojownik w płóciennej tkaninie na głowie nie odpowiedział. Wyglądał tak, jakby wszelkie próby nawiązywania kontaktu z Nenrehem wywoływały w nim obrzydzenie. Dalej rozmawiał z Kami:

- Znalazłem jakiś czas temu coś, co może nam pomóc w odnalezieniu berła - mówił dalej. Chwycił zwiniętą w rulonik mapę i wręczył ją kobiecie.

Kami rozwinęła stary papier z plamą po jakimś płynie i kilkoma kropkami. Póki co nic z tego nie rozumiała - widziała przed sobą mapę przedstawiającą pomarańczowy świat w kształcie koła, skryty pod ruchami pędzla, które przypominały jej mgłę.

- Te punkty... co one symbolizują?

- Położenie poszczególnych elementów berła. Jeśli chcecie przejść przez ten świat, to cóż... będziecie musieli znaleźć je wszystkie.

Zamyślona Kami pokiwała głową. Coś jeszcze ją nurtowało.

- Czemu sam nie starałeś się ich zdobyć? - spytała.

Gdy tylko te słowa padły z jej ust, Toa Powietrza westchnął. Położył obydwie dłonie na kapturze, który okalał jego głowę i po chwili ściągnął go. Goście mogli wówczas ujrzeć jego Kanohi, która od boku była naznaczona szramą. Rana najpewniej przebiła się przez metaliczną skórę Shineya i jego organiczną tkankę.

- Temu - mruknął, ponownie zakładając kaptur. - Cressa jest pełna zagrożeń. Dzikie ogary, gangi Cressan, Namiestnik...

- Kim oni są? - spytał Nenreh.

Shiney przeniósł wzrok na Zakazianina. Nadal patrzył na niego z nieufnością.

- Wyczerpaliście już limit pytań. Wszystkiego dowiecie się po drodze - oznajmił. - Teraz odpocznijcie, a jutro rankiem wyruszymy. Oby przysłał was tu sam Wielki Duch.

Zaraz potem gospodarz zaczął grzebać coś w swoich rupieciach, a Kami szybko wyszła z namiotu. Nenreh poczuł się osamotniony. Poprawił uścisk na bandażu, który nasiąkł krwią i łypnął na gospodarza.

Był dziwny. Inny. Skakdi zapamiętał Toa jako jedno z jego największych utrapień. Z pomocą swoich kopii utrudniał patrole Cressan na Qarthar, a jego przyjazne usposobienie podtrzymywało mieszkańcom na duchu. Teraz natomiast wyglądał Nenrehowi na kogoś zupełnie innego. Jego wzrok stał się ostrzejszy i bardziej niepokojący, nie spuszczał palców z broni, a dwójkę wędrowców traktował z nieufnością. Najemnik był pewien (tak, że dałby sobie uciąć rękę), iż takie zmiany wywarła na nim izolacja w tym dziwnym miejscu.

Sam nie wierzył, że znalazł się tu. Ostatnie lata jego życia były jak sinusoida - raz wzlatywał do góry, triumfował i wiódł życie na względnie wysokim poziomie, by następnie upadać i znajdować się w trudnej sytuacji. Wierzył, że tak będzie i tym razem. Nie miał u swego boku małej przyjaciółki, choć... Kami odrobinę mu ją przypominała.

Podniósł wzrok, patrząc na wyjście z namiotu. Toa Wody stała za nim z ramionami założonymi za plecami.

Sytuacja na Cressie nie zmieniała się. Ojczyzna Layrena nadal była dla wojowniczki pustkowiem, którego jedynymi lokatorami póki co były wysokie masywy górskie. Z jednej strony nieco irytowało to wojowniczkę. Z drugiej jednak cieszyła się, że podczas wędrówki zza potężnego podmuchu pyłu nie wyskoczył na nią żaden ogar, Cressanin, ani ten cały Namiestnik.

Był to jedyny dla niej powód do radości. Wszystko inne traktowała tak, jakby nie miało znaczenia, jakby było szare. Skłamałaby, gdyby stwierdziła, że konflikt na wyspie nie zmienił jej. Tamte wydarzenia działy się szybko, wywarły na niej ogromne wrażenie i w pewien sposób dobiły. Powtarzała sobie, że żaden z jej przyjaciół nie chciałby, aby teraz uległa. Brakowało jej jednak sił do walki i wiedząc, że będzie musiała raz jeszcze zmierzyć się z przeciwnościami losu, a jej wysiłki znów pójdą na marne, popadała w marazm.

- Piękny trójząb - Nagle usłyszała za swoimi plecami Shineya. Zrównał się z nią i również spojrzał w stronę horyzontu.

- To Serce Tajfunu - mruknęła.

- Tajfunu - powtórzył. - Natrafiłem na jeden podczas osłaniania transportu z Qarthar, gdy jeszcze wyspa nie była pod władzą tego potwora - zerknął na niewyraźny cień rzucany przez Nenreha. - Wtedy poznałem Heri.

- Kim była dla ciebie? - spytała obojętnie.

- To... trudne dla wytłumaczenia. Heri uleczyła moje rany, ale nie takie jak te, które kryją się pod moimi kapturem, lecz te tu - popukał się po głowie.

- Wątpię. Ich nie da się często wyleczyć. Znam się na tym, jestem... a raczej byłam sanitariuszką.

- Brzmisz tak, jakbyś w to nie wierzyła - odparł, darząc ją krótkim spojrzeniem swoich chłodnych oczu.

- Bo nie wierzę. Przed przybyciem tu widziałam naprawdę wiele. Byłam niewolnicą tyrana, straciłam swoją najlepszą przyjaciółkę, gdy zatrute ostrze przeszyło jej żebra i patrzyłam, jak miasto ugina się pod odrażającymi kreaturami i falami pożogi. Wątpię, aby to dało się uleczyć - podsumowała. - To są głębokie blizny.

Shiney na początku nie odpowiedział. Spuścił głowę.

- Najwyraźniej takie jest twoje Przeznaczenie.

- Chcę, aby jedynym Przeznaczeniem było to, które sama kształtuje - burknęła.

Wojownik pokiwał głową ze zrozumieniem i uniósł ją.

- Jesteś Toa. Poradzisz sobie.

Zaraz potem ponownie zniknął za płachtą namiotu. Kami została sama. Mimowolnie zacisnęła mocno pięść, ale po chwili pozwoliła, aby jej palce się rozluźniły. Westchnęła.

Obyś miał rację, Shiney, pomyślała.

*

Athalie nie była w stanie uwierzyć w to wszystko. Spotkała Namiestnika. Straciła Vidara. A teraz, po wielu godzinach podróży, dotarła do enklawy.

Obietnica zmarłego przyjaciela i jego wszystkie plotki na temat tego miejsca okazały się prawdą. Cressanka, która do tej pory zdawała się nieobecna i wstrząśnięta ostatnią walką, zaczęła chłonąć widoki jak wysuszona roślina, wreszcie polana strumieniem wody. Mocno trzymała się pleców Kella, badając wzrokiem ostatni bastion mieszkańców planety.

Enklawę wzniesiono na szczycie jednego ze wzniesień. Na czubek pomarańczowej góry prowadziły kręte schody. Po zakończonej wspinaczce przybysze trafiali bezpośrednio do tego dziwnego miejsca. Na początku witały ich rzędy niskich domów, które wzniesiono w całości z metalicznego purynium. Uśmiechnięci Cressanie patrzyli na przybyszów z nieskrywaną radością, szczególnymi uśmiechami i machaniem rękoma darząc przywódcę. Kell pozdrowił ich gestem uniesionej dłoni, a następnie kontynuował przejazd na rumaku.

Budynki przy głównej ulicy na oszlifowanym i wygładzonym szczycie góry stawały się coraz to wyższe, aż wreszcie docierały do kompleksu wież, koszar i innych pomieszczeń, również wykonanych z purynium. Tworzyły one pałac władcy. Jego strzeliste wieże dotykały chmur i rozciągającą się nad nimi mgiełkę, a mieszkańcy ustawiali się w rzędach, oddając w ten sposób szacunek wracającym do enklawy wojownikom. Obie te rzeczy zrobiły na jak dotąd niemrawej Athalie spore wrażenie. Największe zaskoczenia miały dopiero nadejść.

Kobieta spodziewała się, że zostanie odstawiona przed bramą pałacową, lecz tak się nie stało. Kell popędził ogara dalej, a ten wjechał na dziedziniec. Był w całości pokryty zdobnymi, metalowymi płytami i pomarańczową narzutą, którą tworzył panoszący się wszędzie pył.

Cressanka i pozostali zeskoczyli z wierzchowców. Zaczerpnęła chłodnego, górskiego powietrza. Rozejrzała się. Zauważyła, że dziedzińca nie zdobiła fontanna lub posąg, tak jak było u Archeaxa, lecz dziwne, metalowe ramię, podtrzymujące grubą linę.

Do czego służy?, zadała sobie pytanie. Nie spodziewała się, że odpowiedź otrzyma natychmiastowo.

Jeden z Cressan szarpnął za wajchę, napinając tym samym linę. Podłoże pod Athalie zatrzęsło się. Zerknęła zlękniona w dół i prawie miała się przewrócić, ale Kell w porę złapał ją pod rękę.

- Spójrz w górę - polecił.

Spełniła jego prośbę. Dostrzegła, jak srebrzyste wieże i liczne budynki powoli kurczą się, jakby się od nich oddalała. Zrozumiała, że poruszała się właśnie jakąś windą.

- A teraz patrz w dół, gdy tylko będziesz miała taką możliwość - mruknął Cressanin w lśniącej, miedzianej zbroi. Athalie spuściła wzrok.

Obserwowała, jak wyłania się przed nią ogromne pomieszczenie, w całości znajdujące się we wnętrzu góry. To, co jako pierwsze zwróciło jej uwagę, była olbrzymia tafla szkła, która zastępowała północną ścianę i dawała widok na całą okolicę. Sala była czymś na wzór dormitorium - między oddzielającymi ściankami znajdowały się łóżka i szafy. Były to fragmenty wydzielone dla wojowników enklawy i służby, która na przybycie gości ustawiła się w rzędzie. Nosili szare szaty z wyjątkowo długimi rękawami.

Po chwili winda zatrzymała się.

- Tutaj odpoczniesz - oznajmił Kell, rozglądając się po sali. - Moja służba zaopiekuje się tobą. Lurk, ty się tym zajmiesz.

Barczysty Cressanin w mlecznobiałym pancerzu pokiwał głową.

- Gdy dojdziesz do siebie, będziesz mogła odwiedzić dolne partie pałacu - Uśmiechnął się Kell.

Na twarzy Athalie zagościło zdziwienie i zaraz potem zauważyła, jak pojawia się także pośród służby i podkomendnych wojownika. Nie wiedziała jednak, co tak bardzo ich zaskoczyło.

- Mamy nadzieję, że pobyt w enklawie będzie dla ciebie pomyślny - dodał na koniec wojownik, po czym uniósł dłoń z zamiarem klepnięcia kobiety po barku. Na moment zawahał się, ale ostatecznie położył rękę na jej ciele, a Athalie poczuła jak ciepło oblewa całe ramię.

Od mężczyzny emanowała przyjazna aura, była tego prawie pewna. Ponoć był wyjątkowo wysoko w tutejszej hierarchii, choć nie dostrzegła u niego oznak starości i zmęczenia - czegoś, co było dość popularne w klanie Archeaxa. Kell był dobry.

Zaraz potem Athalie u boku Lurka zstąpiła z windy i odprowadziła spojrzeniem wojowników. Ich dowódca poprawił spływającą po jego ramieniu pelerynę i uśmiechnął się z taką lekkością i spokojem, jaki przychodził... Layrenowi.

- Chodź - poprosił Lurk. Poprowadził ją przed siebie.

Po kilkunastu sekundach dotarli do części, którą wydzielono dla kobiety. Stało tam raptem łóżko i toaletka - niby mało, ale dla zmęczonej Cressanki nawet tyle wystarczyło. Spotkali po drodze dwie służące, które kiwnęły głowami na widok Athalie i posłały jej serdeczne uśmiechy.

Czemu wszyscy zdają się tu tak mili?

- Odpocznij - polecił Cressanin, wyrywając ją z chwilowego przemyślenia.

Styrana kobieta klapnęła na łóżku. Odetchnęła głęboko.

Uświadomiła sobie, że wszystkie fakty jeszcze do niej nie docierały. Ostatniej nocy, nie... przez ostatnie miesiące przeszła piekło. Teraz natomiast znalazła się na szczycie góry, którą do tej pory znała tylko z opowieści. Opisywali go różnie, ale wszystkie określenia pasowały do tego wolnego od sług miejsca. Enklawa, azyl, obiecane miejsce.

W takiej sytuacji na język mogły nawinąć jej się tylko następujące słowa:

- Ja... dziękuję - wydukała.

- Podziękowania należą się królowi. To on uparł się, aby ciebie zabrać. Zawsze podejmuje właściwe decyzje.

- Możliwe. Szkoda tylko, że nie ma ze mną Vidara...

Przekręciła wzrok w stronę wielkiej, panoramicznej szyby. Widziała połacie nagiej ziemi, góry, pojedyncze oazy i niewielkie kropki, powoli przesuwające się na pomarańczowym tle. Były to najpewniej sługi, które żerowały i szukały kolejnych ofiar, takich jak jej przyjaciel.

- Spokojnie, tu nas nie dosięgną. Odkryliśmy, że tamtym maszkarom szkodzi górskie powietrze. Mówią, że zaczynają krzyczeć, gdy "są bliżej gwiazd" - Lurk zrobił cudzysłów manualny.

- Dobrze wiedzieć - mruknęła dawna służąca. Splotła palce i wlepiła zmęczony wzrok w szybę. Wróciła do poprzedniego tematu. - Wspominałeś o królu. Chcę mu podziękować. Czy mogłabym go spotkać?

- Już to zrobiłaś.

Cressanin uśmiechnął się i dostrzegł, jak zdziwiona Athalie ugina w jego stronę głowę. Na początku chyba nie zrozumiała, lecz potem pojawił się jakiś dziwny błysk w jej oku.

- Chcesz powiedzieć, że...

- Tak - Przerwał jej. - Kell jest naszym królem i właśnie go poznałaś.

*

Naturalnym skutkiem pojawienia się sług było powstanie grup, które postanowiły czerpać z tego korzyści. Gdy armia Proroka zaczęła terroryzować okolice, a niedobitki z miast ratowały się desperacką ucieczkę, interes w tym zwietrzyło wielu Cressan. Jedną z takich grup (i zdecydowanie najgroźniejszą) byli Padlinożercy.

Przez niektórych nazywani sępami, Padlinożerni (lub Padlinożercy) byli organizacją zrzeszającą anonimowych grabieżców. Po przemianach, jakie zaszły na Cressie, skupili się przede wszystkim na rabowaniu opuszczonych miast. Było to zajęcie niebezpieczne, ale dzięki temu Cressanie zdołali zebrać niezbędny sprzęt, by wkrótce potem pójść o krok dalej. Od ponad miesiąca napadali na uchodźców, kradnąc ich rzeczy i zabijając. W ten sposób Padlinożercy stali się postrachem pustkowi, wrogami własnych braci i wściekłych sług.

Ta ostatnia kwestia miała jednak niebawem ulec zmianie.

Przywódczyni grupy, Shayura, od ponad godziny czekała przy oazie na Namiestnika. Ubrana była w typowy dla sępów strój - jej czarne jak węgiel ciało pokrywał poniszczony, pomarańczowy pancerz i spływające z nań fragmenty poszarpanego materiału w kolorze, dzięki któremu łatwo mogli ukryć swoją obecność. Na twarzy kobiety znajdował się również biały malunek, przypominający głowę sępa. Rosła Cressanka podpierała się o topór. Oszlifowana broń nie mogła równać się jednak swą ostrością ze spojrzeniem jej zielonych jak szmaragdy oczu.

Wyczuła ich obecność. Zbliżali się.

Podopieczni Shayury unieśli wyszczerbione narzędzia przed siebie i czekali. Dostrzegli kilkadziesiąt niewyraźnych punktów na horyzoncie i jeden, triumfujący nad resztą rozmiarami. Wiatr nieco przybrał na sile, niosąc za sobą woń rozkładających się zwłok.

Po chwili u brzegu oazy zebrały się sługi, które najchętniej rozerwałyby na strzępy nieprzyjaciół. Obecność okutego w ciężką zbroję mężczyzny powstrzymywała ich póki co od ataku. Sam Namiestnik stanął zaś kilka kroków przed kobietą - na tyle blisko, aby mógł dosięgnąć ją cięciem miecza, albo ona w porę odrąbała mu głowę od reszty ciała. Wiedział jednak, że nie zdążyłaby.

Nie odzywał się. Uważnie obserwował spod hełmu jak sługi tworzą wokół niego półkrąg, a zaraz potem Padlinożercy formują podobny szyk. W ten sposób wznieśli wokół swoich dowódców żywy mur, oddzielający ich od oazy i całego znanego im świata.

- Chcemy współpracy - rzekła Shayura. Jej głos był ponury.

Przybysz nie odpowiedział.

- Moi zwiadowcy obserwowali kilka z waszych napaści na uchodźców. Proponujemy wam pomoc w szturmie na ich marną enklawę - kontynuowała, mówiąc z pogardą o mieście-nadziei.

Namiestnik odetchnął. Przewrócił głowę w prawo, patrząc na niewielki staw. Wyglądał tak, jakby szukał w nim ukojenia i trzeźwości umysłu.

- Nie - charknął.

Shayura nawet nie drgnęła na tę odmowę. Wiedziała jednak, że pozostali Padlinożercy ledwo trzymali swoje emocje - a zwłaszcza nerwy - na wodzy. Zaczęli odgarniać włóczniami, łukami i toporami sługi, które na widok przeczącej głowy mężczyzny wysuwały języki w stronę rywali.

- Współpraca przyda się nam wszystkim. Wierzymy, że znajdziemy jakąś kartę przetargową.

- Wy. Nią. Jesteście - wycharczał najlepszy wojownik samego Proroka. - Twoi ludzie. Oni pomogą zdobyć berło.

Shayura wysłuchała z uwagą każdego słowa, którego wypowiedzenie wymagało od mężczyzny sporo trudu.

- Co konkretnie masz na myśli? - spytała, obrzucając go chłodnym spojrzeniem.

- Źródło mocy. Portal. Berło. Wszystko ma zostać zabezpieczone.

- Myślę, że damy radę w tym pomóc.

Namiestnik kiwnął głową, a kobieta rzuciła przelotne spojrzenie swoim braciom i siostrom, którzy również byli chętni do współpracy. Skowyt i kłapanie szczęk sług nieco osłabły.

- Zajmiemy się berłem – oznajmiła. - Potrzebujemy jednak lokalizacji jego poszczególnych części.

- Znam je.

Shayura zdziwiła się nieco tym faktem, ale nie drążyła tematu. Przejęła kawałek zwiniętego pergaminu od jednego z towarzyszących jej mężczyzn. Namiestnik jednak pokręcił przecząco dłonią, dając jej do zrozumienia, że nie chce przekazać kobiecie współrzędnych w ten sposób.

- On - zagrzmiał, pokazując na towarzysza przywódczyni. Wziął go za rękę i przyciągnął do siebie.

Każdy z Padlinożerców miał jakiś malunek na zbroi lub ciele. W przypadku Shayury była to głowa ptaka. Plecy Cressanina, który obecnie uginał się od siły uścisku Namiestnika, zdobił biały okrąg. Łatwo można go było skojarzyć z planetą.

- Rób co trzeba - kobieta nawet się nie zająknęła.

I to też uczynił.

Wojownik sięgnął po nóż, zwisający z paska zszokowanego mężczyzny. Złapał go i wbił kilkakrotnie w plecy nieszczęśnika. Rozległy się krzyki. Sępy zachowały kamienne twarze, zaś pomruki sług jeszcze bardziej ucichły.

Namiestnik po ostatnim cięciu puścił mężczyznę, który runął na ziemię tuż przy oazie. Podparł się rękoma o górkę brunatnego piachu, eksponując jednocześnie swoje plecy, pokryte teraz strugami krwi i głębokimi ranami. Ciężko oddychał.

- Znajdźcie fragmenty berła. Przynieście je do mnie - nakazał wojownik okuty pancerzem i łopoczącymi na lekkim wietrze od strony oazy łańcuchami. - Ja ruszam na południe. Ty w najbliższe miejsce. A na końcu enklawa.

- A na końcu enklawa - powtórzyła Shayura w zamyśle.

Zaraz potem oddziały Proroka zaczęły się wycofywać. Najpierw oddaliły się sługi, a zaraz za nimi podążył Namiestnik. Odwrócił się na pięcie, westchnął i ciężkim krokami odszedł z miejsca spotkania. Wkrótce potem został po nich już tylko zapach krwi i rozkładających się ciał.

Shayura powiodła wzrokiem po swojej małej organizacji. Następnie podeszła do rannego mężczyzny i popatrzyła na pierwszą z ran, którą pozostawił nóż przybysza. Pogładziła swój podbródek.

- Ruszamy - oznajmiła.

Padlinożercy udali się przed siebie. Dotarli do pozostawionych na uboczu rydwanów. Ich pojazdy wykonane były z metalowych połączeń i fragmentów desek, które chronił wypłowiały materiał. Koła natomiast pokryli kolcami tak, aby nawet najtrudniejszy teren nie stanowił dla nich żadnego wyzwania.

Shayura zasiadła na swoim rydwanie i uderzyła batem leżące przy nim ogary. Spętane na łańcuchu zwierzęta wstały, a następnie udały się w kierunku, w którym nakazała im wodza. Podobnie uczyniły pozostałe sępy.

- Pierwszy przystanek: jaskinia Qhiry!

Interludium I[]

- Mieszkańcy Threin! Zostańcie w domach i zatrzaśnijcie drzwi. Niebezpieczny Skakdi jest na wolności. Powtarzam: niebezpieczny Skakdi jest na wolności! - Głos miejscowego Turagi rozbrzmiał w dźwiękowych kolumnach. Całe miasto usłyszało przekaz.

Ulice o tej porze były raczej puste. Gdy znad horyzontu wyjrzał księżyc i objął swoim światłem wysokie, metalowe budynki, nieliczni tubylcy zaczęli chować się w domach. W Threin, które było uznawane w archipelagu za miasto-widmo, mieszkańców było i tak bardzo niewiele. Po zatrzaśnięciu drzwi i schowaniu się w mieszkaniach, aby przeczekać ulewę i obławę, w poszczególnych dzielnicach można było naliczyć więcej nocnych latarni niż żywych dusz.

Dało się wskazać dwie przyczyny tego zjawiska. Po pierwsze, w mieście krył się więzień Otchłani. Nic więc dziwnego, że na ulicach panowała pustka.

Drugim powodem braku mieszkańców w tak dużym mieście była polityka Turagi. Giras przez swoje nieumiejętne rządy doprowadził wiele tutejszych zakładów usługowych i przemysłowych do ruiny. Mówią, że nabrał jeszcze sporo długów za czasów, gdy był Toa. Była to jednak tylko plotka. Fakty zaś prezentowały się następująco: mędrzec nakładał coraz większe podatki na firmy, sądząc, że w ten sposób zdobędzie brakujące fundusze. Efekt był jednak odwrotny. Właściciele zamknęli swoje zakłady, albo przenieśli je gdzieś indziej, a w Threin została tylko grupa mieszkańców, która nie miała dość odwagi i pieniędzy na emigrację, albo czuła się zbyt przywiązana do tego miejsca. Tubylcy nadal patrzyli na rządy Girasa nieprzychylnym wzrokiem.

Spośród nich wszystkich, Zohri chyba nienawidziła go najbardziej.

Vo-matoranka z Hau na twarzy patrolowała okolice. Kipiała z niej złość, gdy maszerowała w deszczu i wytężała wzrok w poszukiwaniu uciekiniera, który ukrywał się niczym cień. Cicho klęła, gdy brnęła w kałużach po kostki i szukała jakichkolwiek poszlak.

Mędrzec mianował ją na szefa ochrony kilka tygodni temu, głównie z powodu braków w kadrze. Zohri, choć ambitna i zdolna, nie uważała się za wystarczająco doświadczoną. W mieście grasował więzień Otchłani, a ona - wyposażona jedynie w miotacz Kanoka i kilku innych Matoran do pomocy - musiała go schwytać.

- No dobra, jeszcze jeden rzut okiem. Na pewno musi być w tobie coś charakterystycznego - mruknęła do siebie. Odpaliła urządzenie z neonowym panelem. Widniał na nim wizerunek zbiega, o którego obijały się rzęsiste krople deszczu.

Jak na Skakdi przystało, ten też miał organiczny kręgosłup i ogromną szczękę, układającą się w chytry uśmiech. Nenreh - bo o nim była mowa - wyróżniał się oczami. U większości Zakazian przyjmowały mocną, jaskrawą barwę, tymczasem jego były jakby... wyblakłe? Zohri uznała to za mało użyteczny szczegół, ale lepszego nie znalazła.

Kontynuowała wędrówkę, odprowadzana przez światło księżyca i głowy kilku Matoran, które wyglądały za okien i przyglądały się kobiecie, przemierzającej kolejne dzielnice miejskiego labiryntu.

- Ricc, Zekha. Meldujcie - zwróciła się do panelu.

- W Szarej Dzielnicy pusto - odezwał się jakiś mężczyzna.

- U mnie też - dodała po chwili kobieta. - Cholera, ten Zakazianin nie mógł zapaść się pod ziemię.

- Zgadza się, nie mógł. Obstawcie granice miasta wszystkim co macie. Nie wolno wam wpuścić, ani wypuścić nikogo oprócz robotów Maxilos - nakazała Vo-matoranka. - Threin jest duże, ale nasz cel może zdołał już dotrzeć do przedmieść.

- Tak jest! - przez komunikator chórem odezwali się Ricc i Zekkha. Zohri natomiast kontynuowała wędrówkę.

Dotarła do karczmy "Srebrna perła". Ten lokal, jako jeden z nielicznych wciąż znajdował się w latach świetności - do drewnianego budynku z płaskim dachem i kolistymi oknami codziennie przychodziło wiele Matoran, Vortixx i Południowców. Zohri nie zamierzała zaglądać do miejsca, które w ostatnich miesiącach napsuło jej sporo krwi - goście, którzy opuszczali karczmę, często byli chętni do bójek. Teraz również chciała go minąć - wprawdzie na zewnątrz było cicho, ale przez okna, trochę przypominające bulaj, dało się dostrzec zataczające się na boki cienie pijanych Xian. Coś jednak sprawiło, że Vo-matoranka zatrzymała się pod Srebrną Perłą.

Drzwi nagle otworzyły się. Wycelowała bronią przed siebie. Z karczmy wyleciał Vortixx, robiąc sobie z właściciela karczmy żywą tarczę. Steltianin upadł na chropowaty asfalt, a następnie został zdzielony przez Xianina sierpowym. Splunął mu na twarz.

- Ani kroku dalej! - zawołała Zohri.

Mężczyzna spostrzegł Matorankę. Zaśmiał się.

- Bo co? Myślisz, że mnie postrzel-ahhh! - warknął, gdy dysk przeorał mu udo, a krew zaczęła leniwie ściekać z jego nogi.

Strzeliła.

Zohri podbiegła do osiłków. Pomogła wstać Steltianinowi, jednocześnie mierząc z miotacza w Vortixxa.

- Co tu zaszło? - spytała.

- Nie wiem - wydukał właściciel. - Podszedł do lady i zaczepił mnie. Mówił, że mam natychmiast opróżnić kasę. Odmówiłem.

Vo-matoranka podniosła lewą brew i zerknęła na próbującego się podnieść Xianina. Z twarzy nie wyglądał na zbyt inteligentnego, ale chyba nie był aż tak pijany, aby w pojedynkę atakować właściciela lokalu. Dlaczego zatem podniósł na niego rękę?

Cholera, nie mam czasu się z wami użerać, pomyślała.

- Czemu zaatakowałeś? - spytała.

Wysoki mężczyzna nie odpowiedział. Łapał się za ranę, nie utrzymując kontaktu wzrokowego z funkcjonariuszką. Potrząsnęła nim za bark.

- Możesz powiedzieć to teraz, albo na dołku - przestrzegła go.

Nadal bez odpowiedzi.

Zohri pokręciła głową. Sięgnęła po komunikator.

- Zekha, prześlij dwójkę naszych do Srebrnej Perły. Mam tu jednego Xianina, popełnił wykroczenie dwunaste i szesnaste. W miarę możliwości...

Przerwała. Z karczmy nagle wyskoczyły kolejne sylwetki. Naliczyła sześciu Vortixx. Na widok ich kompana, który teraz wił się z bólu, wyciągnęli noże. Zohri zdziwiła się. Zaraz potem dostrzegła pozostałych klientów, którzy wybiegli z lokalu. Zrozumiała, że miała do czynienia z zorganizowanym napadem rabunkowym.

- Lepszej pory nie mogliście sobie wybrać - bąknęła po cichu, potem mówiąc już głośniej. - Mam prawo was zastrzelić, jeśli będziecie stawiać opór!

Xianie popatrzyli na siebie. Po krótkiej wymianie spojrzeń przystąpili do ataku.

Zohri trafiła jednego z nich dyskiem prosto w ramię, które oderwało się od ciała i runęło na ziemię wraz z wrzeszczącym właścicielem. Potem jednak rozkojarzyła się, gdy jeden z Xian zdzielił stojącego mu na drodze właściciela i zbliżył się do Vo-matoranki. Już miała przeładować miotacz, gdy nagle mężczyzna zaszedł ją od tyłu i walnął w tył głowy. Upadła.

Przez kilka minut trwała w wręcz błogiej nieprzytomności, a jej leżące na brukowym chodniku ciało obmywał deszcz.

Ocknęła się. Złapała się za tył głowy, a gdy po chwili przysunęła rękę do oczu, zobaczyła krew na swojej dłoni. Obok niej leżał zasztyletowany Steltianin. Z trudem wstała.

- Ej, patrzcie! - zawołał jeden z Vortixx. Cała grupa – pławiąca się teraz w sakwach pełnych widgetów - odwróciła się w stronę poturbowanej funkcjonariuszki. - Zostawiamy ją?

- Coś ty, za dużo widziała - odparł drugi.

- Zabijmy ją - dodał trzeci (ten, którego udo zmieniło się jeszcze kilka minut temu w czerwoną papkę, gdy wleciał w nie dysk). Mężczyzna podpierał się o barki swoich braci i posyłał triumfujące spojrzenie Vo-matorance.

Xianin podszedł do osłabionej kobiety. Przygniótł jej miotacz, a następnie wyciągnął nóż, załamujący blask księżyca. Zohri zamarła, gdy uniósł swą broń, gotów do wymierzenia ostatecznego ciosu.

I cios został wymierzony. Nie sięgnął on jednak kobiety, lecz jej przeciwnika.

Gdy złodziej miał już zabić Matorankę, rozpędzona maczeta poleciała w jego stronę. Ostrze przeorało mu głowę i zatrzymało się dopiero na ścianie karczmy. Wśród Vortixx zapanowało poruszenie.

Zohri była świadkiem, jak rzucają na ziemię sakwy wypełnione po brzegi widgetami i szarżują na oponenta. Dostrzegła walczący z nimi kształt. Miał niebieski kolor - tylko tyle był w stanie określić jej rozmazany wzrok.

Nagle jednak zauważyła jeszcze jeden szczegół: czerwone ślepia, ledwie wyłaniające się z twarzy przybysza. Zrozumiała, że do walki włączył się Nenreh.

Skakdi pojawił się znikąd i zaszarżował na rywali, tratując dwójkę z nich swoim organicznym kręgosłupem. Zamachnął się pięścią i zabił kolejnego oponenta, wgniatając mu czaszkę w resztę ciała. Zaczął bezlitośnie okładać przeciwników, którzy rzucili się na niego niczym chmara zezłoszczonych pszczół. Krzyczeli, gdy się przeliczyli.

Zohri obserwowała walkę z przejęciem. Jej wzrok powoli wracał do normy, podobnie jak pozostałe zmysły. Słyszała wrzaski Vortixx, gdy Zakazianin chwycił maczetę i ciął nią napastników z taką złością, jakby miał z nimi prywatne porachunki. Zdołali go zranić, ale bezlitośnie odpowiadał cięciem za cięcie. Xianie zaczęli uciekać - szczególnie spieszyło się temu, który nakazał zamordować Matorankę Błyskawic. Nenreh zmiażdżył jego twarz o asfalt.

Gdy ostatni z napastników chciał go zaatakować od tyłu, funkcjonariuszka wystrzeliła w niego dyskiem, który wgniótł go w ścianę pobliskiego wieżowca. Pozostawił po sobie wgniecenie. Zakazianin zauważył interwencję Zohri i zdziwił się, podobnie jak ona sama. Skinął jej głową w podzięce.

Po chwili było po wszystkim.

Kobieta uświadomiła sobie, że wciąż wlepia wzrok w zbiega. Jego ciało wyglądało inaczej i nie było to spowodowane obmywającym jego pancerz deszczem, czy tłem, który tworzyły wysokie budynki Threin. Przed ustami mężczyzny znajdowała się bowiem jakaś aparatura. Po jej bokach ciągnęły się rury, podczepione do butli na plecach Zakazianina. Miał ponadto oba ramiona, a według rysopisu jedna z jego rąk powinna kończyć się na kikucie.

Zaraz potem Zohri zaczęła ponownie słabnąć. Wiedziała, że stoi przed nią jej cel i powinna go schwytać. Nie miała jednak siły, aby stawić mu oporu. Chciała wydać komunikat przez swoje urządzenie do pozostałych funkcjonariuszy, ale zemdlała ze zmęczenia. Rana z tyłu jej szyi powiększyła się.

Mężczyzna stanął nad kobietą. Zerknął najpierw na nią, a potem na porzucony miotacz. Złapał się za jedną z ran na swoim ciele, które pozostały po ostatnim starciu. Westchnął, cały czas obserwując Vo-matorankę, która wsparła go przed chwilą strzałem z miotacza.

Pomógł jej.

*

Tupanie.

Tupanie i rozmowy.

Tupanie, rozmowy i huk.

Tupanie, rozmowy, huk i cela, która stała się nowym domem Nenreha.

Wszystko to towarzyszyło Zakazianinowi, który dostał się do więzienia. Nie pamiętał wiele szczegółów z chwili, gdy została podjęta decyzja o zesłaniu go do Otchłani. Ostatnim, co przypominał sobie, był widok triumfujących nad nim Toa Nazar.

Odwrócił się. Za jego plecami znajdowały się roboty, strzegące więzienia dla największych przestępców w całym znanym mu świecie. Od okutych czerwonym pancerzem strażników dzieliła go gruba krata. Próbował ją wyrwać ręką, choć oczywiście nic to nie dało. Słuchał przez chwilę niezrozumiałych komunikatów Maxilos i odwrócił się na pięcie.

- Świetnie - burknął. - Po prostu świetnie.

Zamienił Qarthar - swój azyl, miasto, które miał w garści i gdzie mógł robić co mu się podoba - na ciasną celę. W półmroku dostrzegł jedynie przykutą do ziemi pryczę i coś, co przypominało kanciastą umywalkę. Było tam jednak coś jeszcze.

A raczej ktoś.

Nenreh najpierw ujrzał czerwone oczy współwięźnia, a zaraz potem resztę jego ciała. Xianin. Wyższy od niego o ponad głowę, okuty tym samym pancerzem co reszta jego gatunku. Nie wyróżniał się niczym szczególnym.

- Umm... cześć - wypalił.

Usiadł na pryczy. Przyjrzał się kikutowi, który wieńczył teraz jego prawe ramię. Była to już druga pamiątka po Niro (pierwszą zdobył, gdy odbita wiązka laserowa trafiła go prosto w oko). Łupnął pięścią o twardy materac. Sam nie wiedział, czy zrobił to z bezradności, czy gniewu.

- Jedno nie wyklucza drugiego - mruknął Vortixx. Oparł się o ścianę naprzeciwko Zakazianina i założył ramiona na piersi.

- Co?

- Gniew i bezradność idą ze sobą w parze. To typowe emocje, które towarzyszą ci, gdy trafiasz do więzienia.

- Byłeś już w jakimś?

Pokiwał głową.

- Mnóstwo więźniów Otchłani znajdowało się kiedyś w zupełnie innych celach, ale trafili w końcu tu. Ty nie wyglądasz na kogoś, kto co chwilę zmienia miejsce pobytu.

- Nie - bąknął od niechcenia. - Po raz pierwszy trafiłem za kraty.

Xianin zagwizdał.

- Musiałeś odwinąć coś grubego.

- Można tak to ująć - wycedził przez zęby. Położył się na pryczy i zrobił sobie z ręki w miarę wygodny podgłówek.

- Chociaż szczerze. Większość uważa, że siedzi tu za niewinność.

- A ty? - Zakazianin uniósł oczy.

Vortixx nie odpowiedział na zadane pytanie.

- Jutro rankiem otworzą się cele na pół godziny. Będziesz mógł wyjść i zobaczyć tych, którzy właśnie uważają, że niesłusznie tu trafili.

- Mam to lekko mówiąc gdzieś. Czemu mi o tym mówisz?

Xianin uśmiechnął się lekko.

- Nie chcę, abyś zrobił coś głupiego. Wolałbym mieć z kim siedzieć dłużej niż przez tylko kilka godzin.

Usadowił się na swojej pryczy i splótł palce obydwu dłoni. Nie zdawał sobie sprawy, jak bolesny musiał to być gest dla współwięźnia, który jedną z nich stracił.

- Nenreh, zgadza się? Tak cię nazwały Maxilos.

- Racja - burknął. - A ciebie jak zwą?

- Jestem Cithan.

- Słuchaj, Cithan, mam zatem dla ciebie świetną propozycję. Zamknij się, dobra?

Vortixx posłusznie umilkł. Położył się i zwinął, wciąż będąc większym od Zakazianina. On natomiast pogrążył się w myślach.

Otchłań. Póki co poznał tylko jedną z licznych tu cel i już to miejsce nie napawało go optymizmem. Jego oczy poruszały się po blednącym półmroku, ale nie potrafił za wiele dostrzec. W zasadzie jego jedyne sprawne oko potrafiło zobaczyć tylko to, co znajdowało się przed wąskimi kratami. Niewiedza, pomyślał. Uznał, że to jedna z tutejszych form kary.

Przymknął powieki i pokręcił głową z niedowierzaniem.

To on trzymał innych w celi. Miał klucz, mógł wywlec każdą ze swoich marionetek, a przemocą władać nad tym, co ona zrobi. Tu było inaczej. Porównywał siebie do jednej mrówki - może i silnej, potrafiącej udźwignąć sporo jak na swoje rozmiary, ale jednocześnie słabej, gdy porównywało się ją z całym mrowiskiem, o ogromie otaczającego jej świata nawet nie wspominając. Maxilos były wojownikami w koloni, natomiast ci, którzy pełnili funkcje decyzyjne w więzieniu, dorównywali swojej pozycji królowej. Sam kiedyś nią był - a potem spadł na sam dół hierarchii. To był wyjątkowo bolesny upadek.

Zwlókł się z pryczy. Był wyraźnie wściekły. Zaczął okładać pięścią chropowatą ścianę. Darł się i uderzał w nią gradem ciosów, ale nie zrobiło to na nikim wrażenia. Pozostali więźniowie byli cicho, Cithan wyglądał jakby drzemał, a roboty-stróże najwyraźniej miały ważniejsze rozkazy.

Nenreh nie przestawał. Czuł kołatanie swojego serca i litry krwi, przepływające przez jego żyły z każdym wyładowującym złość ciosem. Słyszał dźwięk trybików, które zaczynały trzeszczeć i nierównomierny oddech. Wreszcie, gdy chciał raz jeszcze uderzyć w dzielącą go od wolności ścianę, upadł na ziemię z wycieńczenia. Chciał walczyć, lecz jego ciało odmówiło posłuszeństwa...

*

Zohri obudziła się. Miała wrażenie, że minęła cała wieczność.

Dotknęła tyłu swojej głowy i ostrożnie podrapała. Na koniuszku jej palca pozostała zaschnięta krew. Poza tym bolały ją mięśnie.

Rozejrzała się po pomieszczeniu, którym okazała się jakaś piwnica. Została przykuta do jednego z krzeseł. Po jej lewej był stolik z kolistym blatem i okno, natomiast po prawej goła ściana, wzniesiona z szarych cegieł. Nie wiedziała, co znajduje się za jej plecami, ale nie miało to większego znaczenia - przed nią stał bowiem Nenreh, przyciągający jej całą uwagę.

Upewniła się, że wyglądał inaczej niż na podobiźnie z jej panelu. Miał dwa ramiona, co kłóciło się z jego opisem, a kaprawe oko zachowywało się tak, jakby znowu działało. Ze źrenic Zakazianina zniknął ponadto ich dawny blask, za to pojawiła się dziwna aparatura, wijąca się po jego szyi niczym wąż.

Uciekinier zauważył nieznajomą, gdy przeszedł do stołu z wyczyszczoną maczetą. Położył ją obok swojego sprzętu, broni Vo-matoranki i jej zmiażdżonego komunikatora.

- Obudziłaś się.

Słaba Zohri pokiwała głową.

- Zgadza się, a teraz mnie wypuść. Uwzględnię to przy aresztowaniu ciebie.

- Nic z tego - Skakdi oparł się o stół, krzyżując swoje nogi. - Pomogłem tobie z tamtymi durniami, więc teraz ty pomożesz mi.

Funkcjonariuszka próbowała oswobodzić się z pętającego ją sznura, ale bezskutecznie. Warknęła.

- Nie. Strażnicy Threin nie współpracują z przestępcami.

- To zaczną. Nie jest to nic strasznego. Wystarczy, że zdejmiecie blokadę, która pojawiła się przy każdym wyjeździe z miasta. Musiałbym mieć statek, aby przelecieć przez te barykady, albo podkopać się, co zajęłoby mi jakieś - popukał się po podbródku z wyrostkami - dziesięć lat. Kiepski biznes.

Vo-matoranka zmierzyła go nieustępliwym wzrokiem. Zacisnęła dłonie i wyglądała tak, jakby próbowała wwiercić się spojrzeniem w jego wnętrze.

- Nie - bąknęła.

- Chyba się nie zrozumieliśmy - odparł. Sięgnął po miotacz i zwrócił jego lufę w stronę skroni kobiety. - Pomożesz mi. Teraz.

Zohri zgrywała niewzruszoną. Zdradziła ją jedna struga potu, która spłynęła po jej Hau.

- Czego konkretnie chcesz. Szukasz sposobu, aby wyłączyć barykady?

Pokiwał głową.

- Nie zrobią tego. Rozkaz na ich aktywowanie może wydać każdy z funkcjonariuszy, ale odwołać go może jedynie Turaga.

- Turaga, powiadasz? Więc złożę mu wizytę i odrobinę przycisnę.

Zohri parsknęła.

- Jesteś dobry w walce, ale nie powstrzymasz całej grupy uzbrojonych po zęby strażników. Poza tym trwa obława. Odstrzelą ci ten twój paskudny łeb, zanim zdołasz podnieść rękę na...

Zdzielił ją otwartą dłonią po policzku. Zamroczyło ją, a gdy myślała, że odzyskuje przytomność, poprawił ciosem kaburą w okolice jej brwi.

- Znajdę Girasa, a on dezaktywuje barykady. Zabiję go. Ucieknę z Threin i jeśli wszystko pójdzie po myśli, to nie uderzę cię nigdy więcej.

Funkcjonariuszka łypnęła na niego kątem oka. Miała wytrzeszczone usta i czerwoną strużkę krwi, powoli cieknącą po jej powiece.

Czy miała wybór? Tak. Mogła starać się pomóc Zakazianinowi i go wystawić. Niosło to za sobą pewne ryzyko, lecz była gotowa je podjąć.

Nenreh cierpliwie czekał na odpowiedź. Nie przypominał przestępców, których Vo-matoranka łapała każdego dnia. Planował dokładnie następny ruch, nie chciał działać szybko, doskonale walczył i dysponował potężnym arsenałem broni i gadżetów. Były więzień Otchłani stanowił potężne wyzwanie dla Zohri.

Wyzwanie, którego postanowiła się podjąć.

- Zgoda. Pomogę ci - rzekła po chwili namysłu, uśmiechając się półgębkiem.

Rozdział III[]

Rankiem trójka wojowników opuściła kryjówkę Shineya.

Maszerowali od prawie godziny w kompletnej ciszy. Przez ziemię Cressy przemieszczał się dziwnie ciepły wiatr, niosąc za sobą drobinki pomarańczowego pyłu. Prawdziwy gorąc pochodził jednak ze słońca, które z perspektywy Kami wyglądało trochę jak wyrzucona na brzeg perła. Kula zdawała się być rozgrzana do bieli.

Shiney spędzał czas na rozglądaniu się po najbliższej okolicy. Wyglądał na niezwykle skupionego, przeskakując wzrokiem po losowych punktach. Pozostali domyślali się, że życie na pustkowiach nauczyło Toa, aby miał oczy wszędzie i zwracał uwagę na nawet najmniejszy szczegół. Czasem jego podejrzliwe spojrzenie wędrowało nawet na towarzyszy.

Kami nadal była strapiona. Szła ze spuszczoną głową, próbując zająć się czymkolwiek innym niż rozmyślaniami nad przeszłością. Pamiętała dokładnie mapę, którą pokazał im przewodnik i pierwsze miejsce, zaznaczone czerwoną kropką. Szukała jakiegoś punktu odniesienia w okolicy, ale bezskutecznie. Kontynuowała zatem monotonny marsz, wyraźnie przygnębiona.

Najlepiej chyba z całej trójki miał się Nenreh. Jego rany przygasły. Szedł między dwójką Toa, przekładając między palcami swoją maczetę i delektując się każdym powiewem chłodniejszego powietrza, wydobywającego się z jego aparatury. Skakdi jako pierwszy przerwał ciszę.

- Czy tylko mi wydaje się, że idziemy w jakimś innym kierunku? Studiowałem tę mapę przez kwadrans i pierwszy fragment tamtego ustrojstwa znajdował się w okolicach czarnego pasa ziemi.

Kami, choć niechętnie, musiała przyznać mu rację.

- Też mi się tak wydaje - mruknęła.

- Ten czarny pas to przepaść - wytłumaczył skupiony na drodze Shiney. - Tam znajduje się wejście do jaskini Qhiry. I nie martwcie się, idziemy w odpowiednią stronę. To po prostu kawał drogi.

- Jak duży? - spytał Zakazianin.

- Taki, że wędrówka zajmie nam jakieś cztery dni.

- Cztery dni?! - wypalili jednocześnie Kami i Nenreh.

- Tak, ale spokojnie – Toa Powietrza uniósł lekko dłoń, lecz ten gest wcale nie obniżył ciśnienia dwójce wojowników w niebieskim pancerzu. - Planuję znaleźć nam podwózkę. Kłopot polega na tym, że ona może nas zjeść.

- Bratanie się z wrogiem, co? Ja i Kami coś o tym wiemy - Zakazianin szturchnął kobietę łokciem.

- Shiney, o kim konkretnie mowa? - spytała, ignorując Nenreha.

- Potrzymam was jeszcze chwilę w niepewności. To niedaleko stąd.

Kami pokiwała głową.

Dalsza wędrówka przebiegła im spokojnie. Wiatr nieco opadł, a słońce chwilowo schowało się przed pojedynczymi obłokami chmur. Zmienił się także teren wokół Toa Wody - zauważyła, że wspinali się po górze. Dziwne wybrzuszenie wręcz wyrastało z ziemi.

Po chwili zrozumiała czym tak naprawdę było. Dostrzegła wyłaniające się z piachu fragmenty jakiejś konstrukcji, chyba wieże. Nie wyglądały, jakby znajdowały się tu od dawna, a mimo to przypominały Kami jakieś ruiny. Zrozumiała, że poruszali się po terenie, który był kiedyś siedzibą jednego z klanów.

Zastanawiała się w takich chwilach, czego właściwie oczekiwał Layren. Cressa zdawała się być bezkresnym, jałowym pustkowiem, a ślady po cywilizacji tonęły w morzach piachu. Nie rozumiała, co pretendent widział w tym miejscu i czemu chciał je uratować. Zawiódłby się na ten widok.

- Dobra, zbliżamy się - Shiney przerwał rozważania posępnej Kami, gdy sukcesywnie wspinali się po górze. Wzniesienie rosło, a większe fragmenty zakopanych w piachu budynków wystawały coraz bardziej z pagórka. Przypominały trochę obeliski. - Bez względu na to, jak blisko znajdą się te stworzenia, nie możecie okazać strachu. Zachowajcie spokój i róbcie to co ja.

Pokiwali głowami.

Zauważyli triumfujące nad nimi i snujące się obok sylwetki. Po dokładniejszym przyjrzeniu się zrozumieli, że znaleźli się w samym środku watahy ogarów.

Stworzenia przypominały swoich braci, których Cressanie używali jako transportu. Triumfowały nad nimi jednak masywnymi kończynami, długością przypominających kości kolców i różniły się zieloną skórą o intensywniejszym kolorze, swoim kształtem przywodzącą na myśl łuski.

Przywódczyni ogarów wylegiwała się na kamiennym słupie. Była jeszcze większa od swoich braci. Na widok przybyszów zeskoczyła na piach i patrzyła, jak pozostałe zwierzęta ich otaczają.

- Będą próbowały nas zaatakować. Nie dajcie się zabić, ale nie próbujcie też ich zbytnio skrzywdzić - szepnął Shiney.

Miał rację. Atak przyszedł błyskawicznie.

Nim Kami zdołała zacisnąć pewniej palce na trójzębie, jeden ze stworów rzucił się na nią i przygniótł do ziemi. Uniósł łapę i wysunął z niej pazury. Już miał drapnąć nimi wojowniczkę, lecz ta chwyciła go za kończynę. Spróbował ponownie, ale złapała go także za drugą łapę, a następnie przerzuciła za siebie. Stworzenie zawyło, gdy przeleciało za Toa Wody i sturlało się z góry.

- Ciekawe - mruknęła do samej siebie.

W międzyczasie Shiney złapał w przywołaną przez siebie miniaturową trąbę powietrzną kilku przeciwników. Nenreh był nieco mniej finezyjny - obalał wszystkie stworzenia sierpami prosto w szczękę lub nastawiał swój kręgosłup, którym je dźgał. Kami włączyła się do walki, przyglądając się poczynaniom Zakazianina.

Skakdi natrafił wreszcie na przywódczynię stada... a raczej poczuł ją, gdy zaszła go od tyłu i skoczyła mu na plecy. Mężczyzna upadł na ziemię, a jego głowa zniknęła pod piachem. Podniósł szybko wzrok i odwrócił go gwałtownie w stronę stworzenia. Zwierzę złapało go nadzwyczaj giętkim ogonem za kostkę i zaczęło ciągnąć do siebie, pokazując zaostrzone jak noże zęby.

Nenreh nieubłaganie zbliżał się do szczęk przywódczyni, zostawiając po sobie długi ślad na piachu. Sytuacja pogorszyła się, gdy zobaczył wbitą w ziemię maczetę.

- Pomóżcie mi! - zawołał.

- Nie możemy - odkrzyknął Shiney. - Musisz radzić sobie sam.

- Dobra, kupię wam trochę cza... znaczy, co?!

Toa Powietrza obalił ostatniego z rywali, podobnie jak Toa Wody. Wytłumaczył jej wszystko, gdy ich towarzysz zmagał się z samą alfą.

- To próba. Ogary w ten sposób przyjmują każdego do swojego stada.

- Na czym ona dokładnie polega? To nie jest bezsensowne starcie, nie?

- Nie - przyznał. - Dla ogarów jesteś potencjalną ofiarą. Musisz pokazać im, że jesteś godny, potrafisz walczyć i jednocześnie czujesz wobec nich respekt. Jeśli przegrasz, to cóż, zjedzą cię. Jeśli natomiast będziesz starał się je zabić lub używać niedozwolonych sztuczek, to... też cię zjedzą.

Kami skinęła głową. Było w tym trochę sensu - zwłaszcza wtedy, gdy zgromadzone przy niej zwierzęta przestały atakować i obserwowały walkę przywódczyni. Najwyraźniej uznały ich za godnych, a Nenreh miał problem z udowodnieniem swojej wartości.

W normalnych okolicznościach widok rozszarpywanego Zakazianina nie zrobiłby na Kami wrażenia, a może nawet ją ucieszył. Teraz wiedziała jednak, że bardziej może im się przydać żywy. Cicho modliła się do Wielkiego Ducha, który być może tym razem ją łaskawie wysłucha i dopilnuje, aby Skakdi wyszedł cało z walki.

Noga Nenreha była już o jedno kłapnięcie od paszczy samicy alfa. Zakazianin sapał i wołał sojuszników, choć żadna z tych rzeczy nie pomogła mu wyrwać się z uścisku ogona.

Wyrwać się.

- No jasne! - krzyknął.

Zaczął klepać dłońmi po piachu, starając się wyszukać zasypany fragment budowli. Chwycił się za kawałek jakiegoś gzymsu. Zacisnął usta i pociągnął za niego mocno.

Samica zawarczała. Zaparła się pazurami o ziemię i siłowała się z dużo większym od niej mężczyzną. Wszystko wskazywało na to, że Nenreh wyrwie się z jej uścisku, aż nagle... gzyms się urwał.

- Szlag - warknął, a następnie zaczął sunąć na spotkanie z siekaczami stworzenia.

Ostatkiem sił odwinął swą rękę i cisnął kamieniem prosto w pysk samicy. Uderzenie odrzuciło przywódczynię watahy daleko od niego i pozostawiło pulsującego guza na jej głowie. Skakdi natomiast wstał z ziemi i otrzepał się.

- Ha! Udało się! - Rozpostarł ręce. Nagle jednak zauważył ogary, które powoli zaczęły zbliżać się w jego stronę. Z ich paszczy ciekły strugi śliny. - Ej, spokojnie…

- No pięknie - skomentował Shiney.

Ogary już miały skoczyć na nieznajomego i zagryźć go, gdy ich przywódczyni zawyła. Cofnęły się o krok.

Nenreh miał sporo szczęścia. Samica najwyraźniej uznała, że użycie elementu otoczenia w walce było uczciwym zagraniem. Gdyby jednak Skakdi pomylił się i trafił wykonanym z piaskowca gzymsem w oko bestii, jej reakcja pewnie byłaby inna.

- Wyciągnij dłoń - zawołał Toa Powietrza, składając ręce w tunel.

Nenreh wykonał te polecenie niechętnie. Domyślał się, jaki będzie tego skutek i miał rację - po chwili ogar szarpnął swoim pazurem po nadgarstku oponenta, zostawiając na pamiątkę dość brzydką bliznę.

- Inicjacja - burknął pod nosem mężczyzna.

Samica majestatycznym krokiem podeszła do dwójki Toa. Chlasnęła Shineya pazurem, a następnie udała się do Kami. Wojownicza poczuła, że z trudem przełyka ślinę.

Dla jej nadwyrężonych nadgarstków cięcie było istną katorgą. Zacisnęła zęby i powstrzymała swoje oczy od wodospadu łez, gdy pazur przeszył jej pancerz i wgłębił się w skórę, odsłaniając odrobinę srebrzystej kości. Z rany trysnęły iskry i pociekła karmazynowa strużka krwi.

Gdy pokonała Layrena na moment sytuacja z jej nadgarstkami się poprawiła. Potem było gorzej. Teraz natomiast Toa Wody wiedziała, że znacząco oddaliła się od przywrócenia jej pełnej sprawności.

- Masz, weź - Shiney natychmiast ściągnął kaptur ze swojej głowy i obwinął go wokół szramy. Płócienny materiał zabarwił się na czerwono.

Kami mrugnęła do niego ze wdzięcznością.

- Co będzie teraz?

- Teraz - Toa zerknął na stojące przed nim zwierzę - one nam pomogą.

Zbliżył się do samicy i wskoczył na nią, wciskając się w przestrzeń między kolcami. Nenreh uczynił podobnie, nie kryjąc na twarzy swojego podekscytowania. Kami otrzymała wierzchowca, który zaatakował ją jako pierwszy.

- Wybacz mi za tamto - poklepała go po głowie. Gwiazda bardzo to lubiła, więc pomyślała, że może jemu - a raczej jej - też się spodoba. Stworzenie nie odpowiedziało jednak w żaden sposób, a jego ogon nawet nie drgnął.

Toa Wody westchnęła. Patrzyła, jak Shiney ostrożnie mówi coś do przywódczyni stada, a ta następnie powoli kieruje się we wskazaną przez niego stronę. Dobrze się spisał. Przyczynił się do zdobycia im rumaków i obwinął rękę Kami, gdy tej zrobiło się czarno przed oczami. Pomyślała sobie, że pomimo izolacji na Cressie, zachował on cechy charakterystyczne dla obrońcy Matoran: bezinteresowną pomoc i zaangażowanie. Ceniła go za to.

Podczas jazdy na grzbiecie ogara szybko doszła również do innego wniosku. Zrozumiała bowiem, że trasa, która pierwotnie miała im zająć cztery dni, teraz skróciła się do jednej doby.


- O cholera - skomentował Nenreh.

Po wyczerpującym dniu jazdy na ogarach dotarli do pierwszego z punktów swojej wyprawy. Trudno było im ocenić, czy znajdowali się obecnie nad bezdenną przepaścią, czy może oglądali teraz jakiś kanion - wieczorne niebo i rozprowadzany przez niego cień wszystko kamuflowały. Mogli być pewni tylko jednego - ziemia urywała się przed ich stopami i ponownie wyrastała jakieś ćwierć kio dalej.

Zakazianin nie ukrywał swojego lęku. Patrzył na przepaść. Uświadomił sobie, że upadek z takiej wysokości oznaczałby śmierć. Ponadto nie wiedział, jak mają dostać się do jaskini. Sytuacja nie napawała optymizmem.

- Wchodzę w to - zaskoczył wszystkich swoją reakcją. - Tylko muszę znać plan.

Shiney i Kami zeskoczyli z towarzyszących im wierzchowców, a ten pierwszy zabrał głos.

- Dostaniemy się do wnętrza przepaści naszą bronią. Wbijemy ją w skałę i zjedziemy, licząc na to, że natrafimy na jakąś półkę skalną. Upewnijcie się tylko, że ostrza nie są tępe.

Skakdi w odpowiedzi wyciągnął swoją maczetę. Z całego uzbrojenia pozostała mu już tylko ona. Patrzył z lekkim uśmiechem na kraniec jej ostrza. Jego radość spełzła jednak z twarzy, gdy Toa Powietrza przeciął Aksjomatem tańczące wokół nich cienie, odbijając o platynową klingę ostatnie promienie zachodzącego za ich plecami słońca i słaby blask księżyca. Miecz robił ogromne wrażenie.

- Kami. Złapiesz się mnie. Nie chcę, abyś nadwyrężała swoje nadgarstki.

Kobieta zamierzała się spierać, ale wiedziała, że będzie to daremne. Jej bandaż z tkaniny dopiero co przestał nasiąkać krwią. Skinęła Shineyowi potwierdzająco głową.

Toa w zielonej zbroi odwrócił się jeszcze do swoich towarzyszy. Samica alfa łypnęła okiem, jakby zezwalając im na tę akcję. Następnie położyła się na ziemi, a pozostałe ogary uczyniły podobnie. Podróż z nimi przebiegła szybko i sprawnie. Mężczyzna trzymał kciuki za to, aby mieli okazję jeszcze się na nich kiedyś przejechać.

- Ruszamy - oznajmił.

Kami splotła dłonie i ostrożnie oparła je o bark ich przewodnika. Nogę obwinęła wokół jego kończyny. Patrzyła, jak ten wbija w twardą skałę Aksjomat, a zaraz potem Nenreh czyni to samo. Zaczęli zjeżdżać w dół.

Po kilkunastu sekundach ich stopy zatrzymały się na czymś niezbyt stabilnym. Dotarli na półkę skalną. Zaczęli następnie w półmroku macać pobliską ścianę przepaści, szukając jakiegokolwiek zagłębienia.

- Tu! - zawołała Kami, gdy znalazła coś wartego uwagi. Mężczyźni do niej podeszli, jednocześnie czując, jak półka drży pod ich stopami.

Znaleźli się w wąskim przejściu do jaskini Qhiry. Szli gęsiego, musząc poruszać się jak raki. Toa Wody cały czas unikała ostrych kawałków skały, które mijały jej przed oczyma. Skapywały z nich wilgotne krople. W ciasnym korytarzu panował również bezdech i gorąca aura, spotęgowana wyziewami z aparatury Nenreha, które wiały prosto na Kami. Mimo to udało im się pokonać tę trasę.

U jej końca znaleźli się w jaskini Qhiry, przypominającej naturalnie wyżłobioną komnatę. Po jej bokach znajdowały się stalaktyty i stalagmity, które łączyły się ze sobą i tworzyły czarne filary. Nie brakowało tu oczywiście mnóstwa mniejszych i większych kamieni. Najciekawsze w tym wszystkim było jednak niewielkie jeziorko, znajdujące się w samym sercu jaskini. Jego nieruchoma tafla przypominała lustro.

- Kami, dasz trochę światła? - spytał Shiney. Zaraz potem jaskinię zalał biały blask, emitowany przez Ruru. - Dzięki. Szukamy fragmentu berła. To może być któreś z trzech ostrzy, jego drzewce lub rdzeń z purynium.

Wszyscy przystąpili do poszukiwań. Trwało to przez ponad kwadrans. Sprawdzili każdy zakamarek, przesunęli nawet najcięższy z kamieni, błąkali wzrokiem po suficie, ale na nic.

- Nic tu nie ma - stwierdził Nenreh.

- Jest jeszcze jedno miejsce, którego nie sprawdziliśmy - zauważyła Kami. Odwróciła się w stronę jeziorka.

- Sądzisz, że ukryli to tam?

- Nie przekonamy się, jeśli nie sprawdzimy.

Toa rzuciła na ziemię niepotrzebny sprzęt i rozruszała ramiona. Stojący za nią mężczyźni uczynili podobnie. Wskoczyli do wody.

Toń była prawie czarna. Ponadto poruszali się w jej odmętach wyjątkowo powolnie, jakby pływali w jakiejś mazi. Kami od razu przyszło na myśl skojarzenie ze smołą i choć jej nie sprawiało problemów poruszanie się w mętnej wodzie, jej kompani mieli problemy.

Zaczęli poszukiwania. Niczego jednak nie znaleźli. Shiney musiał wypłynąć na powierzchnię, aby zaczerpnąć powietrza. Nenreh niespodziewanie dostrzegł coś, co mogło przyciągnąć uwagę wojowniczki. Złapał ją za ramię i sprowadził do siebie.

W kamiennym dnie znajdowała się ciasna szczelina. Zakazianin był zbyt rosły, aby się w niej przecisnąć, ale Kami mogła się zmieścić. Skinęła mu głową, wypuściła kilka bąbelków z ust i odsunęła się na odpowiednią odległość. Zaraz potem jak strzała przeleciała na drugą stronę.

Dostrzegła jakiś kij i podpłynęła do niego. Szybko zrozumiała, że w podłoże wbity jest drzewce od berła. Stanęła na kamiennym dnie i chwyciła oburącz za znalezisko. Pociągnęła mocno, ale zamiast wyciągnąć element berła, otworzyła jedynie ranę na swoim nadgarstku. Smuga krwi uniosła się do góry.

No, dalej, pomyślała. Nie dała za wygraną i jej wysiłki opłaciły się.

Przy następnym pociągnięciu wyrwała drzewce z dna jeziorka. Zrobiła to z taką siłą, że potknęła się o wystający z ziemi głaz i poleciała plecami na pobliską ścianę. Przyćmiło ją.

Ocknęła się nagle, jakby ktoś próbował przywrócić ją do życia. Wstała.

Wokół niej nie znajdowała się już woda. Pozostałością po niej było jedynie biegnące w bliżej nieokreślonym kierunku bajorko, w którym stąpała po kostki. Ściany były białe. Pomyślała, że śni, choć wszystko to zdawało się zbyt rzeczywiste.

Nieopodal dostrzegła jakąś postać. Podeszła do niej powoli, wywołując drgania na powierzchni wody. Przyjrzała się dokładnie kobiecie, ubranej w niebiesko-różową zbroję. Wyglądem przypominała nawet Ceyę, choć jej ciało zdawało się bardziej... organiczne?

- Qhira? - domyśliła się przed kim stoi.

- Zgadza się - odparła kobieta łagodnym tonem. Zaszczyciła ją spojrzeniem alabastrowych oczu. - Sięgnęłaś po moc berła, gratuluję. Będziesz poddana próbom, droga Toa.

- Jakim próbom?

- Takim, które przeszli nieliczni - odparła. Za jej plecami pojawiły się białe cienie, jakby zmory. W jednym z nich Kami rozpoznała Savaryxa, ale drugiego nie umiała zidentyfikować. Był rosłym wojownikiem, tylko tyle potrafiła stwierdzić.

- Co mam zrobić? - spytała.

Qhira uśmiechnęła się z życzliwością godną jakiegoś Turaga. Zaraz potem w jej oczach pojawił się dziwny blask.

- Przetrwać.

Toa Wody mrugnęła, a kobieta zniknęła z pola jej wzroku. Pojawił się ktoś inny. Na jej widok sanitariuszka naprawdę zaczynała myśleć, że śni.

- Ceya! - krzyknęła.

Podbiegła do niej, chlapiąc na boki wodą. Gdy tylko dotarła do odzianej w złoto-błękitny pancerz Toa Wody, wbiła się w jej nogę i mocno przytuliła. Zdziwiła się, że nie sięgnęła jej nawet do szyi. Dopiero po chwili zrozumiała, że znowu jest Ga-matoranką.

Niewinną i słabą Ga-matoranką.

- Co... co się dzieje? - spytała, próbując zdusić w sobie łzy szczęścia.

- Wróciłam, ale tylko na chwilę - Toa kucnęła przy przyjaciółce. Dopiero wtedy odsłoniła śmiertelną ranę w okolicy swoich żeber.

- Czemu tylko na chwilę? Chcę ci tyle powiedzieć - rzekła. Mogłaby opowiadać godzinami o tym, jak została Toa i obronili Krias oraz o tym, co działo się na Cressie.

- Nie mamy wiele czasu. Kami, chcę ci powiedzieć, że...

Nie dokończyła. Podniosła się na wyprostowane nogi i wytrzeszczyła oczy.

Woda, w której przez cały czas brodziły, teraz zanikała. Zwijała się jak dywan, usuwając się przed jakąś zieloną energią. Przypominała trochę dym. Nie, śmiertelną truciznę.

- Schowaj się! - nakazała Ceya i zanim Kami zdołała zareagować, wojowniczka przerzuciła ją za siebie i objęła, tworząc ze swoich pleców żywą tarczę.

Ga-matoranka zamarła. Zauważyła, jak zielona aura zbliża się do ich nóg, a następnie osiada na plecach przyjaciółki. Toksyna wpadała do wyrwy w tej torsie, którą niegdyś pozostawiło śmiertelne cięcie.

- Ceya, co ty robisz? - spytała Kami. Szamotała się, ale nic to nie dawało.

- Ratuję cię - Przycisnęła ją mocniej do swojej piersi. Sanitariuszka usłyszała po chwili syk z ust kobiety, gdy dziwna energia wtargnęła do jej ciała. Pewnie cierpiała, choć jej łagodny głos tego nie zdradzał. - Posłuchaj mnie uważnie: przestań żyć przeszłością.

- Ale...

Urwała w pół zdania. Spojrzała na otworzone usta Ceyi i jej wytrzeszczone oczy. Wyrwała się z jej sztywnego uścisku i patrzyła, jak jej towarzyszka zastyga w bezruchu niczym rzeźba i pada, rozbryzgując resztę wody na boki. Matoranka skryła szloch za swoimi rękami.

Ceya umarła. Ponownie.

Kami najchętniej czuwałaby teraz przy ciele towarzyszki, chcąc się wyżalić, zwierzyć się i opowiedzieć o wszystkim. Wydarzenia działy się jednak potwornie szybko. Wszędzie widziała biel, przez którą traciła orientację w terenie, błękit wody i zieleń mgły, która obrała sobie następną ofiarę. Na jej widok sanitariuszka zaczęła uciekać.

Zrobiła kilka kroków, ale energia ją pochwyciła. Uformowała się w zielone ręce, które zacisnęły się na nadgarstkach i kostkach Matoranki. Tamta padła na ziemię. Starała się opierać. Wierzgała na boki, próbowała wstać i odgarnąć mgłę, ale niczym to nie poskutkowało.

Chciała się poddać. Po tym, jak tylko ujrzała swoją mentorkę było to najlepszym rozwiązaniem. Wolała odejść, niż walczyć. Wiedziała jednak, że gdzieś tam wciąż na nią patrzy duch Toa Psioniki - duch, który kręci głową, gdy Kami pada na ziemię. Ceya nie byłaby z tego zadowolona.

Na myśl o tym Ga-matoranka znalazła w sobie siłę. Podparła się na pięściach i wstała. Ruszyła przed siebie. Okowy zielonej mocy nie puszczały i snuły się za nią jak ogon. Kobieta parła jednak naprzód.

Obowiązek. Nie mogę go zrzucić ze swoich barków, nawet poprzez śmierć, pomyślała. Gdzieś tam, daleko od niej, wciąż byli Matoranie. Poprzysięgła sobie, że do nich wróci i zamierzała dotrzymać słowa. Chciała być dla nich oparciem, tak jak niegdyś jej przyjaciółka.

Udało jej się. Przeszła wiele bio. Gdy chciała iść dalej, białe światło przybrało na sile i oślepiło kobietę. Zasłoniła się ręką.

Po chwili wszystko wróciło do normalności.

Unosiła się w gęstej wodzie, a z jej nadgarstka i tyłu głowy uciekały stróżki krwi. To jednak nie było w tym momencie istotne. Musiała się wydostać.

Odbiła się od morskiego dna i niczym torpeda wpadła do wyższej części jeziorka. Ujrzała Nenreha, który pomógł jej dopłynąć na brzeg.

Padła na ziemi. Ciężko oddychała, jej oczy latały we wszystkie strony i wyglądała tak, jakby nie wiedziała co się dzieje. Toa Powietrza i Skakdi klęknęli przy niej.

- Kami, słyszysz mnie? - spytał Shiney. Potrząsnął ją za ramię, co przyniosło efekt. Spojrzała na mężczyznę.

- T-tak. Co się s-stało?

- Kilka minut byłaś pod powierzchnią. Jesteś Toa Wody, ale trochę się o ciebie martwiliśmy i najwyraźniej słusznie.

- N-nawet gdybym wam powiedziała, nie-e-e uwierzylibyście - rzekła, uśmiechając się lekko. Wzięła głęboki oddech, a potem zakasłała, wypluwając wodę z płuc. - Gdzie drzewce?

- Cały czas trzymasz go w ręce, moja droga - mruknął pod nosem Zakazianin.

Kami uniosła drżącą głowę i swoje ramię. Kąciki jej ust raz jeszcze uniosły się do góry. Nenreh nie mylił się.

Rozdział IV[]

Noc dla Athalie była trudna. Dziwnie się czuła, leżąc na wygodnym łóżku i będąc bezpieczną, jednocześnie śniąc o tragedii, która tak niedawno miała miejsce. Nie pamiętała jednak wiele z tych koszmarów. Pierwszym, co zrobiła, była próba zapomnienia o nich.

Rankiem przejrzała się w lustrze i odziała w szatę, przyjemnie gładzącą jej lekką, czarną jak dno studni zbroję. Dostała posiłek do przyswojenia energii i razem z Lurkiem wjechała platformową windą na górę. Stała teraz u jego boku na balkonie, opierając dłonie o metalową barierkę.

- Wielu z tych, których udało nam się uratować, spało jak zabitych. Ty zaś wyglądasz tak, jakbyś nawet nie zmrużyła oczu - stwierdził rosły Cressanin, który miał się nią zajmować przez najbliższe dni.

- Bo po części tak było. Dręczyły mnie koszmary, a teraz... - urwała. Nie kontynuowała.

Zaczęła skakać wzrokiem po enklawie. W jednym momencie widziała jakiegoś rzemieślnika, który stał pod swoim warsztatem i z przyjemnością wręczał klientowi zamówiony towar. Gdzieś indziej widziała dwie, ćwiczące ze sobą kobiety - gdy jedna z nich obaliła rywalkę, zaśmiała się i rzuciła się w objęcia partnerki. Wreszcie dostrzegła również Kella, który stał pośród zgromadzonego tłumu i z każdym z mieszkańców zamienił kilka słow. Dla Athalie to wszystko było nie do pomyślenia. W klanie Archeaxa rzadko kiedy ktoś odnosił się do drugiego mieszkańca z szacunkiem i serdecznością, tutaj była to norma.

- A teraz... muszę patrzeć na to wszystko. Trochę to dziwne. Najpierw doświadczyłam walki z Namiestnikiem, a teraz widzę tych wszystkich mieszkańców, którzy się uśmiechają i śmieją. Zawsze tak robią?

Lurk pokiwał głową.

Vidar pewnie też chciałby, aby Cressanka się uśmiechała i śmiała. Robiłaby to, gdyby został z nią.

- Czyli... Kell to wasz władca?

- Najlepszy i jedyny władca, oprócz Rady - napomknął Lurk.

- Rady?

- Kell być może osobiście ci pokaże miejsce jej obrad. Ma to w zwyczaju, że lubi oprowadzać nowych po enklawie.

Athalie kiwnęła głową w zadumie.

- A czemu najlepszy?

- Wszystko to zbudował sam - tłumaczył mężczyzna w białym rynsztunku. - Jego klan był najdalej wysunięty od ataku sług. Szybko zrobił z niego azyl dla wszystkich władców i mieszkańców, którzy ugięli się armii Proroka. Pokazał nam, jak być dobrym wojownikiem, ale i Cressaninem. Uśmiechamy się i śmiejemy, bo on też tak robi.

I wtedy, jakby na potwierdzenie poprzednich słów, Kell uniósł głowę w stronę balkonów. Przeprosił zebranych i udał się w stronę pałacu. Athalie miała wrażenie, że się zaczerwieniła. Najwyraźniej zmierzał w jej stronę i chciał gdzieś zabrać.

- Oho, idzie - Lurk uśmiechnął się półgębkiem.

Cressanka obserwowała władcę cały czas, dopóki ten nie znalazł się na wyciągnięcie jej ręki. Wtedy spuściła wzrok, zaś przybysz oparł się plecami o metalicznie połyskującą balustradę.

- Pewnie już ci o mnie trochę nagadał, co? - spytał.

- Tak - odparła krótko, czując się nieswojo w jego obecności.

- Zatem chodź, pokażę ci trochę enklawy - wyciągnął do niej rękę. Athalie niepewnie wsunęła swoją dłoń między jego biceps a żebro. Następnie Kell ruszył przed siebie, zostawiając Lurka i gwardzistów samych.

Udali się do windy na samym środku dziedzińca. Wódz osobiście chwycił za kołowrotek.

- Boisz się - stwierdził, nie spuszczając wzroku z grubej liny.

- Czemu wasza wysokość tak sądzi?

- Możesz mi mówić po imieniu - zaśmiał się swoim ciepłym, nieco ochrypłym głosem. - Jestem Kell. Czemu natomiast twierdzę, że się mnie lękasz? Spójrz na swoją dłoń. Trzęsie się jak mała bomba.

Winda zjechała w dół.

- Cóż, król mnie nigdy nie brał pod rękę. To zaszczyt.

- Widzę, że ciebie raczej to krępuje - wyciągnął delikatnie jej ramię spod swojej ręki. - Po prostu boisz się mnie.

Athalie nie zamierzała się spierać, ani tego potwierdzać. Kell nie wyglądał na głupka, nazwałaby go raczej ciekawskim. Na pewno zauważył przy dobrym świetle rysy na jej twarzy i chciał dowiedzieć się, skąd u niej ten strach i rany. Czuła jednak, że może odmówić satysfakcjonującej go odpowiedzi.

- Nie odpowiadasz? Hah, to dobrze. Oznacza to, że z każdą sekundą zaczynasz czuć się coraz swobodniej.

- Możliwe. Gdzie wasza... znaczy, gdzie mnie zabierasz Kellu?

- Doskonale wiesz gdzie - mruknął, gdy minęli olbrzymią salę, którą zamieszkiwała służba. - Szukasz tematu do zabicia czasu. Jeśli chcesz, mogę przyjąć ten ciężar na siebie lub łaskawie się zamknąć.

- Proszę mówić. Zawsze to lepsze niż cisza - odparła.

- Myślałaś już o pracy w enklawie?

Athalie pomasowała się po karku.

- W sumie to nie wiem. Przez całe życie byłam służącą.

- To bardzo dobry zawód. Każdy tutaj powinien pracować i znam mnóstwo Cressan, którzy są służbą pałacową. Chętnie przyjmę cię w moje szeregi.

- Ja... dziękuję.

- Podziękujesz, jak już będziesz zatrudniona. Daj mi znać, gdy będziesz w stanie - odpowiedział Kell, patrząc na kobietę serdecznym wzrokiem. Ona zaś odparła skinięciem głowy. - Dobrze, to teraz pokażę ci, gdzie ja pracuję.

Winda zjechała na najniższy poziom wewnątrz góry. Athalie patrzyła, jak król schodzi z platformy i ciągnąc po marmurowej podłodze swoją pelerynę, rozpościera ręce. Zrozumiała, że znaleźli się w sali obrad Rady.

Pomieszczenie było dla Cressanki dziwne. Z jednej strony bordowe ściany, kamienie świetlne i panoramiczna szyba (taka, jak w wyższych piętrach) dawały temu miejscu wrażenie przyjaznej atmosfery. Z drugiej jednak widziała chłodne, ciągnące się wzdłuż fundamentów żelazne wsporniki i filary oraz ogromny stół w kształcie okręgu, drażniący oczy swoim metalicznym połyskiem. Sala łączyła w sobie typowe elementy dla enklawy i luksus, który niegdyś wręcz kipiał w pałacu Archeaxa.

- Tutaj siedzę ja - Władca poklepał oparcie fotela, który swoim wykończeniem królował nad resztą.

- A pozostałe?

- Należą do wodzów klanów, którzy stracili swoje ziemie na skutek ekspansji sług. Pomyślałem, że w ten sposób dam im namiastkę władzy, która wymknęła im się tak szybko z rąk.

- Zadbałeś o wszystko. To godne podziwu - rzekła Athalie, tym razem mówiąc zupełnie szczerze.

Kell już otwierał usta, aby kontynuować, ale wtedy ponownie uruchomiła się winda. Do wnętrza góry na platformie zjechali członkowie rady. Byli to w większości dojrzali mężczyźni ubrani w drogie szaty. Część z nich nie kamuflowała swoich blizn, a inni zakrywali je togami. Przez plecy Athalie przebiegła fala dreszczy niczym biegnące ku zwierzynie ogary. Uświadomiła sobie, że wśród nich mógłby zasiąść Archeax, gdyby tamtego dnia nie uciekł.

Z tuzina wodzów wystąpiła kobieta. Miała czarny pancerz i pod wieloma względami przypominała byłą służąca. Odznaczała się jednak swoim wzrostem i szatą, wykonaną z drogocennej tkaniny.

- Kellu, koniec wycieczki. Zaczynamy dzisiejsze posiedzenie.

- Naturalnie - uchylił się przed nią z gracją, a następnie pociągnął Athalie za ramię. Zdziwiła się nieco. Król, który kłania się przed jednym z poddanych? - Zostań tu - polecił, gdy wyprowadził ją na hol.

- A ty?

- Idę na zebranie. Powinniśmy wyrobić się w pół godziny.

Athalie przytaknęła głową. Odprowadziła wzrokiem władcę, a następnie usiadła na parapecie, wijącym się wzdłuż długiej szyby.

Popatrzyła przed siebie. Zauważyła, że niższe partie pałacu ciągnęły się we wnętrzu góry - korytarz, na który została wyprowadzona, prowadził do kilku par drzwi. Najpewniej były to komnaty. Cressanka nie miała odwagi, aby do nich zajrzeć.

Przez ponad pół godziny myślała o wielu rzeczach. Na moment ponownie wróciła do śmierci Vidara, czując się bezradną i słabą. Potem jednak zdusiła w sobie te wspomnienie. Myślała również o Kellu. Zrobił na niej dobre pierwsze wrażenie, zdawał się być wyjątkowo bystry i otwarty. Athalie wolała jednak nie ufać mu - już raz zawiodła się bowiem na władcy, który nawet nie kiwnął palcem, gdy była zaciągana do świątyni i okaleczana.

W końcu Rada zakończyła posiedzenie. Na początku z sali wyszedł Kell, który stanął u boku kobiety, a zaraz potem wysnuli się pozostali członkowie. Jako ostatnia miejsce obrad opuściła Cressanka, która wcześniej wyprosiła Athalie. Wyraźnie się spieszyła.

Nagle, z jej szaty wysunął się nóż. Brzdęk uderzającego o terakotę metalu usłyszeli jedynie władca i była służąca. Kell uniósł brew w ramach zdziwienia, natomiast przyjaciółka Vidara schyliła się i podniosła ostrze.

- Przepraszam, chyba pani coś zgubiła - zawołała.

Kobieta odwróciła się i spiorunowała Cressankę wzrokiem. Na widok trzymanego w jej ręku noża zdziwiła się i poklepała się po szacie. Jak gdyby nigdy nic uśmiechnęła się, skutecznie kamuflując swoje zakłopotanie.

- Oh, bardzo dziękuje - podeszła, wzięła ostrze i położyła dłoń na policzku znalazczyni. - Jak cię zwą?

- Athalie - mruknęła. Czuła nieprzyjemny chłód z ręki kobiety.

- Athalie, zapamiętam sobie to imię. Jeszcze raz: bardzo dziękuję.

Zaraz potem Cressanka odwróciła się na pięcie. Kell patrzył na jej plecy i gładził się dwoma palcami po podbródku, jakby coś go nurtowało.

Miał dziwne przeczucie, że Shayura coś kombinowała.

*

Ciemność całkowicie zapanowała nad Cressą. Przedzierał się przez nią jednak niewielki płomień, należący do ogniska, które ktoś rozpalił na bezkresnych rubieżach. Siedziało przy nim trzech wojowników i wataha, czuwająca nad ich bezpieczeństwem.

Kami ogrzewała swoje ręce. Nenreh szlifował maczetę o znaleziony gdzieś po drodze kamień. Shiney natomiast kręcił w dłoni drzewcem i jako pierwszy przerwał trwającą już od dawna ciszę.

- Jeszcze tylko dwa elementy berła. Ostrza i jego rdzeń, czyli kula z purynium - rzekł.

Towarzysze pokiwali głowami.

- Powinniśmy znaleźć się jeszcze jutro na szczycie góry, gdzie ukryto następny element artefaktu - dodał, zerkając na watahę. Samica alfa lekko spuściła pysk. Dała do zrozumienia, że ogary pomogą im w dotarciu na miejsce.

- A potem znajdziemy ostatni element, uruchomimy przejście do naszego świata i cyk, jesteśmy w domu - podsumował Nenreh. Toa Powietrza zerknął na niego posępnym wzrokiem.

- I znowu będziemy wrogami.

- Możliwe, że nie. Nie zamierzam już starać się o zdobycie Qarthar.

- Raz ci wystarczy, co?

Kami zerknęła na Shineya. Jego nieufność do Nenreha była uzasadniona. Sama wiedziała o tym, że Zakazianin w każdej chwili może spróbować wbić im nóż w plecy. Zastanawiała się jednak, czy po wspólnej wędrówce i współpracy, nadal będzie w stanie to uczynić.

Nad moralnością mężczyzny myślał także ich przewodnik. Shiney z nudów wrzucił do ogniska odrobinę pyłu i patrzył w skupieniu, jak ten przemienia się w iskry. Następnie zadał Nenrehowi ważne pytanie:

- Czy ty przez ten cały czas miałeś jakieś wątpliwości? Wiedziałeś, co czynisz mojej wyspie?

- Nie - przyznał poważnym tonem Skakdi. - Ale... trochę zmądrzałem, a w każdym razie na tyle, aby dostrzec swoje błędy.

- Trochę późno ci to przyszło - Kami pozwoliła sobie na komentarz.

- Możecie zejść ze mnie? - warknął. - Nie wiecie jak to jest. Życie łowcy niewolników też nie jest łatwe. Posiadanie azylu to zaszczyt i rzadko spotykany przywilej dla Zakazianina-bandyty.

Shiney pokiwał głową. Podczas przejścia z portalu utracił pewne zasoby swojej pamięci, ale wierzył w to, że teraz Qarthar wygląda lepiej niż za „rządów” Nenreha. Zawsze, gdy myślał o lepszej przyszłości swojej wyspy i ludu, przypominała mu się Heri. Tak było i tym razem.

Wyciągnął z dużej, płóciennej torby kawałek osuszonej kory. Znajdowała się na niej czyjaś podobizna - trochę pokraczna, ale oddającą istotę postaci, którą przedstawiała.

- Kto to? - spytał Skakdi.

- Heri. Moja przyjaciółka. Bliska przyjaciółka. Zostawiłem ją na Qarthar.

- I chcesz do niej wrócić - dopowiedziała Kami, jakby czytając w myślach Toa Powietrza, który pokiwał głową.

- Oczywiście, że chcę. Ona jest dla mnie wszystkim. Gdy myślę, że nie dam rady, wyciągam sobie to - pokazał na oświetlaną pomarańczowym światłem korę. - Trzeba mieć do kogo wracać i zawsze jest ktoś, kto cię potrzebuje.

Toa Wody zastanawiała się nad słowami Shineya. Czy ona miała dla kogo wracać? Ceya nie żyła, Maveris też. Stan Layrena pozostawał dla niej zagadką. Straciła wiele z bliskich sobie osób.

Wyrwała się ze swoich krótkich przemyśleń i powiodła wzrokiem po prowizorycznym obozie. Ogary legły na ziemi, a Nenreh zaczynał się kłaść. Shiney nadal siedział w praktycznym bezruchu, manipulując czarnym drzewcem przy pomocy palców i gapiąc się na tańczące przed nim płomienie.

- Nie wiem jak wy, ale ja muszę odsapnąć - oznajmił Zakazianin. Położył się na boku i przymknął oczy. Kobieta przeniosła wzrok na przewodnika.

- Myślisz Shiney, że ma się...

Przerwało jej głośne chrapnięcie Nenreha.

-... że ma się do kogoś wracać? Zawsze?

Przewodnik zamierzał odpowiedzieć, ale ponownie odezwał się Skakdi i jego system podtrzymywania oddychania. Obaj Toa zaśmiali się, a kobieta pacnęła się ręką po Kanohi. Jakim cudem on tak szybko zasnął?

- Nie wiem, Kami. Czasem może nam się wydawać, że nie ma się do kogo wracać. Sądzę jednak, że nawet, gdy straci się dawnych przyjaciół, zawsze można zdobyć następnych - odparł Shiney, przywracając poważny tembr swojemu głosowi.

Kobieta pokiwała głową, jeszcze chwilę zastanawiając się nad sensem jego słów. Potem wstała i poprawiła kawałek materiału, obwinięty starannie wokół rannego nadgarstka. Następnie poszła do ogarów.

Zamierzała się im przyjrzeć i może pogłaskać, jeśli im pozwolą. Minęła samicę alfa, która leżała w majestatycznej pozycji i stanęła przy rumaku, będącym partnerem jej dzisiejszej podróży. Wiedziała, że to dzikie zwierzę i nie powinna go dotykać, ale chciała przejechać dłonią po jego grzbiecie i poczuć odrobinę bliskości.

Nie zdążyła.

Strzały. Ogniste serpentyny przecinające nocne niebo. Warczenie. Ogary, wstające z ziemi i kłapiące szczękami w stronę najeźdźców. Krzyk. Odgłos Shineya na widok zbliżających się strzał.

- Padnij! - Toa Powietrza pchnął kompankę na ziemię. Jej krtań cudem uniknęła płonącego grotu, który śmignął gdzieś dalej. Kami powiodła wzrokiem, starając się wypatrzeć jak najwięcej szczegółów w ciemnościach.

Okrążyły ich jakieś rydwany, do których ktoś zaprzągł ogary. Na pojazdach stali Cressanie. Ich pancerze (a może tylko malunki) przybierały odcienie pomarańczy i głębokiej czerni, przecinanej białymi pasami i wzorami. Napastników zdradzały oczy, patrzące na podróżników.

Uwagę Kami zwróciła zwłaszcza pewna kobieta. Była większa od pozostałych, a jej rydwan, choć zanieczyszczony i trzęsący się na wyboistych kamieniach, miał proste zdobienia. Zerkała na drzewce, który Shiney odruchowo mocniej zacisnął w dłoni.

- To Padlinożercy - oznajmił. - Miejcie się na baczności.

Zaraz potem napastnicy ponowili atak. Zesłali kolejny grad strzał - kilka ogarów zostało rannych, jeden grot odbił się od pancerza Toa Powietrza. Chwilę później część padlinożerców zeskoczyła ze swoich rydwanów. Rzucili się do otwartej walki.

Kami zmierzyła się z kobietą, która nosiła dwa zakrzywione sztylety. Zderzyła z sobą ostrza, niosąc po okolicy nieprzyjemny pisk. Zawinęła jednym, ale Toa w porę uskoczyła do tyłu. Spróbowała ponownie, lecz rywalka zbiła jej broń Sercem Tajfunu. Zdenerwowała się.

Kobieta pchnęła Kami na ziemię. Jej pięść miała zmiażdżyć czaszkę wojowniczki, ale trafiła tylko w twarde podłoże, tworząc na nim siatkę pęknięć. Toa ukarała napastniczkę sierpowym w szczękę. Wskoczyła na nią, gdy tylko tamta przeturlała się od siły uderzenia.

Kami próbowała poddusić kobietę trójzębem. Ta stawiała jednak opór. Zacisnęła palce na Sercu Tajfunu, mocując się z oponentką. Poczuła, że jakieś metalowe więzadło w okolicach jej obolałego nadgarstka zaczyna się niepokojąco rozciągać.

Padlinożerna nie dawała za wygraną. Nie pozwoliła zmiażdżyć sobie klatki piersiowej. Na domiar złego powietrze przeciął kolejny świst, a strzała wylądowała tuż przy głowie Kami. Gdyby nie lekki wiatr, już miałaby dziurę w głowie. Uświadomiła sobie, że jeśli czegoś nie zrobi, stanie się łatwym celem dla łuczników.

W końcu nie wytrzymała. Przeciwniczka odepchnęła ją, kierując prosto w stronę przepaści. Toa Wody zatrzymała się przed krawędzią w ostatniej chwili. Kilka kamyczków spadło w bezdenną otchłań.

Rywalka podniosła sztylety i raz jeszcze zderzyła je ze sobą. Ten gest zirytował Kami na tyle, że nie dała napastniczce żadnych szans.

Padlinożerna wyskoczyła do góry i zamachnęła się, próbując trafić rywalkę w szyję. Ona jednak chwyciła ją za rękę w locie, sprowadziła do parteru i posłała wiązkę wody w stronę rywalki. Toa Wody nie skryła uśmiechu, gdy zobaczyła mokrą głowę kobiety. Rozwścieczona rywalka zaatakowała ponownie - znowu wyskoczyła, tym razem krzyżując ostrza. Kami przyjęła cios.

Zauważyła, że noga przeciwniczki nieznacznie się porusza. Chce ją niepostrzeżenie kopnąć.

- Twoje niedoczekanie - rzekła do kobiety. Ta jednak nie słuchała, a nawet jeśli, to zrobiła to za późno.

Puściła nogę do przodu, a Kami szybko zeszła jej z drogi. Kończyna Padlinożernej zawisła nad przepaścią, przeważając nad całym ciałem. Chwilę potem spadła, uderzając o jedną z wyrastających w kanionie bez końca półek skalnych. Odgłos chrupnięcia jej kręgosłupa był dla Toa Wody znacznie przyjemniejszy niż brzdęk metalu. Widok lśniącej się w ciemności czerwonej krwi utwierdził ją zaś w przekonaniu, że już po niej.

- Oby z resztą poszło równie łatwo - bąknęła.

Na ziemi leżało już kilka zwłok - głównie ogary, choć znaleźli się czterej Padlinożerni (lub jak kto woli - sępy). Shiney walczył nadal, trzymając w ręku drzewiec i osłaniając się ciałem poległego mężczyzny, gdy poleciała w niego salwa płonących strzał. Ogary, które wciąż były na nogach, gryzły napastników i starały się gonić ich rywali. Nenreh obecnie pojedynkował się z jakimś chuderlawym Cressaninem.

- Jak wygląda sytuacja? - spytała Toa Powietrza.

- Chcesz usłyszeć optymistyczną odpowiedź, czy szczerą?

- Optymistyczną.

- Słabo.

To jaka musiała być ta szczera? - pomyślała. Pewnie fatalnie.

Kami włączyła się do walki. Obserwowała samicę alfa, która wskakuje na jednego z Cressan i zrzuca go z rydwanu. Sama natomiast oślepiała ich blaskiem swojej Ruru. Jednocześnie cały czas migały przed nią oczy wodza Padlinożernych. Cressanka spoglądała na nią swoimi chłodnymi i niepokojącymi ślepiami.

- Oho, szykują się kolejni - Shiney dobił jednego z rywali Aksjomatem i pokazał na wojowników, przygotowujących łuki i proce do strzału. - Mam pewien głupi pomysł.

- Ja nie mam żadnego - odparła. - Musi wystarczyć.

- Dobra. Stój w miejscu. Niech spróbują cię postrzelić.

- Jasne, już... zaraz, co?

Nie otrzymała odpowiedzi. Toa Powietrza przeszedł do realizacji planu.

Strzały uniosły się do góry, zawisając na niebie niczym świetliki. Zanim spadły, Shiney zapanował nad wiatrem. Skierował go ostro w lewo, a płonące strzały - jak pociąg na torach, któremu ktoś przekręcił zwrotnicę - gwałtownie skręciły. Groty wbiły się w jadących na rydwanie Padlinożerców, zrzucając ich na jałową glebę.

- Wskakuj! - zawołał, wskazując na pojazd. Kami nie trzeba było dwa razy powtarzać.

- Umiesz tym sterować?

- A znowu chcesz usłyszeć optymistyczną odpowiedź?

Tym razem Toa Wody zamilkła.

Z tej perspektywy sytuacja wyglądała nieco lepiej. Kolejni napastnicy topili się w kałużach własnej krwi. Nenreh dosłownie poszatkował na kawałki tamtego Cressanina. Wciąż jednak na polu walki pozostała kobieta, która dyrygowała tym całym chaosem.

- Musimy dorwać ich przywódczynię - przekrzyczała zgiełk, wskazując palcem na pojazd.

- Są tu jakieś łuki lub proce? - spytał, próbując zapanować nad rydwanem.

Kami kucnęła, ale nic nie znalazła.

- Szlag - warknął. - Dobra, mam jeszcze jeden pomysł. Równie głupi co poprzedni.

- Ostatni zadziałał. Dawaj.

Shiney w ramach odpowiedzi złapał mocniej za wodzę. Rumaki zawarczały, ale posłusznie pobiegły we wskazanym przez niego kierunku. Ruszyły prosto na rydwan kobiety.

Wojowniczka w czarno-pomarańczowej zbroi i białych malunkach dostrzegła zagrożenie. Wskazała smukłym palcem cel. Stojący na jej pojeździe łucznicy oddali kolejną porcję strzałów. Dwójka Toa skryła się przed nimi za grubą deską.

- Kami, musisz wyskoczyć - stwierdził mężczyzna, łapiąc się jedną ręką za głowę, gdy tylko groty wbiły się tuż obok. Emanujący z nich ogień rozprzestrzenił się po rydwanie.

- A co będzie z tobą?

- Zrealizuję swój plan. Nie chcę ciebie narażać, a bardziej przydasz mi się na ziemi. Złaź.

Toa Wody zmarszczyła powieki i rzuciła niepewne spojrzenie przewodnikowi. Kiwnęła głową. Wyskoczyła na ziemię, przetaczając się po niej.

Zauważyła, że jeden z napastników będzie sam próbował zatrzymać rydwan. Kami wybiła się z obu nóg i kopnięciem sprowadziła go na ziemię. Innych potraktowała strumieniem wody. Zerknęła na Shineya.

Zamarła. W jednej chwili zrozumiała, co zamierza zrobić.

Szybko przeniosła wzrok na kobietę. Wydawało się, że wytrzeszczyła lekko oczy ze strachu, choć wciąż pozostał w nich dziwny chłód. Jej rydwan, obciążony strzelcami i licznymi zdobieniami, nie był w stanie zejść z drogi przejętemu pojazdowi. Zepchnęła jednego z łuczników na ziemię i wyciągnęła nóż, próbując wściubić go między wzmocnienia i je zrzucić. Nic jednak to nie dało - nie potrafili umknąć Shineyowi. Zderzenie było nieuniknione.

Doszło do niego kilka sekund później. Jeden rydwan po prostu staranował swojego większego brata.

Kami ledwo umknęła kawałowi dechy, gdy ten wyleciał z rozpadającego się pojazdu i niczym wiatrak przejechał po ziemi, zostawiając po sobie długi ślad. Dostrzegła falujące płomienie, gdy ogień zaczął pożerać fragment rydwanu. Zauważyła również kilka ogarów - rumaków, które teraz leżały na suchym piachu bez cienia życia i pochłaniał ich żar.

Nagle, ze sterty desek wysunęła się pomarańczowa, osmolona ręka.

- Od...wró...t - wysapała kobieta.

Padlinożercy natychmiast wycofali się. Rozpierzchli się do rydwanów (zostały ich raptem dwa), po drodze wygrzebując kobietę. Była nieźle obita i posiadała wiele rys na pancerzu, lecz nadal żyła. Posłała wrogie spojrzenie Kami, a jej usta lekko zadrżały. Potem nakazała sępom odjechać.

Gdy było już po wszystkim, Toa Wody natychmiast pobiegła do szczątków desek, kół i nieszczęśników, którzy zginęli w płomieniach. Złapała się za głowę.

- Shiney! - zawołała. Jej dłonie wypluły wodny promień, gasząc błyskawicznie pożar. Przez kilka, wyjątkowo długich sekund nie otrzymała żadnej odpowiedzi.

- Tu jestem - wymamrotał nagle wojownik. Leżał prawie cztery bio dalej, przygnieciony drewnianym kołem, daleko od epicentrum ognia.

- Narobiłeś mi strachu - powiedziała, gdy tylko podbiegła do towarzysza. Zacisnęła zęby, zignorowała ból w nadgarstku i uwolniła go.

- Możliwe - Usiadł na ziemi. Syknął, gdy zbliżył palce do swojego brzucha. - Cholera. Chyba pękło mi żebro.

Dotknęła ostrożnie jego torsu.

- Trzy żebra - poprawiła, jednocześnie zauważając watahę i Nenreha. Wyczerpani walką podeszli do dwójki Toa.

- No nic. Taka jest cena za szaleństwo.

- Skąd wiedziałeś, że atak na ich przywódczynię zmusi tamtych do odwrotu? - spytał Skakdi.

- Stara jak świat zasada - tłumaczył. - Zburz filar, a rozsypie się cały dach. Bez dowódcy nie połapaliby się w skoordynowanym ataku.

Wojownicy pokiwali głowami. Jeszcze chwilę trwali w milczeniu, pomagając wstać Shineyowi i słuchając istnego akompaniamentu jego syknięć. Zaraz potem Kami zauważyła, że towarzyszące im ogary nagle odwracają głowy. Dostrzegły samicę alfa.

Była najeżona strzałami. Jej lśniąca skóra zdawała się w wielu miejscach przypalona. Prowadziła za sobą strugę krwi. Spuściła głowę nisko, cicho skomląc.

- Zburz filar, a rozsypie się cały dach - podsumował ze smutkiem Skakdi, gdy ogar padł na ziemię, a wataha popędziła do zdychającej na ich oczach przywódczyni.

Niestety, ale było już za późno.

*

- Idźcie - Namiestnik wydał krótki rozkaz towarzyszącej mu fali sług.

Znajdowali się obecnie w miejscu, które niegdyś było sercem cywilizacji Cressy - klanem Archeaxa. Zniszczone budynki wyglądały jak kompletne przeciwieństwo miasta sprzed kilku tygodni. Atak sług przyniósł druzgocące skutki. Wspaniały pałac był teraz kupą obalonych cegieł i strzelistych wież, kule purynium leżały rozlane na ulicach, a wszędzie unosiła się woń sadzy i rozkładającego się mięsa. Armia Proroka wybiła większość klanu, aby nasycić swojego pana.

Teraz Namiestnik zaś patrzył, jak pomioty tworu Wielkich Istot chylą się nisko ku ziemi i jak jeden żywy organizm ruszają przed siebie, aby odszukać kolejny element układanki - nasyconą kulę z purynium, rdzeń do berła. To z jego pomocą można otworzyć portal lub wręcz przeciwnie - sprawić, aby nikt więcej już tego nie zrobił. Na to właśnie liczył Namiestnik.

Oby Padlinożerni szybko wykonali swoje zadanie, pomyślał. Wystarczyło im zdobyć jeden fragment berła, aby nie dopuścić do tego, by ktokolwiek opuścił planetę.

Wojownik wyciągnął swój ogromny miecz. Wbił go w ziemię i położył na rękojeści masywne dłonie. Patrzył na poczynania sług.

Zachowywali się jak dobrzy tropiciele. Namiestnik nie wierzył, że kiedyś byli rozumną rasą - pewnie bardziej rozwiniętą niż Cressanie. Po ich śmierci Prorok nie wskrzesił ich - nie miał takich możliwości. Nie mógł przywrócić ich do dawnej formy. Potrafił jedynie ich zmienić. Przekształcić w wynaturzone marionetki, bardziej zbliżone swoją inteligencją do ogarów niż panów tej planety. To było na swój sposób smutne.

Lecz w działaniach Namiestnika nie było miejsca na takie emocje. Póki co zależało mu jedynie na realizacji zadania. Patrzył przez ponad kwadrans na bezowocne próby sług, słuchając tupotu ich nóg i krzyków, gdy rozdzierały drzwi do kolejnych domów w poszukiwaniu skrytki.

Gdy uznał, że nie przynosi to rezultatów, zarzucił na bark miecz i stawiając ciężkie kroki, ruszył za chmarą Proroka.

Rozdział V[]

Jeszcze wczoraj żyła. Najpierw chciała za wszelką cenę ich zabić, aby potem przyjąć do watahy. Majestatyczna, spokojna i budząca respekt samica alfa odeszła na ich oczach.

Wszyscy z wędrowców obserwowali tę scenę ze smutkiem. Ogary usiadły przy martwej liderce i trwały przy niej aż do rana, podobnie jak Toa i Skakdi, którzy stali jak wryci w ziemię. Gdy słońce wyjrzało zza linii horyzontu, a jeszcze słabo rozbudzone niebo przybrało kolor lawendy, oświetliło zwłoki samicy.

Wszyscy mieli wrażenie, że mogliby stać tu jeszcze kilka godzin, być może nawet i więcej. W końcu jednak Shiney chrząknął i zabrał głos.

- Powinniśmy ruszać.

- Daj nam jeszcze tylko kilka minut - poprosiła Kami. Po łagodnym mruknięciu Toa Powietrza zrozumiała, że zgodził się.

Ogary chyba wyczuły intencje mężczyzny. Wstały i ze spuszczonymi głowami podeszły do swojej przywódczyni. Zerknęły na nią posępnie, a następnie zawyły. Echo ich głosów rozniosło się po najbliższej okolicy i sprawiło, że po plecach Toa Wody przebiegły dreszcze. Nie spodziewała się jednak, co zrobią zaraz potem.

Chwyciły za kończyny samicę, pociągnęły ją do przepaści i... zrzuciły ją. Ciało zniknęło za ciemnym całunem i nawet nie było słyszeć po nim huku.

Przypominało to jakąś ceremonię, jakby pożegnanie zmarłej. Kami nie kryła szoku, gdy to ujrzała, lecz nie zrobiło to wrażenia na Shineyu. Ten widział już z oddali podobne sceny i rozumiał ich znaczenie - zwierzęta nie chciały, aby zwłoki członka ich stada zostały w jakikolwiek zhańbione. Wolały je zrzucić w przepaść niż patrzeć, jak w ciągu dnia zlatują się do ciała pojedyncze owady, ptactwo albo... Cressanie. Na pustkowiach nic się nie marnowało.

Ogary rzuciły jeszcze jedno spojrzenie prosto w przepaść. Potem odwróciły się i ze spuszczonymi ogonami ruszyły tam, skąd przybyły - do zakopanych ruin, gdzie miały legowisko.

- Zaraz. One nam nie pomogą? - spytał Nenreh.

- Nie. Zrobiły dla nas wystarczająco dużo - tłumaczył Shiney, obserwując zawód towarzyszy. - Na szczęście następny odcinek trasy nie jest tak długi. Teraz będziemy kierować się na szczyt jednego z najstarszych wzniesień na Cressie.

- Na co więc czekamy? Do roboty.

Skakdi ruszył przed siebie. Dopiero po chwili zorientował się, że nie zna kierunku, ale przewodnik szybko wyznaczył go gestem otwartej dłoni. Zwinął mapę w rulon i ruszył za Zakazianinem u boku drugiej Toa.

Przez długi czas trwała między nimi cisza, przerywana szumem wiatru. Wojownik nie spuszczał wzroku z towarzyszki i obserwował, jak ta bije się z myślami. Trudno było jej zapomnieć o śmierci samicy i odejściu ogarów. Shiney postanowił wyrwać ją z tego wspomnienia. Kiwnął palcem, a wiatr kompletnie ustał, podkreślając męczące milczenie. Wierzył, że zmusi to Kami do rozmowy.

Poskutkowało.

- Shiney, skąd masz tę mapę?

- Nie jest moja. Znalazłem ją w ruinach jednego z klanów. Pech chciał, że akurat wtedy nadziałem się również na sługi.

- I to stąd ta blizna?

Niechętnie pokiwał głową.

- Póki co ich nie spotkaliśmy, ale wierzę, że mogą stanowić dla nas zagrożenie - kontynuowała.

- I stanowią. Zwłaszcza Namiestnik. Prawa ręka Proroka.

- Jest taki jak on?

- On? - Uśmiechnął się, w sumie nie wiedząc czemu. - On jest zupełnie inny. Po prawdzie nikt nie wie kim jest.

- A ty jakie masz przypuszczenia? - zalewała go kolejnymi pytaniami. Toa Powietrza nie protestował jednak, gdyż w ten sposób odpędzał ją od wspomnienia spadającego w ciemność ogara.

- Nie wiem. Jestem tu zbyt krótko, aby mieć jakąś konkretną hipotezę. Może jest jakimś Cressaninem pochodzącym z klanu Archeaxa, który zdobył szacunek u Proroka? A może jest jego "tworem", po prostu żywą marionetką, tak jak sługi? Trudno powiedzieć.

Oczekiwał odpowiedzi, ale jej nie otrzymał. Zerknął na Kami.

Zatrzymała się, gdy mówił o Archeaxie. Domyślił się, że powiedział coś niewłaściwego, a zaraz potem patrzył, jak jej umysł próbuje ponownie przetrawić informacje o sługach. Wspomnienie Cressy raz jeszcze przejęło nad nią kontrolę. Toa Wody ponownie pogrążyła się w żalu.

Szlag, pomyślał Shiney. Nie taki miał plan. Powinien był domyślić się, że Kami ma za sobą ciężki bagaż emocjonalny. Gdyby był tym dawnym Toa z Qarthar, być może inaczej sformułowałby swoją wypowiedź - uniknął słów związanych z Archeaxem i sługami jak ognia, starając się rozmawiać jedynie o tym, co dla wojowniczki było przyjemne. Heri nauczyła go, aby patrzeć w umysły innych - gdy działał na wyspie, nauczył się to robić wręcz perfekcyjnie.

A teraz? Czuł, że zatracił się gdzieś. Życie na Cressie zmieniło jego charakter - stał się ostrożniejszy i mniej empatyczny. Jego przyjaciółka nie byłaby z tego zadowolona. W chwilach takie jak ta zastanawiał się, czy po powrocie - o ile w ogóle wróci - znów będzie tym dawnym Shineyem.

Jeszcze raz kiwnął palcem. Wiatr przybrał na sile. Zaraz potem między dwójką Toa ponownie pojawiła się kurtyna ciszy.

*

Następnego dnia Athalie rozpoczęła pracę.

Pragnęła zacząć nowe życie - zapomnieć o trudnej przeszłości i skupić się na nowych perspektywach, które otworzyła przed nią enklawa. Zajmowała się obecnie wycieraniem okna w jednym z budynków, które znajdowały się na samym szczycie góry. Czyściła je tak długo, że mogła przejrzeć się w szklanej tafli.

Wyglądała trochę inaczej. Ubrała się w szare szaty, które nosili mieszkańcy enklawy i zadbała o to, aby znaleźć sobie czarną farbę i przykryć nią ślady po bliznach, zdobiących jej całą twarz. Nawet po tych zmianach zachowała jednak dość smutną minę i niepewne oczy, które przez większość czasu miała spuszczone.

Nagle jednak podniosła wzrok. Coś usłyszała. Spokojny ranek w enklawie zmącił dźwięk kół, podskakujących na wyboistej drodze, gdy zbliżały się do zabudowań. Ktoś jechał do schronienia Cressan i oprócz hałasu, przygnał za sobą coś jeszcze - zapach świeżo zaschniętej krwi.

- Co do licha...

Przeniosła wzrok na dziedziniec. Dostrzegła stojącego na platformie Kella, który najwyraźniej przerwał na chwile pracę, bo wydawał polecenia towarzyszącym mu strażnikom i postanowił zbadać źródło hałasu. Wcześniej na jego twarzy gościł szeroki uśmiech, ale gdy ujrzał powóz z poturbowanymi Cressanami, jego usta wygięły się w szoku.

Kilka ogarów dojechało do centrum enklawy. Tuż za ich plecami znajdowali się mieszkańcy pałacu (Athalie rozpoznała kilku z nich). Gdy wyszli z powozu, słońce nie pozostawiło najmniejszych złudzeń i oświetliło ich poranione i lśniące od wody ciała. Wśród przybyszów znajdowała się również Shayura.

Władca pobiegł do przybyszów. Służąca uchyliła natomiast okno, chcąc przyglądać się dalszym wydarzeniom.

- Co tu się stało? - wydukał. Pomógł kuśtykającemu wojownikowi dojść do medyków, którzy przybyli w ekspresowym tempie i zerknął pytająco na Shayurę.

- Napadli nas. Podczas nocnego patrolu zaatakowały nas dzikie ogary i kilka istot - rzekła chłodnym tonem.

- Jakich istot?

- Jedna z nich przypomina tego zielonego, który ponoć plądrował niegdyś nasze upadłe wioski i trochę naprzykrzał się nam. Trzeciego nie umiem nawet opisać.

Kell pokiwał głową, starając się wszystko to sobie uporządkować. Kompletnie jednak pobladł, gdy ujrzał Cressankę.

Shayura była mokra, jakby dopiero co wyszła z wody. Wyglądała makabrycznie. Wokół jej prawej ręki wiły się czerwone rany, przypominające wypalone żywcem kręgi. Kawałek jej twarzy był czarny - Kell modlił się, aby był to brud, a nie ślady po spopieleniu. Niezależnie jednak od tego, kobieta prezentowała się marnie.

- Szczegóły opowiesz mi za chwilę. Teraz musisz zostać zbadana - rzekł i zrobił przejście biegnącym medykom. Przejęli ranną i udali się z nią do wnętrza pałacu, a świta władcy ruszyła za nim.

Athalie postanowiła podążyć za Cressanami. Nie miała logicznego wyjaśnienia dlaczego ich śledzi, ale dała się ponieść swoim nogom. Zbiegła ze schodów i wtopiła się w tłum, w ostatniej chwili przedostając się na platformę.

Winda po chwili przetransportowała ich do wnętrza góry, zatrzymując się w jej sercu. Ranni i sanitariusze udali się szybkim krokiem do jednego z rozgałęzień. Uchylili drzwi do rozbudowanego skrzydła medycznego.

Athalie była pod niemałym wrażeniem sali. Miała białe ściany, wsparte na złączeniach z purynium, które chyba aspirowały o miano stylu architektonicznego enklawy. Znajdowało się tu dużo otwartej przestrzeni. Miejsce było zajęte jedynie po bokach pomieszczenia, gdzie stało jedno łóżko za drugim, rzędy regałów z uporządkowanymi substancjami i Cressanie w szarych strojach z białymi paskami - najpewniej lekarze, którzy wyglądali tak, jakby czekali na przybycie rannych.

Czar skrzydła medycznego momentalnie prysł. Athalie obserwowała wszystko z uchylonych drzwi. Zrobiło jej się słabo, gdy jeden z medyków rozerwał siłą naramiennik wojownika, odsłaniając przypalone mięśnie i stopione trybiki. Inny z rannych, który został przyniesiony przez Lurka, umarł chwilę po położeniu na łóżku. Jakaś kobieta łkała, gdy z jej kolana ktoś wyciągał drzazgi i krew tryskała na boki. Cressanka oparła się o ścianę i zjechała na podłogę.

W chwilach takie jak ta cieszyła się, że Vidar umarł dość łagodną śmiercią. Zastanawiała się, kto mógł być odpowiedzialny za takie obrażenia i co takiego zrobili Cressanie, że narazili się mu.

- Nie powinno cię tu być - odezwał się Kell. Wyszedł ze skrzydła medycznego i usiadł na parapecie. Utopił swoją głowę w dłoniach.

- Proszę mi wybaczyć, szłam mimochodem i...

- Athalie, chociaż nie kłam - Przerwał jej. - Wiem, że jechałaś z nami windą.

Mogła się tego spodziewać. Kell był wnikliwym obserwatorem. Spuściła wzrok w akcie skruchy.

Po chwili jednak król się opamiętał. Odetchnął głęboko. Koloryt wrócił na jego bladą twarz, gdy opuścił na moment rannych i mógł zebrać myśli.

- Co o tym sądzisz? - spytał służącą. Była zaskoczona, że pyta akurat ją o zdanie.

- Zaczęłabym od tego, dlaczego tamta kobieta przebywała nocą poza murami - rzekła niepewnie.

- Wtedy przypadała jej warta. Każdy z członków Rady patroluje okolice innego dnia. Cholera, mogłem zająć się tym zamiast niej - Zacisnął pięści tak mocno, że kostki jego palców się chrupnęły.

- Proszę, nie obwiniaj się. To nie twoja wina. Shayura miała pecha.

I to wielkiego. Przez szparę między drzwiami Kell dostrzegł, jak jeden z Cressan grzebie przy jej twarzy, a po chwili sięga po igłę i nić.

- Mają ślady po oparzeniach. Nie mógł im tego zrobić tamten zielony, który przemierza rubieże. Widzieliśmy, jak zaklinał wiatr, ale to do niego niepodobne. Może to robota pozostałych? - dumał, pukając się palcem po podbródku.

- Albo... ah, nie. To głupie.

- Powiedz.

Athalie podniosła wzrok.

- Jakiego sprzętu używają wasi wojownicy?

- Głównie mieczy, toporów i dzid. Nic specjalnego.

- Tak jak myślałam - Opadła plecami o ścianę, lekko zawiedziona. - Gdyby ktoś nosił ze sobą płonącą broń, może tamten mógłby skierować wiatr - a co za tym także oręż i ogień - na Cressan. Z takich narzędzi korzystają chyba Padlinożerni.

Kell kiwnął głową.

- Racja. Nie można tego wykluczyć, wezmę to pod uwagę - Klepnął się po nogach. - No nic, muszę tam wracać. Nie daj się złapać strażnikom. Będą chcieli cię stąd wyrzucić.

Kobieta nie wiedziała czemu, ale rozpromieniła się na te słowa. Każde zdanie wypowiedziane przez władcę niosło jakąś lekkość i nadzieję. Nigdy wcześniej się z tym nie spotkała - słowa wypowiadane przez Archeaxa zawierały w sobie jedynie ciężar, zmęczenie i egoizm tyrana. Bardziej porównałaby króla enklawy do jego ucznia. Znała Layrena dość krótko, ale gdy patrzyła na Kella, autentycznie dostrzegała w nim kogoś podobnego, jakby jego lustrzane odbicie.

Przez następny kwadrans Athalie stała dalej przy drzwiach. Ukarała się w myślach, że to głupi pomysł i powinna teraz opiekować się pałacem, a nie słuchać plejady krzyków jego strażników. Z drugiej strony chciała jednak przy nich być - Vidara musiała opuścić natychmiast, gdy wsiadła na grzbiet ogara. Teraz mogła pozostać nieco dłużej ze zmarłymi i walczącymi o życie.

Wkrótce drzwi otworzyły się ponownie. Athalie ukryła się za nimi tak, aby nikt jej nie zauważył. Patrzyła, jak z wnętrza sali wychodzi całą grupa Cressan, prowadzona przez Shayurę i Kella.

Kobieta wyglądała inaczej. Na jej pomarańczowym ciele pojawiły się nici, których jeszcze nie zdążyła pochłonąć metaliczna skóra. Kulała. Jej prawa ręka była obwinięta grubą warstwą bandażów.

-... jeśli mówisz tak jak jest, natychmiast wyślę oddziały do przeczesania terenu. Znajdziemy ich – Dokończył mówić Kell.

- To jedyne rozwiązanie. Władają powietrzem, a teraz jeszcze ogniem. Jutro będą władać wodą, a co potem?

- Dokładnie. Są zbyt niebezpieczni, aby żyć. Zaraz się wszystkim zajmę.

I tak też uczynił - wyszedł przed szereg i udał się w sobie tylko znanym kierunku. Orszak maszerował dalej, prowadząc ranną Shayurę. Athalie odprowadziła ją wzrokiem.

Jedna rzecz cały czas nie dawała jej spokoju. Cressanka wspominała coś o wodzie. Służącej przywiodło to od razu na myśl wojowników, którzy po przybyciu do enklawy byli kompletnie mokrzy. Ich pancerze wręcz połyskiwały czystością. Dlaczego?

Athalie nie miała pojęcia. Przeczuwała jednak, że odpowiedzi na wszystkie pytania znajdzie u Shayury.

*

Gdy trójka wojowników dotarła do drugiego z punktów swojej wyprawy, zastał ich już półmrok. Królowało nad nimi kobaltowe niebo, a słońce, które przez ten cały czas ich prowadziło, teraz schowało się za gęstymi chmurami i mgłą. Zbliżał się wieczór.

Góra zaskoczyła ich. U jej podnóża znajdowały się pomarańczowe kamienie, swoim kształtem przypominające garb starca. Porównanie to nie było przypadkowe, bo całe wzniesienie wyglądało tak, jakby zostało dotknięte zębem czasu. Po jego ścianach ciągnęły się liczne pęknięcia, miejscami góra zdawała się być wręcz zniekształcona i można było odnieść wrażenie, że wystarczyłby silny podmuch wiatru, aby cała się zatrzęsła.

Kami nie była zadowolona z takiego obrotu spraw. Założyła dłonie na biodra. Wspinanie się po niestabilnym wzniesieniu to jedno, zaś przedzieranie się przez niego nocą stanowiło dodatkowy problem.

- Możemy przeczekać do rana - oznajmił Shiney. Stanął między Toa a Zakazianinem, razem z nimi zawieszając wzrok na niedostępnym czubku góry.

- A czy mamy na to czas? - spytała, a przewodnik potrząsnął przecząco głową. - Tak myślałam. Sam mówiłeś, że czas tu płynie inaczej. Każda kolejna minuta oddala nas zaś bardziej od ucieczki z tego miejsca.

Choć Toa Wody chciała brzmieć tak, jakby była szczerze w to zaangażowana, jej głos niósł ze sobą obojętność i zmęczenie. Obaj mężczyźni doskonale o tym wiedzieli.

- Kami, posłuchaj - Shiney podrapał się po czubku głowy. - Ja na pewno dziś nie wespnę się na tę górę - Pokazał palcem na swoje żebra. - Nie pomogę wam. Muszę mieć siły, aby się uleczyć. Jeśli chcecie iść, to decyzja należy do was.

- Nenreh, co o tym myślisz? - zwróciła się do łowcy.

- Cóż, ekspertem nie jestem, ale spójrzcie w górę - Zakazianin wskazał palcem na niebo.

Dostrzegli burzowe chmury. W przeciągu chwili zaczęły pojawiać się nad głowami wędrowców niczym sępy, które wyczuły kawał padliny. Ich ciemne kłęby nie pozostawały żadnych złudzeń. Gdyby tego było mało, rozległy się pomruki z nieba.

- Idzie burza - stwierdził. - Jeśli ją przeczekamy, szlak będzie cały mokry. Wtedy będzie niebezpiecznie, a ja nie chciałbym skręcić karku.

- Ale jeśli pójdziecie w trakcie burzy, to też będziecie wiele ryzykować - zauważył Shiney. - Ograniczona widoczność, może was nawet piorun trafić.

- Trudno się nie zgodzić...

Obaj mężczyźni przenieśli wzrok na Kami. Chcieli, aby to ona podjęła decyzję.

Argumenty zarówno jednego, jak i drugiego do niej przemawiały. Dla niej najważniejszym czynnikiem był jednak czas. Im szybciej dotrą na górę i zdobędą następną część berła, tym też szybciej uciekną z tych jałowych pustkowi i wrócą, aby pomóc Matoranom. Na tym właśnie najbardziej zależało Toa Wody.

- Idziemy - oznajmiła.

Ruszyła przed siebie. Nikt nie zamierzał się z nią kłócić - Shiney odprowadził ją swoim wyostrzonym wzrokiem, a Nenreh zrównał się krokiem z wojowniczką. Póki co byli zespołem, który musiał działać zgodnie.

Toa Powietrza skrzyżował nogi i usiadł na żwirowym podłożu. Nie pozostało mu nic innego jak patrzenie na towarzyszy. W jednym ręku trzymał drzewce, a w drugim kręcił swoim mieczem, uważnie obserwując Kami. Szła krok przed Nenrehem, jakby chciała zapomnieć o jego obecności.

I wtedy, Shineyowi nawinęły się na usta pewne słowa.

- Kami... pewne szczyty można pokonać jedynie wspólnie - mruknął.

Tymczasem dwójka wojowników dotarła do czegoś, co było kiedyś wyżłobioną ścieżką. Stanęli na niej i zaczęli wspinać się ku górze, dotykając dłońmi jej ściany w odcieniach brązu i pomarańczu.

Wędrówka była trudna. Nenreh uświadomił sobie to już przy pierwszym spadzie, gdy ścieżka się urywała i aby przejść dalej, trzeba było wykonać spory skok. Później ubytków skalnych było coraz więcej. Gdy szli po wąskich półkach, słyszeli spadające kamyki, uderzające o głazy, których krańce były zaostrzone jak harpuny. Skakdi nie chciał polecieć w ich kierunku, dlatego patrzył w górę.

Pogorszyły się również warunki pogodowe. Rzęsisty deszcz utrudniał im wspinaczkę, tak samo zresztą jak ciężkie, górskie powietrze. Widział, że Kami próbuje nad nim zapanować, ale bezskutecznie. Miał dwie teorie: pierwsza zakładała, że kobieta nie potrafiła pozbyć się ulewy, bo ta była zwiastunem zbliżającej się burzy - domeny Toa Błyskawic. Według drugiej, umysł Kami był nękany ostatnimi wydarzeniami: bitwą na Cressie, trafieniem do tego świata, śmiercią samicy alfa. To wszystko mogło na nią wpłynąć. Mężczyzna sądził, że obie kwestie miały związek z jej rozkojarzeniem i niemocą.

W końcu jednak dotarli do celu wyprawy. Nad szczytem czekały na nich granatowe kłęby chmur, zbierające się nad czubkiem góry. Pomiędzy drobnymi kamieniami znajdowały się zaś dwa ostrza - czerwone i niebieskie - wbite w skałę na kształt litery "X". Wyglądały jak zastygnięta energia. To właśnie po nie przybyli.

- Ty chcesz je wyciągnąć, czy ja mam to zrobić? - spytała Toa Wody.

- Oddaje tobie ten zaszczyt - odparł Skakdi, zaraz potem uśmiechając się. W jego głosie nie było tym razem szyderstwa albo tchórzostwa - po prostu dał Kami zrobić coś, co wiedział, że chciała. Na pewno pragnęła sięgnąć po kolejny z kluczy do ich wolności i wydostać się z przeklętej krainy.

- Dobra. Zajmę się tym.

Podeszła do ostrzy. Dostrzegła w nich własne odbicie i krople, powoli spływające po ich krystalicznej powierzchni. Zaplotła palce na elementach berła i odetchnęła głęboko.

Zamknęła oczy.

Deszcz umilkł. Chmury w przeciągu chwili uciekły z nieba - rozsunęły się jak zasłona przed przedstawieniem, pokazująca zupełnie nową scenerię. W tym wypadku były to gwiazdy, które jakiś artysta rozsypał niczym ozdobny proch. Ich twórca wykazał się również przy znajdującej się pod nimi mgłą - poruszała się powoli nad głową Kami tak, jakby ktoś rozprowadził ją ruchem pędzla. Samo niebo i całe otoczenie wokół wojowniczki przybrało zaś czarne barwy.

Toa Wody zawiesiła wzrok na królującym nad nią obrazie, na moment zapominając o swoich problemach. Gdy zaś spuściła oczy, zauważyła, że stoi przed nią jakiś mężczyzna.

Był raczej dobrze zbudowany. Nosił beżowy pancerz i Komau. Na jego barku spoczywała ciężka maczuga.

- Mav - wydukała.

Uniósł wzrok. Nie dostrzegła jednak w jego oczach znajomego, błękitnego blasku, ale pustkę.

Nie zdążyła nawet dobrze przyjrzeć się swojemu przyjacielowi, gdy między dwójką Toa pojawiła się Qhira. Podeszła do nich, trzymając dłonie splecione przed sobą i patrząc z dumą na Kami.

- Brawo. Przetrwałaś pierwszą próbę.

- I przetrwam kolejne - rzekła. Na widok Maverisa do jej głosu wróciła determinacja i zaangażowanie. Chęć walki.

- Mam taką nadzieję - Uśmiechnęła się kobieta. - Lecz uważaj, następne będą znacznie trudniejsze. Spotkanie z Ceyą było tylko prologiem.

- Jestem przygotowana na wszystko.

Qhira pokręciła głową z politowaniem.

- Obie wiemy, że nie jesteś.

I zniknęła. Tak szybko, jak się pojawiła.

Kami przeniosła spojrzenie na Maverisa. Spuścił na ziemię swoją maczugę, robiąc przy tym głośny huk. Popatrzył na wojowniczkę szklistymi, pozbawionymi emocjami oczyma.

- Mav... - Toa zamierzała do niego podejść, ale zatrzymała się, gdy dostrzegła, że mężczyzna mocniej zaciska palce na swojej broni. - Wszystko w porządku?

W ramach odpowiedzi wojownik zarzucił swoją bronią. Kami przyjęła atak na Serce Tajfunu.

- Maveris, co się dzieje? - spytała, odpychając go nieznacznie.

Toa nie był skłonny do żadnego dialogu. Wykonał poziome ataki maczugą. Jeden, drugi, trzeci. Kami uskoczyła przed każdym z nich, ale potem poczuła, że za jej plecami wyrasta kamienna ściana. Zatrzymała się. Nie zdołała umknąć przed kolejnym atakiem.

Kolce wieńczące maczugę rywala przejechały po jej ciele, zostawiając po sobie czerwone ślady. Wojowniczka załkała. Oparła się plecami o ścianę i złapała wrogą broń przy kolejnym zamachu. Spróbowała ciosu trójzębem, ale Maveris zacisnął na nim palce. Zdusiła płacz przed rozrywającym brzuch bólem i pozwoliła, aby jej spojrzenie spotkało się z Toa Kamienia.

- Co w ciebie wstąpiło? Nie chcę z tobą walczyć - stęknęła. Gdy jednak po jej torsie rozniosła się kolejna fala bólu, a mężczyzna zawarczał, poczuła, że nie ma wyjścia. - Nie pozostawiasz mi wyboru.

Wybiła się na obu nogach i kopnęła oponenta między żebra. Opadł, dając Kami czas, aby mogła odskoczyć od wzniesionej przez niego ściany. Uderzył ręką w ziemię i wstał.

Wzniósł kolejne kamienne ściany. Wokół dwójki wojowników pojawiła się arena z oszlifowanych głazów, a widownie stanowiły gwiazdy, które w coraz to większej ilości rozgaszczały się na niebie.

Toa Wody przyjęła defensywną pozycję, gotowa do szarży rywala. Oparła swój ciężar ciała na tylnej nodze i oburącz pochwyciła trójząb, starając się zignorować okropny ból w okolicach brzucha. Nie spodziewała się jednak, że atak nadejdzie z zupełnie innej strony.

Kamień przebił jej stopę na wylot.

Zaryczała. Przeszył ją przywołany przez Maverisa, ostry jak brzytwa głaz. Napięła kończynę. Przetarła oczy. Zaraz potem musiała odeprzeć kolejny atak.

Toa zamachnął się pionowo maczugą, a rywalka z trudem sparowała ten cios, czując bijącą od mężczyzny siłę. Zaczął nacierać dalej. Powalił Kami na ziemię, ale gdy zamierzał ją dobić, popełnił błąd. Rzucił się na rywalkę, a to swoją nogą posłała go na ścianę.

Zsunął się z beżowego kamienia, pozostawiając na nim wgniecenie. Wstał, lecz przeciwniczka poderwała się z ziemi jako pierwsza i – kuśtykając - ruszyła z kontrą. Zdzieliła go prostym, który pozostawił ślad na kremowej Komau. Mav splunął krwią na ziemię.

Wykonał niekontrolowany zamach, ale rywalka go uprzedziła. Sama starała się dosięgnąć dawnego przyjaciela Sercem Tajfuna, lecz ten bez problemu wytrącił jej broń. Ponawiali atak za atakiem, ale z każdym ruchem ich ciosy stawały się coraz to słabsze.

Po chwili obaj ledwo co mogli utrzymać się na nogach. Kami wbiła łokieć pod jego żebro. Maveris chwycił ją rozczapierzonymi palcami za głowę i zderzył ze swoją twardą czaszką. Kami znalazła ukruszony kamień i wcisnęła go w oko rywala. Maveris kolanem wybił jej ząb. I tak w kółko.

Toa czuła ból już w każdej partii ciała. Rany na brzuchu i krwawiąca dziura na stopie były tylko początkiem problemów. Z czasem zauważyła, że krew napływa jej do ust, wzrok się rozmazuje, a tłoki przestają płynnie pracować. Zrozumiała, że musi zakończyć tę walkę - nie chciała zrobić krzywdy Maverisowi, ale nie miała wyjścia.

Musiała zapomnieć o swojej przeszłości.

Popatrzyła ukradkiem na gwiazdy. Gdyby zamiast nich pojawili się teraz goście karczmy na Zakazie, pewnie klaskaliby i domagali się efektownego zakończenia walki. Takie im dała.

Gdy Maveris miał wykonać pionowy zamach, Kami złapała go za nadgarstek i wymierzyła cios prosto w lewą pierś. Zatkało go. Odsunął się, próbując złapać oddech. Toa Wody skarciła go kopnięciem z przejścia w jego twarz. Padł na ścianę. Złapała go za rękę i nogę, uniosła nad siebie, wstrzymała oddech i nim jego wyparte z emocji oczy zobaczyły co się święci, zrzuciła go na swoje kolano.

Przez długi czas nie mogła zapomnieć odgłosu głośnego chrupnięcia. Próba dobiegła końca.

Runęła na ziemię. Zwinęła się z bólu, zagryzając wargi. Przykre było jej patrzenie na ciało Maverisa, jej Maverisa. Wiedziała jednak, że przyjaciel zginął na Cressie - tam zostawiła go i ich wspólną przeszłość. Ona nie mogła definiować, kim jest obecnie.

Gdy było już po wszystkim, Qhira pojawiła się ponownie przed Kami.

- Bardzo dobrze. Ostrza są twoje - rzekła.

- Ja... nie dam rady.

- Dasz radę. Jesteś silniejsza od tych, którzy już zdołali je zdobyć.

- Nie - Przełknęła ślinę, będącą dla niej niczym kamień. - Ja nie dam rady z kolejnymi próbami. Nie chcę z nikim więcej walczyć.

- Może nie będziesz musiała?

Kami westchnęła.

- Może.

- Chodź. Pora wracać - Qhira odeszła kawałek i z niespodziewaną lekkością przesunęła kamień, tworzący jedną ze ścian areny. - Twój przyjaciel już czeka.

Nenreh? Przyjaciel?

Wojowniczka zignorowała ostatnie słowa kobiety. Podparła się na pięściach i wstała. Podążyła za nią.

Maszerowały kilka minut w ciszy. Kami miała okazję napatrzeć się na ciało towarzyszki, które zdawało się być z jednej strony organiczne i dość zwykłe, a z drugiej biła od niej dziwna aura. Szybko jednak przeniosła wzrok, gdy pojawiły się przed nią nowe obrazy.

Pośród wszechobecnej czerni stały dwa rzędy wojowników. Wysokością dorównywali Matoranom, byli okuci w kobaltowo-srebrne pancerze i trzymali w dłoniach włócznie z elektrycznymi grotami - coś, co było znakiem rozpoznawczym gwardzistów Archeaxa. Kami miała wrażenie, że im bardziej pasowały, jakby należały do nich od zawsze.

Gdy kulała u boku Qhiry, dokładniej również przyjrzała się tysiącom gwiazd, skrytych pod lekką mgłą. Wyglądały zjawiskowo. Te, które widziała w swoim świecie, przypominały na ich tle ledwie marne projekcje.

Na końcu, za rzędami dziwnych istot, czekał jeszcze jeden wojownik. Był większy od pozostałych. Jego srebrna zbroja połyskiwała w blasku gwiazd, podobnie jak ogromy miecz. Na jego hełmie umieszczono dwa, piękne rogi.

- Kim oni są? - spytała Kami.

- To… - Qhira ugryzła się szybko w język -… nasi przyjaciele.

- Czemu mi ich widzę? Czy ty mi ich pokazujesz?

- Tak. Czynię to, bo nikt innego tego nie zrobi. Nie przedstawi ci tej jedynej, słusznej prawdy. To zapowiedź tego, co ujrzysz przy zakończeniu kolejnej próby

Kami pokiwała głową.

Dotarły do białego wiru - trochę przypominającego ten z portalu, ale nieco mniejszy. To przez niego uczennica Niro miała opuścić ten dziwny wymiar, wizję, czy czymkolwiek było to miejsce.

- Powiedz... czym właściwie jest to miejsce? - Toa Wody zalewała kobietę kolejnymi pytaniami, podtrzymując się za krwawiącą ranę.

- To dzieło wielu lat naszej pracy.

- Naszej?

- Zgadza się - Uśmiechnęła się Qhira. - Nas, stwórców.

- Jesteście bogami? - Kami uniosła brew, a druga rozmówczyni zachichotała.

- Nie, jesteśmy po prostu dobrzy w tym, co robimy. Bardzo dobrzy. Choć... też popełniamy błędy - odparła, przenosząc wzrok na stojący za ich plecami orszak wojowników i ich rosłego przywódcę. Kobieta w błękitno-różowym pancerzu spochmurniała. - I właśnie po to tu między innymi jesteś. Naprawisz nasze błędy.

- Wasze - Poprawiła ją.

Qhira pokiwała głową.

- Tak, to głównie nasza wina - stwierdziła. - Idź już. Kolejne odpowiedzi pojawią się z czasem, którego póki co twój świat nie ma.

Kami zgodziła się z tymi słowami. Zacisnęła pewniej palce na Sercu Tajfuna i dokuśtykała do wirującej przed jej piersią białej wyrwy. Rzuciła ostatnie spojrzenie dziwnemu miejscu i opuściła go.

Otworzyła oczy.

Wszystko wróciło do normy. Znajdowała się na szczycie pomarańczowej góry, a jej ciało obmywały krople deszczu. Wszystkie rany zniknęły - czuła się jak przed walką z Maverisem. Dostrzegła również zniecierpliwionego Nenreha i - nie wiedzieć czemu - posłała mu pierwszy, szczery uśmiech.

- Hej, zamyśliłaś się? - zagaił. - Od kilkunastu sekund trzymasz te dwa ostrza i jeszcze ich nie wyciągnęłaś.

- Wybacz - Potrząsnęła głową. Zerknęła na zastygłą w jej dłoniach energię. Niemalże czuła, jak przepływa wzdłuż jej nadgarstków, które nie bolą już tak bardzo. Odetchnęła głęboko.

Wyciągnęła dwa ostrza. Piorun przeciął niebo i uderzył gdzieś nieopodal, potęgując napięcie.

Skakdi zerknął z uznaniem na towarzyszkę, gdy na moment zalało ją jasne światło, odsłaniające połyskujące fragmenty berła. Przetarł szorstkie ręce z dumy:

- Coś czuję, że dawna Kami powoli wraca...

Interludium II[]

- Uważaj na odłamki - Nenreh przestrzegł nową wspólniczkę.

Zaraz potem w bardzo precyzyjny sposób rozbił szybę na tysiące mieniących się wszystkimi kolorami tęczy na tle wschodzącego słońca drobinek. Zohri odprowadziła go spojrzeniem, gdy wgramolił się do sklepu z bronią.

Nenreh potrzebował każdego sprzętu i wiedziała, że nawet to, co obecnie posiada, może mu nie wystarczyć. Z milczeniem obserwowała jak zbiera amunicję i broń z półek, sama natomiast ubezpieczała tyły.

Zastanawiała się, kiedy będzie mogła pozbyć się poszukiwanego. Nenreh był czujny, ale Vo-matoranka cierpliwa. Wierzyła, że popełni błąd podczas próby ataku na Girasa i wtedy, u boku straży Threin, ona go schwyta.

Gdy upewniła się, że ulice o tak wczesnym poranku są pozbawione przechodniów, wślizgnęła się do środka. Sklep nie należał do najnowocześniejszych. Na tle niebieskich ścian wisiały pordzewiałe haki z dyskami i miotaczami. Podłoga skrzypiała przy każdym przesunięciu stopy. Sklepikarz nie dbał o to miejsce - wywnioskowała to po grzybie, rozwijającym się w kącie i cienkiej warstwie kurzu. W opustoszałym mieście trudniej jednak było znaleźć lepsze miejsce do uzbrojenia się.

- To musi ci wystarczyć - Zohri siadła na ladzie.

- Wystarczy - burknął Zakazianin. Zapiął kamizelkę, która miała ochronić go przed ewentualnymi pociskami. Jego pasek pękał zaś w szwach od nadmiaru noży.

- Wyglądasz, jakbyś chciał zdobyć całą wyspę. Musisz bardzo tego chcieć.

- Chcę tylko uciec, to moje pragnienie. Każdy ma jakieś, ty pewnie też.

Pokiwała głową.

- Powiedz mi o nim - kontynuował Skakdi, przeładowując swój miotacz. - Lepsze to niż milczenie.

- Chcę zostać najlepszą funkcjonariuszką - rzekła niemalże natychmiastowo.

- Długa droga przed tobą - burknął.

- Czemu tak twierdzisz?

- Nie wyglądasz na doświadczoną, a ucieczka kogoś takiego jak ja raczej nie będzie powodem szybkiego awansu - Usiadł na blacie obok niej. Zauważyła, że Vo-matoranka wypina pierś, chcąc nadać pewności swojemu głosowi.

- Nie spieszy mi się i jestem ambitna.

- To lepiej opuść to miasto. Tu prędzej pogadasz sobie z jakimś znakiem drogowym, niż z mieszkańcem. Nikt nie będzie potrzebował dobrze wyszkolonej funkcjonariuszki, a na pewno nie po tym, jak zabiję Girasa.

Ostatnie słowa sprawiły, że Zohri wytrzeszczyła oczy.

On naprawdę chciał to zrobić. Planował ukatrupić nieumiejętnego Turagę, tchórza, który nabawił się długów, gdy był jeszcze Toa. Vo-matoranka z jednej strony chciała go ukarać choćby za takie insynuacje, ale z drugiej uświadomiła sobie, że śmierć Girasa nie wprawiłaby ją w rozpacz.

- Czy to konieczne? Musisz go zabić?

- Tak - Popatrzył na gładką lufę swojej broni. - Życie jest brutalne, tego mnie nauczyło. Giras wprowadził roboty do miasta, a mógł zapewnić mi azyl. Musi ponieść za to nauczkę.

-... i za inne rzeczy - wypsnęło się Zohri. Sama zaczęła się dozbrajać.

Nenreh uniósł brew.

- Co masz na myśli?

- Giras nie bronił nas jako Toa. Wynajął grupę najemników, którzy strzegli wyspy przez lata. Spędził wiele lat w podróży, nie mieliśmy wtedy prawdziwego wodza. A gdy wrócił z ostatniego wypadu jako Turaga to cóż... najemnicy domagali się wynagrodzenia.

Była zdziwiona z jaką łatwością powiedziała to wszystko. Nie powinna spoufalać się z wrogiem.

- Jasne. Reszty mogę się domyśleć.

Potem zapadła między nimi cisza. Vo-matoranka dalej szykowała się do misji - wyciągnęła srebrny miotacz i kilka bomb dymnych. Następnie odwróciła się w stronę rozbitej szyby sklepowej i przyjrzała się swojemu odbiciu pośród tysięcy mieniących się fragmencików szkła. Zauważyła ślad, który pozostawił po sobie cios Nenreha. Z jednej strony była na niego wściekła za tamten cios, ale gdyby wcześniej jej nie pomógł, być może już by nie żyła.

- Ruszajmy - oznajmił, gdy był gotowy. - Jak wszystko dobrze pójdzie, to za kilka dni wrócisz do łapania rzezimieszków ze Srebrnej Perły.

- A ty już będziesz daleko za granicami Threin.

Pokiwał głową, a funkcjonariuszka odpowiedziała westchnięciem.

- Nie wiem, czy sobie z nimi poradzę. Potrafię walczyć z jednym przeciwnikiem, ale Vo-matoranka jest beznadziejna w starciu z licznymi rywalami.

Zakręcił blaster na palcu i wsunął do kabury.

- Dlatego od walki masz mnie. Chodź.

Wyszli na zewnątrz. Poranne słońce wspinało się coraz wyżej nad szarymi budynkami, a jego promienie odbijały się w kałużach, które pozostały po wczorajszej ulewie. Niepotrzebnych gapiów póki co nie było. Fakt ten uradował Zohri. W słabo zaludnionym mieście nikt ich nie zauważył.

Zmieniło się to w jednej chwili.

Na ulicę wjechał opancerzony transportowiec. Pojazd okuty blachą miał na swoich tyłach barierki, o które podtrzymywały się roboty. Maxilos dało się dostrzec z drugiego końca ulicy przez ich krwistoczerwony pancerz. Były na patrolu.

- Kryj się - szepnął Zakazianin. Nim jego kompanka zdołała zareagować, wciągnął ją w boczną uliczkę. Położył palec na swoich ustach. Wyjrzał na główną drogę.

Transportowiec zatrzymał się. Służby Otchłani wyskoczyły z pojazdu, wzniecając za sobą huk, gdy ich ciężkie nogi opadły na bruk. Zaciekawiły się sklepem z bronią. Zaczęły go przeszukiwać.

I wtedy, zza ich pleców wyskoczył przywódca. Był niższy od robotów i krępy w budowie, ale budził swoim białym pancerzem i spojrzeniem czerwonych jak lawa oczu pewien respekt. Na jego widok serce Nenreha na moment przestało pompować krew, a on sam ledwo co wypuścił oddech z systemu podtrzymywania oddychania i potrząsnął głową. Znajomy mężczyzna zaczął tłumaczyć coś wysłannikom Otchłani. Wskazał, aby dwójka z nich zbadała pobliskie uliczki.

Roboty dotarły do ciemnego zaułka, trzymając broń przed sobą. Stąpały powoli, uważnie analizując teren. System jednego z nich coś zauważył i oznajmił to donośnym komunikatem, ale ciało Maxilos nie zdążyło zareagować.

Nenreh wyskoczył z cieni i kopnięciem wytrącił broń z ręki przeciwnika. Zohri złapała ją w locie, dzięki czemu nie narobiła hałasu. Skakdi zaś zaczął szamotać się z robotem i złapał go za głowę - Vo-Matoranka wbiła wówczas pochwyconą buławę prosto w czoło rywala.

Drugi z Maxilos przygotował się do ciosu. Uniósł broń, ale Zakazianin chwycił go za nadgarstek. Zamachnął się wolną ręką, odrywając połowę ręki oponenta. Zaczął okładać go jego własnym przedramieniem, dając Zohri czas, aby mogła zajść napastnika od tyłu. Vo-matoranka odbiła się od pobliskiej ściany i wskoczyła na robota, po chwili przekładając lub niszcząc jego kable.

Oczy maszyny momentalnie utraciły swój żółty blask i wyłączyły się. Z jego wnętrza wyskoczyło kilka iskier. Kupa czerwonej blachy po chwili spadła ku ziemi.

Nenreh złapał połyskujący w ciemności pancerz, uciszył upadek i zawlókł Maxilos do kąta. Odetchnął głęboko. Zerknął na kobietę, poprawiającą swoją przekrzywioną Hau.

- Chodźmy - nakazał. - Nie mamy wiele czasu.

Nim pozostali wysłannicy zjawili się w bocznej uliczce, po Zakazianine i Matorance nie było już śladu...

*

- Wstawaj, już czas - znajomy głos obudził Nenreha. Zaraz potem przekręcił się na drugi bok, ale momentalnie poczuł, jak silna ręka zaciska się na jego ramieniu i potrząsa. Wymamrotał coś pod nosem. Niechętnie wstał.

Dostrzegł przed sobą dwa roboty Maxilos i stojącego przy ścianie celi Cithana. Jego uwagę zwróciło jednak coś zupełnie innego - drzwi do celi.

Otwarte drzwi do celi.

Wypadł z taką szybkością, jakby goniło go rozwścieczone Rahi i w ostatnim momencie zatrzymał się, gdy stanął na skraju drogi. Zamarł. Gdyby nie zahamował, spadłby kilkanaście bio w dół. Zaraz potem roboty podeszły do Zakazianina i zeszły z nim na dół po turkusowej ścieżce.

Nenreh przeskakiwał swoim jednym sprawnym okiem po poszczególnych punktach więzienia. Zauważył całe kompleksy cel, ciągnących się piętrami na planie koła. Nad jego głową wznosiło się coś na wzór kopuły, przytłaczającej swoimi rozmiarami. Pod łowcą ciągnęło się morze kolorowych punkcików. Gdy dotarł na plac dla więźniów, zrozumiał, że to głównie inni osadzeni w wilgotnych i ponurych celach, albo roboty Maxilos.

Strażnicy puścili osadzonych, a następnie cofnęli się na kilka kroków. Nenreh rzucił im przelotne spojrzenie, a następnie zerknął na Cithana takim wzrokiem, jakby domagał się wyjaśnień, wprowadzenia do nowej sytuacji.

- Raz w ciągu tygodnia strażnicy pozwalają nam spotkać się na tym placu - odpowiedział przenikliwy Vortixx. Gdy mówił o miejscu, do którego trafili, popukał stopą w błękitną podłogę. - To tutaj możesz poznać innych więźniów.

- Chyba już wolałbym siedzieć w tej zatęchłej celi.

Cithan założył ramiona za plecy. Nie krył swojego zdumienia, które objawiło się poprzez mars na jego czole.

- Jesteś doprawdy ciekawym przypadkiem. Więźniowie z reguły robią wszystko, aby móc się tu spotkać.

Ruszył przed siebie. Nenreh powlókł się za nim.

Zaczął przyglądać się sylwetkom osadzonych, skąpanych w półmroku i przecinającej go błękitnej poświacie. Większość z nich stanowili dobrze zbudowani mężczyźni, często ze śladami po walce i błyskotliwie patrzącymi źrenicami. Jeden z nich szczególnie nie spodobał się Zakazianinowi - srebrno-czarny, ze spłaszczoną głową i czerwonymi ślepiami, mierzącymi nowego od stóp do głów. Nenreh dostrzegł również wojownika w połyskującej zbroi i w pełnym rynsztunku bojowym, który pewnie wystarczyłby na wydostanie się z tego przeklętego miejsca. Nie wyglądał jednak na więźnia.

Zauważył, że Cithan uśmiecha się. Dostrzegł kobietę, która dla Nenreha wyglądała jak zlepek morskich roślin, spiczastych kolców i jednej z najbrzydszych paszcz, jakie kiedykolwiek widział. Miała coś małego przymocowane łańcuchem do lewego nadgarstka.

- Drewdika - Xianin pozdrowił znajomą.

- Cześć sssłodziaku - syknęła. - Widzę, że przyprowadziłeś nowego.

- Nazywa się Nenreh.

- Zatem powitaj Drewdikę, possstrach Ssssrebrnego Morza - Przeniosła swoje wyłupiaste ślepia na Zakazianina.

- Za co siedzisz? - spytał z obojętnością.

- Za niewinność, rzecz jasssna!

Cithan zerknął na towarzysza tak wymownym wzrokiem, jakby chciał powiedzieć "A nie mówiłem?"

- A ten maluch przy tobie to kto? - kontynuował Skakdi. Dopiero teraz zauważył, że do łańcucha przy unoszącej się nad ziemią kobiecie przytwierdzone było małe, niebieskie stworzenie. Jego oczy przypominały miniaturowe reflektory i biły bardzo podobnym światłem. Nenreh nazwałby go wyjątkowo dużym i brzydkim protoditem.

- Ah, to mój wsspólnik. Wślizgnie sssię wszędzie, musi być przy mnie. Czarujący, czyż nie? - Pokazała na niego dłonią. Więzień wyeksponował swoje ostre zęby i zawarczał, choć brzmiało to jak cichy pomruk.

- A gdzie zgubiłaś swojego drugiego wspólnika, Zakrana? - Cithan zwrócił się do kobiety.

- Maxilosss zabrali go. Ma wrócić dziś.

Zaraz potem rozmowa przeszła na bardziej przyziemne tematy. Gdy dwójka więźniów dyskutowała, Nenreh rozejrzał się uważnie po wnętrzu Otchłani.

Patrzył na ciemne i błyszczące od wilgoci ściany, a do jego umysłu napływały fale pytań. Jakim cudem wydostał się z pieczęci, którą stworzyli Niro i pozostali Toa? Gdzie na mapie świata znajdowało się to miejsce? Kto tym wszystkim zarządzał i kiedy opuści więzienie, które aspirowało do miana koszmaru równego Irnakkowi? Póki co nie uzyskał żadnych odpowiedzi na zadane pytania.

Zauważył, że mężczyzna w czarno-srebrnej zbroi, który jeszcze chwilę temu obserwował Zakazianina z drugiego końca placu, teraz zjawił się kilka bio przed nim. Nie wiedzieć czemu Skakdi poczuł narastający niepokój.

- Ty - Więzień wskazał palcem na Nenreha.

- Ja? - Zaczął oglądać się, jakby zastanawiając się na kogo wskazał nieznajomy. - Wybacz, znamy się?

- Południowe wyspy, byłeś tam. Ponoć nazywają cię Nenreh. Pływałeś na ziemie mojego gatunku i porywałeś moich braci i siostry! - ryknął mężczyzna, a echo jego głosu rozniosło się po całym więzieniu. Oczy osadzonych odwróciły się w stronę wojownika, który zaczął krążyć wokół Zakazianina.

Ten natomiast pokiwał głową. Przypomniał sobie, że zawlekał podobnych z jego rasy na łódź i sprzedawał - niektórzy z nich trafili nawet na Stelt. Teraz jego przeszłość jako łowca niewolników o sobie przypominała. Wybrała nieodpowiedni moment.

- Zgadza się. I co w związku z tym?

- Poniesiesz stosowną karę.

Chwilę potem wojownik chrupnął karkiem i palcami, napiął mięśnie. Skakdi uczynił to samo, choć wiedział, że wcale nie musi wygrać w walce, o ile do niej dojdzie. Usłyszał bowiem szept, dobywający się z jego prawej.

- Nie walcz z Xyronem - Zalecił Cithan. - To głupota i źle się to skończy.

Nenreh raz jeszcze zmierzył nieznajomego wzrokiem i kiwnął głową.

- Możemy się dogadać.

- Niby jak? - warknął Xyron.

- Dorobiłem się jako łowca niewolników. Mam wyspę, mnóstwo pieniędzy i kontakty. Dzięki nim sprowadzę braci na twoją ojczyznę, a za widgety odpłacę ci się z nawiązką. Posłuchaj, byłbym w stanie cię powalić w mniej niż minutę, ale nie jest mi to na rękę.

Uniósł wzrok do góry i spojrzenia dwójki mężczyzn się spotkały. Obserwował, jak płonące w gniewie i chęci zemsty oczy Xyrona uspokajają się. Zaczął głęboko oddychać. Rozważał propozycję rywala. Wreszcie, po kilkunastu sekundach czekania, skinął nieznacznie głową. Nenreh uśmiechnął się.

A zaraz potem padł na kamienną płytę, gdy mężczyzna trafił go sierpowym prosto w szczękę.

- Zakaziańskie ścierwo.

W więzieniu zapanowało zamieszanie. Cithan zauważył, że Maxilos czym prędzej ruszają, aby uciszyć walczących. Całkiem komiczny był dla niego widok więźniów, którzy kątem oka obserwowali bójkę, jednocześnie chodząc w losowych kierunkach i utrudniając strażnikom dojście na środek placu. Wiedział jednak, że wiele to nie da. Kupili im minutę, może trochę więcej.

Tymczasem Xyron skopał Nenreha, który leżał na ziemi. Skakdi czuł z każdym ciosem, jak jego narządy wewnętrzne podskakują i próbują wrócić na swoje miejsce, choć miał wrażenie, że nie zawsze im się to udawało. Poczuł smak krwi w swoich ustach. Zauważył również, że do każdego kopnięcia oponent przykładał coraz to więcej siły. Zrozumiał, że musi wstać.

Udało mu się. Gdy Xyron uniósł wysoko nogę, Zakazianin przetoczył się i zerwał na proste nogi. Zaatakował pięścią, która zderzyła się z ręką przeciwnika. Mały podmuch powietrza rozniósł się wokół ich ciał niczym fala uderzeniowa. Następną serię ciosów szybciej wyprowadził Skakdi.

Zderzył kolano z czułym miejscem oponenta. Złapał go za barki i przyciągnął, tym razem zagłębiając nogę w jego twarzy. Xyron zachwiał się, wyraźnie przyćmiony, a Nenreh to wykorzystał. Chwycił go ręką za gardło i powalił na ziemię.

Rywal próbował się wyrwać. Były władca Qarthar obserwował szaleństwo i gniew w jego oczach, które w rzeczywistości tuszowały panikę. Zacisnął palce mocniej.

W przeciągu jednej chwili zauważył rząd czerwonych jak rubiny sylwetek, które kierowały ku niemu swą broń. Żółte ślepia Maxilos osiadły na więźniu, nadal duszącym przeciwnika.

Xyron zaczynał tracić przytomność. Ostatkiem sił wierzgał, uderzając o posadzkę kończynami. Zakazianin nie przestawał. Przynajmniej miałem rację, że powalę cię w mniej niż minutę, pomyślał.

- Ani kroku dalej! - warknął do czających się robotów.

Maxilos stanęły, ale nie opuściły broni.

- Rzućcie wasze blaszane zabawki - nakazał. - A potem...

Nie dokończył. Cithan zaszedł go od tyłu i uderzył pięścią w czuły punkt na jego zewnętrznym kręgosłupie. Skakdi wyprostował się jak naprężona struna i po chwili runął na ziemię.

Stróże natychmiast zjawili się przy więźniach. Z ich wydechów i tłoków wydobyła się para, gdy podniosły dwójkę, niezdolnych do samodzielnego powstania mężczyzn. Pozostali zgromadzeni odprowadzili ich zmieszanym wzrokiem. Jedna z nich - Drewdika - poszybowała w stronę Cithana i zerknęła na niego pretensjonalnym wzrokiem.

- Czemu przerwałeś? Byłoby niezłe widowissko.

- Zginąłby - syknął przez zęby Xianin. Zerknął na swoją czarną dłoń, która ogłuszyła Zakazianina. - Nie przestałby i Maxilos przeszyłyby go Mieczami Czarnego Ognia. Na podłodze leżałyby wówczas dwa, jeszcze ciepłe trupy.

- A teraz zabiorą go do doktorka. Ja chyba wolałabym śmierć.

Cithan nie odpowiedział. Pokręcił głową, a następnie wrócił do oglądania życia więziennego, które wkrótce ograniczy się do ciasnych, przyciemnionych cel. Poszczególni mężczyźni i kobiety byli bowiem zmuszani do opuszczenia placu. Czasem trzeba było uczynić to siłą.

Wśród rozrzedzającego się zbiorowiska, Vortixx dostrzegł jednego przybysza, którego wcześniej nie zauważył. Kolorem pancerza i spływającymi po jego ciele morszczynami przypominał Drewdikę, choć nie unosił się ponad błękitną podłogą i jego ciało nie zdawało się aż tak organiczne. Najwyraźniej w ich rasie występował spory dymorfizm płciowy.

- Zakran - Cithan wyciągnął pięść do żółwika.

- Miło was widzieć. Choć... wolałbym, abyśmy spotkali się kiedyś w innym miejscu - odparł mężczyzna.

- Gdzie cię zabrali? - spytała kobieta z uśmiechem na swojej twarzy. Jej malutki pomagier również się cieszył na widok przybysza, lecz wyglądało to po prostu tak, jakby się szczerzył.

- Długo, aby opowiadać. Czasem jakiś więzień bardziej przyda im się na powierzchni. Miałem im pomóc schwytać potrójnego zabójcę z Północnego Kontynentu. W zamian miałem otrzymać w celi notatnik i dłuto, a także możliwość wyjścia na kwadrans na plac. To tak w dużym skrócie. Pozyskałem jednak wiedzę, która może was zainteresować.

Trójka więźniów osiadła na nim wzrokiem.

- Cóż, usłyszałem ukradkiem pewne plotki. Dość niepokojące plotki.

Cithan ponaglił go dłonią, aby mówił dalej. Już słyszał dźwięk stóp strażników za ich plecami.

- Mówią, że Wielki Duch umarł.

*

Dwójka Matoran stała na rampie transportowej i przyglądała się odjeżdżającym pojazdom zaopatrzeniowym. Jeden z nich właśnie minął żółty szlaban i dostał się do bocznego magazynu, należącego do ponurej siedziby Girasa. Strażnicy wyszli transporterowi na spotkanie.

Uchyliła się przyciemniona szyba. Ujrzeli Zakazianina z czerwonymi, niepokojącymi oczami. Najwyraźniej jeszcze nie wiedzieli z kim mają do czynienia - jak gdyby nigdy nic przystąpili do kontroli.

- Przepustka - Strażnik w zielonej zbroi wyciągnął otwartą dłoń i poruszał palcami.

- Jasne, chwilka - odparł Nenreh. Odchylił się na fotelu i zaczął szukać odpowiedniej tabliczki w szufladzie.

Matoranin skinął głową swojemu kompanowi. Cierpliwie czekali. Nagle, jeden z nich runął na ziemię z kulą w głowie. Skakdi wyciągnął miotacz.

Nim drugi ze strażników wieży - Onu-matoranin z pałką - zdążył zareagować, Nenreh otworzył drzwi, które uderzyły z impetem w strażnika. Przybysz złapał go i przyciągnął ręką do wozu, wbijając nieszczęśnika w grubą warstwę blachy.

- P-proszę, nie s-strzelaj! - wydukał zdezorientowany i szczerze przestraszony mężczyzna.

- Spokojnie, nie będę strzelał - zapewnił intruz.

Zaraz potem rozorał jego krtań zakrzywionym ostrzem.

Dostanie się do ponurej, szarej wieży Turagi było prostym zadaniem. Zohri znała miejsce, gdzie trzymali transportery zaopatrzeniowe i wykorzystali je, aby Nenreh mógł wślizgnąć się do środka. I choć póki co wszystko szło po ich myśli, Zakazianin wiedział, że z każdym minionym piętrem będzie tylko coraz gorzej.

Plan wyglądał następująco: będzie napierać przez boczną klatkę schodową i mierzyć się z zastępami Matoran. Był uzbrojony po zęby, ale walka przy windzie - z ryzykiem, że może zostać osaczony przy jej otworzeniu - była niebezpieczna nawet dla mężczyzny, wyposażonego w dwa miotacze, blaster, maczetę, kamizelkę i noże do rzucania. Skakdi miał z ich pomocą dostać się na sam szczyt. Zohri natomiast przypadło w udziale odcięcie źródła zasilania, gdyby wieżyczki strażnicze dawały wojownikowi się we znaki.

- No dobra, bierzmy się do roboty - załadował dysk i ruszył przed siebie.

Wszedł na klatkę schodową. Wyglądała dość zwyczajnie - szare ściany, rdzawa poręcz i światło, ciągnące się pod krawędziami sufitu. Nic specjalnego. Gdy jednak Nenreh postawił kilka kroków, rozległ się sygnał. Towarzyszył mu czerwony odcień, który zalał całą klatkę. Znaleźli ciała.

Przyspieszył. Był już na drugim piętrze, gdy jedne z bocznych drzwi otworzyły się i omal nie wypadły z zawiasów. Wyskoczyła zza nich piątka Matoran. Po ich wyposażeniu intruz wywnioskował, że należeli do funkcjonariuszy Threin, tak jak Zohri. Przygotowali miotacze.

Zanim jeden z nich zdołał dobyć lśniącego, srebrnego Kanoka, w jego krtani zagłębił się nóż. Pierwsza krew funkcjonariusza chlusnęła na ścianę obok.

Kolejni dwaj przystąpili do salwy. Nenreh umknął przed ich dyskami, słysząc, jak odbijają się od ścian i tłuką jak grad uderzający o szybę. Oddał strzał ostrzegawczy, ale to nie poskutkowało. Wśród czerwieni lamp dostrzegał kolejne dyski, które migały mu przed oczami i tworzyły strefę nie do przejścia.

Wyciągnął blaster. Nie mógł wymierzyć go w rywali, ale wycelował prosto w ciągnące się nad ich głowami światło. Gdy trafił, na klatce schodowej zapanował kompletny mrok. Dźwiękom syren alarmowych towarzyszyło iskrzenie przepalonych obwodów. Nenreh wykorzystał fakt, że Matoranie zaczęli strzelać na oślep.

Wdrapał się szybko na poręcz, ledwo łapiąc na niej równowagę. Pobiegł na jej koniec i wyskoczył, wgniatając jednego ze strażników w ścianę. Kolejny dysk świsnął mu przed skronią - Nenreh uchylił się i wycelował w półmroku w stronę, z której dobiegał strzał. Nacisnął spust. Po chwili usłyszał odgłos ciała, które sturlało się ze schodów.

Została już ich tylko dwójka. Z pomocą przyszedł byłemu więźniowi czerwony błysk, który wydobył się z podłużnego źródła światła. Trwało to tylko ułamek sekundy, ale tyle wystarczyło, aby dostrzegł trzęsące się nogi rywali. Zaczęli oddawać w niego kolejne strzały, ale Nenreh złapał maczetę i przecinał każdy dysk, który stał mu na drodze. Wspinał się po schodach. Gdy dotarł do zdesperowanych Matoran, ostrze poszło w ruch. Po chwili było po wszystkim.

- No, całkiem nieźle - skomentował. Przeładował broń palną, palcem przesunął po zakrwawionym ostrzu i prędko ruszył przed siebie.

Piętro wyżej było puste, jeśli nie licząc małego urządzenia, które zaciekawiło Nenreha. Z początku myślał, że to zwykła, czarna kamera, ale nie ruszała się i nie śledziła intruza. Szybko jednak zrozumiał, czym tak naprawdę była. Przełknął ślinę, gdy urządzenie nagle odwróciło się i wyeksponowało przed nim zieloną, jarzącą się diodę. Zaraz potem ze złowrogiego oka poleciały wiązki laserów.

Wieżyczki strażnicze, no jasne, pomyślał.

Odskoczył na bok i skrył się za poręczą. Zagryzł szczękę, gdy zauważył, że wiązka drasnęła go w biceps. Potem jednak wziął się w garść i przystąpił do kontry.

Rzucił granat, który nie tylko spowił pomieszczenie siwą chmurą, ale i zakłócił systemy wieżyczki. Nie zdołała namierzyć rywala, gdy ten przedarł się do niej i zrzucił ze ściany, rozwalając o podłogę.

- Zohri, zablokuj wejścia. Alarmy cały czas są włączone - nakazał przez komunikator, przelatując wzrokiem po migoczących czerwienią lampach. - Giras nie może uciec.

- Przyjęłam.

Ruszył dalej. Wspinaczka przebiegła pomyślnie i po rozprawieniu się z kilkoma grupami strażników, Nenreh wreszcie opuścił klatkę schodową. Dostał się na szczyt wieży i korytarz, prowadzący do gabinetu Turagi.

Hol był szeroki i pomalowany w kremowym kolorze. Na ścianach ciągnęły się płaskie, drewniane deski, które okalały również donice roślin znajdujących się przy drzwiach wejściowych. Źródłem światła nie były już ciągnące się po krawędziach podłużne lampy, lecz kamienie, zamontowane na drewnianych chwytakach.

Intruz nie przegapił jednego, istotnego szczegółu. Przed wejściem stały dwa Maxilos, trzymające blisko siebie Spinaxy. Roboty miały ponadto w rękach Miecze Czarnego Ognia, choć Nenrehowi zdecydowanie bardziej przypominały połączenie topora i buławy.

Tropiciele zawarczeli, gdy tylko wyczuli energię Nenreha. Maxilos skręciły głowy w strony Zakazianina.

- Stój! - Głos jednego rozgrzmiał w holu.

- Nie ma takiej możliwości - Nenreh zrobił krok.

- Spuść Spinaxy - polecił robot swojemu partnerowi. Zaraz potem Rahi pobiegły susami w stronę Nenreha.

Jednego z nich zdołał trafić w łapę. Drugi jednak doskoczył do niego i wbił przednie szpony prosto w stopy zbiega. Uziemiony Skakdi zawarczał z bólu. Zamaszystym sierpowym trafił tropiciela prosto w mordę, a zaraz potem spuścił na powalone zwierzę maczetę, która zakończyła jego życie.

Zakazianin musiał błyskawicznie zareagować, gdy Maxilos ruszyły z kontrą. Jeden zamachnął się mieczem, ale trafił tylko w drewnianą podłogę - mężczyzna zdołał w porę odskoczyć. Następnie wykorzystał go jako żywą tarczę - złapał go za rękę, wygiął ją pod nienaturalnym kątem i skrył się za rywalem, gdy jego sojusznik wypuścił serię pocisków z miotacza Cordak. Nenreh czuł wówczas, jak salwa wgniata czerwoną blachę i zauważył deszcz iskier, gdy w oponenta został władowany cały magazynek. Rzucił zepsutą maszynę, która opadła z brzękiem na ziemię.

Zmierzył wzrokiem ostatniego przeciwnika. Żółte, jaskrawe ślepia wbiły się w ledwie czerwone oczy. Karminowy palec sięgnął po nowe pociski do Cordaka, a niebieska dłoń opadła na kaburę. Trwali przez chwilę w kompletnym milczeniu.

Nenreh był szybszy. Zanim Maxilos przeładował miotacz, dysk skrócił go o szyję, a jego głowa spadła na ziemię. Po chwili dołączyło do niej ciało.

Mężczyzna nie spodziewał się jednak, że to nie koniec. Gdy zerknął przelotnie na czerwony złom, pierwszy ze Spinaxów wrócił do akcji. Podciął Nenreha ogonem, a ten gruchnął o dębową posadzkę. Na domiar złego, z windy, którą nie chciał poruszać się intruz, wyskoczył oddział uzbrojonych Matoran.

- Cholera - burknął pod nosem wojownik.

Sytuacja zdawała się beznadziejna. Tropiciel wskoczył na niego, próbując wbić zęby w krtań rywala. Strażnicy szykowali się natomiast do strzału. Skakdi uznał, że musi się pozbyć wszystkich naraz.

Złapał Spinaxa za szczękę i nie pozwolił jej mu zamknąć. Wstał z ziemi. Cisnął Rahi prosto na przybyszów, którzy poturlali się i wpadli znowu do windy. Nenreh ślizgnął się po podłodze i zamknął ją, w ostatniej chwili uchylając się od dysku, gdy drzwi się zamknęły, a elewator pojechał w dół.

Odetchnął głęboko. Został już tylko Giras.

Podparł się, czując rwący ból w ramieniu. Dokuśtykał do drzwi, mijając liściaste rośliny. Napotkał na blokadę, którą nakazał aktywować Zohri. Nie stanowiła ona jednak przeszkody dla jego blastera.

Wszedł do środka. Gabinet Girasa cechował się przytulnością. Wypełniony był wieloma półkami z tabliczkami do czytania, których bordowe i pożółkłe okładki ciągnęły się od drewnianej podłogi aż po wysoki sufit. Przyjemne ciepło biło z kamieni świetlnych, umieszczonych na każdej półce. Podobnie jak w holu, tu też znajdowały się paprocie. Centralnym punktem pokoju było zaś obszerne, dębowe biurko, zdolne pomieścić za swoim blatem nawet Zakazianina.

W gabinecie znajdowały się dwie postacie. Pierwszą rozpoznał bez problemu - Giras nosił pomarańczową zbroję i Hunę, podpierał się na laseczce. Drugiego mężczyznę również znał. Nie zapomniałby bowiem doktora, który ubierał biały pancerz i napsuł mu sporo krwi w Otchłani.

- Nenreh - powiedział lekarz. Wcześniej na jego twarzy dominował strach (pewnie z powodu zamkniętych drzwi, których nie udało mu się sforsować), ale zaraz potem uśmiechnął się. - Szukałem ciebie.

- Domyśliłem się, Erron - rzekł krótko, celując miotaczem w doktora.

- Po co ta agresja? - zdawał się nie być wzruszony bronią, która mogła wypalić dziurę w jego głowie. - Doskonale wiesz, po co tu przybyliśmy i myślisz, że moja śmierć coś zmieni? Maxilos i tak cię znajdą. Lepiej oddaj się w moje ręce tu i teraz.

Nenreh pokręcił głową. Popatrzył na Girasa, który w odróżnieniu od swojego gościa wręcz dygotał z przerażenia. Wycelował w stronę niewinnego starca.

- Nie przyszedłem po ciebie - rzekł, patrząc na Errona.

- Widzisz, a i tak nasze drogi się spotkały. Ja i mój pacjent znowu razem - Potarł ręce i jak gdyby nigdy nic, zaczął przechadzać się po gabinecie. - Szukałeś Girasa, a znalazłeś mnie. A teraz...

Nie dokończył. Nenreh postrzelił go w brzuch.

- A teraz do rzeczy - Kontynuował myśl przedmówcy i zerknął na Turagę. - Kody.

Zlękniony Giras zaszył się za biurkiem. Skakdi czuł się dziwnie, celując z broni w tak słabego i niegroźnie wyglądającego przeciwnika. Wiedział jednak, że zachowanie mędrca mogło być jedynie maską. W końcu to on rzekomo doprowadził Threin do stanu, w którym znajduje się obecnie.

- Powiedziałem: KODY! - ryknął. Półka, uginająca się pod nadmiarem tabliczek, zadrżała.

- Już już - wydukał Turaga.

Wysunął dotykowy panel ze swojego biurka i wklepał coś na klawiaturze. Nenreh patrzył na niego, okazjonalnie zerkając na wijącego się w spazmach Errona. Chętnie zabiłby tego psychopatę tu i teraz, ale widok kładącego się na ziemi mężczyzny był bardzo satysfakcjonujący.

Sekundy mijały. Giras wciąż nie podał kodów.

- Szybciej!

- Jeszcze chwila - tłumaczył się mędrzec ochrypłym głosem. Nacisnął coś na panelu, a potem lekko wyprostował swoje garbate ciało. - Już.

Nic się nie stało. Nenreh uniósł brwi.

- Chyba ich nie wklepałeś, albo czegoś nie rozumiem.

- Zatem ci wytłumaczę, albo... nie - Nagle strach uciekł z Huny, zastąpiony pewnością siebie i małą domieszką szaleństwa. - Zamiast tego dam ci jedną radę: padnij!

Wojownik zamarł, gdy Turaga aktywował rozkaz ochronny. Zza regałów wysunęły się czarne skrzyneczki, które powitały zielonymi diodami Nenreha.

Zaraz potem salwa podziurawiła ścianę za jego plecami. Zakazianin podczołgał się pod jeden z regałów. Sięgnął po komunikator.

- Zohri, wyłącz zasilanie w wieży.

Cisza po drugiej stronie sprawiła, że mężczyzna wyraził się niecenzuralnie w ojczystym języku. Uderzył pięścią o podłogę. Przetarł spocone czoło. Zrozumiał, że został sam.

Nie mógł wygrać z czterema wieżyczkami. Wpadł jednak na pewien pomysł.

Wstał i naparł mocno plecami o półkę. Spróbował ponownie. I jeszcze raz. Zielone pociski trafiały w regały obok niego niczym flary i niszczyły tabliczki do czytania. Mężczyzna pchał zaś dalej. Wreszcie, gdy uznał, że mebel jest zbyt ciężki, rozwalił miotaczem jego nogi. Poskutkowało.

Momentalnie półka przechyliła się i runęła na poprzedniczkę. Zaczęły spadać na siebie i łamać się, pozostawiając na ziemi sterty desek i pękniętych tabliczek do czytania. Wieżyczki, których pociski przecinały jeszcze przez chwilę pobojowisko, nagle zostały przygniecione przez połamane regały.

Ranny Erron uchylił się od kamienia świetlnego, który omal nie rozbił się o jego głowę. Giras zaś chwycił swoją laskę i oddalił się na bezpieczną odległość, zostawiając za plecami zrujnowany gabinet.

Spowolnił, gdy zauważył, że prowadzi za sobą strugę krwi. Zdradzający go czerwony płyn wypływał z jego łydki, potraktowanej drzazgą. Warknął, kiedy zauważył wyłaniającego się spomiędzy półek Nenreha. Zacisnął palce mocniej na lasce. Nie zamierzał dać się łatwo pokonać. Był władcą Threin od niepamiętnych czasów, zapewnił temu miastu ochronę na tak wiele lat, był u boku ludu w tych dobrych czasach i obecnych - złych. Nie mógł pozwolić, aby byle jaki uciekinier z Otchłani terroryzował jego miasto.

Nie zdołał jednak obronić się. Skakdi kopnięciem rozerwał na dwie części dzielącą go od Turagi Żelaza laskę. Tamten padł na ziemię, a Zakazianin podniósł go z łatwością i potrząsnął. Uderzył jego głową w blat nienaruszonego biurka.

- Dezaktywuj barykady - nakazał. - I powiedz, że mnie schwytano.

- Jasne, chwilka...

- Nie chwilka, teraz!

Ponowił cios. Maska Girasa wgniotła się, a on sam nie był pewien, czy przełyka ślinę, czy może krew.

- Dobra - Wcisnął coś na panelu. - Zekkha, możecie znosić barykady. Podaję kod. Q. Trzy. Sześć. A. D. Sześć. Nenreh został schwytany. Powtarzam: Nenreh został schwytany.

- Tak jest.

Zakończył transmisję. Skakdi przycisnął go mocniej.

- Jeszcze jedno. Powiedz, że w pokoju coś cuchnie. Jakby... wadliwa instalacja elektryczna?

Turaga wytrzeszczył oczy, ale posłusznie nadał komunikat.

- I co teraz? Zamierzasz to wszystko wysadzić? - spytał.

- Lepiej, aby nikt nie dowiedział się o tym, że wciąż żyję i nie zostałem schwytany, nie? Ale to już nie twoje zmartwienie.

W tym momencie oczy Girasa stały się ciężkie, jakby jego twarz nie była w stanie ich utrzymać. Jego wargi zadrżały. Zniknęła ta dawna arogancja i pewność siebie. Wrócił strach.

- Ja n-nie chcę g-ginąć w wybuchu - wydukał. Skakdi popukał go dłonią po tyle głowy, a potem zacisnął na niej palce.

- Spokojnie. Ciebie już wtedy nie będzie.

- Zaraz, co? Czekaj chwi...

Urwał, gdy Nenreh go podniósł, a Giras ujrzał pod sobą twardy blat biurka. Jego twarz opadła na niego kilka razy.

Mężczyzna w niebieskiej zbroi musiał go ukarać. Był sojusznikiem jego wroga, należało mu się. Według Zohri doprowadził Threin do stanu miasta-widmo, więc pomyślał, że zabijając go, robi jej także przysługę.

Po kilkunastu sekundach było po wszystkim. Zwłoki Turagi Żelaza leżały za biurkiem. Jedyną pozostałością po nim była znajdująca się na blacie, pomarańczowa Huna, pęknięta na dwa kawałki.

Nenreh odetchnął głęboko, wypuszczając podmuch z systemu podtrzymywania jego oddychania i funkcji życiowych.

Wygrałem.

Zerknął na kratkę zamontowaną na suficie. Prowadziła do wentylacji, rozprowadzającej powietrze po wieży i zwoju kabli - idealnego materiału do wybuchu.

Skakdi nie martwił się już Erronem, który w międzyczasie gdzieś zniknął. Z uśmiechem na twarzy rzucił granat we wnętrze szybu. Stanął na wysokości futryny i oddał kilka strzałów, upewniając się, że dojdzie do eksplozji, albo przynajmniej pożaru. Miał rację i po chwili ogień zaczął trawić gabinet.

Zaraz potem Giras, jego wieża i rządy przeszły do historii.

Rozdział VI[]

Po zakończonej próbie trójka wojowników spotkała się ponownie u podnóża góry. Z ich ust niemalże jednocześnie wypadły zdania, które sprowadzały się do tego samego: trzeba znaleźć schronienie. Z tą myślą Kami, Shiney i Nenreh udali się na poszukiwania miejsca, gdzie przeczekają ulewę.

Odrobinę spokoju znaleźli w grocie nieopodal góry. W środku panował półmrok, przecinany sączącym się blaskiem sierpowatego księżyca. Na głowy wędrowców kapały wilgotne krople, ale były niczym w porównaniu z deszczem, który dudnił o ziemię tak, jakby był nogami licznej armii. Było tu nawet wystarczająco dużo miejsca, aby się wyprostować - to właśnie uczyniła Toa Wody. Jej kompani natomiast zsunęli się na chropowate podłoże i oparli o ścianę.

Kami myślała o ostatnich wydarzeniach, ale robiła to w inny sposób. Nadal widok padającej na kolana Cressy i śmierć Mava były dla niej jak rozdrapane strupy, lecz tym razem postanowiła je zignorować. Zdecydowała skupić się na teraźniejszości i mogła to zrobić tylko w jeden sposób - podczas treningu.

Wstała. Położyła dłoń na Sercu Tajfunu. Zaczęła robić to, co robiła, gdy jeszcze znajdowała się w swoim świecie - ćwiczyć. Uznała, że nikt i nic tego nie zmieni.

Shiney i Nenreh patrzyli z niemałym zainteresowaniem na Kami. Poruszała się ze swoim trójzębem tak, jakby tańczyła. Wykonywała płynne ruchy, atakując wyimaginowanych przeciwników. Ciszę przerywały gromy, uderzające niedaleko groty, deszcz i świsty powietrza przy każdym ciosie wojowniczki. Było w nich coś niebezpiecznego, ale i zarazem pełnego gracji.

Toa Powietrza zauważył, że Skakdi nie może oderwać wzroku od ćwiczeń kobiety. Szturchnął go w ramię.

- Idź z nią potrenuj. Potrzebuje prawdziwego rywala.

- A ty?

- Rozejrzę się po jaskini.

Nenreh pokiwał głową. Wstał i pozostawił Shineya samego. Podszedł do oponentki i gdy ta wykonała kolejny cios trójzębem, złapał go tuż przy swojej głowie.

- Chcesz poćwiczyć? - spytał.

Przez oczy Kami przeleciał mały błysk. Nie była w stanie go zatuszować nawet przed swoim dawnym katem.

- Tak, ale uważaj. Dzisiaj jestem w niezłej formie.

- Dokładnie tak jak ja - Wyszczerzył się Skakdi. Wyciągnął maczetę i nie czekając na skinięcie głowy towarzyszki, zaatakował.

Ostrze mignęło tuż przy jej gardle. Zaraz potem wyprowadził kolejny cios - maczeta weszła między ramię a tors Kami. Ta natomiast złapała za koniec ręki Zakazianina, przyciągnęła do siebie i potraktowała go hakiem, który posłał rywala na ziemię.

Nenreh wstał w ostatniej chwili, gdy Serce Tajfunu już miało go trafić. Przetoczył się, a następnie... wziął głęboki oddech. Ciepłe wyziewy z jego aparatury zaatakowały Kami jako biała para i ograniczyły jej widoczność. W porę jednak aktywowała Ruru, której światło przypominało blask latarki. Dzięki temu lepiej mogła połapać się w siwych wyziewach i zauważyła, gdy Skakdi zaszarżował prosto na nią. Wbił się głową w jej tors i posłał na ścianę.

Odbiła się od niej i padła na ziemię. Wstała, podpierając się pięściami (jej dłonie bolały już dużo mniej). Zakręciła dostojnie swoją włócznią i zerknęła na stojącego nieopodal Nenreha, który ział ze zmęczenia. Złapała się na tym, że jej oddechy również były cięższe. Walka wymagała od nich mnóstwa energii. Posłali sobie uśmiechy jak dobrzy znajomi.

- To co, do pierwszej krwi? - spytał Zakazianin.

- Do pierwszej krwi.

I pobiegli ku sobie. Mężczyzna zasypał rywalkę krótkimi ciosami maczetą, a kobieta odpowiadała zamaszystymi atakami trójzębu. W pewnym momencie zdesperowany Nenreh szarpnął Kami. Złapał za jej włócznię, przyciągnął do siebie i odsunął na kilka bio, gdy jego pieść zagłębiła się w klatce piersiowej rywalki.

Przejechała po ziemi. Rzuciła przelotne spojrzenie Zakazianinowi. Stanęła w rozkroku, a on uczynił podobnie. W jednej chwili skoczyli ku sobie, nastawiając broń, mijając się i lądując po przeciwnych stronach groty.

Kami trwała w milczeniu, z głową spuszczoną w dół. Zadowolony Nenreh odwrócił się triumfalnie.

- I co? Czyżby moja maczeta cię dosięgła? - Zaśmiał się tubalnie, kładąc rękę na swój bok. Zauważył, że jest dziwnie lepki. Podniósł dłoń i dostrzegł czerwień na swoich palcach. Pobladł.

- Raczej moje Serce Tajfunu dosięgło ciebie - skomentowała Kami, zawieszając broń na plecach.

- Nieźle - skwitował lekko zawiedzionym tonem. - Na Qarthar nie potrafiłabyś tak walczyć.

- Miałam wtedy inne sposoby, potrafiłam się zaadaptować, zmienić. Teraz też muszę.

- Więc nagle przekreślisz grubą linią to, co działo się w ciągu ostatnich lat, miesięcy i dni i będziesz nową Kami? - Usiadł na ziemi.

- Nie - Spoważniała. - Nigdy nie zapomnę tego, co mi zrobiłeś.

- Zatem? Co planujesz? - spytał, patrząc nań z ciekawością. Toa Wody westchnęła i usiadła, krzyżując nogi.

- Znałam kiedyś pewnego Matoranina, miał na imię Ancher. Był znawcą wszelkich tekstów, pewnie przeczytał ich więcej niż cała nasza trójka razem wzięta. Widziałam, że tabliczki do czytania były ponumerowane. Miały rozdziały. By to wszystko pochłonąć, Ancher nie mógł długo zatrzymywać się nad każdym fragmentem tekstu, musiał przewracać kolejne tabliczki. Ja też muszę. Czekają mnie następne rozdziały.

Nenreh popukał się po podbródku.

- Niezłe porównanie, ale czy poprzednie rozdziały nie warunkują to, co będzie potem?

- Ty mi to powiedz.

- He?

- Powiedz mi, czy jesteś tym samym Nenrehem, łowcą niewolników, którym byłeś na początku.

Nie otrzymała odpowiedzi natychmiast. Patrzyła, jak mężczyzna unosi swoją maczetę, wyciąga ją na deszcz i gdy tylko jej klinga staje się czysta jak szkło, przygląda się swojemu obliczu. Widział Zakazianina z dwoma oczami, dwoma rękoma, bąblami i system podtrzymywania oddychania na swojej szyi i ustach. Zmiany ponadto zaszły także w jego wnętrzu.

- Masz rację. Nie jestem już taki sam - burknął. Wypowiedzenie tych słów przyszło mu z trudem, jakby okłamywał samego siebie.

- Właśnie. Przeszłość jest ważna, ale to nie ona powinna kierować naszym Przeznaczeniem, lecz...

- Lecz my sami - Dokończył. Kiwnęła głową.

A zaraz potem pomyślała, że się przewidziała.

- Kami, przepraszam, za wszystko - Wyciągnął do niej rękę. - Nie spodziewałem się, że przyjdzie nam walczyć po jednej stronie. I, cholera, gdybym o tym wiedział, nie wyrządziłbym tobie tyle krzywd.

Toa Wody spuściła głowę. Widziała wahanie się w oczach Nenreha i pragnęła skryć w cieniu swoje wątpliwości, które sama odczuwała.

- Nasza historia nie dobiegła jeszcze końca - stwierdziła. - Być może kiedyś ci przebaczę, gdy kolejne rozdziały ułożą się dla nas pomyślnie, ale teraz nie mogę. Nie mogę przebaczyć Wielkiemu Duchowi, że do tego wszystkiego dopuścił, Layrenowi za zdradę, moim przyjaciołom za ich śmierć i tobie. Wybacz.

Zrezygnowany Skakdi skinął głową i opuścił rękę. Chwilę potem zauważył, że nie są sami - ranny Shiney jakiś czas temu wrócił z przeszukiwania groty i teraz stał, patrząc na rozgrywającą się przed nim scenę. Uśmiechał się lekko.

- Mam nadzieję, że burza niedługo zniknie - zaczął mówić. - Lecz póki tutaj jesteśmy to chcę, abyście coś zobaczyli.

Nie czekając na resztę, udał się do wnętrza schronienia. Obaj wojownicy podążali za nim, stawiając ostrożne kroki w ciemności i blednącym z każdym przebytym bio świetle księżyca. Z czasem grota stawała się coraz większa, a jej ściany i kamienne formacje bardziej chaotyczne. Kami zastanawiała się, co takiego znalazł Toa Powietrza.

Odpowiedzią był właz. Żelazny i z kołowrotkiem na drzwiach, wyróżniał się na tle czarnych ścian.

- Nie wiem co tu jest. Wolałem przyjść z wami - wytłumaczył przewodnik. Osiadł swoim tradycyjnym, ostrożnym wzrokiem na włazie i chwycił za niego. Po chwili wejście poddało się sile jego rąk i wędrowcy weszli do środka.

Zaparli dech. Trafili do opuszczonej kryjówki Padlinożerców.

Shiney sięgnął do torby po kamień świetlny, który oblał pomieszczenie ciepłym blaskiem. Wnętrze nie było skromnie urządzone, ale zawierało tylko to, co było potrzebne organizacji. Na licznych stołach wykonanych z purynium znajdowały się pomarańczowo-czarne pancerze i spłowiały materiał. Przy ścianie ciągnęły się rzędami stojaki na broń oraz baryłki z wodą i farbą. Naprzeciwko nich wisiały półki, skrywające zwinięte w rulony mapy, prowiant i wszystko, co niezbędne.

- No dobra, czas trochę pomyszkować - Skakdi przetarł dłonie.

Podszedł do stojaka i wyciągnął nóż. Był wyszczerbiony, pordzewiały i dotknięty zębem czasu, choć jego stal pewnie poderżnęłaby gardło bez większego problemu.

- Ej, chodząca encyklopedio - zawołał Toa Powietrza. Ten podszedł, patrząc nieufnie na Nenreha. - Znasz się na broni? Ile to może mieć lat.

- Kilkadziesiąt, może nawet więcej - odrzekł po chwili namysłu. - Wiele z nich jest tak starych. To chyba jeszcze pozostałości po konflikcie.

- Konflikcie? - spytała Kami, grzebiąca przy stole na drugim końcu pokoju.

- Tak, konflikcie. Gdy buszowałem w opuszczonych klanach Cressan, aby przeżyć, natrafiałem w starych książkach, woluminach i na tabliczkach wzmianki o nim. Ponoć doszło do wojny między Dolusem i Szkarłatnym Królem.

- Była to wojna domowa?

Pokręcił głową.

- Jak teraz o tym myślę, to szczerze w to wątpię. Kronikarze nie wspominali o walce między własnym gatunkiem. Dużo uwagi poświęcono natomiast sługom i to one, nie licząc Dolusa i Szkarłatnego Króla, są bohaterami tych nowszych relacji.

- Ah, te szkarady - Nenreh zerknął na swoją maczetę. Odcięła głowę niejednemu z poskręcanych, kremowych stworów. - Co o nich wiesz?

- Byli rozumną rasą, bardziej rozwiniętą od Cressan - Zaczął chodzić po kryjówce. - Coś się jednak stało. Zmieniły się nie do poznania i Dolus wraz z Prorokiem przekształcili ich w marionetki tego drugiego.

- Jakim cudem Cressanin dogadał się z Prorokiem - Kami założyła ramiona na piersi.

Shiney pokręcił głową.

- Tego nie wiem, ale mam za to inne przypuszczenie, dotyczące naszych obecnych rywali. Padlinożercy mogą nie bez powodu używać tak starej broni. Może walczyli w tamtej wojnie?

- To tylko przypuszczenia - zauważył Nenreh. - Ale niczego nie można wykluczyć.

- Racja - podsumowała Kami.

Wróciła do przeczesywania kryjówki. Zabrała trochę prowiantu i bandaży, tak na wszelki wypadek. Kręciła głową na myśl o kradzieży, ale wiedziała, że tylko uprzykrza życie wrogowi. Z tą myślą przesuwała zawartość zagraconych półek, aż wreszcie znalazła coś ciekawego.

Pergamin. Duży, wielkości połowy ciała wojowniczki. Rozwinęła go. Dostrzegła czarny obrys i czerwone punkty w jego wnętrzu.

- To krew - stwierdziła, ostrożnie kładąc palec na pobrudzonej karcie.

- Nie - Shiney nie zgodził się. Kucnął obok niej. - W sensie, tak, to krew, ale nie została przeniesiona prosto na ten zwój. To odbicie.

Kami zerknęła na kompana, zmrużyła oczy. Shiney nawet teraz, w chwili, gdy nic im nie groziło, zachował powagę na swojej Mahiki. W jego oczach gromadziło się skupienie, które tuszowało coś jeszcze. Gniew? A może wstyd z powodu rany, szpecącej tył jego głowy? Nie, chodziło o coś innego.

Wojowniczka nie była Toa Psioniki, ale zrozumiała, że jej kompan bije się myślami z samym sobą. Kiedyś był serdecznym wojownikiem, nadzieją dla Qarthar, mężczyzną, który podnosił na duchu miasto swoimi desperackimi atakami. Życie na Cressie utwardziło jego charakter, stał się chłodny i wiecznie czujny. Wyglądał tak, jakby nie było w nim już tego dawnego Toa Powietrza - jakby chciał go w sobie odnaleźć, ale nie potrafił.

Stłumiła swoje przemyślenia. Skręciła głowę w stronę pergaminu.

- Znam te punkty. Pokrywają się z miejscami zaznaczonymi na mapie.

- Zgadza się. To oznacza, że idziemy w dobrym kierunku - podsumował Shiney.

- To gdzie wybierzemy się, gdy skończy się burza? - spytał Skakdi Wody.

Przewodnik obdarzył go wówczas tym samym, wyjętym z emocji wzrokiem, jak podczas ich pierwszego spotkania. Przejechał dłonią po pergaminie i zatrzymał się przy punkcie, zaznaczonym krwawą kropką. Dotknął jej zielony koniuszek palca.

Ich następnym celem były ruiny klanu Archeaxa.

*

Athalie kontynuowała wędrówkę za Shayurą. Po kilku minutach marszu służąca wreszcie dotarła do komnaty z lekko uchylonymi, srebrnymi drzwiami. Zmieściła spojrzenie swoich oczu w cienkiej szparce.

- Przekażesz mu, że nie powiodło nam się. Nie zdobyliśmy fragmentu berła - zwróciła się do swojego pomagiera - Cressanina, którego całe plecy były poranione.

- A-ale on b-będzie...

- Wściekły. Zgadza się, będzie wściekły dokładnie tak jak ja - podniosła głos, ale potem ochłonęła. - Koniecznie przekaż, że przeszkodziły nam istoty, których nigdy do tej pory nie widzieliśmy. Nie martw się jednak. Nic nie zatrzyma nas przed zdobyciem fragmentów tego cholernego berła dla niego, a potem Namiestnik pomoże nam sprawić, że zapłacą za to wszystko. Za to, co spotkało też mnie.

- Tak się stanie - zapewnił mężczyzna.

Opuścił pokój, prawie zderzając się z Athalie. Popatrzył na nią z irytacją, odwrócił się i odszedł, odsłaniając poranione plecy. Przyjaciółka Vidara zareagowała na to zajście wstydliwym uśmiechem.

Szara, opływowa szata nie umknęła drapieżnemu spojrzeniu Shayury. Uniosła wzrok i zawołała.

- Athalie, wejdź proszę.

Kobieta stanęła w progu. Jej serce dudniło jak bębny.

- Posprzątaj półkę z bibelotami. Sprzątaczka ją pominęła, a cała zalega kurzem.

- Oczywiście.

Podeszła do wskazanego mebla, jednocześnie szybko obrzucając wzrokiem każdy zakamarek komnaty. Był to duży pokój, przedzielony na dwie części za pomocą metalowego łuku. Pierwsza, bardziej przytulna, zawierała duże łóżko, dwie bliźniacze szafy, stołek i lustro. W drugiej dominowały zaś półki, skrywające uzbrojenie i stanowiące biblioteczkę Cressanki. Wszystko było zbudowane z purynium i pomalowane miejscami na bordowo. Luksus, wręcz kipiący z poszczególnych mebli, przyprawiał Athalie o zawroty głowy.

Zerknęła na Shayurę. Siedziała ze skrzyżowanymi nogami przy lustrze i zamoczyła pędzelek w pojemniczku z czarną farbą. Pokryła ona spopielony policzek i czoło kobiety. Służąca używała podobnej sztuczki, aby ukryć bolesne blizny po torturach w świątyni. Była w tym niewątpliwie lepsza od członkini Rady.

Wytarła półkę i zadała pytanie:

- Może pomóc?

Cressanka spiorunowała ją swoim typowym, mrożącym krew w żyłach spojrzeniem. Skinęła niezauważalnie głową.

Athalie pozwoliła sobie usiąść na łóżku i przystąpiła do metamorfozy. Widziała cienką skórę i pancerz, pokrywający twarz kobiety - gdy dotykała ją pędzlem, czuła znajdujące się pod nią naruszone kości i mechaniczne elementy jej czaszki. Były skruszone. To musiało boleć.

Służąca z delikatnością tuszowała blizny, aby nie sprawić krzywdy kobiecie. Ta najwyraźniej to zauważyła.

- Jesteś w tym dobra - stwierdziła.

- Lata praktyki - odparła. - Wcześniej pomagał mi w tym mój serdeczny przyjaciel, ale od jakiegoś czasu robię to sama.

- A gdzie on teraz jest?

Athalie przygryzła wargi i mruknęła:

- Nie żyje. Uciekaliśmy z południa i poświęcił się, aby sługi mnie nie dorwały.

- Przykro mi - Shayura odparła z udawanym współczuciem.

- Mi też. Czy - Spojrzała w jej chłodne jak wirujący cyklon oczy - czy ty też kogoś straciłaś?

I wtedy zobaczyła, jak do tej pory niewzruszona Cressanka spuszcza oczy, jakby ugięły się pod ciężarem jednego słowa.

- Tak.

Athalie kiwnęła głową. Nałożyła kolejną warstwę. Nie spodziewała się, że kobieta będzie kontynuować.

- Jest obecnie tam - Podniosła palec, wskazując na jedną z półek w drugiej części komnaty. Stała tam posrebrzana figurka przedstawiająca mężczyznę. W ręku trzymał kuszę, a jego głowa była dumnie zadarta do góry. - Faris, tak miał na imię.

- Kim był?

- Faris służył w armii Szkarłatnego Króla. Był genialnym kusznikiem i łucznikiem. Walczył podczas pamiętnej wojny, zanim jeszcze w ogóle myśleliśmy o zemście Proroka.

Służąca znowu skinęła głową. Odłożyła pojemnik na bok i splotła dłonie, słuchając opowieści. Cały czas patrzyła w oczy rozmówczyni, które choć wciąż się szkliły, powoli wracały do swojej intensywnej, zielonej barwy.

- Też walczyłam podczas tego konfliktu. Poznałam go w trakcie walki. Wpadł na mnie, i to dosłownie. Osłanialiśmy konwój ogarów z purynium, a gdy trafiliśmy w zasadzkę i poleciały na nas włócznie, Faris pchnął mnie na ziemię. Potem zostaliśmy przydzieleni do jednego oddziału i walczyliśmy razem przeciwko sługom. On był świetnym kusznikiem i miał sokoli wzrok, a ja władałam nożem jak mało kto. Byliśmy dobrym duetem. Wspólna służba nas połączyła - stwierdziła. Athalie trudno było się z tym nie zgodzić, przecież tak właśnie zbliżyła się do Vidara - pracując w jednym pałacu. - A potem... jakoś to poleciało.

- Mogę wiedzieć jak zginął?

Służąca zadała to pytanie z wątpliwościami w głosie i słusznie. Shayura osiadła na niej spojrzeniem i zacisnęła pięści. Jej pancerz na palcach pobladł. Była najwyraźniej wściekła, gdy wracała do wspomnienia śmierci partnera.

- Decydująca bitwa z Dolusem i Prorokiem rozgorzała na pustkowiach, co pewnie wiesz. Byliśmy u boku Szkarłatnego Króla i jego ucznia. Gdy jeden z większych sług - tych, które noszą na sobie błękitne bąble z kokonami - zamachnął się pazurzastą ręką, Faris przyjął cios wymierzony w ów ucznia. Padł na ziemię ze śladami po czterech szponach na torsie. Zmarł na moich piersiach.

Athalie zawahała się, ale po wysłuchaniu tej historii położyła ostrożnie dłoń na barku kobiety. Westchnęła. Postanowiła zmienić temat.

- Czemu wróciliście z patrolu cali mokrzy?

Shayura błyskawicznie odwróciła głowę w jej stronę. Podniosła rękę kobiety z ramienia i położyła ją na jej kolanie. Natychmiastowo w jej oczach pojawił się dawny, złowrogi wzrok.

- Sądzę, że twoja wizyta dobiegła końca, Athalie.

Cressanka kiwnęła pospiesznie głową. Zarumieniła się ze wstydu - wynikłego z zadania zbyt pochopnego pytania - i opuściła komnatę.

Nie miała wątpliwości, że członkini Rady coś kryła. Wcześniej miała nóż w szacie, potem wróciła z ledwo żywym oddziałem tak, jakby pływali w rzece. To wszystko mogło być dziwnym zbiegiem okoliczności, ale uznała, że przekaże wszystko Kellowi.

Jednocześnie szczerze jej współczuła. Faris był niczym Vidar dla Athalie. Rozumiała jej stratę. Sama się do końca z niej nie podniosła, choć robiła co w swojej mocy, aby zapomnieć o jego śmierci i żyć dalej.

Dotarła platformową windą na szczyt góry. Enklawa jak zwykle pełna była mieszkańców, którzy skryli się teraz pod dachami. Powodem był rzęsisty deszcz, odbijający się od metalowych trotuarów. Nawet jednak puszyste chmury, które przywlókł ze sobą, nie zdołały całkowicie zatrzymać brzasku słońca, którego słaby blask padał na metalowe dachówki. Przed ulewą skrył się również władca i jego wojownicy, szykujący ogary do jakiejś wyprawy.

- Kell! - zawołała Athalie. Podwinęła szatę, aby iść szybciej i podreptała do mężczyzny w brązowej zbroi i długiej pelerynie.

Wyłożyła mu wszystko. Powiedziała o swoich przypuszczeniach dotyczących Shayury i ich rozmowie. Uważnie obserwowała mimikę Cressanina, który wielokrotnie się dziwił. Gdy służąca skończyła mówić, odezwał się:

- To... ciekawa obserwacja - przyznał. - Ale to wszystko to tylko twoje przemyślenia. Nie masz żadnych argumentów. Zresztą, czy jest to aż tak istotne? Każdy z Cressan nosi broń przy sobie, a to, że przybyli mokrzy jest dziwne, owszem, ale nie sądzę, aby zagrażało enklawie.

- Może zmyślili całą historię z tymi trzema istotami i ogarami? - Athalie szła w zaparte.

- Jasne. I sami się tak potraktowali.

Służąca chciała coś jeszcze powiedzieć, ale dotarło do niej, że przegrała. Nie było sensu drążyć tematu. Popatrzyła na swoje białe stopy, ale zaraz zauważyła, że przysłania je cień Kella. Uniosła głowę w stronę młodego władcy, który był od niej wyższy. Splótł swoje lewe palce z jej prawymi, a drugą rękę położył na jej smukłą, porysowaną dłoń.

- To dobrze, że się martwisz. I cieszę się, że przyszłaś z tym do mnie - stwierdził.

Kąciki ust Athalie uniosły się lekko do góry.

- Teraz nie mam czasu, muszę ruszać. Trzeba znaleźć tamte podejrzane istoty. Gdyby jednak coś cię jeszcze nurtowało - przerwał, aby odchylić pelerynę i wysunąć z niej mały przedmiot - to skontaktuj się ze mną. Nie zignoruję twoich słów.

Athalie sięgnęła po kamień szeptu. Kiwnęła głową w podzięce.

Zaraz potem patrzyła, jak wojownicy Kella pomagają mu założyć pelerynę z kapturem, a następnie podstawiają mu ogara. Poczuła obecność Lurka za swoimi plecami, który wraz z służącą patrzył, jak ich władca wsiada na rumaka, a jego peleryna mieni się w blasku słońca i kroplach deszczu.

- Kell - mruknęła Athalie. Zrobiła to niemal niezauważalnie, ale Cressanin ją usłyszał. Skierował na nią swoje żółte, pełne zapału i spokoju oczy. - Uważaj na siebie.

- Będę. A ty pilnuj enklawy - puścił jej oczko i zaśmiał się swoim ochrypłym głosem.

Zaraz potem pociągnął za wodzę, a ogar stanął na dwóch nogach i zaryczał. Pognał u boku pozostałych stworzeń, odprowadzony przez ulewę i kilkudziesięciu mieszkańców, patrzących z dumą na jego jeźdźca.

- Athalie, chyba powinnaś wracać do swoich obowiązków - stwierdził Lurk, najserdeczniej jak tylko potrafił.

- Racja, trzeba strzec tego miejsca - odparła, mocniej przyciskając kamienny podarunek do swojej piersi. Poprawiła szatę i ruszyła szybkim krokiem przed siebie. Vidar chciałby, aby dbała o enklawę, która miała być jej azylem i to właśnie zamierzała uczynić.

Lurk podrapał się po głowie. Był wyraźnie zmieszany. Myślał tylko o wymienieniu pościeli u jednego z członków Rady...

*

- To koniec mojej relacji - oznajmił Cressanin.

Namiestnik kiwnął niezauważalnie głową. Siedział w sali tronowej - miejscu pełnym monumentalnych rzeźb i złotych złoceń na tle czerwonej ściany - i zajmował miejsce, które kiedyś należało do Archeaxa. Oparł się plecami o ogromne siedzisko. Miecz, który zawsze zabierał ze sobą, teraz czuwał przy jego prawym boku.

Wstał z tronu. Łańcuchy zaczęły pobrzękiwać, gdy zbliżył się do posłańca. Cressanin w czarnej, trochę zwęglonej zbroi i z ranami na plecach zerknął na niego podejrzliwie. Próbował zachować spokój, ale Namiestnik czuł bijący od niego strach.

- Dobrze - rzekł po wyjątkowo długiej chwili ciszy. Mężczyzna odetchnął głęboko. Bał się, że wojownik go ukarze, lecz ten okazał mu łaskę. Wskazał ręką na wyjście. Cressanin posłusznie odszedł.

Namiestnik odprowadził go wzrokiem, nasłuchując stóp uderzających o terakotę i mącących błogą ciszę. Pochwycił miecz i zarzucił go sobie na bark. Westchnął ciężko.

Cały dzień upłynął im pod znakiem poszukiwań szkatułki, które spełzły na niczym. Szukanie kuli purynium w labiryncie opustoszałych, często zdemolowanych budynków było sporym wyzwaniem. Być może zejdzie im na to kilka dni. Mężczyzna w złotym pancerzu był na to pierwotnie przygotowany, ale wiadomość o przejęciu drzewca przez jakieś nieznane istoty ostudziła jego zapał.

Ruszył przed siebie. Opuścił pałac Archeaxa i wyszedł na zewnątrz. Księżyc oświetlał popękane ulice, w których wgłębieniach ciągnęły się rzeczki wody. Ciemne kompleksy budynków wyglądały jak ruiny, a cuchnęły jak miejsce masowego mordu. Cóż, właściwie to tym właśnie były.

Obok Namiestnika pojawiła się dwójka rosłych sług. Ich beżowe ciała wieńczyły błękitne bąble, ponadto wyróżniali się od swoich braci tym, że poruszali się na dwóch nogach.

Pozostałe kreatury przeczesywały kolejne domy. Wojownik słuchał ich ryków i tupotu rozkraczonych nóg, które potrafiły przeskoczyć z dachu jednego budynku na drugi. Zachowywały się jak dzikie stworzenia.

Wolałby pracować z jakimś bardziej inteligentnym gatunkiem. Prorok jednak potrafił zaoferować mu jedynie to. Świadomość, że kiedyś były rozumną rasą i miały strzec tamtego potwora przed ujrzeniem światła dziennego wciąż nawiedzała jego umysł.

Momentalnie jeden ze sług podbiegł do wodza. Szturchnął Namiestnika w rękę, wysunął kipiący śliną język i wskazał, aby poszedł za nim. Wojownik powoli ruszył za swoim podwładnym.

Został zaprowadzony na szczyt budynku. Stąd miał doskonały widok na rozłożysty klan Archeaxa i pustkowia, okalające go ze wszystkich stron. Coś jednak nie pasowało do tego miejsca - a raczej ktoś. Namiestnik dostrzegł trzy kropki, powoli prześlizgujące się między ciasnymi uliczkami.

To były tamte istoty, które powstrzymały sępy.

Jedna z nich była szczuplejsza od pozostałych i wyglądała prawej ręce Proroka na kobietę. Drugi był większy i miał coś, co Namiestnik uznał za spiczaste wyrostki na grzbiecie, jakby grzebień. Trzeci wyróżniał się zielonym kolorem i kapturem, przyłożył dłoń do swoich żeber, jakby chciał je uleczyć.

Trójka sług zerknęła niebieskimi ślepiami na wodza. Czekali na rozkaz. Mężczyzna położył zaś palce na pochwie po swojej broni. Dotknął miejsca, gdzie kiedyś znajdował się drugi róg na jego hełmie. Zwrócił się do sług:

- Zabić.

Rozdział VII[]

- Też czujecie się obserwowani? - spytał Nenreh.

Shiney zebrał wystarczającą ilość mocy i wykorzystał ją, aby uleczyć pęknięte żebra. Potem zerknął posępnym wzrokiem na Zakazianina i odparł:

- Ja nie. Nikt tu nie mieszka, nie powinieneś się martwić. To ruina.

- Nie mówię o mieszkańcach. Co jeśli znowu natkniemy się na Padlinożerców, albo kogoś znacznie gorszego? Mogą tutaj żerować.

Toa Powietrza pokiwał głową. Było w tym trochę sensu. Życie na pustkowiach nauczyło go, aby spodziewać się ataku z każdej strony, o każdej porze i od każdego. Pewnie dlatego wciąż bacznie obserwował swoich towarzyszy.

Bardziej jednak nie martwił się o to, że Nenreh lub Kami wbiją mu nóż w plecy, lecz o to, że mogą natknąć się na Namiestnika. On już miał okazję, aby się z nim zmierzyć i wyszedł z tego starcia z blizną, ciągnącą się wzdłuż boku jego głowy i szyi. Okoliczności sprzyjały zasadzce sług i ich wodza. Wędrowcy byli zmęczeni długą wędrówką, a zdemolowane zabudowania mogły zostać wykorzystane jako kryjówki.

Przeniósł wzrok na Kami. Toa maszerowała do tej pory w ciszy, trzymając mocno swój trójząb i badając wszystko swoimi ożywionymi, jaskrawo-pomarańczowymi oczami. Gdy Shiney dostrzegł ją po raz pierwszy, poznał ponurą i zrezygnowaną Toa, zmęczoną walką - dokładnie tak samo jak on. Teraz wyglądała inaczej.

- Wyglądasz lepiej niż kiedykolwiek wcześniej - stwierdził.

Kobieta uśmiechnęła się niezręcznie i wzruszyła ramionami.

- Wydaje ci się.

- Nie, widzę to w tobie. W twoim wzroku, w twoim chodzie, w tym, jak się wyrażasz. Coś się w tobie zmieniło. - Zrównał się z nią z krokiem.

- Po prostu staram odseparować się od przeszłości i znaleźć coś, o co chcę tak naprawdę walczyć.

- Jesteśmy zatem zupełnie inni.

- He? - Toa Wody zamrugała zdziwiona.

- Ty starasz się zapomnieć, a ja nie umiem, albo... nie mogę - tłumaczył. - Nie pamiętam dni, gdy Qarthar zostało wyrwane z rąk Nenreha. Nie pamiętam Niro, ledwo pamiętam Toa Nazar.

- Ale pamiętasz Heri.

- Tak - Toa Powietrza po raz pierwszy od dłuższego czasu uśmiechnął się, jakby wspomnienie tamtej kobiety przyniosło mu ulgę. - Pamiętam ją i walczę o to, aby do niej wrócić. Tym też się różnimy. Ja znam swój cel, a ty cały czas go szukasz.

Przyznała mu rację cichym mruknięciem.

- Miałam przyjaciela - Drugie słowo powiedziało z wahaniem, jakby niosło za sobą pewną odrazę i zawód. - On widział w tym miejscu coś więcej niż ja. Był gotów się za nie poświęcić, tak jak ja za całe Cressa Nui. A teraz, gdy opuściłam archipelag, staram się zrozumieć ten świat. Dostrzec jego piękno i urok.

- I widzisz je?

- Nie - odparła po chwili. - Dla mnie Cressa to pustkowie, pustkowie pozbawione jakiegoś piękna, pozbawione...

- Matoran? - dopowiedział. Kobieta skinęła lekko głową. - Może tu też znajdziesz swoich Matoran?

- Może - rzekła półgłosem. Potem wypięła pierś i odwróciła się w stronę Nenreha. - A ty co sądzisz o tej krainie?

Stanęła zszokowana. Nigdzie go nie było.

- Nenreh! - złączyła dłonie i zawołała głośno.

- Cicho bądź - szepnął Shiney, kładąc palec na swoich ustach. - Zdradzisz naszą pozycję potencjalnym wrogom.

- To niby gdzie on się podział?

I wtedy, jakby w odpowiedzi, rozległy się donośne huki, odgłosy walki. Dobiegały z prawej strony. Dwójka wojowników pognała w tamtym kierunku, stawiając ciche kroki. Kami wyjrzała zza ściany budynku, gdy tylko dźwięki szamotaniny i krzyki nasiliły się.

Wszystko stało się jasne - Skakdi został porwany. Leżał teraz na dziedzińcu, otoczony przez kilka sług. Odgarniał je ręką, drażnił maczetą i choć póki co radził sobie, to przypominał lwa, który wpadł w stado hien. Długo nie wytrzyma. Toa postanowili mu pomóc.

Kami wspięła się po częściowo dziurawej klatce schodowej i dostała się na dach. Stąd miała pełny ogląd sytuacji. Widziała garbate, kłębiące się cienie, które przemykały między budynkami wyglądającymi tak, jakby wpadł w nie huragan. Zbierały się na dziedzińcu z białego kamienia, fontannami i posągami, przedstawiającymi Archeaxa. Kami przystąpiła do działania.

Przywołała ogromną, wodną kulę i zrzuciła ją na rywali. Skoczyła za nią i zanim przeźroczysto-niebieski bąbel opadł na ziemię, wbiła w niego Serce Tajfunu. Tysiące kropel wody rozbryznęło się wszędzie, zwracając uwagę sług na wojowniczkę.

- Chyba troszkę przesadziłam - rzekła, szczerząc się niewinnie i czując kropelkę potu, cieknącą po jej Ruru.

Lawina kreatur rzuciła się na kobietę, ale Skakdi i Toa zatrzymali sługi. Nenreh zaczął wywijać maczetą i wirować z nią, a Shiney przywołał trąbę powietrzną, przyciągającą jak magnes metal rywali do jej wnętrza.

Kami zauważyła, że jeden z większych stworów rzuca jej wyzwanie. Obrócił się w jej stronę i wygiął cielsko, eksponując bąble wijące się po plecach. W ogromnych łapach trzymał elektryczne włócznie, które pewnie znalazł wśród pozostałości po gwardzistach. W jego rękach wyglądały jak wykałaczki.

Sługa wyprowadził atak, ale trafił tylko w pobliską ścianę. Kami uskoczyła i wbiła Serce Tajfunu w kolano rywala. Mniej stabilne dachówki spadły na ziemię, gdy stwór wrzasnął z bólu.

Zaraz potem Toa wraziła trójząb w jego klatkę. Sądziła, że cios ten powali oponenta, ale tylko bardziej go rozwścieczył. Stanął na prostych nogach, podnosząc ze sobą Kami, która nie chciała puścić swojej broni. Zmotywowała ją do tego dopiero brzęcząca włócznia, która zbliżyła się do jej brzucha.

Odbiła się od piersi stwora, zrobiła przewrót w powietrzu i wylądowała na ziemi. Zdesperowany sługa ryknął po raz kolejny. Pobiegł w stronę kobiety, która już przygotowała dla niego niespodziankę.

Łypnęła kątem oka na stojącą między nią a przeciwnikiem rzeźbę Archeaxa. Tyran pokryty był złotem, które zdążyło już częściowo zejść, odchodami ogarów i wznosił pięść do góry. Kami zerknęła na wsporniki i gwinty, przytrzymujące monument do ziemi. Posłała w nie wodny promień.

Posąg zachybotał. Ogromne nogi stwora nie zdołały zahamować, gdy podobizna Archeaxa spadła na niego. Złapał ją za uniesioną rękę, uginając się pod ciężarem rzeźby. Wydawało mu się, że zdoła się jej oprzeć, ale wtedy poczuł ostrze, rozrywające jego drugie kolano na strzępy.

Padł na ziemię, a jego olbrzymie cielsko zostało przygniecione przez monument. Warknął, gdy zobaczył Toa Wody, patrzącą na niego z wyższością.

Kami nieoczekiwanie usłyszała ciche pomruki za swoimi plecami. Odwróciła się, łapiąc obiema rękoma za zakrwawiony trójząb. Dostrzegła dwie pary błękitnych ślepi. Jeden ze sług wysunął swoją pazurzastą łapę, a drugi przyglądał się jego poczynaniom. Wojowniczka zastygła w bezruchu, już widząc oczyma wyobraźni jak szpon przebija jej brzuch.

Wtedy jednak drugi ze sług nieoczekiwanie zaatakował pierwszego. Wbił rozczapierzone palce w swojego brata, przebijając jego czaszkę na wylot. Stwór następnie wyprostował się i... zaczął zmieniać. Urósł, jego ciało pokrywał zielony pancerz i Mahiki, skryta za powiewającym na mocnym wietrze kapturze.

- Shiney.

- Dobrze cię widzieć w jednym kawałku - Podszedł do niej, rzucił szybkie spojrzenie pobojowisku i przeszedł do konkretów. - My odciągniemy ich uwagę. Ty idź szukać kolejnego elementu berła.

- Ale ono może być dosłownie wszędzie.

- Zgadza się, może. Im szybciej pójdziesz, tym więcej czasu tobie zyskamy.

Kami zmrużyła oczy i pokręciła głową. Po chwili namysłu zawiesiła Serce Tajfunu na swoich plecach. Westchnęła. Położyła dłoń na barku przewodnika.

- Uważajcie - mruknęła. Nawet nie zauważyła, gdy jej oczy powędrowały też do Nenreha.

- I ty też - odparł Shiney. Nie czekał, aż kompanka zniknie mu z pola widzenia. Od razu odwrócił się i przystąpił do dalszej walki.

Spomiędzy zawalonych straganów wydobył się kolejny oddział sług, prowadzony przez samego Namiestnika.

Nenreh zareagował na pojawienie się potężniejszego przeciwnika z zadowoleniem na twarzy. Shiney uniósł jednak dłoń, nie dając mu żadnych nadziei.

- On jest mój - oznajmił, choć w sumie nie wiedział, czy jego słowa przedarły się przez zgiełk.

Wódz sług powiódł powoli wzrokiem po polu bitwy. Zatrzymał się, gdy zauważył... samego siebie. Mrugnął. Tym razem dostrzegł Shineya. Mrugnął znowu. Widział własne odbicie. Mrugnął po raz kolejny. Toa Powietrza uśmiechał się szyderczo. Mrugnął. Namiestnik. Shiney. Namiestnik. Shiney.

Aż wreszcie osiłek zirytował się i zniszczył mieczem zawalony stragan. Zawarczał i ruszył na rywala.

Wojownik przygotował się na szarżę oponenta. Przywołał dwie, niewielkie trąby powietrzne, które skierował ku sobie. Namiestnik był zmuszony przez nie przejść. Maszerował powolnym krokiem przez wir, połykający do swojego wnętrza gruzowisko. Mimo to szedł. Nic go nie zatrzymało.

Aksjomat zawisnął w powietrzu i przyjął cios wrogiego miecza. Ramiona Shineya zadrżały. Namiestnik nie czekał z kolejnym atakiem - wolną pięścią walnął w bark Toa, a ten padł na ziemię z hukiem. Miał wymierzyć śmiertelny cios, ale rywal w zielonej zbroi chwycił ozdobny element pobliskiej fontanny i cisnął go w głowę osiłka. Cały jego hełm zadudnił. Przewodnik wykorzystał chwilę jego oszołomienia i wstał z ziemi.

Mieli kontynuować walkę, gdy nagle obaj usłyszeli tupot nóg. Harmider niósł się z głównej ulicy, prowadzącej na dziedziniec. Obaj mężczyźni w ostatniej chwili odskoczyli, gdy prawie stratowały ich rozpędzone ogary.

Cressanie pojawili się błyskawicznie. Wjechali na wierzchowcach w sam środek walki i włączyli się do niej. Nenreh był zmuszony do odpierania ich ataków, a Shiney mógł kontynuować walkę z rywalem.

A w każdym razie tak było, dopóki nie pojawił się Kell.

Władca enklawy zjawił się za plecami Namiestnika. Rzucił pelerynę na jego twarz, a Toa Powietrza szybko potraktował głowę Namiestnika kopnięciem z obrotu. Rywal padł na ziemię, zostawiając dwójkę wojowników samych.

- To wy dorwaliście Shayurę - oskarżył go Kell. - To przez was wielu Cressan zginęło.

- Możesz jaśniej? - Shiney rozkraczył nogi, przygotowując się do ewentualnej szarży.

- Nie, nie mogę. Zabiliście moich ludzi, nie zasługujecie na żadne wyjaśnienia.

Kell zawinął z gracją ostrzem, a jego przeciwnik zbił ten cios.

- To oni zaatakowali nas.

- Najwyraźniej mieli powód. Spotkali istoty nie z tego świata, choć o tobie już słyszałem. Ponoć buszowałeś w ruinach naszych miast.

Toa Powietrza przyznał mu rację skinięciem głowy. Zerknął na walczących ze sobą Cressan i sługi, a potem otaksował wzrokiem przybysza. Kell wyglądał na szczerze przejętego walką, choć niepochłoniętego szaleństwem. Szukał wyjaśnień, których sam nie chciał udzielić.

- Posłuchaj - Shiney zatrzymał wojownika ręką, gdy ten uniósł miecz. - Możemy to przełożyć? Wytłumaczymy sobie wszystko, ale póki co mamy większe problemy na głowie.

Miał rację. Obaj mężczyźni zostali przysłonięci cieniem Namiestnika, który zwlókł się z popękanej terakoty. Przewodnik Nenreha i Kami dostrzegł, że Kell kiwa mu głową. Najwyraźniej jego nienawiść do prawej ręki Proroka była chwilowo silniejsza niż walka z nieznajomym.

- Jesteście. Martwi - wycharczał osiłek.

Zaatakował zaskakująco szybko. Zamachnął się poziomo ostrzem - Shiney odskoczył do tyłu, a Kell do przodu. Ten drugi natychmiast wymierzył cios łokciem w brzuch Namiestnika, odwrócił się do niego i przerzucił przez swoje plecy jego masywne ciało. Rywal runął prosto do niedziałającej, kamiennej fontanny.

Wstał. Shiney już miał wbić Aksjomat w jego pierś, gdy ten skrył się za zraszaczem. Toa Powietrza próbował kilka razy, ale zawsze trafiał na twardy kamień. Wreszcie, Namiestnik podważył ten element fontanny i powalił nim rywala. Złapał obalonego Toa za kostkę i cisnął go w ścianę opuszczonej karczmy, która zmieniła się w stertę cegieł.

Kell był rozważniejszy. Poczekał, aż wódz sług zaatakuje, a gdy to zrobił, prześlizgnął się pod jego ostrzem. Pochwycił leżącą na ziemi, żółtą pelerynę i zarzucił ją na nadgarstek rywala. Przyciągnął go do siebie i wbił miecz w lewy bok mężczyzny. Ten zachwiał się, gdy krew trysnęła z jego ciała. Zrozumiał, że trzeba zmienić taktykę - o sto osiemdziesiąt stopni.

- Odwrót! - zawołał panoszące się po mieście sługi.

Ostatkiem sił zderzył obie pieści z twarzą Kella, powalając go na ziemię. Shiney zdołał wstać i podbiec do niego. Wytrzeszczył oczy, słysząc niepokojący tupot stóp za sobą.

Sługi ich stratowały. Wykonały rozkaz i przebiegły po nich niczym stado dzikich Rahi. Cressanin i Toa Powietrza mieli wrażenie, że ktoś próbuje ich rozwalcować i wbija szpony w ciała. Zdążyli tylko ukryć głowy przed uciekającymi kreaturami.

W końcu jednak stworzenia przebiegły przez dziedziniec, zostawiając w spokoju poturbowanych mężczyzn. Kell ledwo co wstał. Zauważył, że pod nimi pojawiła się kałuża krwi.

Po chwili podniósł się także Shiney. Łapiąc się za głowę, rozmazanym spojrzeniem powiódł po jeszcze większym pobojowisku niż zastali. Kilka budynków runęło. Na ziemi ścielił się trup sług. Cressanie i Nenreh wycierali splamione krwią pancerze.

- To jak: chcesz usłyszeć wyjaśnienia? - spytał władcy enklawy.

Wojownik pokiwał głową, a zaraz potem zemdlał obok półżywego Shineya, który również padł na ziemię.


Shiney obudził się kilka godzin później. Potwornie bolały go mięśnie pleców - miał wrażenie, że ktoś wbił w nie żyletki. Ledwo co usiadł i z trudnością łapał oddech. Wciąż jednak żył. To było najważniejsze.

Postawił stopy na chłodnym podłożu, czując skrzypiącą podłogę. Ciemne drewno znajdowało się nie tylko na ziemi, ale obito nim wszystkie ściany, zostawiając jedynie miejsce na okiennicę, która wpuszczała do środka delikatne promienie słońca. Toa dostrzegał skrawki kurzu, unoszące się w powietrzu niczym świetliki i czuł zapach krwi.

Pora wstawać, uznał. Zwlókł się z twardego łóżka i przeszedł powolnym krokiem do sąsiedniego pokoju, skąd dobiegały odgłosy rozmów.

W pomieszczeniu zastał debatujących Cressan i Nenreha. Zebrali się przy drewnianym, kolistym stole i rozmawiali, mając za swoimi plecami gołą, ceglastą ścianę, która została zdarta z desek, i kilka dziur, wciągających do środka poranne powietrze. Tutaj również unosił się nieprzyjemny zapach śmierci. Shiney zrozumiał, że nadal znajdują się na terytorium klanu Archeaxa.

- No, nareszcie - burknął Nenreh.

- Wybaczcie mi moją nieobecność. Czy... - urwał w pół słowa, gdy przekroczył próg pokoju. Cressanie wysunęli miecze, krzyżując je na wysokości jego krtani.

- Panowie, spokojnie - poprosił Kell, a ostrza wsunęły się do pochew. - Zapewne chciałeś się spytać, czego się do tej pory o was dowiedziałem.

- Zgadza się - Toa Powietrza odwrócił sobie krzesło i usiadł na nim.

- Cóż, twój kompan powiedział nam wiele. Ponoć jest królem wyspy Zakaz. Cechuje się szczodrością i umiłowaniem dla swojej rasy. Trafił do naszego świata, aby uratować ciebie.

Shiney miał wrażenie, że jeszcze bardziej rozbolała go głowa.

- Mnie?

- Tak, ciebie - wtrącił się Nenreh. Cieszył się, że aparatura zasłania część jeg ust, bo inaczej prychnąłby ze śmiechu. - Shiney był moim doradcą, dobrym i niezwykle ciekawskim. Gdy sługi dostały się do naszego świata, szybko wślizgnął się za nimi. Jako, że pasjonuje się kronikarstwem, chciał opisać wasz świat. Ruszyłem mu na pomoc, gdy został tu uwięziony.

Toa Powietrza wstrzymał oddech.

- Tak właśnie było.

- Nie obraź się zatem, Shiney - zaczął mówić Kell - ale jak na kronikarza jesteś wyjątkowo dobrym wojownikiem.

- Potraktuję to jako komplement.

- Niesłusznie - Cressanin się wyprostował. Nadal trzymał nerwy na wodzy, choć przyszło mu to z trudem. - Zabiliście i okaleczyliście moich ludzi.

- Zostaliśmy zaatakowani, już to tłumaczyłem. Oni chcieli nam odebrać... - Pomacał ręką po plecaku, ale był pusty.

- To? - Kell, który do tej pory miał ramiona za plecami, teraz pokazał trzymany w jednej dłoni drzewce, a w drugiej ostrza.

- Tak, to.

- Wiemy co to jest. Dziwi mnie, że znaleźliście lokalizacje berła, ale mniejsza o to. Nie mieliście powodów, aby zabijać moich ludzi.

- Broniliśmy się - zaoponował Nenreh. - Było ciemno jak w sercu kopalni. Tamci mieli na sobie czarno-pomarańczowe pancerze, byli liczniejsi i poruszali się na rydwanach. Musieliśmy ich pokiereszować.

Nie wiedział wówczas, czy powiedział coś niewłaściwego, ale wśród Cressan rozbrzmiały pomruki. Kell zamrugał oczami z niedowierzania.

- Czy mieli malunki na twarzy?

- Tak.

- Jasna cholera.

Odwrócił się do swoich żołnierzy i zaczął coś do nich szeptać. Toa Powietrza i Skakdi wymienili natomiast porozumiewawcze spojrzenia. Chyba po raz pierwszy potrafili ze sobą współpracować.

- Możecie nas kłamać. Ty - Wskazał na przewodnika wędrowców - byłeś na Cressie od jakiegoś czasu. Słyszałem, że chodziłeś po ruinach i gmerałeś w rzeczach zmarłych, aby przeżyć. Mogłeś w międzyczasie poznać naszą historię i obecne problemy. Takie jak Padlinożercy.

- Nie okłamujemy was - wycedził przez zęby Shiney. Jego wzrok się wyostrzał i zaczął nieufnie patrzeć na Cressan.

- Tak. Słowo władcy Zakazu - Nenreh klepnął się w pierś.

- Będziemy musieli to zweryfikować. Do tego czasu pozostaniecie pod naszą obserwacją - oznajmił Kell.

Zaraz potem odsunął się od stołu i udał do sąsiedniego pokoju, ciągnąc za sobą żółtą pelerynę, wijącą się niczym ogon. Większość Cressan poszła za nim, ale nieliczni zostali. Krzywo patrzyli na Toa i Zakazianina, trzymając dłonie na rękojeściach broni.

Shiney i Nenreh pozwolili wyjść sobie na zewnątrz. Ten drugi dokuśtykał do poniszczonej ławki i usiadł na niej, musząc osłonić się kapturem przed słońcem, centralnie padającym na jego Kanohi. Zwrócił się do towarzysza.

- Władca Zakazu? Serio?

- Trzeba sobie jakoś radzić. Chyba brzmi to lepiej niż łowca niewolników, ciemiężyciel Qarthar, zbir z więzienia i zabójca, nie? - Skakdi oparł ramiona na biodrach.

- Faktycznie. Dobra, powiedz co się działo pod moją nieobecność.

- Tamten drugi nazywa się Kell. Wstał jakiś czas temu przed tobą. Nie wygląda na zbyt doświadczonego, ale z oczu bardziej przypomina Layrena niż Archeaxa. Chyba szczerze mu zależało na tamtych wojownikach.

Shiney mruknął na znak, że słucha.

- Kazali nam oddać broń, więc zrobiłem to bez zbędnego marudzenia. Przedstawiłem mu nasze fałszywe tożsamości. O tym, co robi Kami oczywiście nie wspomniałem. Powiedziałem, że pokłóciliśmy się na pustkowiach i udała się w swoją stronę.

Toa Powietrza kiwnął głową. Prawdę powiedziawszy nie wierzył w to wszystko. Nenreh chyba na coś się przydał. Zrobił coś dobrego.

- Właśnie, a co z nią?

- Ani widu, ani słychu - odparł. - Ale może to i dobrze, kupujemy jej trochę czasu.

- A co jeśli nas porzuciła?

Zakazianin pokręcił głową z politowaniem. Rozsadowił się na ławce obok przewodnika, zajmując większość miejsca.

- Wiem, że wciąż nie ufasz mi i Kami, masz w sumie powody. Jednak ja miałem okazję ją już poznać. Jest lojalna.

- Obyś miał rację.

W tym samym czasie Kell przedostał się do sąsiedniego pomieszczenia. Jego wojownicy zostawili władcę samego, nie musiał nawet wydać odpowiedniej komendy. Oparł się obolałymi plecami o okiennicę i usiadł na drewnianym parapecie. Wyciągnął kamień szeptu i przystawił go do ust.

- Athalie. Jak sytuacja w enklawie?

Odpowiedź otrzymał szybciej niż się spodziewał. Kamień zawibrował i z jego wnętrza wypłynął delikatny, śpiewny głos służącej.

- Sytuacja jest dziwna. Shayura chciała dziś złożyć jakiś pomysł Radzie, ale ta go odrzuciła. Chodziła po enklawie jak tykająca bomba i ponoć rozmawiała z innymi wojownikami. Potem gdzieś zniknęła.

Kell uśmiechnął się, gdy usłyszał jej głos. Wiadomości sprawiły jednak, że jego usta ugięły się lekko w dół. Westchnął.

- Powiem ci coś, co musi zostać tajemnicą. To ty zauważyłaś dziwne zachowanie Shayury i choć nie wierzę w jej złe intencje, to powinnaś to usłyszeć jako pierwsza. Obiecasz, że zostanie to między nami?

Najpierw odpowiedziała mu głucha cisza, a potem szept.

- Tak, wasza... znaczy, tak, Kellu. Dochowam tajemnicy.

Cressanin nie krył rozbawienia na twarzy, a jego brązowy pancerz nieco się zaczerwienił. Potem jego ochrypnięty głos spoważniał.

- Podejrzewam, że część z nich może być związana z Padlinożercami. Znaleźliśmy tamtych, którzy pokonali patrolujący oddział. To na ich podstawie opieram te przypuszczenia.

- Są dość wątpliwe, nie sądzisz?

- Sądzę, dlatego potrzebuję potwierdzenia u ciebie. Athalie, nie chcę ciebie o to prosić, ale czy...

- Tak - Szept przyniósł za sobą pewność jej głosu. - Będę twoimi oczami. Służąca to mniej oczywisty szpieg niż wojownik.

- Dzięki - Uśmiechnął się. - Shayura ma zasługi dla enklawy, ale muszę mieć absolutną pewność.

- Zrobię co w mojej mocy, Kellu. Vidar chciał, abym tu dotarła, więc nie pozwolę, żeby to miasto upadło. Nie na mojej warcie - ostatnie zdanie powiedziała z wyższym niż zwykle tonem, jakby była dumna, podekscytowana, albo czuła się zaangażowana. Lub wszystko na raz.

Cressanin zakończył rozmowę. Osiadł wzrokiem na postrzępionej pelerynie i ukrył w niej kamień. Przystawił do brudnej szyby dłonie i przyglądał się małym rankom, pozostawionym przez tratujące wszystko sługi, pokrywającym całe jego ciało. Na szczęście nie były zbyt poważne, a władca opanował zdolność szybkiej regeneracji. Przyglądał się zatem gojącym się bliznom, jednocześnie intensywnie myśląc.

Enklawa mogła być w niebezpieczeństwie. Był teraz daleko od niej, a nowe fakty podważały lojalność części wojowników. Na domiar złego mieszał w to wszystko Athalie. Służącą, która dopiero co podniosła się po stracie i nie zdążył tak dobrze poznać. Poczuł dziwne uczucie w swoim brzuchu.

Bał się, że może stracić enklawę, ale także tego, że może zginąć niewinna Cressanka.


Kolejna godzina poszukiwań nie przyniosła rezultatów. Kami wciąż nie znalazła następnego elementu berła, który był kluczem do jej wolności.

- Wielki Duchu, jeśli mnie słyszysz - Miała wrażenie, że rzuca słowa w próżnię - to mi pomóż.

Do tej pory jej modlitwy nie zostały wysłuchane. Mata Nui zdawał się poza jej światem - czuła jego obecność, ale jakby przez mgłę.

Odwróciła się. Ostatnie godziny spędziła w pałacu Archeaxa. Azyl tyrana wyglądał koszmarnie. Niegdyś monumentalne posągi, dziś leżały na popękanej terakocie. Ściany pokryte krwią drżały od każdego podmuchu wiatru, wpadającego do środka przez dziesiątki rozbitych szyb. Odór śmierci wciąż jednak unosił się w powietrzu i nawet po wyjściu na zewnątrz, Toa Wody wciąż go czuła. Był we wszystkich zakamarkach pałacu - w gabinecie Archeaxa, sali tronowej, pokojach służby. Nikt, kto postanowił się skryć w tym budynku nie przeżył.

Kami nie dawała tak łatwo za wygraną. Ruszyła ku obrzeżom, aby przeszukiwać kolejne, ceglaste ruiny. Osłaniając się dłonią przed pyłem i przeskakując nad kałużami srebrzystego purynium, myślała o dramacie, który spotkał ten lud na tak niegościnnym, trudnym do adaptacji świecie.

Przerwała swoje rozmyślania, gdy dotarła na przedmieścia. Stanęła przy furtce do podłużnego budynku, cechującego się ogromnym dziedzińcem. Podobnie jak pozostałe, ten również był w tragicznym stanie, choć widmo śmierci go ominęło, jakby jego mieszkańcy zdążyli uciec.

- Dobra. Trzeba sprawdzić i ten.

Gdy tylko weszła do środka, poczuła się dziwnie dobrze. Stąpała po podłożu i pomyślała, że świetnie nadawałoby się na pole do treningu. Odkryła, że stoi na placu, który kiedyś był częścią szkoły. Dowodem na to był szyld, znajdujący się nad wejściem.

Podważyła drzwi od środka. Z wnętrza budynku biła przyjazna aura, mimo biedy, którą zastała wojowniczka. Pomieszczenia nie były większe niż schowek na miotły. Meble miały kilkadziesiąt lat. Ktoś jednak chciał, aby uczniowie czuli się tu jak w domu - kobieta znalazła świece (na kamienie świetlne pewnie nie było ich stać) i zwiędłe rośliny, jakby paprocie.

Zaszła do czegoś, co przypominało kuchnię. Cressanie jedli inaczej od Toa i dużo czasu spędzali w tym miejscu, czego dowodem był splamiony obrus i odbicia pleców uczniów na ścianach, którym brakowało miejsca przy podłużnym stole. Kami podeszła do niego i dotknęła palcami, jakby gładziła pierś kogoś znajomego.

Toa sprawdziła większość pomieszczeń. Nic nie znalazła. Normalnie w takim momencie opuściłaby ten budynek, ale chciała w nim jeszcze chwilę pobyć. Wierzyła, że Shiney i Nenreh poradzą sobie bez niej.

Usiadła przy stole. Na kartce, która miała poskręcane rogi, widniała lista uczniów i przydzielonych im porcji jedzenia. Przeleciała przez kolumnę imion i w pewnym momencie zamarła. Potrząsnęła głową i przeliterowała nazwę kolejnego adepta:

- L. A. Y. R. E. N.

Nie wiedząc czemu, ale natychmiast zaczęła gorączkowo przekopywać te miejsce. Czuła obecność kuli z purynium.

Po piętnastu minutach wróciła do pomieszczenia, które najwyraźniej należało do niego. W starym regale znalazła fioletową szkatułkę ze złotym, skomplikowanym wzorem. Na kłódce ktoś wyrył napis: "Dla najlepszego z moich uczniów, Ksalia". Kami wyłamała ją trójzębem i uchyliła szkatułkę.

Znalazła ją. Kula purynium przypominała Sferę. Podobnie jak ona, wyglądała niczym ogromna perła, którą morze wyrzuciło na brzeg piaszczystej wyspy. Lśniła i kusiła oko swoją gładką powierzchnią. Toa sięgnęła po nią.

Spodziewała się, że coś się stanie. Była przekonana, że utraci przytomność, zaatakuje ją wszechogarniająca czerń, albo będzie musiała walczyć z jakimś ze swoich przyjaciół. Nic się jednak nie stało.

A przynajmniej nie na początku.

Po chwili usłyszała głosy. Ciężki oddech wojowników. Dźwięk uderzającej o siebie stali. Wyszła na zewnątrz, prowadzona tym wszystkim.

Rozgrywająca się przed nią scena miała miejsce daleko w przeszłości. Okoliczne budynki były niezniszczone i zamieszkałe, a na dziedzińcu kręcili się uczniowie szkoły, ćwicząc w parach. Jednym z nich był znany Kami Cressanin, który dostąpił zaszczytu trenowania ze swoją nauczycielką.

- Layren - rzekła głośno Toa Wody, ale bezskutecznie. Mężczyzna jej nie usłyszał. Czuła się, jakby była tylko bierną obserwatorką tych wydarzeń.

Wojownik upadł na ziemię przy kolejnym ciosie partnerki. Wstał, patrząc na kobietę z charakterystycznym dla niego spokojem. Kami nie umknęła jednak jego brew, która na moment ugięła się, eksponując irytację adepta.

- To bez sensu - stwierdził.

- Co jest bez sensu? - Ksalia założyła włócznię na plecy i dłonią chwyciła opiekuńczo za jego ramię.

- Nie widzę sensu w tej walce. Mówisz, że mam potencjał, że jestem samodzielny i poradzę sobie na arenie, gdy nadejdzie odpowiedni czas. Ale brakuje mi w tym wszystkim celu i czuję, że przez to cały czas nie mogę wygrać.

- Celu? Mogę zdradzić ci mój.

Layren rozszerzył oczy, jakby tylko na to czekał.

- Walczę dla Cressy. Po prostu.

- Ale... - Podrapał się po głowie. - Cressa to po prostu planeta.

- Tak i nie. To surowa planeta, która uczy jej mieszkańców wytrwałości. Jest na swój sposób piękna. Ale jest także druga strona ostrza - Obróciła w dłoni halabardę Cressanina i pokazała na jej właściciela. - Jej mieszkańcy.

- Chyba nie rozumiem.

Ksalia się zaśmiała.

- Cressanie dzielą się na takich jak Archeax i na zwykłych mieszkańców, którzy kochają te miejsce i swoje życie. Spójrz na moich uczniów. Widzisz błysk w ich oczach i zawziętość z jaką trzymają broń?

Layren powiódł wzrokiem po dziedzińcu, podobnie jak patrząca na to Kami. Razem kiwnęli głowami.

- Cressanie to jedyna taka rasa - stwierdził. - Nikt inny nie będzie walczył z takim zapałem jak oni za to, co kochają.

- Zgadza się. Dlatego ja chcę ich najlepiej wyszkolić, aby przekuć ten zapał w umiejętności.

- Nigdy nie patrzyłem na to z tej strony.

- A powinieneś - mruknęła. - Otacza nas wielu wytrwałych wojowników, z których trzeba wydobyć potencjał. Dostrzec ich piękno i siłę, tak jak z naszą planetą. Poświecenie się dla nich. - Rozpostarła ręce. - To mój cel.

Layren pokiwał głową. Kami obserwowała, jak jego pomarańczowe oczy zaczynają lśnić niczym bursztyn. Widziała w nich Cressanina, którego doskonale znała. Waleczny, kochający swój świat i lud, oddany swojemu celowi.

Zaraz potem poczuła obecność kogoś po swojej prawej. Przy Toa Wody przystanęła Qhira. Gładziła się po podbródku różowo-błękitnymi palcami, a następnie założyła ręce za plecy. Zabrała głos:

- Ładna scenka, czyż nie?

- Trudno się nie zgodzić - odparła. - Ale po co to wszystko?

- Widzisz, Kami, kolejne zabezpieczenie artefaktu i próba nie będzie dotyczyć twojego ciała, ale głowy - Popukała się po czole. - Pomyśl, jaką naukę możesz wynieść z tej sceny.

Toa Wody rozmyślała kilka ładnych minut. W tym momencie usłyszała kilkaset uderzeń drzewc i obserwowała Cressan, padających na ziemię. Do niczego jednak nie doszła, dopóki nie zobaczyła Layrena.

Kolejne uderzenie broni i kolejny jego upadek na ziemi. Gdy wstał, zachowywał się inaczej. Uniósł powieki, pokazując czerwone jak rozgrzane żelazo oczy i zacisnął palce na halabardzie, nie puszczając jej ani na chwilę.

Kami zrozumiała, że musi wziąć przykład z Layrena. Dostrzec piękno świata, którego do tej pory traktowała jak więzienie i jego mieszkańców, którzy tak jak ona, dbali o siebie i swoich bliskich.

Najpierw miała odciąć się od przeszłości. A teraz...

-... muszę zaakceptować teraźniejszość. Odnaleźć się w niej. Zaadaptować.

- Dokładnie - Qhira nie kryła dumy. - Dobra robota, Toa.

Kami - nie wiedząc jak zareagować na komplement - pochyliła lekko głowę do przodu. Łagodnie uśmiechnęła się do kobiety, która oprowadzała ją po tych wszystkich wizjach.

- Czy mogę już wracać?

- Jeszcze nie - Qhira ruszyła do furtki i uchyliła ją. - Muszę ci coś pokazać.

Toa Wody wzruszyła ramionami i udała się za kobietą.

Wraz z przekroczeniem wejścia do szkoły nagle trafiły do zupełnie innego miejsca. Nie przypominało Kami jej świata, ani Cressy. Poruszały się pod koronami iglastych drzew, pokrytych fioletowymi owocami. Nad ich głowami rozciągało się lawendowe niebo - ten kolor dominował również na grząskiej ściółce. Wojowniczka brnęła przez nią, zastanawiając się nad tym, co teraz ją czeka.

Między drzewami dostrzegła drewniane chaty. Stały przy nich istoty, łudzącą przypominające Matoran lub Toa. Nie nosili jednak masek, a zamiast tego poruszali się w ciężkich, srebrno-błękitnych zbrojach.

Tajemnicze istoty zebrały się w centrum wioski, którą ulokowano w iglastym lesie. Patrzyły na jakiegoś przybysza w czarnym pancerzu i z dużym zwojem pod pachą. Kami miała wrażenie, że widziała cień kogoś podobnego, gdy znalazła się we wnętrzu portalu. Mimo to, bardziej intrygowały ją tamte istoty.

- To sługi - rzekła bez zapowiedzi Qhira

Toa Wody zachwiała się. Oparła dłoń o drzewo i potrząsnęła głową. Niczego nie rozumiała.

- A przynajmniej tak kiedyś wyglądali - powiedziała z żalem kobieta. Przetarła samotną łzę, która spłynęła po jej policzku i wyprostowała się. Zaczęła tłumaczyć - Słudzy otrzymali od nas misję. Stworzyliśmy istoty, które miały polować na nasze własne twory, gdyby tamte zabłądziły w swoim pierwotnym Przeznaczeniu, albo stały się zbyt groźne. Rasa, którą teraz widzisz, miała pilnować jednego z nich: Proroka.

To imię sprawiło, że przez plecy Kami przepłynęła nieprzyjemna fala zimna. Zadrżała.

- Angonce, jeden z naszych - pokazała dłonią na mężczyznę - wyznaczył sługi do misji. Mieli przetransportować uśpionego Proroka na Cressę, gdzie istniała jedna z najlepiej rozwiniętych ras.

- Zesłaliście jego na nich?! - fuknęła Kami.

- To miało być tylko zabezpieczenie. Wiem, że trudno ci to zrozumieć, ale proszę, ochłoń.

Toa Wody zagryzła wargę. Qhira - kimkolwiek tak naprawdę była - zdawała się uosobieniem harmonii i kreacji, a nie zniszczenia. Tymczasem okazuje się, że zsyłała na rasę - która ich czciła - istotę zdolną do zniszczenia całej cywilizacji.

Łypnęła z niechęcią na zasmuconą kobietę, a następnie przeniosła wzrok na wioskę sług. Spomiędzy nich wyłonił się mężczyzna, dominujący nad swoimi braćmi wzrostem i noszący hełm, zwieńczony rogami. Uścisk jego masywnej dłoni z Angoncem przypieczętował umowę.

- Dostali się na Cressę za pomocą technologii, którą trudno byłoby ci zrozumieć. Prorok został ukryty głęboko pod powierzchnią ziemi.

- Chwila - Kami uniosła dłoń. - A ta umowa? Co wasi słudzy mieli otrzymać w zamian?

- Pozwoliliśmy im posilić się niewielką ilością bogactwa tej planety. Jeden z nich miał jednak inne plany. O tym opowiem ci innym razem.

Toa Wody skinęła niepewnie głową. Wiedziała, że poprzednio na szczycie góry znalazła dwa ostrza. Pozostało jeszcze trzecie i to prawdopodobnie o nie będzie walczyć podczas kolejnej, ostatniej już próbie. Wtedy też pozna kontynuację tej opowieści.

- Rozumiem. Dziękuję za te lekcję, wezmę ją sobie do serca - odparła. - Ah, i wybacz mi za tamten wybuch. Tak bardzo się różnimy i nie wszystkiego potrafię zrozumieć.

Qhira położyła delikatną dłoń na ramieniu wojowniczki.

- To nie prawda. Jesteśmy tacy jak wy. My po prostu jesteśmy bardziej... natchnieni? Jesteśmy wynalazcami i choć tworzymy niesamowite rzeczy, my też mylimy się i popełniamy błędy. Cieszę się, że mogłam usłyszeć krytykę z twoich ust.

Kami pokiwała głową, a potem na jej twarzy zagościł delikatny uśmiech - taki sam, którym darzyła Ceyę, Maverisa i Layrena. Uświadomiła sobie to i zastanawiała się, kto w takim razie będzie występował w ostatniej próbie berła. Niro? Gwiazda? Opozycjoniści?

Zanim zdążyła sama odpowiedzieć sobie na to pytanie, wiatr w lesie przybrał na sile. Igły zerwały się z drzew i zaczęły latać we wszystkie strony. Kami osłoniła przed nimi oczy, czując obijające się o zbroję liście, fragmenty kory i dudnienie wiatru. Gdy zaś uchyliła powieki, po wizji nie było już śladu.

Ponownie znalazła się w szkole Layrena. Trzymała w rękach kulę z purynium, którą wsunęła do podręcznej sakwy. Odetchnęła głęboko, starając się w ten sposób odreagować to wszystko. Potem jednak wzięła oparte o ścianę Serce Tajfunu i - podpierając się o jego grot -ruszyła do wyjścia.

Po opuszczeniu szkoły Layrena i rzuceniu ostatniego spojrzenia na opustoszały dziedziniec, Toa Wody udała się na poszukiwania Nenreha i Shineya. Odgłosy walki już dawno temu umilkły i Kami szybko dostrzegła ślady, które pozostawiły po sobie sługi. Maszerowała w przeciwnym kierunku, wierząc, że w ten sposób odnajdzie epicentrum walki i swoich towarzyszy, będących gdzieś w pobliżu.

Miała rację. Po pół godzinie wędrówki przez góry zawalonych cegieł i strumienie ciekłego purynium, dotarła do starego gmachu. Znajdowała się przed nim drewniana ławka. Siedział na niej Nenreh, a nieopodal niego stał nieźle pokiereszowany Shiney. Wojowniczka wywnioskowała po jego spojrzeniu, że jest spięty i nie są tu sami. Nawet jednak w jego gniewnych oczach pojawił się błysk radości, gdy ujrzał kompankę.

- Kami! - zawołali obaj mężczyźni.

Podbiegli do kobiety, a ta przytuliła ich obu, nie mając żadnych oporów. Cressanie wypełzli z budynku, przyglądając się tej scenie. Broń trzymali w pogotowiu.

- Jesteś cała i zdrowa - Radował się Skakdi.

- Tak. I mam coś ze sobą - Uchyliła lekko torbę. Dwójka mężczyzn rzuciła szybko wzrokiem na srebrną kulkę. Potem Toa zamknęła sakwę. - Jak udało wam się przeżyć?

- To zasługa Nenreha - odparł Shiney. Wyglądał, jakby sam w to wszystko nie wierzył.

- No, z grzeczności nie zaprzeczę - zaśmiał się, potarł ręce i ściszył głos. - Gdzie byłaś i jak udało ci się zdobyć to coś?

Po usłyszeniu tego pytania Kami uświadomiła sobie, że nie wie skąd kula znalazła się w szkole Ksalii. Nie pojmowała wiele rzeczy rozumem i część pytań pozostawała póki co bez odpowiedzi - tak jak to. Nie wątpiła, że wkrótce jednak dowie się czegoś więcej. Mimo to, postanowiła oszczędzić swoich towarzyszów.

- Ah - Machnęła ręką, puszczając im oczko. - I tak byście nie zrozumieli.

Interludium III[]

- Wreszcie w domu.

Zohri klapnęła na kanapie i powiodła wzrokiem po salonie. Znała go na pamięć, ale zawsze, gdy mogła osiąść wzrokiem na jego każdym zakamarku czuła odprężenie. Tak było także tym razem.

Mieszkanie Vo-matoranki różniło się znacząco od ponurych, surowo wykończonych bloków Threin. Gościły w nim przede wszystkim dwa kolory: pomarańcz i róż. W te właśnie odcienie pomalowano drewniane meble i ściany, przy których ciągnęła się długa, przytulna kanapa. Przyjemną atmosferę nadawały temu miejscu również kamienie świetlne, przykryte pod różowymi kloszami i zapach goździków.

Zohri uwielbiała przebywać w tym miejscu. W salonie mogła zdjąć z siebie maskę funkcjonariuszki i znaleźć czas dla siebie, zapominając, że za oknem znajdują się szare, opustoszałe budynki. Liczyła na to, że tym razem też znajdzie tu ukojenie. Gdy jednak przypomniała sobie o ataku na wieżę Turagi, magia tego miejsca jakby przepadła.

Znienawidzony władca Threin nie był dobrym liderem, ale czy zasługiwał na śmierć? Zohri chciałaby, aby szybko zabrał się z tego świata, lecz nie sądziła, że sama przyłoży do tego rękę. Chciała nawet wykiwać Nenreha i specjalnie nie wyłączyła zasilania, gdy walczył z wieżyczkami. To jednak nie poskutkowało. Giras nie żył, niebezpieczny więzień dopiął swego, a jej miasto za kilka godzin pogrąży się w chaosie.

Westchnęła. Miała plan awaryjny, ale potrzebowała Zakazianina. "Wspólnik" jednak do tego czasu nie dał znaku życia. Umawiali się, że spotkają się właśnie tu. W końcu najciemniej pod latarnią.

Vo-matoranka gapiła się bez celu w stronę kamienia świetlnego przez ponad kwadrans, gdy nagle usłyszała dźwięk pukania do drzwi. Zwlokła się z kanapy i je otworzyła.

Nenreh jakimś cudem dotarł do jej mieszkania. Był ranny. Do tej pory ukrywał draśnięcie na ręce, które w rzeczywistości okazało się szramą wypełnioną drobnymi bąblami krwi. Jego stopy wyglądały tak, jakby ktoś potraktował je dłutem. Pozostałości po walce pokrywały także wiele innych miejsc jego umięśnionego ciała.

- Nie pytaj o nic - Przestrzegł funkcjonariuszkę. Dowlókł się do kanapy i padł na nią. Zohri pognała do wnętrza mieszkania i wróciła z apteczką.

- Nieźle cię pokiereszowali - skomentowała. Wyciągnęła biały opatrunek i ostrożnie obwinęła nim biceps mężczyzny.

- Nie jest tak źle - mruknął. - Daj mi coś do picia.

Zohri westchnęła i ponownie udała się do sąsiedniego pomieszczenia. Przyniosła Zakazianinowi szklankę z wodą. Upił trochę, a następnie krzyknął.

- Ahhh! - warknął, gdy Zohri wbiła igłę, próbując zaszyć paskudną szramę.

- Wybacz. Nie mam w tym doświadczenia.

Nenreh pokiwał głową. Zagryzł zęby i umilkł, przyglądając się poczynaniom sojuszniczki. Sprawnie operowała nićmi, prawie tak dobrze jak Kami. Miał wrażenie, że specjalnie wbiła igłę tak mocno.

Od dawna nikt nie zbliżył się do niego na tyle, aby był w stanie go opatrzyć. Robiła to jedynie Matoranka Wody. Teraz jej rolę przejęła Zohri i choć ich relacja układała się trochę inaczej niż z poprzedniczką, to Nenreh miał dziwne wrażenie, że funkcjonariuszka nie jest zadowolona z ich współpracy. Miała spuszczony wzrok, a jej usta ugięły się w dół. Nie rozumiał z czego to wynika.

- Zabiłem tego, który był dla tego miasta takim utrapieniem. Czemu jesteś taka smutna? - spytał.

- Giras nie musiał zginąć. Ja nigdy nie wymierzyłabym w jego stronę blasterem - stwierdziła. Podniosła nogę Nenreha i ułożyła ją na kanapie. Zacisnęła mocno bandaż na jego stopie. - Tylko wyobraź sobie nagłówki tabliczek do czytania: "Liderka funkcjonariuszy Threin zamieszana w zabójstwo władcy".

- Fakt, to brzmi średnio.

- A na tym nie koniec. Myślisz, że co będzie dalej? Przestępcy wyjdą na ulice, być może rozpoczną się zamieszki. Kto zostanie nowym władcą? Giras jednak trzymał to wszystko w jednym kawałku.

Nenreh pokiwał głową. Westchnął i złączył palce, które położył na brzuchu.

- Czyli... nie powinienem go zabijać? - spytał. Błyskawicznie otrzymał odpowiedź w postaci mruknięcia Zohri. - Ja po prostu działam i czasem nie myślę racjonalnie.

- Nie. Jesteś po prostu brutalny. Wszystko chcesz załatwić siłą i nie myślisz o konsekwencjach.

Vo-matoranka była zaskoczona z jakim jadem wypowiadała te słowa. Było w nich jednak sporo prawdy. Dziwiło ją również to, że nie bała się powiedzieć Nenrehowi tego, co myślała na jego temat. Trochę się już znali i nie ukrywała przed nim wszystkiego, tak jak wobec jakiegoś nieznajomego.

- Powinieneś opuścić to miejsce. Dla dobra nas obojga - Usiadła obok niego.

- Tak zrobię - odparł ze skruchą w głosie.

- A gdzie się udasz?

- Te barykady, które zamknęły drogę do miasta chyba już schowały się pod powierzchnię ziemi. Nie zamierzam jednak od razu opuścić Threin. Przyda mi się statek, rozejrzę się za nim w zachodnich dzielnicach

- Byle szybko - bąknęła. - Gdy wiadomość o twoim przeżyciu wyjdzie na jaw, wysłańcy Otchłani przedziurawią cię dyskami przy pierwszej lepszej okazji.

Skakdi raz jeszcze pokiwał głową. Wstał, z bólem kładąc obolałą stopę na ciepłych deskach.

- Racja. Chyba już pójdę.

Zohri nie zamierzała go zatrzymywać. Odprowadziła go do drzwi.

Skakdi przystanął w miejscu, raz jeszcze obejmując wzrokiem małe, ale bardzo urocze mieszkanie. Potem przeniósł spojrzenie na jego właścicielkę.

- Dzięki za opatrzenie mnie. Mam u ciebie dług.

- Proszę - mruknęła, starając się brzmieć bezemocjonalnie. - Zostawisz mnie teraz w spokoju i odejdziesz? Taka była umowa.

- Tak - odparł. Nacisnął klamkę i zawahał się. System podtrzymywania oddychania wypuścił powietrze - Zohri. Przypominasz mi kogoś. Tamtej istotce nie dałem szansy na normalne życie. Byłem jej utrapieniem. Tobie nie będę stał na drodze.

Nim Vo-matoranka zdołała odpowiedzieć, mężczyzna uchylił drzwi i wyszedł. Zapach jego krzepnącej krwi zmieszał się z przyjemną wonią goździków i lokatorka wciąż czuła jego obecność. Fakt ten nakłonił ją do refleksji.

Odgarnęła różowe firany i stanęła przed oknem, rozmyślając. Nenreh był śmiertelnie niebezpiecznym zbirem. Zabijał i nie liczył się z nikim, prawie zawsze wygrywał. Zamordował Girasa, wcześniej groził Zohri. A mimo to... w pewien sposób mu współczuła, choć cały czas starała się tego nie okazywać.

Narażał się każdego dnia. Życie rzucało mu kolejne wyzwania. Był postawiony w nowej sytuacji. Pod tymi względami przypominał funkcjonariuszkę. Ponadto domyślał się, że nadzorowanie całej grupy miejskich strażników było dla niej trudnym zadaniem i liczył, że zabicie Turagi przyniesie jej ulgę. W pewien sposób rozumiał ją. Ponadto dotrzymał umowy.

W innych okolicznościach Zohri być może ujrzała go za przyjaciela. Gdy jednak dotknęła lekkiego wgniecenia na swojej Hau po jego ciosie, nabrała sporych wątpliwości. Te tylko przybrały na sile, gdy dostrzegła wieżę Girasa oddaloną o kilka przecznic. Strzelisty, szary budynek przypominał zapaloną pochodnię, a jego czubek płonął ogniem, który był widoczny na drugim końcu miasta. Odpowiedzialny za to był Nenreh, ale i... ona sama.

To właśnie ta ostatnia kwestia pomogła jej podjąć decyzję. On mnie do tego zmusił, pomyślała. Siłą wywarł na mnie wpływ, a ja dałam się wciągnąć w jego grę. Poprzysięgłam sobie, że go schwytam. Tymczasem on wciąż był na wolności, a Giras nie żył.

Zohri ruszyła do drewnianego kredensu. Wyciągnęła z niego ukryty komunikator. Nacisnęła przycisk rozpoczynający połączenie, chwilę się wahając. Nie wiedziała, czy pcha ją do tego ambicja, aby odzyskać twarz wśród pozostałych funkcjonariuszy, zwyczajna chęć złapania zbiega, naruszającego porządek, czy prywatne pobudki. Bez względu jednak na to wszystko, zdecydowała się zdradzić Nenreha.

Usłyszała głos Le-Matoranina, Zekkhi.

- Zohri? Czy to ty? - był w szoku.

- Tak, to ja. Dobrze cię słyszeć - odparła.

- Ciebie też. Myśleliśmy, że nie żyjesz. Co się z tobą działo?

- To w tej chwili bez znaczenia - rzekła chłodnym tonem. - Posłuchaj, Zekkha. Nenreh wcale nie zginął w wybuchu, który objął wieżę Girasa. On cały czas żyje i kieruje się na zachód. Musimy go dorwać.

*

- Gdzie ja jestem? - wymamrotał Nenreh.

Powoli zaczął otwierać oczy. Wciąż czuł smak krwi w swoich ustach i ból po kopnięciach Xyrona. Na domiar złego nie potrafił rozpoznać miejsca, w którym się obudził.

Wciąż znajdował się w Otchłani. Wywnioskował to po czterech, błękitnych ścianach, które otaczały go ze wszystkich stron i leniwie spływających po nich kroplach. Nigdy wcześniej nie widział jednak białych regałów, ciągnących się po jego lewej. Ponadto przykuty był do jakiegoś fotela, znajdującego się w samym środku pomieszczenia.

- W moim gabinecie - Głos nadbiegł gdzieś z prawej. Skakdi przewrócił głowę, patrząc na wchodzącego do środka pokoju mężczyzny.

Trudno było mu zidentyfikować z jakiej rasy pochodził. Wzrostem przypominał coś pomiędzy Matoraninem a Toa. Nosił biały pancerz i lekarski kilt. Jego czerwone oczy biegały zaś po licznych regałach i po chwili osiadły na Zakazianinie.

- Nazywam się Erron - kontynuował mężczyzna. - Pracuję tu i zajmuje się więźniami, którzy sprawiają problemy.

- Takimi jak ja, co? - burknął Nenreh. Ostatkiem sił szarpnął się na fotelu, ale skórzane pasy ledwo co drgnęły.

- Tak, takimi jak ty - Erron podsunął sobie stołek i usiadł, splatając dłonie na swoim kolanie. - Moja specjalizacja polega na uspakajaniu więźniów. Jestem w tym naprawdę niezły.

Skakdi zagryzł wargi. Nie odpowiedział.

- Nigdy się nie nauczycie - lekarz dumał dalej. - Codziennie ktoś tu trafia i za każdym razem tego żałuje. To dziwne. Rozumiem, że możecie być nadpobudliwi i agresywni, ale i głupi? - Cmoknął, patrząc z politowaniem na Nenreha. - Odnoszę wrażenie, że może jednak nie nienawidzicie mnie tak bardzo.

- Odepnij te pasy, to się przekonamy - syknął.

- Obawiam się, że to niemożliwe. Ty już na dzisiaj wykorzystałeś limit rękoczynów. Więzień, którego pobiłeś, póki co nie odzyskał przytomności.

Zakazianin prychnął.

- Co chcesz mi zrobić?

- Wyleczyć, rzecz jasna. W końcu jestem lekarzem - Wstał i pogładził rękami biały fartuch. Podszedł do regału i zaczął grzebać przy odczynnikach. - Sprawię, że ulotni się z ciebie agresja, niemalże odpadnie.

- Tylko mnie dotknij, a tobie odpadnie głowa.

Erron nie krył rozbawienia na twarzy. Jednocześnie starannie odmierzył odpowiednią ilość zielonej substancji, która trafiła chwilę potem do strzykawki. Założył igłę, która błysnęła w świetle jarzącej się lampy.

- Posłuchaj, Nenreh, bo tak cię zwą, nie? Codziennie słyszę kilka takich gróźb, a jakimś cudem żyje. Co to oznacza? Otóż to, że jesteście nieskuteczni. Nikt nawet nie podniesie na mnie ręki. Po pierwszej wizycie każdy się boi.

- Ale mówiłeś, że niektórzy wracają - stwierdził.

- Tak - przyznał wygadany mężczyzna, zaczynając pacjentowi działać na nerwy. - Niektórzy muszą trafić jeszcze raz na ten fotel. Są groźni, a zarazem tacy nierozsądni i lekkomyślni, zupełnie jak ty - Założył ręce na piersi. - Dziwi mnie to, bo czytałem twoją kartotekę i wychodzi na to, że siedzisz w celi z Cithanem. To chyba najbystrzejszy z osadzonych, a i tak nawet on nie zdołał cię przestrzec.

Skakdi natychmiast przypomniał sobie Vortixxa. Uświadomił sobie, że to prawdopodobnie on go ogłuszył. Uznał, że wyrwie mu ręce, gdy wróci do celi, jeśli Xianin nie znajdzie dobrych argumentów.

- Ujmę to w następujący sposób - Nenreh zabrał głos. - Wal się.

Erron pomasował się po karku i błogo westchnął.

- No nic. Widzę, że sobie nie pogadamy - rzekł z udawaną rezygnacją.

Nacisnął jakiś panel na jednym z regałów. Uśmiechnął się szyderczo.

Zaraz potem więzień poczuł pasy, przylegające do jego skóry. Próbował wyrwać się z ich żelaznego uścisku, ale skończyło się na kilku sapnięciach i jednej śrubce, która lekko się obluzowała. Warknął. Sytuacja stała się jeszcze trudniejsza, gdy Erron wziął strzykawkę i podszedł do pacjenta.

- Ostrzegam: będzie bolało.

Wbił igłę w kark Nenreha, wpuszczając zieloną substancję do jego krwiobiegu. Rozległy się przeraźliwe charknięcia, które po chwili przerodziły się w równie donośne krzyki.

Sala rozpłynęła się przed oczami Zakazianina tak, jakby ktoś ją stopił. Zamiast niej pojawił się przed wojownikiem miejski krajobraz. Stał na znanej mu ulicy, przyglądając się prostym domom i ich mieszkańcom: Skakdi. Bracia Nenreha nosili pancerze we wszystkich znanych mu kolorach i maszerowali spokojnie krętymi uliczkami Zakazu, prowadząc normalne życie.

Gdy łowca trochę ochłonął i zastrzyk przestał rozprowadzać po jego ciele rozrywający ból, postanowił zebrać myśli. Nie rozumiał tej wizji. Nie był jakoś specjalny związany ze swoją ojczyzną, którą opuścił wiele lat temu. Obraz w żaden sposób nie wprawiał go również w lęk. Ot, zatłoczone ulice Zakazu, bary, domy i jego mieszkańcy z kolczastymi kręgosłupami - wszystko przykryte pasmami światła zachodzącego nad wyspą słońca.

Gdy chciał się uśmiechnąć i myślał, że nie jest wcale tak źle, nagle usłyszał huk. Jeden, a zaraz potem drugi, trzeci i następne. Każdy był niezwykle głośny, jakby ktoś ciskał kulę wyburzeniową na asfalt i patrzył, jak droga rozrywa się pod jej ciężarem. W następnej chwili zaczęli krzyczeć mieszkańcy. Część z nich wystrzeliła do przodu jak wypuszczone z cięciwy strzały i schowali się do pobliskich domów, a inni zastygli w bezruchu niczym posągi. Nenreh powoli odwrócił się.

Dostrzegł go. Stworzenie z legend, ale swoim rozmiarem przerastające wszelkie wyobrażenia. Potwór, okuty w złoto-biało-niebieską zbroję i patrzący na wszystko z góry za pomocą dwóch oczu, przypominających rozpalone do czerwoności meteoryty. Stwór, zdolny w jednej chwili przemienić życie każdego Skakdi w koszmar.

- Irnakk - wydukał Nenreh. Przełknął nadzwyczaj głośno ślinę.

Zaraz potem potwór rozpoczął dzieło destrukcji. Stąpał po domach, miażdżąc je masywnymi stopami. Oddawał strzały z miotacza Zamor, które rozrywały mieszkańców tak, że Nenreh zmuszony był oglądać ich wylatające na zewnątrz trzewia i breje.

Najgorsze były jednak koszmary. Ci, którzy nie zginęli w pierwszych minutach ataku gigantycznego stwora, popadali w szaleństwo. Tarzali się po ziemi, jęczeli, łapali się za głowy i szlochali. Irnakk zsyłał na nich okrutne wizje i śmiał się do rozpuku.

- Tak działają koszmary - Echo jego głosu rozbrzmiało w całej dzielnicy Zakazu. - Życie nagle staje się utrapieniem, a śmierć jedyną ucieczką i błogosławieństwem.

Kontynuował. Zmieniał kolejne rejony wyspy w zgliszcza przy pomocy laserowego wzroku i mieszał w umysłach kolejnych mieszkańców. Nawet Nenreh, którego wielu nazwałoby wypranym z emocji, nie mógł na to patrzeć. Dygotał ze strachu, gdy jeszcze chwilę temu widział przed sobą Zakaziankę, a teraz jedyną pozostałością po niej była rozerwana ręka. Dostrzegał budynki, które uginały się jak zapałki pod stopami giganta. Słuchał wrzasków jego braci i sióstr, gdy nawiedzały ich koszmary.

Wytrzeszczył oczy i otworzył usta. Zauważył, że Irnakk gwałtownie się odwrócił. Zobaczył go.

- Chodź tu - rzekł, eksponując swoje ostre zęby.

Nenreh puścił się biegiem. Udało mu się umknąć przed żarem, który ciągnęły za sobą promienie wyskakujące z oczodołów potwora. Był jednak wolniejszy od niego. Ponadto potykał się o gruzowisko. Doskonale wiedział, że Irnakk patrzy z radością na jego marne próby ucieczki i powoli go dogania.

Zdesperowany Skakdi złapał się za głowę. Dostrzegł metalowy pręt, który kiedyś był fragmentem nocnej latarni. Chwycił go i skierował na swój brzuch.

Nie dam się, pomyślał. Nie ześle koszmaru. Śmierć będzie dla mnie błogosławieństwem.

- Arrrggghhh! - Zacisnął usta, gdy z jego wnętrza wydobyło się warknięcie. Przeszył swój brzuch na wylot. Pręt wbił się głęboko i sprawił, że krew z wnętrzności Nenreha trysnęła na wszystkie strony, a jego zębatki i mechaniczne implanty zatrzymały się. Padł na kolana.

Irnakk, który jeszcze chwilę temu śmiał się tubalnie, teraz przyspieszył kroku. Nie zamierzał dać tak łatwo uciec Zakazianinowi.

Było już jednak za późno. Skakdi umierał powoli i w męczarniach, ale jego śmierć została przesądzona. Przycisnął pręt mocniej do swojego ciała i poczuł, że dławi się od własnej krwi, która zatrzymała się w jego gardle. Zaczął się cały trząść. Do końca patrzył jednak na Irnakka, śmiejąc mu się prosto w twarz. Była to jednak tylko przykrywka - w rzeczywistości Nenreh bał się zarówno giganta, jak i śmierci. Poznał już niszczycielską siłę tego pierwszego i zastanawiał się, co będzie, gdy już odejdzie.

Wszystko wyjaśniło się kilka sekund później. Upadł na popękany chodnik w kałuży własnej krwi.

Umarł.

I obudził się.

Był cały zalany potem. Krzyknął i poderwał się z pryczy. Dokładnie pomacał ją ręką, czując znajome, twarde podłoże. Leżał w swojej przesiąkniętej wilgocią, ciemnej celi i szczerze ucieszył się na widok jej chropowatych ścian. Nie przeszkadzał mu nawet widok Cithana, który obserwował mężczyznę z drugiego końca pomieszczenia.

- Już myślałem, że się nie obudzisz - stwierdził. Podszedł kilka kroków bliżej.

- Daj spokój - Nenreh wytarł mokre czoło dłonią. - Czy to był koszmar?

- Tak, jeden wielki koszmar. Popisowy numer Errona.

Numer Errona, powtórzył w myślach Nenreh. Był wściekły na mężczyznę. Nazywał się lekarzem, a tylko ogłupiał innych.

- Czy pozostałych więźniów też to spotkało?

- Niestety tak - przyznał Cithan. - Śnią im się różne rzeczy. Steltianie z wyższych klas widzą zazwyczaj powstanie ich robotników. Cressanie zaś śnią po tym zastrzyku o jakiejś istocie w złotym pancerzu.

- A ty? - Nenreh usiadł na pryczy.

- Mi śniło się, że wspinam się na Górę. Ilekroć jednak byłem na jej szczycie, coś mi przeszkadzało. Raz zaatakował mnie drapieżny ptak, innym razem strąciła mnie Vortixx. Spadałem i za każdym razem czułem potworny, namacalny wręcz ból. A potem koszmar się skończył - Xianin pstryknął palcami.

Nenreh pokiwał głową. Rozumiał go. Gdy w akcie bezradności przeszył się prętem, czuł dokładnie taki sam ból, gdy stracił oko i rękę. Był rzeczywisty i dobrze mu znany. Cieszył się niezwykle, że był tylko wytworem jego wyobraźni.

- Musiałeś odwinąć coś grubego, skoro trafiłeś do doktora. Czemu tam byłeś? I za co cię tu wsadzili?

Nie odpowiedział. Ponownie.

- Słuchaj - Skakdi zwlókł obolałe ciało z pryczy i wyprostował się. - A to czasem nie ty mnie ogłuszyłeś? - spytałem oskarżającym tonem.

- Zgadza się - odparł. - Miałem ku temu swoje powody. Maxilos zabiłyby ciebie. Uznałem, że wizyta u Errona będzie mniejszym złem. W zasadzie to ocaliłem ci życie.

- Też mi coś - bąknął. Patrzył posępnie na Vortixxa, który zaczął chodzić po celi. Zatrzymał się przy dzielącej ich od wolności kracie. Skupił na czymś wzrok. - Na co się gapisz?

- Próbuję dostrzec celę, gdzie trzymają Zakrona. Przekazał mi niepokojące wieści. Wielki Duch chyba umarł. Mówią, że został uśpiony.

Nenreha jakoś specjalnie nie zszokowała ta informacja. Nigdy nie czcił go z oddaniem i należytym szacunkiem, a po ogromnym Irnakku niszczącym Zakaz trudno było go zaskoczyć.

- I?

- I chodzi o to, że następstwem tego są dziwne zjawiska. Poziom wód się podniósł, wiele niebezpiecznych Rahi wydostało się na wolność, dochodzi nawet do trzęsień ziemi. Świat stanął na głowie.

- Chcesz powiedzieć, że...

- Tak - Wszedł mu w słowo. - To może dojść i tutaj. Maxilos chodzą po całej Otchłani i wszystko sprawdzają pięć razy, jakby się na to szykowali.

- Być może uciekniemy! - zawołał Nenreh, ale Cithan w porę położył dłoń na jego szczęce i stłumił głos współwięźnia.

- Może - uśmiechnął się lekko i wrócił na pryczę. Usiadł i pogładził się po brodzie. - Albo zginiemy. I tym razem być może nie uratuję cię.

Ładny mi to ratunek, pomyślał mężczyzna w granatowej zbroi. Musiał jednak przyznać, że Cithan chciał dla niego dobrze. Sprowadził go do śmierci, ale fikcyjnej - o ile można ją było tak nazwać - ocalając go od prawdziwego zgonu.

- Dzięki - rzekł szybko Nenreh. Słowa nawinęły mu się na język, zanim zdołał się w niego ugryźć.

- Proszę uprzejmie. Nie każ mi robić tego ponownie, dobra?

- Jasne - Zakazianin usiadł znowu na twardej pryczy i pomasował swój kikut. Popatrzył na Cithana - To co teraz?

- Teraz? - Uniósł brew. - Teraz przygotujmy się na najgorsze.

*

Miasto zmieniło się.

Ulice, które do tej pory świeciły pustkami, teraz były przepełnione Matoranami, Vortixx i Cressanami. Mieszkańcy wyszli z ponurych budynków i zaczęli szaleć - jedni za pomocą afiszów i parad pragnęli pokazać swoje niezadowolenie w związku z zagadkową śmiercią Turagi, inni zaś cieszyli się z niej i korzystali. Chaos w mieście sprawił, że mogli przeglądać dawno opuszczone budynki, które ze względu na potrzebę nadzorowania zgromadzeń przez strażników były teraz niestrzeżone i często dopuszczali się przestępstw. Niektórzy domagali się zaś schwytania zbiega - informacja o jego ucieczce obiegła już całe miasto i skutkowała kilkoma desperackimi atakami na Maxilos, które nadal szukały więźnia.

Nenreh zaobserwował to wszystko raptem podczas krótkiej wędrówki do zachodniej części miasta. Tutaj jednak setki głosów powoli ucichło, a zaangażowanie mieszkańców w ostatnie wydarzenia było znacznie mniejsze. Wynikało to z tego, że zachodnie dzielnice zamieszkiwał głównie margines społeczny Threin. Skakdi często widział kulących się na ławkach Matoran i dziwnie wychudzonych, mijających go szerokim łukiem Vortixx. Ta część miasta miała ostatni konflikt w głębokim poważaniu. Dzięki temu Nenreh mógł w spokoju rozejrzeć się za kimś, kto zaoferuje mu łódź.

A co potem? Cóż, plan był prosty. Threin było tylko przystankiem po drodze do jego prawdziwego celu - Cressy. Jeśli ktoś byłby w stanie udzielić mu azylu, to właśnie Archeax. Aby jednak Skakdi mógł się do niego dostać, potrzebował szybko statku, który zdobędzie, zanim barykady ponownie zostaną zamknięte.

Dotarł do celu swojej wyprawy. Lokal "Dookoła Cressa Nui" nie cieszył się zbytnią popularnością, sądząc po stanie jego surowego wnętrza (dwóch foteli, biurka oraz rzędu szafek, które stały na tle szarej ściany) i znudzonym Xianinie, gapiącym się bez celu na lampę z kloszem, niosącą słaby blask po wnętrzu czegoś, co kiedyś było biurem podróży.

Skakdi chrząknął.

- Czego? - spytał jowialny Vortixx w czarnej zbroi z piwnymi oczami.

- Szukam statku, łodzi, albo starej krypy. Czegoś, co wywiezie mnie jak najszybciej stąd.

- Jak najszybciej, ta? - Właściciel wysunął z biurka tabliczkę do czytania. Wyglądał, jakby uważnie się jej przyglądał, choć nie była zapisana. - Mam łódź, która będzie gotowa za dwie godziny. Nazywa się Rysa.

- W jakim jest stanie? - Nenreh usiadł na krześle, które wygięło się niepokojąco.

- Dobre pytanie... znaczy - potrząsnął głową - da radę popłynąć. Chyba.

Zakazianin pokręcił nosem.

- Dobra, wypożyczę ją. Chcę popłynąć sam na Cressę.

- Naturalnie - mruknął Vortixx. Wstał od stołu i wyciągnął z rzędu szafek plik z tabliczkami. Gdy zdmuchnął z nich kurz, ukazał się przed nim cennik. - To będzie czterysta widgetów.

Skakdi pogrzebał w plecaku i wyciągnął z niego cztery sakiewki - każda miała mniej więcej po sto srebrnych trybików. Wręczył je właścicielowi.

- Dobrze. Dopłyniesz na Cressę, a tam jeden z przewoźników zabierze łódź i sprowadzi ją z powrotem na kontynent, na Threin.

- Świetnie, dzięki - Skakdi wstał, opierając dłonie o potwornie zimny blat. Ruszył do wyjścia, ale gdy nacisnął brudną gałkę, usłyszał bąknięcie pod nosem Xianina.

- Chwila... czy ja ciebie gdzieś już nie widziałem?

W odpowiedzi klient położył dłoń na kaburze swojego miotacza, a z rury ciągnącej się wzdłuż jego szyi i twarzy wydobyła się ciepła para.

- Chyba cię z kimś pomyliłem - stwierdził Vortixx.

- Chyba tak.

Chwilę potem Nenreh opuścił skromne biuro. Musiał gdzieś spędzić najbliższe dwie godziny i uznał to miejsce za doskonałe. Postanowił poukrywać się w uliczkach zachodnich dzielnic i podejść trochę do przedmieść, gdzie zapadały się powoli barykady. Nadarzyła się okazja, aby trochę porozmyślać.

Na widok tamtego Xianina przypomniał sobie o Cithanie. Uświadomił sobie, że spotkał w swoim życiu wiele istot, które niosły dla niego pewną wartość, takie jak właśnie błyskotliwy Xianin, Kami, czy Zohri. Jednocześnie spotkał na swojej drodze wielu, którzy tylko uczynili jego życie gorszym. Erron, Niro, konkurencyjni łowcy niewolników. Było ich sporo. Gdy przeciskał się między wysokimi budynkami, uznał, że chciałby spotykać od tej pory tylko tych pierwszych.

Los jednak go nie wysłuchał.

Musiał przejść przez jedną z głównych ulic, aby dostać się do wyjazdu z miasta i portu. Na jego drodze znajdowało się wiele mieszkańców i patrolujących okolicę robotów. Warknął. Gdzieś w jego wnętrzu odezwała się zakaziańska niecierpliwość. Brnął naprzód, chcąc szybko opuścić to dziwne miejsce i licząc na to, że nikt go nie zauważy.

Szedł między licznymi Vortixx, którzy dorównywali mu wzrostem. Przedzieranie się między ich czarnymi ciałami była jak wędrówką po gęstej dżungli - zaraz za jednym wyrastał kolejny, tak samo jak jeden krzak potrafił pojawić się tuż za drugim. Poruszał się jednak szybko. Dzięki temu jego niebieski pancerz ledwie mignął przed oczyma kilku Xian z afiszami, reszta nawet go nie zauważyła. Już widział kolejne wąskie przejście i zamierzał się do niego udać, ale w pół kroku zastygł w miejscu.

Cztery pary oczu rozbłysnęły w ciemności.

Gwałtownie odwrócił się za siebie. Przeszedł kilka kroków i dostrzegł kolejne Maxilos. Okute w czerwony pancerz roboty stały z założonymi ramionami i starały się rzucić okiem na każdego uczestnika demonstracji. Zakazianin pokręcił głową.

Spojrzał w lewo. Wysłańcy Otchłani. Łypnął na swoją prawą. Kolejne roboty.

- Cholera - warknął.

Tamci z lewej - na drugim końcu ulicy - chyba go zauważyli, bo przyspieszyli. Nenreh zrobił to samo. Szedł przed siebie, przepychając się między Vortixx i depcząc ich. Zauważył, że roboty ze stoickim spokojem idą za nim, nieznacznie się do niego zbliżając.

Zauważył przeszkodę na swojej drodze. Grupa Matoran i Xian trzymała rozłożyste płótno z napisem "CHCEMY PRAWDY " i zamierzała unieść go w górę. Nenreh nie miał czasu, aby ominąć szeroką płachtę i nie widział sensu, aby dalej być w ukryciu. Agenci wiedzieli, że tu jest. Wyciągnął miotacz i rozstrzelał stojących mu na drodze mieszkańców.

Rozgorzała panika. Tłum rozbiegł się tak szybko, jak ulatujące pyłki dmuchawca. Podniosły się krzyki. Mieszkańcy pozostawili po sobie wiele plakatów i afiszy. Na ulicę wyszli zaś Maxilos.

Nenreh przeleciał ich wzrokiem. Było ich ponad tuzin. Nie miał wyboru, musiał z nimi walczyć.

Zainicjował pojedynek. Szybko cisnął granatem dymnym, który pokrył okolicę wokół czterech robotów gęstą mgłą. Wyszli z niej, ale zaraz potem ich podzespoły zaczęły szwankować. Po chwili padły na ziemię i wyglądały tak, jakby dostały ataku palpitacji.

Tymczasem jeden z nich zaatakował Nenreha Mieczem Czarnego Ognia. Ten w porę odskoczył, a następnie zawinął nogą z obrotu i posłał rywala na asfalt. Sam zaraz potem upadł na ziemię, aby uniknąć salwy z miotacza Cordak, która rozwaliła ścianę za nim.

Przeciwnik podparł się na masywnych ramionach i przygniótł uciekiniera do ziemi, wgniatając ziemię pod nim. Skakdi zawył z bólu. Szybko wyciągnął nóż z paska i wbił go w plecy robota.

Wstał. Napiął wszystkie mięśnie, złapał rywala za nogę i zakręcił się z nim, zmiatając z drogi kolejną trójkę napastników.

Jeszcze tylko połowa, pomyślał.

Zauważył, że roboty dobywają broni palnej. Uczynił to samo - sięgnął po oba miotacze i patrzył, jak dyski przelatują przez brzuchy robotów, pozostawiając po sobie przerwane, metaliczne zwoje, iskry i maszyny, które padają z gruchotem na ziemię. Kręcił się i strzelał. Niestety, sam w końcu został trafiony - aż cztery z sześciu czerwonych pocisków przeorały jego kolano. Padł na asfalt.

Piątka funkcjonalnych Maxilos zebrała się wokół rywala, trzymała miecze i Cordaki w pogotowiu. Poszły w ruch, gdy zdesperowany Nenreh nieoczekiwanie rzucił nożem w pierś jednego z robotów. Kolejny pocisk przeszył jego dłoń, a glewia miecza ugodziła go w kręgosłup.

Runął. Ból był nie do zniesienia. Najpierw czuł tkankę mięśniową i metaliczną skórę, która się rozrywa jak papier. Potem zaś nieprzyjemny impuls przebiegł przez jego kręgosłup. Mógł tylko patrzeć, jak Maxilos szykują się do założenia mu kajdan.

- Nie - stęknął.

Nie po to było to wszystko. Nie po to wydostał się z Otchłani, aby do niej wracać. Szturmował wieżę Girasa. Zabił niejednego Matoranina. Nabawił się ran. To było zbyt wiele wart, aby się poddać.

Gdy jeden z Maxilos schylił się, sprawną ręką sprowadził go na grunt. Inny chciał zainterweniować i przeszyć Nenreha buławą, ale ten przetoczył się na plecy i osłonił ciałem pochwyconego robota. Zrzucił z siebie przeciwnika, odsłaniając głębokie rany. Długie kolce buławy przebiły się przez zbroję i wbiły w brzuch. Po raz kolejny zawył.

Następny z Maxilos założył miotacz na plecy i próbował spętać poszukiwanego łańcuchem z kajdanami. Inny złapał go od tyłu, chcąc odpiąć jego aparaturę z system podtrzymywania oddychania.

Pobladł, gdy oponent ścisnął jedną z rur. Powietrze uciekło mu z gardła, jakby ktoś je zassał. Zaczął wszystko widzieć przyćmione. Szukał przy pasku noża do samoobrony.

I znalazł go.

Wbił ostrze w głowę rywala. Deszcz iskier poleciał na jego twarz, pozostawiając kilka powierzchownych ran. Następnie rzucił ostrzem w oponenta, który zapiął kajdany. Tamten też padł na ziemię. Kolejnego zdzielił pięścią prosto w kolano. Maxilos ugiął się od tego ciosu, a Nenreh wstał.

Zagryzł zęby. Szwy założone przez Zohri pękły i jego poprzednie rany się otworzyły. Nowe zadrapania, rysy, przebicia i ślady również nie napawały optymizmem.

Pokonał jednak aż piętnaście robotów. Ten mały triumf sprawił, że drżący z bólów Nenreh uniósł dumnie głowę, wypiął pierś i zerwał kajdany. Zerknął z wyższością na ostatniego z Maxilos. On miał tylko broń białą, a Skakdi uniósł przed siebie blaster.

- I co teraz, hmm? - spytał. Nacisnął spust i... nic się nie stało. Spróbował jeszcze kilka razy, co tylko utwierdziło go w przekonaniu, że skończyła mu się amunicja. Westchnął. - To są chyba jakieś...

Ledwo złapał nadciągającą pikę. Spiczasty koniec musnął jego brzuch.

Maxilos zabrał broń i zawinął nią ponownie, tym razem od dołu. Nenreh, który nie miał już siły aby walczyć, po prostu unikał ciosów. Uszedł przed tym atakiem piki i kolejnymi. Ciało robota poruszało się jednak z taką samą szybkością przy każdym ciosie i nie męczyło się jak Zakazianin, pozostawiający krwawą posokę na asfalcie po uskokach. Zrozumiał, że w ten sposób nie zwycięży. Wpadł jednak na pewien pomysł.

Dał się trafić. Pika wbiła się w jego prawy bok, pozostawiając paskudne rozcięcie na jego metalicznej skórze. Nenreh - zgodnie z planem - zatoczył się i padł na ziemię, łapiąc się za kolejną ranę do kolekcji. Maxilos podszedł do niego, łypiąc bezlitosnymi oczami na pokonanego więźnia. Skakdi uśpił jego czujność.

Podciął mu nogi i pozwolił, aby robot runął prosto na niego. Lekko ugiął się do przodu i chwycił maszynę, nabijając jej głowę prosto na czubek swojego spiczastego kręgosłupa. Zsunął go ze swojego ciała.

Wszyscy byli w szoku. Mieszkańcy, którzy mieli dość odwagi, patrzyli na porozrzucane po ulicy fragmenty czerwonej blachy, obwody, kilkadziesiąt pocisków i jednego Skakdi pośród tego wszystkiego. On sam również nie był w stanie tego pojąć. Patrzył zziajany na pobojowisko i splunął krwią na asfalt.

Nie spodziewał się, że to jeszcze koniec.

Dotarły do niego dźwięki hamujących kół. Najpierw zobaczył żółte lampy, wyłaniające się z krętych ulic, a potem cały oddział transporterów, przewożących na tyłach kolejne grupy Maxilos. Pojawiła się również miejscowa straż. Nenreh otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale brakowało mu słów, które opisywałyby jego uczucia.

Został otoczony. Bez możliwości ucieczki.

Z jednego z pojazdów wyszedł Erron. Trzymał palce splecione przed sobą i otaksował z obojętnością pobojowisko. W jego oczach pojawił się jednak szaleńczy blask, gdy ujrzał Zakazianina. Wyszczerzył się. Zaczął mówić coś pod nosem - Nenreh nie słyszał go, ale potrafił się domyśleć co chciał powiedzieć.

I znowu to samo. Raz jeszcze wracasz do mnie. Typowy więzień Otchłani, który niezależnie od tego, ile razy próbowałoby się go złamać i powstrzymać, i tak dąży uparcie do celu. Z jednej strony to godne pochwały, a z drugiej... idiotyczne.

Za plecami Nenreha ustawiły się roboty. Miały nowy typ broni - ich główna część wykorzystywała element Cordaka, ale zamiast magazynku, wieńczyły ją harpuny. Wyglądało to źle.

Nic jednak nie mogło równać się z widokiem Zohri, która stanęła między funkcjonariuszami Threin.

- Ty... - wycedził mężczyzna. Domyślał się, że to ona podała reszcie pozycję Zakazianina.

Czuł w swoim życiu wiele rodzajów bólu. Odcięta kończyna, utrata oka, rozszarpana skóra i mięśnie, podziurawione obwody. Było tego mnóstwo, ale nic nie bolało tak, jak uczucie zdrady. Nenreh nie potrafił w to uwierzyć. Wydawało mu się, że Vo-matoranka, która widzi go taplającego się w krwi myśli podobnie - pokręciła głową i przymknęła oczy, nie zamierzając długo na to patrzeć.

Zakazianin złapał się za przecięty bok i powolnym krokiem ruszył w stronę porzuconego miotacza Cordak. Chciał dalej walczyć. Jednocześnie obserwował Errona, który z udawanym podziwem przyglądał się zapałowi kuśtykającego mężczyzny. W pewnym momencie wydał rozkaz.

- Ognia!

Bełt wystrzelił z miotacza jednego z Maxilos i wbił się w udo zbiega. Ugiął się z bólu. Miał wrażenie, że zaraz pękną mu zęby, które tak mocno zacisnął, aby zdusić krzyk. To go jednak nie zatrzymało.

- Ognia!

Zohri dostrzegła kolejny harpun. Trafił uciekiniera w ramię, pewnie krusząc przy okazji jego kość. Ukryła swoje zszokowane usta pod dłońmi, a zaraz potem wytrzeszczyła oczy - Nenreh szedł dalej. Prowadził ze sobą czerwoną ścieżkę krwi. Zaczął również ciągnąć za sobą zdumione Maxilos, które musiały mocno zapierać się o ziemię, aby nie zostać pociągniętym wraz z miotaczem, grubą liną i bełtem. Skakdi nie poddawał się i wszyscy - oprócz Errona - patrzyli na to z niedowierzaniem.

- Ognia! - Doktor wydał kolejne polecenie, a jego głos lekko zadrżał.

Nenreh dowlókł się do Cordaka. Wymierzył go w lekarza, ale gdy już miał wystrzelić, harpun ugodził go w brzuch. Wyprostował się i otworzył usta. Z ich obu kącików poleciały czerwone strużki.

- Wielki Duchu - Zohri nie mogła dłużej na to patrzeć. Łzy napłynęły jej do oczu.

Zakazianin zrobił jeszcze dwa kroki, a potem padł na kolana. Rozcapierzył przedziurawioną rękę i podciągnął się jeszcze trochę na wyboistym asfalcie. Trzy harpuny uniemożliwiły mu jednak dalszy ruch. Po raz ostatni uniósł dumnie wyblakłe oczy i rękę.

A potem padł.

*

Następne dwa dni w Otchłani dałoby się określić jednym słowem - niepokój.

Wieści o uśpieniu Wielkiego Ducha rozbiegły się zaskakująco szybko. Służby więzienne robiły wszystko, aby zapobiec wydarzeniom, które wstrząsały całym ich światem, często dosłownie. Maxilos pilnowały więźniów w powiększonych grupach. Pracownicy krzątali się natomiast po całym placu i regularnie znikali za czarnymi wrotami. Osadzeni widzieli niepewność w ich oczach, która również udzielała się im samym.

Nie dotyczyło to jednak Nenreha. Gdy ochłonął po koszmarze, spędzał wolne chwile z Cithanem. Błyskotliwy Vortixx zdradził mu szczegóły życia więziennego, a także stwierdził, że Nenreh został uwolniony z pieczęci Toa dzięki tutejszemu prawu. Nakazywało ono dobre traktowanie więźniów. Xianin chyba w to wierzył, choć na myśl o Erronie i uzbrojonych Maxilos Skakdi miał spore wątpliwości co do autentyczności jego słów.

Mimo to ten niepozorny mężczyzna zyskał jego zaufanie. Zawsze udzielał prędkich odpowiedzi, był bystry i spokojny. Znaleźli nawet dla siebie zajęcie.

- Gramy kolejną partię? - spytał Nenreh.

- Jasne.

Chodziło o grę, którą wymyślił Cithan. Obaj więźniowie klęczeli po przeciwnych stronach pryczy. Jeden składał dłoń w łódeczkę, zaś drugi musiał trafić w nią kamykiem, który pochodził z lekko skruszonej ściany. Strzał mógł być oddany jednym pstryknięciem. Zaczynał młodszy więzień. Jeśli niebieski okruch spadł z pryczy lub nie wleciał do dłoni przeciwnika, przepadał na rzecz oponenta. Grali do zdobycia sześciu punktów - Cithan jakoś upodobał sobie tę liczbę.

I znowu wygrał. Prawie zawsze pokonywał Nenreha. Podkreślał, że jest lepszy, bo siedzi tu dłużej. Zakazianin wiedział jednak, że robi to wyłącznie z uprzejmości. Chodziło bowiem o jego jedyną rękę - zachowała swoją siłę, ale była mniej precyzyjna od swojej siostry, którą uciął Niro.

- Jasny gwint. Znowu to samo - warknął mężczyzna i wstał.

- Spokojnie, to tylko gra.

- Tak, lecz nawet ona przypomina w jakiej sytuacji się znajduje. Przegrałem Qarthar, przegrałem wolność i nawet nie umiem wygrać w tej durnej gierce.

Cithan westchnął. Trudno było mu kłócić się z brutalną rzeczywistością, dlatego tylko rzucił propozycją:

- Słuchaj. Może zamilknij i pomyśl. Czasem mi to pomagało.

- "Zamilknij"? - syknął przez zęby. - Tak jak ty, gdy pytam się, czemu tu jesteś?

Vortixx znowu wypuścił powietrze z piersi. Wyglądał, jakby przez krótką chwilę bił się z myślami, a potem przytaknął sobie samemu głową. Już miał zabrać głos, gdy nagle furtka do ich celi się otworzyła.

- Możecie wyjść na plac - oznajmił Maxilos.

Obaj mężczyźni bez słowa ruszyli do wyjścia. Cithan wziął ze sobą kamień, który ukrył w dłoni.

Na placu skąpanym w niebieskiej poświacie panował harmider. Większość więźniów była spięta. Żywiołowo rozmawiali i spekulowali na temat zdrady samego Teridaxa. Znalazły się wśród nich takie jednostki, które były nadzwyczaj spokojne. To właśnie do nich podchodził Xianin, wprawiając swojego towarzysza niewoli w lekkie zdziwienie.

- Czego od nich chciałeś? - spytał Nenreh.

- Zakron wie o czymś - Spojrzał na znajomego więźnia w zielonej zbroi. - Gdy był na swoich dodatkowych przechadzkach po placu, zauważył małe wgłębienie nieopodal nas. Powstało chyba na wskutek przesunięcia tektonicznego. Okazuje się, że to wgłębienie jest częścią kopuły.

- Aha, ale jaki ma to związek z... - Wytrzeszczył oczy. Potrząsnął głową. - Nie, nie może być. Chcecie stąd zwiać?

- Próbujemy - odparł Cithan. - Ale nie mamy nic więcej do zniszczenia tej powłoki niż kilka kamieni.

- A ty rozmawiałeś z tymi, którzy mają je rzucić w tamten fragment kopuły.

Pokiwał głową.

- Widzę, że udzieliła ci się moja bystrość i umiejętność szybkiego łączenia faktów - Uśmiechnął się. Potem uchylił swoją dłoń, pokazując niepozorny kamyczek. - Został jeszcze jeden.

- Ja mogę go rzucić.

- Nie obraź się, ale czy twoje oko nie stanowi przeszkody?

- Strzelam z miotaczy, blasterów i potrafię rzucać nożami jak mało kto. Może rzut kamykiem do tak małego celu to dla mnie wyzwanie, ale tu też chodzi o siłę, a mi krzepy nie brak.

Cithan zmarszczył brwi. Ponownie myślał. Po kilkunastu, dość długich sekundach podał Nenrehowi błękitny okruch.

- Zaufałem ci. Nie zawiedź mnie i całego więzienia.

Skakdi mocno złapał powierzony kamień i kiwnął głową.

- Nie zawiodę. A dywersja?

- O nią się nie martw. Drewdika załatwi nam dywersję.

- Chciałeś powiedzieć "dywersssję"?

Xianin prychnął.

- Widzę ci, że już się czujesz lepiej na samą myśl o wolności. Pamiętaj jednak: pełne skupienie. Inaczej możesz wcale jej nie odzyskać.

Zaraz potem towarzysz obrócił się na pięcie i zaczął wszystko patrolować wzrokiem. Nenreh uczynił to samo.

Napięcie nadal kotłowało się wśród więźniów i strażników, jakby wszyscy na coś czekali i szykowali się na najgorsze. Katastrofy, które objęły większą część świata, mogły trafić i tu.

Nieoczekiwanie wszystko się zaczęło. Cithan posłał mrugnięcie w stronę kobiety. Tyle wystarczyło.

Drewdika upadła na ziemię. Przymocowane do niej stworzenie uczepiło się jej ciała i próbowało ją ugryźć. Kobieta zaczęła panikować - a nie była to panika udawana, gdyż jej mały wspólnik naprawdę wbijał w nią zęby - i sprowadziła na siebie uwagę Maxilos. Roboty ruszyły do centrum placu. Więźniowie w większości byli natomiast zaskoczeni, albo śmiali się z jej nieszczęścia. Wszyscy, oprócz pewnej garstki.

Nenreh odwrócił się, wykorzystując chwilowe zamieszanie. Każdy z wyznaczonych mężczyzn uniósł kamienie, które przywlekli z cel. Chcieli dobrze przymierzyć, choć nie było czasu. Wiedzieli jednak, że drugiej okazji nie będzie.

Od tego rzutu zależy wszystko, pomyślał Skakdi Wody.

Pierwsze odłamki skalne wleciały w ledwie widoczny, naruszony fragment powłoki. Kilka jednak nie trafiło. Nenreh czekał na to i jako ostatni cisnął kamieniem w stronę czarnej kopuły. Jego serce, które do tej pory kołatało jak szalone, teraz gwałtownie zatrzymało się.

Trafił.

Na początku wszyscy usłyszeli odgłos pęknięcia. Momentalnie ujrzeli również rysę, przecinającą całą powłokę. Nagle jednak to wszystko runęło, a do środka Otchłani wlała się woda.

Dalsze wydarzenia potoczyły się wręcz automatycznie. Więźniowie zaczęli biec, próbując sforsować główną bramę. Maxilos ogłupiały - z jednej strony musiały ich zatrzymać, ale z drugiej widziały hektolitry wody, które były nie do zatrzymania. Jeśli tu zostaną, wszyscy zginą.

Nenreh obserwował to szaleństwo. Widział więźniów, którzy nacierali w stronę czarnej bramy, strzeżonej przez wojownika w srebrnym pancerzu, który był chodzącą zbrojownią. Inna ich grupa walczyła natomiast z robotami. Jeden z nich szykował się do unieszkodliwienia mężczyzny i zrobiłby to, gdyby nie Cithan. Vortixx ślizgnął się po ziemi i wbił łokieć prosto w czoło strażnika.

- Chodź - szarpnął kompana za ramię. Ten pobiegł za nim i zauważył, że zrównali się z nimi Drewdika, jej niebieski wspólnik, Zakron i Xyron. W tym momencie Skakdi zapomniał o ich dawnych niesnaskach. Działali jako zespół.

Wbili się w grupę nic nieświadomych strażników. Przedarli się przez nich, zostawiając za plecami czerwone płyty pancerza i porozrywane kable. Dotarli, gdy akurat pokonano obronę bramy. Wówczas nietoperzopodobny więzień wzniósł się w górę i chwycił za czarny drążek. Wrota uchyliły się.

Więźniów powitały salwy z Cordaków kolejnych Maxilos, które zbiegły na niższe poziomy. Najpierw wymierzone w ziemię, potem przedziurawiły pierwszą falę uciekinierów. Pozostali byli ostrożniejsi - skryli się za wgłębieniami i filarami. Obie grupy zaczęły do siebie strzelać.

Nenreh obserwował poczynania towarzyszy z rosnącym zainteresowaniem. Drewdika kryła się za Zakronem, który doskonale posługiwał się miotaczem. Xyron radził sobie trochę gorzej i został trafiony w kolano, które zmieniło się w zlepek zniszczonych mięśni i srebrnej kości. Walczył jednak dalej i nawet Zakazianina wprawiło to w podziw. Najlepiej strzelał Cithan. Często wystarczyły jeden lub dwa pociski, aby położyć na ziemię robota. Był w tym lepszy nawet od Nenreha.

- Ty głupku - mruknął pod nosem. - Mogłeś sam rzucić ten kamień, a ty mi zaufałeś.

Oczywiście tak naprawdę był mu wdzięczny za to.

Odwrócił głowę. Woda wpadła na plac, który zostawili za sobą. Musieli się streszczać. Na szczęście zaraz potem na ziemi legł ostatni Maxilos. Roboty pozbawiły jednak wiele więźniów życia lub krwi. Ci, którzy byli w stanie, biegli dalej, zostawiając dogorywających kompanów za swoimi plecami.

Poruszali się w półmroku, czasem zakłóconym niebieską poświatą, która niekiedy wzmacniała swój blask. Towarzyszył im także dźwięk syren i czerwone światła, sygnalizujące ich ucieczkę.

Wreszcie wspięli się wyżej. Dotarli do sporej komory, przypominającej przeźroczysty bąbel. Było przez niego widać wodę, mieszającą się z jakąś inną substancją. W środku znajdował się natomiast mały zbiornik z pojazdami. Były to kilkuosobowe łodzie podwodne, okute srebrną blachą i z podłużną szybą. Nic dziwnego, że to właśnie pojazdy interesowały więźniów. Rzucili się na nie tak, jak głodny na kawałek jedzenia.

Nenreh i jego kompani musieli poczekać. Bąbel był przepełniony. Osadzeni przepychali się, czasem nawet taranowali i próbowali znaleźć sposób na otworzenie wrót wieńczących powłokę.

- Chwilę nam to zajmie - mruknął Cithan.

- Tia, ale spokojnie - Nenreh poklepał go po barku. - Już jesteśmy wolni.

- Racja, już jesteśmy wolni...

Wątpliwość w głosie Vortixxa nie była bezpodstawna. To on jako pierwszy dostrzegł Spinaxy, które niczym metaliczna fala pomknęła na więźniów.

- Uwaga! - zawołał. Więźniowie przygotowali się do ataku.

Stworzeń było całe mnóstwo. Nenreh miał wrażenie, że na miejsce każdego powalonego przypadała dwójka kolejnych tropicieli. Nie wyrabiał się ze strzelaniem, a gdy zabrakło mu amunicji, okładał stworzenia ciężkim Cordakiem. Jednocześnie przyglądał się reszcie. Zakron sprawnie wywijał Mieczem Czarnego Ognia, Drewdika obwijała się wokół rywali niczym sprężyna, jej mały pomagier kąsał Spinaxy po nogach, a Xyron zignorował swoje kolano, które pokryte było czerwoną pianą i chyba powalił najwięcej z oponentów. Nigdzie jednak nie było widać Xianina.

- Cithan? - Skakdi przedzierał się przez tłumy. Słyszał ujadanie, dźwięki strzałów i stal, wrzynającą się w masywne cielska Rahi, ale nie dostrzegł towarzysza. - Cithan!

Nenreh warknął, gdy ponownie nie otrzymał odpowiedzi. Walczył dalej. Oddział Spinaxów powoli zaczął się przerzedzać i stworzenia, które były na tyle rozumne, aby uciekać, podkuliły ogony i wycofały się z bąbla. Zakazianin był tym, który dobił ostatniego z pozostałych na miejscu tropicieli.

- Widzieliście Cithana? - spytał kompanów.

- Niessstety nie - odparła kobieta. Sama nie zauważyła, że zwierzęta rozerwały łańcuch, łączący go z niebieskim pomagierem. Ten również gdzieś zniknął.

- Też go nie widziałem - mruknął Xyron.

- Cholera - Mężczyzna zgrzytnął zębami.

Zaczął przegrzebywać pobojowisko, gdy więźniowie mocowali się z zabezpieczeniami wrót. Podnosił martwe stworzenia i choć znalazł kilka zwłok, żadne nie należały do Xianina. Miał nadzieję, że przeżył.

Ta sama nadzieja zniknęła, gdy go wreszcie odnalazł.

Vortixx leżał na ziemi, opierając głowę o ciało Spinaxa. Ten wcześniej przebił mu pierś zębami i drasnął pazurem po oku. Z obu tych ran ciekły teraz długie stróżki krwi.

- Cithan - Zakazianin klęknął przy rannym. Zacisnął dłoń na jego barku.

- Nenreh, to ty? - spytał. Odwrócił się, pokazując wszystkim czerwoną szramę, biegnącą wzdłuż jego powieki. - Zatem to tak jest widzieć wszystko jednym okiem - chciał się zaśmiać, ale wypluł jedynie krew.

- Dasz radę wstać?

Zaprzeczył głową.

- Nie martwcie się o mnie. Uciekajcie.

- Nie zos...

- Zostawisz - przerwał mu Cithan. - Nenrehu, ty musisz odkupić swoje winy, ja nie. Wykorzystaj tę szansę.

Pozostali z grupki zgromadzili się przed konającym mężczyzną. Ten jednak wyglądał tak, jakby miał się świetnie i zachował wszystkie zmysły.

- Wiecie za co siedziałem? Za niewinność, naprawdę - mówił. - Moi bracia i siostry wrobili mnie w handel bronią na ogromną skalę, a ja nic w życiu nikomu nie sprzedałem - zaśmiał się. Tylko jemu było wesoło. Potem jednak spoważniał.

Nenreh kręcił głową z niedowierzaniem. Chciał coś zrobić, ale cztery dziury w torsie i głęboka rana w głowie były ponad jego siły. Mógł tylko patrzeć jak jego ponoć niewinny kompan umiera.

- Idźcie - nakazał. - Każdy z was zrobił coś złego. Dostaliście jednak okazję, aby zacząć nowe życie. Spójrzcie - wypluł ślinę na podłogę. - Ono... czeka… tam... - przełknął ślinę i uniósł wzrok -... na powierzchni.

Wszyscy powiedli wzrokiem do góry. Gdy zaś spuścili go ponownie, Cithan już nie żył.

Skakdi jeszcze chwilę czuwał przy zmarłym. Wokół niego nagle rozległy się radosne wołania, gdy więźniowie otworzyli wrota, wręcz wiwatowali. Nenreh jednak nie potrafił zmazać smutku, który pojawił się na jego twarzy.

Wstał. Zauważył, że radość wśród uciekinierów nagle umilkła. Zadarli głowę do góry. Spodziewali się, że przez otwór w bąblu wpadnie mnóstwo wody, ale nie przeczuwali , że zamiast niego pojawi się coś innego.

- Czy to... - Xyron zaniemówił.

- Tak. To mutagen - odparł Zakron, a potem gwałtownie odwrócił się do reszty. Wrzasnął - UWAGA!

Srebrzysta ciecz wleciała do wody. Wszystko działo się potwornie szybko, gdy jej strumień przybrał na sile i zaczął wypełniać całe pomieszczenie, które nagle nie zdawało się już tak duże. Kompani Nenreha zdołali dobiec do łodzi i schować się w jej wnętrzu. Rozkojarzony po stracie kompana mężczyzna nie miał jednak tyle szczęścia.

Mutagen zalał go momentalnie. Czuł, że wokół jego ciała obwija się srebrna, gęsta ciecz. Szamotał się. Zaczynał się dusić w jej objęciach i myślał, że straci przytomność. Niespodziewanie jednak odzyskał pełną świadomość i odetchnął pełną piersią. Wytrzeszczył oczy. Zrozumiał, że coś się dzieje z jego ciałem.

Jego kikut zaczął się wydłużać, aż wreszcie osiągnął rozmiary normalnej ręki. Poczuł wówczas jak jego ramie rośnie i wokół wystającej, metalicznej kości pojawia się tkanka organiczna. Jednocześnie zaczął odruchowo mrugać. Miał dziwne wrażenie, że jego jedyne oko widzi podwójnie i dopiero po chwili zrozumiał, że to drugie - kaprawe - odzyskało pełną sprawność. Ponadto na jego ciele pojawiły się małe wyrostki, a płuca przekształciły się. Wszystko to zdarzyło się w przeciągu kilkudziesięciu sekund.

Nenreh próbował poruszać się w mutagenie, lecz był wyczerpany. Miał wrażenie, że ktoś przywiesił mu do ramion i nóg żelazne odważniki. Zmęczony przymknął oczy i zaczął spokojnie dryfować.

Więźniowie patrzyli na niego, jednocześnie mocując się z prądem, który nie dawał im odpalić pojazdów. Silniki z czasem zaskoczyły, ale nie potrafiły przebrnąć przez wir złączonej z mutagenem wody, więc statek został uziemiony.

- Dasz radę tym ruszyć? - spytał Xyron siedzącego przy sterze Zakrona.

- Spróbuję.

- Próbuj dalej - rzekł, przenosząc wzrok na Drewdikę. Kobieta krzątała się po ciasnej maszynie, jakby o czymś zapomniała. - Coś się stało?

- Tak, gdzieś zaginął mój wssspomagier - odparła.

Gdy tylko skończyła mówić, coś mocno uderzyło w łódź. Podskoczyła do góry, a jej komputery pokładowe zgłupiały. Wszyscy więźniowie wyjrzeli zza szyby.

Z błękitno-srebrnej mieszanki wyłonił się niebieski olbrzym. Był to towarzysz Drewdiki, ale powiększony kilkadziesiąt razy. Jego zęby były długości włóczni, a oczy przypominały oślepiające światło reflektorów. Wyglądał okropnie.

Stwór ryknął, wprawiając ciała wszystkich uciekinierów w dreszcze. Przedarł się przez ogromne ciśnienie i złapał z lekkością pojazd, pozostawiając ślady po pazurach. Cisnął go, wyrzucając daleko ponad bąbel. Znalazł również Nenreha, który wyglądał teraz dla stworzenia tak, jak on sam dla Zakazianina tuż przed przemianą. Chwycił go ostrożnie i uciekł wraz z nim.

Woda jeszcze długo wdzierała się do Otchłani. Służby więzienne ledwo otrząsnęły się po tej ucieczce. Cele były puste.

Więzienie z najniebezpieczniejszymi przestępcami w całym świecie było puste.

Rozdział VIII[]

Namiestnik, Shayura, Athalie, Lurk i Padlinożercy. Wszyscy zebrali się o zmierzchu przy oazie, która kiedyś była już miejscem spotkania sępów i sług. Sceneria tym razem była jednak znacznie surowsza - nocny wiatr niósł ze sobą nieprzyjemny chłód, przesuwając pomarańczowy pył, wrzynający się w otwory w pancerzu służącej niczym malutkie igiełki.

Cressanka ze skupieniem obserwowała spotkanie zza kamienia, oddalonego od grupy o kilkadziesiąt kroków. Modliła się, aby ogary jej nie wyczuły. Bała się i nie kryła tego. Przylgnęła najbardziej jak mogła do zimnej skały, aby przyglądać się spotkaniu i nasłuchiwać.

Liderzy dwóch grup wystąpili przed szereg. Osiedli na sobie wzrokiem.

- Szybko dotarliście - stwierdziła Shayura, której twarz pokrywała teraz czarna farba i biały wzór, przypominający głowę sokoła. - Zdążyliście idealnie przed burzą piaskową.

Spod hełmu Namiestnika wydobył się pomruk.

- To zasługa posłańca.

- Niewątpliwie - kobieta założyła ręce za piersi i zaczęła się przechadzać. Cały czas utrzymywała jednak spojrzenie szmaragdowych oczu na wspólniku. - Do rzeczy. Spotkaliście się na południu z Kellem i jego wojownikami. Oni nie zdołają dotrzeć na czas, a to oznacza, że enklawa jest słabo strzeżona. Drzwi do jej zniszczenia stoją otworem.

Namiestnik kiwnął głową. I drzwi do ostatniego ostrza też, pomyślał.

Shayura odwróciła się i otaksowała spojrzeniem górę, triumfującą nad wszystkimi pozostałymi i zwieńczoną osadą Cressan, która teraz była niewyraźnym, słabym punktem.

- Twojej armii zaszkodzi wspinanie się po tym wzniesieniu, wiem o tym. Przygotowałam się na to. Wykopaliśmy tunel, który łączy się z najniższym poziomem windy. Wejdziemy do góry, ale... - przerwała, aby lekko się uśmiechnąć... - od jej wnętrza.

Mężczyzna w złotej zbroi skinął potwierdzająco głową na pomysł kobiety. Athalie i Lurk, którzy tego słuchali, ledwo w to wierzyli. Cressanie wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

Shayura kontynuowała:

- Wezwij wsparcie. Wszelkie niedobitki, które ci zostały.

W odpowiedzi Namiestnik ściągnął jedyny róg ze swojego hełmu. Pogładził go delikatnie, a następnie wyciągnął w stronę kobiety.

- Ty to zrób - wycharczał. - To twoja wojna.

Shayura zmierzyła go lodowatym spojrzeniem i szarpnęła dłonią, wyrywając nią róg z ręki wojownika. Wypuściła powietrze z płuc i pozwoliła, aby dźwięk rozbrzmiał echem w promieniu kio.

Przez kilkanaście sekund nie działo się nic. Athalie wyjrzała zza głazu. Cieszyła się, że nikt nie odpowiedział na wezwanie tych szaleńców.

Aż nagle kogoś zauważyła.

Z początku widziała jedynie błękitne oczy, które swoją jaskrawą poświatą wytaczały im drogę pośród cieni. Potem ujrzała ich łapy i głowy, ale coś było z nimi nie tak. Byli uzbrojeni. Sługi po raz pierwszy miały na sobie hełmy, pasy z purynium wzdłuż wychudzonych sylwetek i osłony na pazury. Ich pancerze pobrzękiwały, gdy zbliżały się powoli do Namiestnika. Było ich kilkuset. Athalie zamarła na ten widok. Jakim cudem kilkadziesiąt obrońców enklawy ma z nimi wygrać?

Shayura oddała osiłkowi róg, który ten przytwierdził do swojego hełmu. Raz jeszcze odwróciła się i osiadła wzrokiem na uśpionej nocą enklawie. Choć jej oczy nadal były zlodowaciałe dla służącej, teraz dostrzegła w nich coś jeszcze.

Ogień. Płomienie wirujące za strzałami Padlinożerców, topiące domy z metalu. I żar, obejmujący powoli pałac Kella.

- Faris zostanie pomszczony - mruknęła. - Jeszcze dziś. I to z twoją pomocą... Dolusie.

Lurk i Athalie wytrzeszczyli oczy. Ta druga zaraz potem pomrugała nimi z wrażenia. Patrzyli na mężczyznę, który kładzie dłonie na bokach swojego hełmu i powoli go ściąga.

Dostrzegli jego twarz. Była szara i stanowiła połączenie tkanki organicznej i mechanicznej. Cechowała się niebieskimi oczami - niemalże identycznymi jak te, które posiadali słudzy. Wprawne oko mogło również dostrzec bliznę z grubymi, zesztywniałymi szwami na jego gardle - to prawdopodobnie przez nią miał problem z wyrażaniem się. Była to pamiątka jeszcze z czasów w wojny.

- Chcę tylko dobra sług - wycharczał mężczyzna.

- Co konkretnie masz na myśli? - Shayura uniosła brew.

- Ostrze. Muszę je zdobyć.

Przywódczyni Padlinożerców machnęła ręką, jakby kazała mu kontynuować. Zanim jednak to nastąpiło, Dolus odwrócił się i spojrzał ze współczuciem na swoich zniekształconych, odrażających braci. Chrząknął. Przygotował się do nieco dłużej wypowiedzi.

- Popełniłem błąd, prosząc go o pomoc. Zmienił mój lud i prowadzi ich wszystkich na śmierć. Zdobędę ostrze - Przerwał, aby zakasłać i splunąć śliną na brunatną ziemię - i zniszczę je. Dopilnuje, aby żaden sługa nie dołączył do niego.

Shayura chciała zadać mu jeszcze wiele pytań, ale musiała zadowolić się tym, co usłyszała. Wojownik założył bowiem hełm i znowu był tym samym, tajemniczym Namiestnikiem. I choć kobieta wiedziała o nim więcej niż przeciętny Cressanin, nie mogła sobie pozwolić teraz na dywagowanie nad jego przeszłością.

Stanęła przed swoimi wojownikami. Padlinożerni ubrani byli w pomarańczowo-czarne zbroje i podarty materiał. Każdy z nich miał na ciele malunki - w wypadku Shayury był to sokół, upamiętniający niezwykły wzrok Farisa - i broń, która już teraz paliła się. Byli gotowi do ataku. Patrzyli ze ślepym zaufaniem na swoją liderkę.

Ledwo widoczni pośród zmierzchu. Uzbrojeni, głodni zemsty i nowego porządku. Cienie, które dobiją to umierające imperium.

Słowo, które wypadło z ust Shayury nie miało wielkiej mocy samej w sobie. Coś jednak sprawiło, że dla sępów potrafiłoby ono poruszyć górę.

- Ruszamy.

To też zrobili. Rozproszyli się i wskoczyli na rydwany. Sługi pobiegły do nich, mieszając się z nimi i tworząc z dwóch ras jedną armię. W całym tym zamieszaniu Cressanka dostrzegła jednego z sępów - ten, który nosił na plecach kolisty malunek i kilka ran.

- Nitrysie, idź przodem. Otworzysz im przejście do tunelu od podnóża góry.

Mężczyzna pokiwał głową bez wahania i wskoczył na ogara. Jego rumak pognał ile miał tyko sił w łapach, próbując przedrzeć się przez morze wynaturzonych kształtów i rydwany.

Shayura zrównała się krokiem z Namiestnikiem. Dolus zerknął na nią porozumiewawczo i przejął jednego z wierzchowców. Kiedyś byli wrogami, a dziś jechali ramię w ramię, zjednoczeni w celu zniszczenia ostatniego bastionu Cressan.

Athalie i Lurk przywarli mocniej do dużego głazu, gdy tylko cała chmara wojowników oddaliła się. Wyglądali jak jeden ogromny cień, powoli przesuwający się po oceanie piachu.

Prawie wszystko wróciło do normy. Wiatr znowu dął zimnym powietrzem, pył powoli przesuwał się po ziemi, a tafla wody przy oazie przypominała ogromne lustro. Twarz Athalie zdradzała jednak, że po tej rozmowie tak naprawdę nic nie wróciło - i być może nie wróci - do normalności.

Wytarła spocone czoło i zerknęła na Lurka. Jej kompan był równie wstrząśnięty tym, co właśnie widział. Potrząsnął głową po chwili i zerknął sugestywnie na drżącą rękę kobiety, trzymającą kamień szeptu. Domyśliła się, że musi przekazać to wszystko władcy. Uniosła podarunek i wydukała:

- Kell, mamy problem. I to bardzo poważny problem.


Enklawa była domem wielu przeróżnych Cressan. Znajdował się wśród nich wyjątkowo uparty mężczyzna, który od lat starał się posadzić na północnych polach rośliny - te nie kiełkowały, ale jego nieustępliwość pchała go do kolejnych prób. Nie brakowało tu także wojowników - każdy z mieszkańców znał dwie kobiety, które codziennie trenowały, a dźwięk uderzającego o siebie metalu budził niezbyt zadowolonych sąsiadów. Wreszcie enklawa była domem starego, nieumiejącego samodzielnie się poruszać gwardzisty, który uczestniczył w każdym wydarzeniu z życia Cressy.

Wszystkie te istoty łączyła jedna rzecz - zginęły w pierwszych minutach ataku na osadę.

Szturm nie nadszedł z obrzeży, ale rozpoczął się w samym centrum wioski. Padlinożercy przedarli się ze sługami przez tunele, prowadzące do środka pałacu. Oznaką ich obecności był hałas i kilkanaście pracowników budynku, którzy cudem uniknęli spotkania z napastnikami. Krew wielu z jego mieszkańców brudziła już jednak srebrne mury.

Potem intruzi przenieśli się do głównej części enklawy, ulokowanej na szczycie góry. Sępy wrzucały kule płonącego materiału do budynków, które doszczętnie niszczyły je. Sługom przypadła natomiast rola katów. Goniły przerażonych mieszkańców i wodzeni ich histerycznymi krzykami dopadali ich w bocznych uliczkach. W ten sposób w przeciągu chwili azyl Cressan zmienił się w piekło.

Athalie i Lurk dotarli najszybciej jak tylko mogli. Kobieta patrzyła ze łzami w oczach na budynek, który dosłownie stopił się od pożogi i słyszała krzyki jakiejś kobiety. Jej towarzysz, będący zawsze oazą spokoju, teraz dobył miecza.

- Nie możemy oddać enklawy bez walki - rzekł.

- Nie powstrzymamy ich - służąca próbowała przekrzyczeć falujące płomienie. - Spójrz tylko. Wszędzie panuje popłoch.

- Wiem, ale nie możemy się temu bezczynnie przyglądać. Musimy dać czas Kellowi na powrót. On nas poprowadzi do zwycięstwa.

Athalie łypnęła kątem oka na Lurka. Po raz kolejny wyrażał się o władcy w superlatywach. Nie wątpiła, że większość wioski tak samo traktowała swojego lidera - była w niego szczerze wpatrzona i spełniłaby każdy rozkaz, wierząc, że Kell postępuje właściwie. Kobieta wątpiła jednak, że jego przybycie coś zmieni. Enklawa umierała.

Czy mogła jednak się poddać? Uciec, ratować swoje życie? Patrzeć bezczynnie na sługi, które zagryzają żywcem jej braci i siostry? Nie. Przypomniała sobie bowiem Vidara, który umierał na jej oczach. Po raz kolejny Athalie wmówiła sobie, że nie może pozwolić, aby zginął na marne. Upadek enklawy oznaczałby to, że jej przyjaciel odszedł bez żadnego wyższego celu.

- Dobra. Musimy działać - wyciągnęła nóż. Chwilowo taka broń musiała jej wystarczyć. - Co robimy?

- Musimy znaleźć strażników pałacowych. Na wypadek takich sytuacji mieli gromadzić mieszkańców w jednym miejscu. Łatwiej jest ich ochronić, gdy są w grupie, niż rozbici pośród zgliszczy.

Athalie skinęła głową. Wytarła łzy z twarzy, zrzuciła krępującą ją szatę i ruszyła prosto w światło płomieni. Lurk podążył za nią.

Cressanka na każdym kroku widziała ciała. Oczy zabitych były wytrzeszczone, jakby jeszcze w to wszystko nie wierzyli. Nie wątpiła jednak, że część z mieszkańców leżała martwa wewnątrz swoich domów, a ich śmierć ukoił nieco sen. Może to i dobrze - nie widzieli dramatu, który rozgrywał się teraz na oczach służącej.

Gdy zatem Athalie dostrzegła sługi, nie miała dla nich litości. Nie była świetną wojowniczką, ale potrafiła się bronić i z pomocą Lurka powaliła kilka kreatur na ziemię, gdzie rozlewało się purynium. Zdziwiło ją, że napastnicy mieli pancerze. Przeciętny sługa nie mógł równać się w walce ze strażnikiem, ale fakt, że armia Dolusa była uzbiorona, znacznie komplikował sytuację.

W końcu dotarli do miejsca zbiórki. Była nim świątynia, wzniesiona na cześć jednego ze stwórców - Zuciana. Przypominała pnące się do góry, metalowe stopnie, które dodatkowo umocniono kamieniami. Na jej szczycie kręciła się kula purynium, wyglądająca na tle nocnego nieba jak reflektor latarni. Pod budynkiem gromadzili się natomiast wojownicy, osłaniający odwrót Cressan. Wpuszczali ich do środka świątyni.

- Musimy przedrzeć się przez uliczkę - Lurk wskazał na czarny pas, który dzielił ich od schronienia.

- Dobrze. Jesteś gotowy?

Gdy nie otrzymała odpowiedzi, zerknęła szybko na kompana. Jego oczy kierowały się na strzały z płonącymi grotami, które od czasu do czasu sięgały mieszkańców, chcących tak jak oni przedrzeć się. Nie mieli jednak wyjścia - musieli przejść przez grad pocisków. Lurk wiedział o tym - przetarł osmoloną twarz i odetchnął głęboko.

- Tak, jestem gotów - oznajmił. - Ruszamy.

Puścili się biegiem.

Strzały zaatakowały ich już po kilku krokach. Oboje uskakiwali przed nimi, choć te wielokrotnie śmignęły bardzo blisko ich ciał. Athalie nie zwracała na nie przez większość czasu uwagę - po prostu biegła, widząc tylko wrota do świątyni. Na chwilę jednak odwróciła głowę w prawo. To był błąd.

Pośród sępów rozpoznała Shayurę. Jej drapieżne oczy w cieniu nocy wydawały się ostrzejsze niż niejeden miecz. Patrzyła z opanowaniem na dzieło ich zniszczenia, czasem wykrzykując coś do swoich łuczników. W pewnym momencie osiadła spojrzeniem na wścibskiej służącej. Wskazała na nią palcem.

Athalie usłyszała dźwięk cięciw, wypuszczających strzały. Zamarła. Ostatnim, co widziała, był ciemny kształt, który mocno ją objął i całą przysłonił.

- Lurk! - wrzasnęła.

Pociski trafiły prosto w plecy mężczyzny. Zagryzł zęby i przymknął oczy, dusząc ból, gdy płomień zżerał mu tkanki. Po chwili udało mu się uchylić powieki i spojrzeć nimi prosto w twarz Athalie.

- Idź - nakazał.

Służąca była w ciężkim szoku. Nawet nie drgnęła. Wtedy Lurk pchnął ją na ziemię, a Cressanie, którzy byli już bardzo blisko świątyni chwycili ją za ramiona.

- Zabierzcie ją - charknął.

Athalie próbowała się wyrwać, ale po chwili przestała z dwóch powodów - uścisk strażników był niezwykle silny, a jej próba uratowania Cressanina nic by nie dała. Gdy bowiem zobaczyła, że najeżony strzałami Lurk podpiera się na mieczu i staje na chybotliwych nogach, zrozumiała, że nie da się już mu pomóc.

- Za enklawę - mruknął, wycierając krew płynącą po jego ustach. - Za Kella. I za Cressę.

Odwrócił się przodem do najeźdźców i tyłem do obrońców, pokazując plecy pokryte strzałami i rozbryzgami krwi. Zacisnął zęby. Służąca mogła tylko patrzeć, gdy wrzasnął i pobiegł prosto na łuczników.

Odbił jedną strzałę. Druga przeszyła mu na wylot brzuch i poleciała gdzieś dalej. Trzecia ugodziła go w bark, ale i tak szedł w stronę rywali. Jeden z nich chciał wycelować mu prosto w głowę, lecz Lurk wyczuł jego intencje i cisnął w jego stronę mieczem. Posoka pokryła nawet ramię Shayury.

Czwarta strzała dosięgła mężczyzny. Przecięła powietrze, a zaraz potem trafiła go w gardle, zostając w jego czole. Wojownik zachwiał się. Ostatkiem sił rzucił spojrzenie prosto w oczy zdrajczyni. Choć wielu z wojowników jej źrenice mogły śnić się w koszmarach, Lurk się jej nie bał. Nie w tej chwili.

Padł twarzą na ziemię, dołączając do kilkunastu mieszkańców, którym nie udało się przedrzeć.

- Lurk... - wydukała Athalie. Zaraz potem obrońcy szarpnęli ją i wrzucili do środka. Upadła na srebrną terakotę i patrzyła, jak mężczyźni zatrzaskują wejście.

- Zabarykadować drzwi! - zawołali.

Cressanka wstała z ziemi i pomasowała obolałe ramię, na które spadła. Minęło ją kilkunastu mieszkańców, biegnących na rozkaz strażników.

Powiodła wzrokiem po świątyni. Nie była tak wspaniała jak tamta z klanu Archeaxa, choć robiła spore wrażenie. Cechowała się srebrnymi ścianami przy których stały podobizny stwórców. Największa z nich przedstawiała Zuciana - dobrze zbudowanego mężczyznę w zielonej zbroi, kładącego na barku topór. Jego posąg pozostał nienaruszony, ale pozostali stwórcy posłużyli mężczyznom za barykadę drzwi. Przesuwali powoli monumenty, ustawiając je za metalowymi wrotami.

Jak na świątynię przystało, było tu też sporo miejsca dla wiernych. Ławki okazały się w większości zajęte. Siedzieli na nich załamani Cressanie, którzy za murami świątyni zostawili cały swój dobytek i bliskich oraz tacy, którzy w tej chwili walczyli o życie. Niektórzy z nich nie mieli kończyn i krztusili się krwią. Nie brakowało wśród nich kobiet i starców.

Wyglądało to tragicznie. Athalie przeczuwała, że nie zdołają długo utrzymać pozycji. Enklawa zostanie zniszczona - dokładnie tak, jak jej poprzedni dom, a historia się powtórzy. Wątpiła, aby nawet taki władca jak Kell zdołał temu zapobiec.

A mimo to, mimo tych wszystkich drastycznych scen, mimo śmierci Lurka i mimo braku choćby odrobiny nadziei w oczach jej braci i sióstr, Athalie nie mogła się poddać. Nie chciała sobie powtarzać raz jeszcze, że jest tu dzięki Vidarowi, sama doskonale o tym wiedziała. Zamiast jednak dalej tkwiąc w klatce swoich przemyśleń, rozdrapywać świeże strupy symbolizujące śmierć Cressanina i zastanawiać się, co może stać się z jej azylem, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce.

Odwróciła się na pięcie. Przetarła łzy, będące pozostałością po śmierci Lurka. Poprawiła uchwyt na nożu, wzięła także dwa miecze od jednego z mężczyzn. Następnie ruszyła do wrót.

Strażnicy, którzy już mieli je zablokować przy użyciu złotej podobizny Angonce'a spojrzeli na kobietę tak, jakby niosła w ich stronę bombę.

- Życie ci nie miłe? - parsknął jeden. - Wracaj do wnętrza. Tu nie jest bezpiecznie.

- Wychodzę - oznajmiła ze spokojem.

- Wariatka - prychnął ten sam strażnik. Drugi otaksował ją od stóp po głowy.

- To szaleństwo. Zabiją cię.

- Nie. Od razu uskoczę i schowam się za bocznym murem świątyni. Potem ruszę i zbadam miasto. Przekażę moją wiedzę władcy.

- Nie dasz rady. Nawet jeśli przedrzesz się przez łuczników, sługi cię...

Zamknął usta, gdy wycelowała nożem prosto w jego gardło. Drugi ze strażników natychmiast dobył włóczni, ale Athalie równie szybko wsunęła broń za pasek. Mówiła, skacząc wzrokiem po dwójce wojowników.

- Ktoś musi mu to wszystko przekazać. Ja jestem łatwiejszym celem dla sług, zgadzam się. Ale musicie także wiedzieć, że mnie się nie spodziewają. Kell raczej oczekiwałby od was wiadomości z enklawy niż od służącej.

Mężczyźni wymienili porozumiewawcze spojrzenie.

- Puszczaj tę wariatkę - odparł, zakładając włócznię na plecy. Jego kompan uchylił odrobinkę drzwi. - Nie otworzymy tych wrót. Gdy zatem postanowisz wrócić, to nie oczekuj, że dostaniesz się tu.

- Nie oczekuję - rzekła ze spokojem. - Róbcie swoje. I tak zrobiliście całkiem wiele - powiodła wzrokiem po Cressanach, którzy znajdowali się za ich plecami.

Bądźcie silni, poprosiła w myślach kobieta.

Zaraz potem Athalie wypełzła przez wąską szparę z świątyni. Uniknęła trzech strzał, które poleciały gdzieś dalej i zniknęły w trzewiach szalejących płomieni. Odetchnęła głęboko, gdy usłyszała huk zamykanych drzwi i piskliwy dźwięk pazurów sług, które próbowały je zniszczyć. Ona na szczęście była już od nich daleko.

- Czyli tak: przedrzeć się przez to pobojowisko, nie dając się zabić sępom i sługom, zejść z szlaku i oczekiwać władcy, który sam z kilkunastoma wojownikami ma odbić całe miasto. Nieźle.

Athalie wyciągnęła miecze i zawinęła nimi z lekkością godną świetnego wojownika. Popatrzyła przed siebie. Nigdy nie widziała przed sobą tyle kolorów czerwieni, która objawiała się we wszystkim - buchających iskrach, żarze czy pomarańczowych jęzorach, wspinających się po metalowych fundamentach. Były wszędzie. Jej czarno-biały pancerz niknął w odmętach ognia, czuła się jak cień pośród płomieni.

Płomieni, które sama postanowiła wygnać z tego szczytu.

*

- Kell, mamy problem. I to bardzo poważny problem. Shayura i Namiestnik... - Wszyscy słyszeli moment, gdy drżący głos Athalie się załamał i służąca musiała wypuścić całe powietrze z płuc, aby dalej mówić -... idą na enklawę, wraz z Padlinożercami i sługami. Są ich całe zastępy i obawiam się, że sami ich nie powstrzymamy. Posłuchaj mnie - rzekła, cicho łkając. - W was jest cała nadzieja.

Gdy relacja dobiegła końca, oczy wszystkich wojowników zwróciły się w stronę władcy.

Zdaniem Kami Kell wyglądał na dość rozważnego mężczyznę. Przyglądała się mu trochę, gdy ze swoimi towarzyszami i Cressanami znajdowała się w zrujnowanym budynku, który kiedyś był spichlerzem. Jego żółte oczy nie kojarzyły się z niebezpieczeństwem, lecz raczej z kojącym, porannym światłem. Było w nich opanowanie. Gdy jednak usłyszał informacje od tamtej kobiety, zmienił się nie do poznania.

Toa Wody obserwowała jak puszcza na ziemię fioletowy kamień, a zaraz potem mocno zaciska palce i szczękę. W jego oczach pojawił się inny błysk, jakby iskra złości, która później przerodziła się w płomień. Mężczyznę pochłonął gniew.

- Ruszamy natychmiast - warknął. - Skuć ich i pilnować!

Wojownicy zaczęli drapać się po szyi i patrzeć ze zdziwieniem na swojego przywódcę, co Kami odczytała jako ich zakłopotanie. Po chwili jednak przystąpili do pracy. Znaleźli w spichlerzu łańcuchy, którymi przewiązali ręce trójki wędrowców. Tamci w obliczu zaistniałej sytuacji nie stawiali większego oporu.

Wyszli na zewnątrz. Snopy wschodzącego słońca prażyły ich głowy, więc osłonili się rękoma. Szybko dotarli do grzbietów ogarów i zasiedli na nich, cicho licząc, że znajdą tam odrobinę chłodu. Ich grzbiety były jednak jak rozgrzany asfalt. Wojownicy zignorowali palące ich ciepło i odjechali, odprowadzeni przez niknące, nocne niebo i pierwsze chmury. Wystarczyło kilka minut, aby zostawili za swoimi plecami cywilizację Archeaxa, którą pogrzebały oddziały Proroka.

Kami przez większość podróży trwała w milczeniu. Shiney sądził, że znowu błąka się gdzieś myślami i patrzył na nią spojrzeniem, które od jakiegoś czasu przestało być podejrzliwe, a stało się badawcze. Uznał, że Toa nie odzywa się, bo obserwuje otoczenie.

Miał rację. Kobieta starała się dostrzec w Cressie i jej mieszkańcach to, co Ksalia starała się przekazać uczniowi. Nie zajęło jej dużo czasu ujrzenie oczu jeźdźców, które nie kryły zawziętości i uporu. Część z wojowników tylko jedną ręką trzymała wodze, a drugą kładli na rękojeści broni, jakby szykując się do walki. Kell był idealnym przykładem ich poświęcenia - jechał przed siebie, jego peleryna latała na boki, a on sam świdrował spojrzeniem tylko jeden punkt na mapie - enklawę.

W innych okolicznościach Kami uznałaby dzisiejszy obraz Cressy za całkiem ładny. Gdy słońce wschodziło, ponure niebo ustępowało niebieskim i lawendowym barwom. Świetnie kontrastowały z nimi poszarpane góry, których spiczaste kształty właśnie się uwidaczniały. Na czubku jednej z nich znajdowało się odległe o kilka godzin wędrówki miejsce - płonący dom setek Cressan.

Nagle usłyszała Toa Powietrza.

- Kell - zawołał wysuniętego z przodu mężczyznę. - Nie dostaniemy się do enklawy. Spójrz na wschód!

Cressanin zgiął głowę jak drapieżca, który zauważył coś niepokojącego. Westchnął. Również dostrzegł coś, czego oczy Kami nie potrafiły jeszcze wychwycić.

- Przedrzemy się. Władasz ponoć wiatrem - rzekł.

- Tak, ale kontrolowanie burzy piaskowej może mnie przerosnąć.

- Burzy piaskowej? - Nenreh uniósł brew. - Ktoś mnie oświeci?

- Na wschodzie gromadzą się beżowe pasy. Zmruż oczy, a je dostrzeżesz. To piach, oddalony od nas o jakąś jedną trzecią kio. On uważa, że zdołamy przed nią uciec, ale to głupota.

Gdy tylko Kell to usłyszał, spowolnił rumaka i zrównał się z Shineyem. Spotkały się ze sobą dwie, nieustępliwe pary oczu.

- Przedostaniemy się - warknął.

- Chyba na czworaka - wycedził Toa. - Twoje ogary nie wytrzymają tego. Zobaczysz.

- Nie. Damy radę - rzekł. Kami chciała coś powiedzieć, ale ugryzła się w język. Trudno było dyskutować z wojownikiem, którego dom był atakowany, sama doskonale o tym wiedziała. Mogła tylko słuchać jego niedorzecznych rozkazów. - Zakneblować go. Jego gadanie działa mi na nerwy.

Zaraz potem dwójka Cressan wcisnęła płachtę materiału w usta wojownika. Toa Wody i Skakdi wymienili nieco zlęknione spojrzenia.

Po kilku chwilach również wojowniczka dostrzegła pasy pyłu. Z czasem stawały się coraz wyraźniejsze i pięły się do góry, dorównując wielkością wieżowcowi. Wiatr przybrał na sile. Pomarańczowy pył przypominał żywą chmurę. Zbliżał się nieubłaganie.

- Co nam grozi, gdy wpadniemy w ten wir? - Nenreh próbował przekrzyczeć wiatr.

- Może wciągnąć nasze rumaki do środka. Wtedy nasze oczy pewnie oślepną od piachu, nałykamy się pyłu i połamiemy sobie kości, gdy trąba nas wypluje na ziemię - wytłumaczył jeden z Cressan.

- Ah, jasne. Cóż zatem mogę powiedzieć? Miło było was poznać.

O dziwo w słowach Zakazianina nie było słychać drwiny. Naprawdę mogli się już nigdy nie zobaczyć.

Nenreh zauważył, że z czasem zamiast towarzyszy zaczął widzieć niewyraźne plamy. Musiał mieć zmrużone powieki. Ogar ział tak, jakby miał umrzeć z pragnienia, choć powodem jego zmęczenia był wysiłek - ledwo stawiał kroki, próbując wbić pazury w skaliste podłoże. Jeździec przed mężczyzną rzucał natomiast przekleństwami. Skakdi wiedział, że podróż w takich warunkach to katorga zarówno dla Cressan, jak i ich wierzchowców. O ile dobrze orientował się, to pozostali wędrowcy myśleli podobnie.

Zauważył za pomarańczową falą jakiś ciemny kontur. Skojarzył mu się z jaskinią.

- Tam! - zawołał, pokazując palcem. Nie wiedział jednak, czy ktokolwiek oprócz jednego Cressanina go widział. Warknął i sprytnie wyciągnął z pochwy miecz jeźdźca. - Dawaj mi to.

Zaczął nim machać, wierząc, że promienie słońca przedrą się przez piaskowy wir i odbiją od klingi. W ten sposób mogłyby wskazać gubiącym się wojownikom bezpieczne schronienie.

Pomysł poskutkował i ostrze Zakazianina zaczęło wysyłać krótkie sygnały w kolorach tęczy. Jego ogar stanął przed wejściem do jakiejś groty, a zaraz za nim pojawiły się pozostałe, wodzone błyskami. Wszyscy szybko wślizgnęli się do wnętrza góry.

Nenreh zadowolony był ze swojego znaleziska i nie krył dumy na swojej twarzy. Kami cieszyła się z jego kreatywności, ale gdy dostrzegła Kella, który najchętniej wypaliłby wzrokiem Shineya, cała jej radość zniknęła.

- Tu możecie ich rozkuć - oznajmił lider grupy udawanym, beznamiętnym tonem. Jego świta ściągnęła łańcuchy i odruchowo wyciągnęła knebel z ust Toa Powietrza. - Przeczekamy tu pięć minut i ruszamy dalej.

- Pięć minut? - Shiney wytrzeszczył oczy.

- Tak, i ani minuty więcej. Umiem ocenić za ile odejdzie ta burza. W przeciwieństwie do ciebie żyję na tej ziemi od lat i znam się na tym.

- Czy ty w ogóle widziałeś na oczy burzę piaskową?! Przecież ona potrafi porwać drzewo.

Wtedy, jakby trochę na potwierdzenie ostatnich słów, Cressaninowi najbliżej wejścia do groty uciekła torba. Bagaż szybko wleciał w pomarańczową chmurę i zniknął.

- Widzisz? - burknął Shiney. - Prowadzisz swoich ludzi na śmierć.

Kell łypnął na Toa Powietrza. Jeśli wcześniej w jego oczach szalała pożoga, to teraz znajdował się tam zaledwie płomień świeczki. W przeciwieństwie do wielu innych wojowników, on potrafił w takiej sytuacji spuścić z tonu.

- Wybacz.

- Dobra, a teraz słuchajcie. Wejdźmy głębiej. Piach może nas tu dosięgnąć, a jeśli burza coś wciągnęła i postanowi wypuścić, to nawet rozpędzona gałąź może nam wydłubać oko. Sprawdźcie wnętrze groty i odpocznijcie, najlepiej zdrzemnijcie się.

- Zdrzemnijcie? - Zakazianin cmoknął. - Lubię drzemki.

- Nie wątpię, a wam wszystkim bardzo się ona przyda. Całą noc nie spaliście, a zanim burza przeminie, minie jakaś godzina.

Stracona godzina, pomyślał Kell, choć nie powiedział tego głośno. Wskazał głową na Shineya.

- Słyszeliście? Musimy wejść głębiej.

Zaraz potem przystąpili do eksploracji groty. Jeden z Cressan znalazł jej odnogę - niezbyt dużą, ale zdolną pomieścić większość kompanii, jeśli położą się obok siebie i będą stykać ramionami. Kapiące z sufitu krople nie ułatwiały jednak spania, podobnie jak chropowate podłoże.

Mimo to wojownicy spróbowali się jakoś ułożyć. Kell wyznaczył jednego z nich na wartę i dołączył do reszty. Zaraz potem umilkli, czując za cienką ścianą dudniące ziarenka piachu i oddechy swoich towarzyszy. Wkrótce jeden z nich zasnął, zarażając sennością pozostałych. Ogary, które zostały w pierwszej części jaskini zaczęły chrapać.

Niektórzy jednak nie mogli spać. Kami leżała ze splecionymi dłońmi pomiędzy dwoma Cressanami. Chciała zmrużyć oko, ale postanowiła, że bardziej się przyda, jeśli swoją mocą przytrzyma zimne krople, kapiące z sufitu. Bez jej pomocy dręczyłyby śpiących mężczyzn. Uznała, że choć ona nawet nie spróbuje spać, to da możliwość reszcie na regenerację.

Jednak nie tylko ona nie drzemała. Nenreh wiercił się na boki. Zdziwiło to wojowniczkę, która pamiętała moment, gdy przy obozowisku zasnął jako pierwszy i słychać go pewnie było w enklawie. Domyśliła się, że sam odczuwał zmęczenie - takie zmęczenie, które uniemożliwiało mu nawet myśl o śnie.

Zdaniem Kami miał do tego prawo. Przydał im się. Walczył u ich boku, wcześniej rzekomo porozumiał się z Cressanami i teraz znalazł schronienie. Miała wrażenie, że zmienił się - nie tylko w ciągu ostatnich lat, ale i pobytu w tym świecie, który nie zdawał się dla Toa już tak brzydki.

Zamarła, gdy cały czar Nenreha prysł.

Zauważyła, że mężczyzna wstaje z ziemi i udała, że zamyka oczy. Dyskretnie jednak obserwowała go, gdy przemieszczał się między odpoczywającymi wojownikami i podszedł do ich bagaży. Szczęka jej opadła. Zobaczyła, że zaczął dobierać się do dwóch ostrzy, drzewce i kuli purynium.

Potem opuścił ciasną jamę i wyszedł do pierwszej części jaskini. Kami udała się za nim, słysząc po chwili ciche odgłosy szamotaniny. Gdy wyszła zza ciemnego zaułku dostrzegła Zakazianina, który poddusił stojącego na warcie mężczyznę.

- Nenreh! - wypaliła. - Co ty wyprawiasz?

Odwrócił się do niej. Nigdy nie widziała aż takiej powagi na jego twarzy.

- Coś, co zamierzałem od samego początku. Nie wchodź mi w drogę, Kami.

Nim tamta zdołała odpowiedzieć, Skakdi szarpnął za wodzę lekko przytomnego ogara. Zasiadł na nim i kopnął. Rumak niechętne wyskoczył z jaskini prosto w szalejącą na zewnątrz burzę piaskową, a jego jeździec zabrał ze sobą elementy artefaktu.

- Wielki Duchu, co on wyprawia? - mruknęła Kami. Bez wahania wybiegła z groty.

Zaczęła rozglądać się pośród drobinek piachu, które latały tak szybko jak natrętne owady. Próbowała wspomóc się Ruru, ale jej blask nie działał zbytnio na wszechobecny, pomarańczowy wir. Osłonił zatem głowę i ruszyła przed siebie, prosto do serca wichury.

Usłyszała warczenie, a zaraz potem dostrzegła niewyraźne kontury Nenreha na stawiającym mu opór wierzchowcu. Zwierzę nie chcąc dalej iść. Zrzuciło go z grzbietu, a wtedy Kami podbiegła do wojownika.

- O co chodzi?

- Jeszcze nie wiesz? - Zakazianin wstał z ziemi i wytarł pobrudzoną pyłem twarz. Próbował przekrzyczeć szum wiatru. - Myślałaś, że pozwolę wam, Toa, tak po prostu przejść przez portal?

- Chyba nie rozumiem.

- To otwórz oczy, idiotko - warknął. - To wszystko przez Toa. Zabraliście mi moje Qarthar, sprowadziliście do Otchłani, gdzie przeżyłem piekło, a potem trafiłem do tego świata. Wszystko przez was - zaakcentował ostatnie zdanie.

Wojowniczka patrzyła z niedowierzaniem na towarzysza, jednocześnie czując narastający wiatr. Wbiła trójząb w ziemię.

- Więc... przez ten cały czas kłamałeś?

- Tak. Gdy ktoś staje mi na drodze, płaci za to najwyższą cenę. Toa zmienili moje życie i dlatego tu zostaniecie, gdy ja bezpiecznie wrócę przez portal.

Kobiecie brakowało słów. Chciała coś powiedzieć, ale nie potrafiła.

- Nie każ mi z tobą walczyć, Kami - wycedził nieco łagodniejszym tonem. Wiatr stawał się potężniejszy z każdym podmuchem i wojownik ledwo co widział dawną kompankę przez pomarańczową kurtynę. - Uratowałaś mi kilka razy życie. Czułbym się dziwnie, musząc cię zabić.

Czekał na odpowiedź, ale jej nie otrzymał. Zamiast tego gruchnął o ziemię, gdy dosięgło go kopnięcie z półobrotu. Toa padła na niego, kładąc dłonie na barkach szamocącego się mężczyzny.

- A ja próbowałam ci wybaczyć - rzekła tak, jakby miała zaraz uronić kilka łez. Zamiast tego zmrużyła jednak przesiąknięte oczy i zdzieliła oponenta sierpowym w szczękę.

Zaczęli się wiercić. Kami starała się wyrwać Nenrehowi płachtę z elementami berła. Jednak ten nie dawał za wygraną. Żadne z nich nie zauważyło zniknięcia ogara i wiru, który mozolnie zbliżał się w ich stronę.

W pewnym momencie Skakdi przeszedł do ofensywy. Dosiągł paska i wyciągnął z niego maczetę, którą świsnął przed gardłem Kami. Tamta odskoczyła, dając wrogowi moment na powstanie. Dobyła Serca Tajfunu z zamiarem dalszej walki, ale wtedy Nenreh rzucił jej piach prosto w oczy.

Toa padła na ziemię. Czuła nieprzyjemne drobinki, drażniące jej oczy. Na domiar złego Kami ledwo trzymała się brunatnego podłoża - miała wrażenie, że burza przerodziła się w huragan. Sądziła, że jej maska zaraz odleci, a zaraz za nią ciało. Chciała także znaleźć broń, ale poszukiwania na oślep nie przyniosły skutku. Wojowniczka nie natrafiła na Serce Tajfunu - zamiast tego, w jej dłoń wgniotła się stopa Nenreha.

- Aarggh - jęknęła.

- Próbuję sobie wmówić, że to nic osobistego - dumał Zakazianin, wzmacniając nacisk. - To jednak nie do końca prawda. To zemsta na Toa, a ty jesteś jedną z nich.

- Tak jak ty jesteś jednym ze Skakdi - rzekła, otwierając oczy i wypuszczając z nich masę brunatnego piachu. - Ale nie musisz być tacy jak oni. Nie jesteś tylko brutalem, Nenreh. Widzę to w tobie.

Zaciskając zęby z bólu, zerknęła na triumfującego nad nią mężczyznę. Chciała przemówić mu do rozsądku, ale jego wyblakłe oczy były pełne uporu. Kami dostrzegła ponadto trąbę powietrzną nieopodal nich. Zrozumiała, że chyba nie będzie miała innej opcji.

Skakdi kontynuował:

- Mylisz się. Widziałaś tylko moją maskę. Jestem tym samym łowcą niewolników i władcą Qarthar. Nic tego nie zmieni.

- Sam mówiłeś mi kiedyś, że przeszłość nie powinna nas definiować - Kami zaczynała tracić nadzieję.

- Racja, ale powrót do przeszłości to jedyna szansa, abym znowu stał się kimś.

- Zabójcą? Oszustem? Jeśli tak to - Wciągnęła powietrze - nie pozostawiasz mi wyboru.

Wolną ręką posłała w jego twarz strumień wody pod ogromnym ciśnieniem. Nenreh odsunął się. Zauważył oswobodzoną rywalkę i chciał ją wykończyć cięciem maczety, ale była szybsza - wciąż leżąc, kopnęła go prosto w brzuch. Złożył się w pół i runął do tyłu, aby wpaść w objęcia trąby, która go porwała.

Kami przetoczyła się i w ostatniej chwili chwyciła trójząb. Zagłębiła go w ziemi, drugą ręką łapiąc płachtę z elementami berła i przytrzymując ją mocno do swojej piersi. Wir przeszedł obok niej. Mogła tylko obserwować niebieskie kontury, które po chwili wtopiły się w fale pomarańczowych odcieni i nasłuchiwać milknących w wietrze wrzasków.

- Mata Nui, jeśli mnie słyszysz, miej dla niego litość.

Zaraz potem zaczęła wbijać swoją broń w twarde podłoże. Powoli przesuwała się w stronę groty, cały czas poruszając się na leżąco. Próbował skupić się na dotarciu do jaskini, ale obraz wpadającego do trąby mężczyzny przejął kontrolę nad jej umysłem.

Nie chciała w to wierzyć. Nenreh zmienił się, przecież jeszcze chwilę temu sama to sobie wpajała. Pomagał im. Czy planował zdradę od początku? A może coś się stało? Nie miała bladego pojęcia, ale nie wątpiła, że jeszcze długo będzie nad tym myśleć.

Gdy dotarła do groty, powitał ją cały oddział wojowników. Kell klęczał przy dochodzącym do siebie Cressaninie, a Shiney na widok towarzyszki podbiegł i pomógł jej usiąść na ziemi.

- Co się stało? - spytał.

Zziajana Kami ledwo co odpowiadała:

- Nenreh... on chciał... zabrać elementy berła - Rzuciła płachtę w stronę świty Kella. - Powstrzymałam go.

Toa Powietrza wytrzeszczył oczy z osłupienia. Spojrzał prosto na kobietę, a ta lekko skinęła mu głową, jakby potwierdzając to, co chwilę temu usłyszał. Odetchnął głęboko.

- Rozumiem - odparł, choć wcale tego nie pojmował. - A gdzie jest teraz on?

Kami położyła głowę na czarnej ścianie. Załkała i pozwoliła, aby łza ściekła po jej Kanohi. Wydukała:

- On chyba... nie żyje.


Rozdział IX[]

Ogień był wszędzie. Nad enklawą przykrytą całunem płomieni rozciągało się południowe słońce. Gdy pomarańczowy olbrzym był w zenicie, grupa pod dowództwem Kella dotarła do podnóża góry. Mogli jedynie obserwować spływające z jej czubka strugi metalu, który kiedyś był budulcem mieszkań i siwy dym, unoszący się wysoko nad szczytem.

Kami trudno było to wszystko znieść. Najpierw dziwne zachowanie Nenreha, a teraz to. Choć była wstrząśnięta widokiem zniszczonej wioski tak samo jak Cressy, to nie mogła jednak porównywać swych emocji z tymi, które targajały obecnie Kella.

Władca patrzył na zagładę, starając się powstrzymać płacz. Oddychał nerwowo, a jego palce opadały i podnosiły się na rękojeści miecza. Miesiące jego pracy, poświęcenie i - co najbardziej go dobiło - życia setek Cressan, które zostały stracone tej nocy. Trudno mu było na to patrzeć.

Shiney z ich wszystkich zdawał się najbardziej opanowany. Chrząknął, gdy zauważył jakiś czarno-biały kształt, powoli sunący po górskim szlaku.

- Spójrzcie niżej - nakazał, próbując oderwać wzrok reszty od słupów dymów i płomieni.

Kell niechętnie przeniósł oczy, aby zaraz potem je wytrzeszczyć. Nim jego świta zdążyła choćby mrugnąć, on już wskoczył na rumaka i jechał w stronę stromego wzniesienia. Pozostałe ogary popędziły za nim.

Po pewnym czasie Toa Wody dostrzegła szczupłą sylwetkę. Była to Cressanka odziana w czarny pancerz z białymi akcentami. Nosiła na swojej twarzy stare ślady po jakimś ostrzu i nowe, obejmujące głównie jej tors, uda i ramiona. Choć wyglądały dla wprawnego oka sanitariuszki na poważne, kobieta nie przejmowała się nimi. Szła przed siebie, aż wreszcie zeszła z góry i stanęła tuż przed Kellem.

Zapadła dręcząca chwila ciszy, którą przerwał władca.

- Ilu?

- Setki. Sług jest mnóstwo, są na każdym kroku. Naliczyłam także ponad trzydziestu Padlinożerców.

Kell westchnął, dłońmi przecierając mokrą twarz.

- Shayura jest wśród nich?

- Tak, i... - głos nieznajomej załamał się w pół słowa. Skupiła wzrok na swoich stopach -... jest z nimi Namiestnik, a raczej Dolus.

Toa dostrzegli, że wśród wojowników zapanowało poruszenie. Słyszeli ich niepokojące pomruki, które ucichły, gdy przywódca zabrał głos.

- Dobrze, że ty przeżyłaś - rzekł, starając się brzmieć spokojnie. - To musiało być straszne.

- Takie też było - przyznała służąca. Podeszła trochę bliżej, chcąc mówić do wszystkich. - Widziałam co zrobili z enklawą. Dobrali się do niej od środka, gdyż w okolicach pałacu znalazłam najwięcej ciał. Potem ich wojska rozproszyły się. Teraz są na obrzeżach i pilnują szczytu tak, jakby się kogoś spodziewały.

Wszyscy słuchali relacji Athalie. Cressanka starała się mówić do nich wyłącznie na temat i unikać drastycznych szczegółów, ale obrazy spopielonych lub poobgryzanych zwłok epizodycznie powracały do jej umysłu. Najlepiej pamiętała moment śmierci Lurka i musiała o nim wspomnieć.

- Straty w służbie pałacowej są ogromne - zmieniła temat, gdy skończyła mówić o zabitym Cressanine. - Nie przeżyło ich wielu, być może niedobitki ukrywają się wśród zgliszczy, ale sądzę, że nie jest ich więcej niż was tu - Popatrzyła na nieco ponad tuzin wojowników. - Większość zginęła. Gdy spotykałam jakieś ciało, sprzątałam je na bok, aby słudzy nie zbezcześcili ich.

Wyrozumiała świta Kella kiwała głowami co jakiś czas. Nikt nie zwracał uwagi natomiast na ich wodza, który zadzierał głowę w stronę kuszącego go, płonącego szczytu.

- A cywile? - spytała Kami.

- Zginęło ich proporcjonalnie tyle, co strażników. Nie widziałam ich wielu po drodze, ale wiem, że kilkudziesięciu kryje się w świątyni ku czci stwórców.

- Jasne - mruknęła Toa Wody. Zaraz potem zmarszczyła brwi i ugięła usta w zdziwieniu. Pozostali wojownicy dostrzegli to i powiedli wzrokiem w miejsce, które obserwowała.

Zauważyli, że Kell zaczął samotnie wspinać się na szczyt góry. Zdradzała go żółta peleryna, przesuwająca się po chropowatych drobinkach piasku leżącym na stromej drodze i odbicie klingi miecza, której rękojeść zaciskały pobladłe palce wojownika. Szedł przed siebie, nie widząc szaleństwa w swoim działaniu.

- Kell! - zawołała służąca, która powlokła się za nim. - Wracaj tu. Przecież sam ich nie pokonasz.

Odwrócił się i pokazał jej przekrwione oczy, pełne żalu i zmęczenia.

- Muszę, to moja wina.

- Co ty w ogóle gadasz? Nie zrobiłeś nic złego.

- Więcej, niż sam mógłbym się po sobie spodziewać. Kapitan nie opuszcza swojego statku, gdy nadciąga sztorm, a ja to zrobiłem, nawet nie dostrzegając niebezpieczeństwa - fuknął, pokazując dłonią na enklawę, płonącą koronę góry. - Takie są tego skutki.

- Shayura odpłaci za to. Nie możesz za to się obwiniać.

- Athalie, chyba nie rozumiesz. Shayura zrobiła to przeze mnie - warknął i szedł dalej.

Cressanka zerknęła pytająco na towarzyszy, a tamci wzruszyli bezsilnie ramionami. Pobiegła za królem.

- Wytłumacz mi.

- Shayura domagała się podczas posiedzenia Rady ujawnienia prawdy na temat wojny z Dolusem. Odmówiłem.

- Jakiej prawdy?

Westchnął.

- Ostatnia bitwa nie była tak chwalebna jak słyszałaś. Byłem tam i ją widziałem. Szkarłatny Król wygrał zatrważającą przewagą liczebną, nie taktyką lub wyszkoleniem żołnierzy. Jeden klan zdradził, przechodząc na stronę Dolusa, a potem jawnie zaczął czcić Proroka. To była najkrwawsza bitwa jaką kiedykolwiek widziałem i stąd wzięła się nazwa naszego legendarnego wodza - od szkarłatnej krwi, która zalała pustkowia. Shayura dążyła do tego, aby tamci, którzy nie byli na polu bitwy, również poznali prawdę.

Athalie skinęła głową ze zrozumieniem. Liczyła, że dzięki temu zdoła go zatrzymać od samobójczej wyprawy w stronę enklawy, ale gdy położyła dłoń na jego ramieniu, tamten ją strącił.

- Czemu się nie zgodziłeś? - rzekła, kątem oka widząc oczy Kella, w których pojawiała się nieskrępowana nienawiść i obłęd.

- Czemu? Na tym zbudowano całą władzę. Chwała i ciężka praca. Gdyby na jaw wyszło, jak Szkarłatny Król zachował się podczas ostatniej wojny, wszystko by się rozsypało.

Postępował naprzód. Jego ruchy robiły się coraz to gwałtowniejsze.

- A ja nie mogłem na to pozwolić - kontynuował. - Byłem w końcu jego uczniem.

Athalie wytrzeszczyła oczy. Wszystkie elementy układanki połączyły się w jedną całość.

- Tamten strzelec, to on przyjął śmiertelny cios zamiast ciebie - stwierdziła. - Shayura chciała wyjawić to społeczeństwu, ale na tym ucierpiałby twój wizerunek. Władcy idealnego, zatroskanego, pracowitego i tego, który to wszystko spajał. Dlatego Rada nie uznała jej wniosku.

Kell nie odpowiedział, ale służąca nie miała wątpliwości, że prześwietliła go na wylot.

Rozumiała intencje Kella, próbowała nawet ogarnąć umysłem motywacje Shayury, ale w tym momencie inna rzecz była najważniejsza - bezpieczeństwo zaślepionego króla, chcącego samemu pójść na zjednoczoną armię wroga.

- Dobrze, posłuchaj...

- Nie! - nagle ryknął. Odwrócił się, a zaskoczona Athalie padła na ścieżkę. - Kim ty jesteś, co? Ledwo co przeżyłaś spotkanie z Namiestnikiem, większość życia prałaś brudną pościel. Nie masz prawa mnie zatrzymywać, nie masz prawa mnie dotykać i nie masz prawa ze mną rozmawiać! Ja jestem królem, ty służącą. Sama więc zacznij mnie słuchać.

Kobieta patrzyła na wściekłego jak nigdy wcześniej mężczyznę, jej wargi drżały. Wstała, gdy ten odszedł na kilka kroków i zawołała za nim:

- Porównywałam ciebie do Layrena, ale błędnie – stwierdziła i dalej szła za nim. - On nie podejmował pochopnych decyzji i nie bał się trudnych wyborów. Zawsze stawiał na dobro mieszkańców, tak jak przystałoby na władcę, na ciebie. Lud potrzebuje króla.

- Więc do niego idę - mruknął, zaciskając palce na mieczu. Obrócił się z nim, stykając ostrze z podbródkiem kobiety. - Spróbujesz zrobić choć jeszcze krok, albo odwieść mnie od tego, a zginiesz - wycedził przez zęby.

Zrezygnowana Athalie popatrzyła na niego takim wzrokiem, jakby już dawno wraził ostrze w jej ciało. Westchnęła. Najpierw chciała wzruszyć ramionami, ale potem przekształciło się to w żywą gestykulację, towarzyszącą jej słowom, gdy powoli się cofała.

- Nie będę cię zatrzymywać - rzekła ze łzami w oczach. - Jesteś królem i postąpisz jak uważasz. Gdy jednak zginiesz - a tak pewnie się stanie - masz moje słowo, że ja odbiję te enklawę. To dla mnie zbyt duży skarb, aby rzucać się z bezsilności w płomienie. Życzę ci, abyś też dostrzegł w niej dar, którego nie chcesz głupio stracić.

I odwróciła się. Nie uroniła choćby jednej łzy, lecz bardzo chciała. Odeszła po usłyszeniu polecenia, tak jak na służącą przystało.

- Wreszcie - warknął Kell.

Ruszył na górę. Po wspinaczce ujrzał widok, którego mógł się spodziewać. Znajomy pałac, domy, znaki i infrastrukturę. Kiedyś to wszystko było piękne, ale teraz topiło się w znaczeniu dosłownym i w odorze rozkładających się ciał. Zauważył przemykające pośród płomieni cienie. Wiedział, że strzegą one dostępu do Shayury i Namiestnika. Chwycił miecz oburącz i ruszył, aby wymierzyć im sprawiedliwość.

Zaszedł do jednego domu, gdzie sługi kłóciły się, kto jako pierwszy skonsumuje ciało przygniecionego przez żebrowanie sufitu nieszczęśnika. Kell obserwował ich zza uchylonych drzwi, czekając na właściwy moment. Kreatury jeszcze chwilę ze sobą walczyły, aż wreszcie doszły do konsensusu i razem zaczęły pożerać trzewia Cressanina. Władca uznał, że to dobry moment na atak. Uniósł miecz i... zawahał się.

Co by się stało, gdyby zaatakował jedno ze stworzeń? Drugie rozcięłoby mu pazurem żyłę, odgryzło głowę, albo przyprowadziło wcześniej ogłuszonego mężczyznę do stóp Shayury, która zgotowałaby mu piekło. Nie było to rozsądne wyjście.

Tak samo jak nierozsądne było pójście tu samemu.

Kell był wściekły, ale tym razem na siebie. Gniew uciekł z jego oczu, ustępując miejsca wstydowi. Zginąłby nadaremnie - tak samo jak tamten pod żebrowaniem, który nawet nie zdołał podnieść włóczni i zawalczyć o enklawę. Władca miał jednak wybór. Mógł odejść i - jak na dowódcę przystało - poprowadzić swój oddział ku zwycięstwu.

Pierwszemu, naprawdę chwalebnemu zwycięstwu, dodał w myślach.

Schował miecz do pochwy. Odsunął się od drzwi i bezszelestnie podążył w głąb enklawy.

Zamierzał wydostać się w inny sposób niż przyszedł - za pomocą windy platformowej chciał znaleźć przejście, które poprowadziło sępy i sługi na jej szczyt. Dlaczego akurat tędy chciał wrócić? Gdyż dzięki temu mógł lepiej poznać taktykę przeciwników i ewentualnie wykorzystać ją przeciwko nim. Ludzi Kella było niewiele, więc nie mógł wysyłać ich na oślep.

Wędrował przez uliczki, brnąc w ciekłym metalu i czując ciepłe promienie na swojej pelerynie, cicho sunącej po ziemi. Dokładnie obserwował enklawę: widział grupę sług, które chciały swoim zębami wygryźć dziurę w świątyni, gdzie zabarykadowali się cywile, główną ulicę zaścieloną ciałami i wojowników Shayury, będącymi niegdyś jego zaufanymi strażnikami.

W sumie nie wierzył w to. Padlinożercy byli postrachem pustkowi, ale mało kto z mieszkańców enklawy się na nich natknął. Byli grabieżcami. Kradli rzeczy od uciekinierów z innych klanów i Kell teraz zaczynał rozumieć, że niektóre z tych przedmiotów trafiały prosto do enklawy. Padlinożercy byli na swój sposób przydatni, choć stosowali okrutne metody. Teraz zaś ów okrucieństwo pokazało się w swojej pełnej postaci. Wątpił jednak, że robili to wyłącznie z chęci zysku. Pewnie wielu z wojowników w czarno-pomarańczowych zbrojach również straciło bliskich podczas wyniszczającej wojny z Dolusem, a atak na jego dom miał być zemstą.

Przerwał rozmyślania, gdy dotarł do muru pałacowego. Nie był dobrze strzeżony - zgładził raptem dwa sługi, a następnie dostał się do windy. Umiejętnie pociągnął za linę, emitując jak najmniej hałasu. Na szczęście nikt go nie zauważył.

Zjeżdżając w dół, dotarł do komnat pałacowych, które wyglądały tak, jakby przeszedł przez nie huragan. Przechodził nad ozdobnymi portalami, mijając sterty gruzu, powykręcane wsporniki i ciała. Dotarł do komnaty Shayury - to tutaj biegł tunel, który poprowadził najeźdźców. Ukryty był za olbrzymimi meblami. Te teraz nadawały się w zasadzie jedynie jako drewno na opał. Kell minął pobojowisko i ruszył drogą, ostro skręcającającą w dół.

- Ciekawe, gdzie mnie doprowadzi - powiedział.

Gdy maszerował przez wąskie przejście, dopiero wtedy rozumiał jak zaślepieni byli przez ostatni czas. Nie dostrzegli wroga, który dosłownie podkopał się do pałacu. Tym samym Kell nie dziwił się tylko okrucieństwem jego braci, sióstr i sług, ale również ich zorganizowaniem. Uderzyli precyzyjnie, w najmniej spodziewane miejsce, a Cressanin tego nie dostrzegł.

Czuł się, jakby przez cały czas miał zamknięte oczy. Przez zmrużone powieki niby sączyło się jakieś światło, ale on zawsze je ignorował. Dopiero teraz, w tak trudnej chwili, zaczął powoli widzieć to, czego tak długo nie potrafił dostrzec. Żałował, że nie zrobił tego wcześniej.

Wreszcie jednak otworzył oczy.

*

Wiadomość o szaleństwie, które opanowało Kella, mocno dobiła garstkę wojowników.

Athalie i Shiney wyglądali na lekko mówiąc przygnębionych, błądząc wzrokiem po okolicy i nie wiedząc, co z sobą począć. Podobnie zachowywali się Cressanie. Kami jako jedyna wciąż miała głowę uniesioną do góry i nadzieję, błyszczącą niczym kryształ w jej oczach.

- Musimy się naradzić - oznajmiła. Starała się, aby ton jej głosu niósł ze sobą jak najwięcej zdecydowania i wiary w zwycięstwo. Najwyraźniej poskutkowało, bo wojownicy zaczęli jej słuchać. Wyrzucili zawartość sakw na ziemię i usiedli, tworząc okrąg. Toa Wody zauważyła, że kilkanaście par oczu skierowało się prosto na nią. Wypuściła powietrze z płuc. - Jakieś sugestie? - spytała. - Ktoś ma pomysł na odbicie enklawy?

Odezwał się mężczyzna, cechujący się szerokimi barkami i trzymający w masywnych dłoniach maczugę:

- Powinniśmy zaatakować jedną grupą - zaproponował. - Lepiej trzymać się blisko, gdy wchodzi się do gniazda sług.

- Jestem za.

Toa Wody dostrzegła, że pozostali Cressanie kiwają głowami. Nie wszyscy byli jednak zadowoleni z tego pomysłu - Shiney nerwowo przesuwał palcami po swoim podbródku.

- Nie podoba ci się ten pomysł? - Kami starała się wyczytać coś z jego skupionych oczu.

- Ani trochę - odparł. Wstał z ziemi i zaczął przechadzać się, jednocześnie dywagując - Wtedy będziemy łatwym celem. Sługi będą atakować tylko w jedno miejsce, a Padlinożercy celować strzałami w tylko jeden punkt. Lepiej poradzimy sobie będąc rozproszeni.

- Rozproszeni? - spytał Cressanin o łagodnym głosie, jeszcze niedoświadczony w walce, gdyż jego ciała nie pokrywała żadna blizna. - Ale jak to? Bez żadnego szyku, formacji?

- Bez. Chyba nigdy tego jeszcze nie robiliście, co? Ja natomiast czuję się tak, jakbym był w tym całkiem niezły.

Kami uśmiechnęła się, słysząc to zapewnienie. Shiney pewnie tego nie pamiętał, ale właśnie taką metodą walki uprzykrzał rządy Nenreha na Qarthar. Znał się na tym.

- Nie przedrzemy się daleko w jednej grupie - zaoponował wojownik z maczugą, a pozostali jak jedna istota kiwali głowami. - Nasza broń nie nadaje się do tego typu walki.

- Spokojnie. Zdobędziemy sprzęt od najeźdźców, głównie interesują nas łuki i kusze. Można nimi walczyć na dystans, a w razie czego wolałbym stracić jedną strzałę, niż miecz. Umiecie strzelać, prawda?

Wszyscy potwierdzili mruknięciami oprócz Athalie, która siedziała skulona, obejmując kolana ramionami i chowając w nich głowę.

- Dobrze. Będziemy poruszać się w małych grupach. Powoli dotrzemy do centrum. Naszym najważniejszym celem będzie ochrona mieszkańców. Gdzie się oni znajdują?

- W świątyni - burknęła służąca.

- To nieco komplikuje sprawę - Shiney westchnął. Wziął trochę pyłu i zaczął przesypywać go sobie z rąk do rąk, gorączkowo myśląc. - Pewnie jest zabarykadowana. Otworzenie wrót nie wchodzi w grę, to zbyt niebezpieczne.

- Umm... - Zaczął mówić Cressanin z szalem, wijącym się po jego szyi jak wąż - ... jest inna droga, aby dostać się do świątyni Zuciana. Ale jest tajna.

- Skoro nam o niej powiedziałeś, to już taka nie jest - Kami uśmiechnęła się, zachowując poważny głos. - Powiedz nam o niej.

- To tunel - odparł mężczyzna po chwili namysłu. - Jeden z kilku, których używano przy budowie enklawy. Transportowano nim surowce. Znajduje się w środku góry. Mało kto wie o jego istnieniu.

- Genialnie - Toa Powietrza wypuścił piach z dłoni, który poleciał daleko na lekkim wietrze. - Wykorzystamy go. Będziemy atakować ich małymi grupkami i zabierzemy im broń. Jednocześnie niewielka część z nas wedrze się do świątyni i pomoże uciec mieszkańcom, gdy reszta będzie robiła zamieszanie. Tak wygląda póki co nasz plan.

- A co dalej? - spytał żółtodziób z łukiem.

- Okaże się w trakcie. Wiem, że chcielibyście mieć dokładny plan, ale przy tym rodzaju walki to niemożliwe. Sytuacja może zmienić się diametralnie, gdy wtargniemy do centrum enklawy. W końcu nie wiemy, co nas tam czeka.

Cressanie wymienili się raz jeszcze porozumiewawczymi spojrzeniami. W ich oczach widać było przekonanie. Choć część z nich wątpiła w sukces, to u kilku wojowników Kami dostrzegła iskierkę nadziei. Zauważyła ją także u Shineya i Athalie, która mimo wcześniejszego zawodu postanowiła być wierna swoim zobowiązaniom i ratować jej nowy dom.

- Jeszcze jedno - kontynuował przewodnik. - Element berła. Wesprzemy was w walce, ale to nasza cena. Powiedźcie gdzie jest, a pomożemy wam.

Mężczyzna z maczugą wsparł się na swojej broni i wyprostował. Mówił chyba w imieniu pozostałych Cressan - większość z nich mrugała potwierdzająco, gdy przemawiał.

- Powiemy wam, jeśli przyrzekniecie, że użyjecie go tylko w dobrej wierze.

- Tak zrobimy - Kami również zwlokła się z ziemi. - Zależy nam tylko na opuszczeniu waszego świata i powrocie do domu.

- Niech będzie – podsumował, drapiąc się po łokciu. - Przekażę wam miejsce ukrycia ostatniego ostrza, ale dopiero wtedy, gdy wypełnicie swoje powinności.

Shiney odwrócił się w jego stronę i chciał się kłócić, ale Kami go uprzedziła.

- Dobrze - odparła ze spokojem. - Najpierw enklawa, potem berło.

Sama w sumie nie wierzyła, że to mówi. Każda minuta w tym świecie mogła okazać się na wagę purynium w archipelagu, ale Toa Wody wiedziała, że Cressanie - tak jak Matoranie - potrzebowali jej pomocy. Nie potrafiłaby ratować jednych, wiedząc, że zostawiła drugich w potrzebie. Enklawa była wart jej poświęcenia tak samo jak Krias, Qarthar, Cressa, czy jakakolwiek inna wyspa.

- Podzielmy się w grupki - zaproponował mężczyzna w szalu.

Przystąpili do organizacji. Szesnaście istot utworzyło cztery mniejsze pododdziały. Ten, w którym znalazła się Kami i Shiney, otrzymał do pomocy Cressanina z maczugą i niedoświadczonego łucznika.

Nieoczekiwanie ten ostatni zauważył coś na horyzoncie. Zawołał do pozostałych:

- Hej, spójrzcie - Wskazał palcem na dziwny pas czerni, powoli mknący po pustkowiach w ich stronę. - Co to? Cień burzy piaskowej?

- Ona nie zostawia cienia - wytłumaczył Shiney, również dostrzegając zagadkowy kształt. Uśmiechnął się. - To nie burza piaskowa, to nie Padlinożercy i nie sługi. To ogary.

Miał rację. W ciągu kilku minut do grupy dotarły stworzenia, których ciało pokrywały zielone łuski i kolce. Na ich widok Cressanie dobyli broni, a Toa Powietrza wystąpił przed szereg, patrząc w oczy wilczycy Kami, która najwyraźniej została nową samicą alfa, bo wysunęła się przed najszybsze ze stworzeń.

- Szkodniki - syknął po cichu wojownik w szalu, odrzucając go na ramię.

- To nie szkodniki. To być może nasi nowi sojusznicy - stwierdził Shiney. Klęknął przed stworzeniem, nie bojąc się jego zakrzywionych zębów i szczęki, która jednym kłapnięciem mogła oderwać mu głowę od szyi. - Na pewno widzieliście, co stało się z enklawą. Potrzebujemy waszej pomocy.

Ogary rozumiały słowa mężczyzny i nie były zadowolone z jego propozycji. Kilka z nich zaczęło ujadać, a z paszcz innych ciekły strugi lepkiej śliny. Ich przywódczyni panowała jednak nad instynktem, karzącym rzucić się jej na nieufnych Cressan.

- Proszę - rzekł. - Tu nie chodzi tylko o enklawę. Jeśli sługi zdobędą górę i wykorzystają jej wszystkie zasoby, będą potrzebowali innego źródła pożywienia. Rzucą się na was. A wy sami, choć jesteście panami tych pustkowi, nie zdołacie nad tym zapanować. Nie przetrwacie ich nawałnicy, tak samo jak my - pozwolił sobie ręką złapać za pysk samicy i unieść go do góry. Nawiązał z nią kontakt wzrokowy i mówił dwa razy wolniej. - Tylko razem przetrwamy.

Shiney i Kami nerwowo oczekiwali na decyzję stworzenia. To słyszało warczenie swoich braci i sióstr i widziało stal Cressan, której nie chcieli schować do pochew. Powinna była rzucić się na Toa, lecz nie zrobiła tego. Odsunęła się na dwa kroki i stanęła w takiej pozycji, jakby przeciągała się. W rzeczywistości jednak pozwoliła Shineyowi usiąść na jej grzbiecie.

Przewodnik zerknął zmieszany na Kami i ostatnich wojowników.

- Chyba zostałeś naszym wodzem. Łączysz nas i ogary - stwierdziła kobieta, darząc go promieniującym uśmiechem.

Shiney zdawał się nie być przekonany. Sanitariuszka zauważyła to i wystąpiła przed wojowników. Musiała podnieść na duchu swojego brata, tak jak na Toa przystało. Na szczęście dokładnie wiedziała, co ma powiedzieć.

- Heri chciałaby tego - dodała, podchodząc i kładąc dłoń na barku przyjaciela.

Heri. Jeśli Shiney miał ją jeszcze kiedykolwiek zobaczyć, musiał wyruszyć do enklawy i nie tylko uratować azyl Cressan, ale i zdobyć ostatni element układanki berła. Żeby mieć pewność, że wszystko pójdzie po jego myśli, powinien samemu dowodzić.

Skinął potwierdzająco głową drugiej Toa, nie... drugiej przyjaciółce. Kami zasługiwała na to miano, choć nie znali się zbyt długo. Wspólna wędrówka i cel łączyły jednak skuteczniej niż cokolwiek innego.

Wskoczył na grzbiet zwierzęcia. Aksjomat przeciął powietrze, a następnie wskazał na osadę, pogrążoną w dymie, płomieniach i zapachu krwi. Shiney zwrócił się do swoich sojuszników - zarówno Cressan, jak i tych czworonożnych:

- Dzisiejszy dzień przejdzie do historii. - Odwrócił się do towarzyszy, szybko ich licząc. - Trzydziestu Cressan, ogarów i Toa odbije enklawę, którą stracili jednej nocy. Tyle samo czasu zajmie im odzyskanie jej: jeden dzień i ani chwili dłużej. Pokonamy liczniejszego przeciwnika. Będziemy ich kąsać jak węże i znikać niczym duchy. Zwyciężymy - skierował samicę w stronę szlaku, prowadzącego na szczyt góry. Posłał wdzięczne spojrzenie Kami, a następnie skręcił głowę w stronę celu. Zawołał - Za mną!

Rozdział X[]

Świątynia uginała się pod naporem sług i Padlinożerców. Każdy z ocalałych widział powoli przesuwające się kamienie oraz ślady pięści i kłów, pozostawione na grubej warstwie metalu. Z niepokojem obserwowali to również obrońcy cywili. Dwójka Cressan mogła jedynie kręcić głowami, gdy widzieli, jak olbrzymie posągi suną nieznacznie po terakocie i nie blokują tak skutecznie drzwi. Sytuacja wyglądała beznadziejnie.

Mieszkańcy Cressy wyglądali jak ofiary klęski żywiołowej. Ich pancerz był poszarpany lub rozerwany, a część z nich była ranna. Wszystkich łączyły dwie rzeczy: dygotanie z przerażenia i słowa, ślące fałszywe nadzieje do reszty, której udało się przeżyć. Cressanie rozmawiali ze sobą, starając się zapomnieć o dramacie, rozgrywającym się za wrotami lub opatrywali rannych. Przerwali, gdy coś załomotało w podłogę.

Strażnicy podbieli pod posąg Zuciana - to spod niego dochodził dźwięk, jakby ktoś uderzał pięścią. Wojownicy wymienili zdziwione spojrzenia. Jeden wyciągnął broń, a drugi spróbował choć trochę popchnąć niezwykle ciężki monument z pomocą schronionych. Pomogli mu cywile.

Gdy pchnęli podobiznę stwórcy, ich twarze pobladły tak, jakby zobaczyły zmory. Później jednak wrócił do nich koloryt i uśmiechnęli się, pomagając wgramolić się ósemce przybyszów do środka.

Kami, Shiney, Cressanin z maczugą, łucznik oraz cztery ogary objęły wzrokiem zgromadzonych. Toa Wody starała się nie patrzeć na ich poranione ciała i posłała im serdeczny uśmiech, licząc, że zarazi nim mieszkańców. Udało się i wszyscy na moment unieśli kąciki ust, zapominając o piekle, które dosłownie pukało do wrót świątyni. Potem jednak spoważnieli, gdy słudzy i sępy zaczęły napierać mocniej.

- Musicie zabrać stąd cywili - oznajmił strażnik.

- Po to tu jesteśmy - odparł Cressanin z maczugą. - Torda, to będzie twoje zadanie.

- Chcę walczyć! - rzekł łucznik. Jego starszy towarzysz pokręcił jednak głową.

Niedoświadczony wojownik szukał wsparcia u Kami.

- Zrób to. Przydasz się w ten sposób enklawie bardziej niż niejeden wojownik - Pokrzepiła go klepnięciem dłoni po ramieniu. - Wykorzystaj ogary i zabierz ich stąd. Wróć i pomóż pozostałym z naszych, gdy i oni dotrą do budynku.

Torda bił się z myślami. Zagryzł wargę, patrząc na nieugiętą Kami. Wreszcie westchnął.

- Wedle rozkazu - mruknął. - Za mną. Najbardziej ranni na ogary, a reszta...

Toa Wody odeszła od łucznika. Wiedziała, że sobie poradzi. Zrównała się z Shineyem, który u boku pozostałych wojowników osłaniał ewakuację i patrzył niepewnie na drzwi.

- Obym się mylił, ale... te drzwi chyba już nie wytrzymały - stwierdził.

Niestety, ale miał rację. Kami zdołała przetrzeć oko i dostrzegła pierwsze sługi, szeregiem przeciskające się przez wyłamane wrota. Obrońcy pokonali ich bez trudu.

Z czasem drzwi otwierały się coraz bardziej. Zamiast jednego stworów w pancerzu pojawiały się po dwa, a potem i więcej. Ktoś puścił ognistą strzałę, która podpaliła filar z bogato zdobioną kolumną. Cywile jeszcze nie zdołali uciec.

- Szybciej tam! - ponaglał ich Shiney, nerwowo przerzucając miecz z jednej dłoni do drugiej.

Odwrócił się w stronę wejścia do świątyni i otworzył usta ze zdziwienia. Stanął w pozycji defensywnej, podobnie jak reszta obrońców. Obserwowali mocniej uchylające się drzwi i cień Namiestnika, kontrastujący z żółtymi promieniami słońca.

- Zaczęło się.

Zaraz potem fala sług i Padlinożerców wtargnęła do świątyni.

Kami przygotowała dla nich powitanie. Uderzyła skupionym promieniem wody w żyrandol z kamieniami świetlnymi, znajdujący się na samym szczycie budynku. Spadł na sługi, miażdżąc ich kości i wgniatając pancerz w ciała.

Toa powiodła wzrokiem po polu walki. Shiney rzucił się na Namiestnika, aby dokończyć ostatnią walkę. Cressanie kryli się za filarami lub posągiem Zuciana, sprowadzając rywali prosto na swoje ostrza. Tłum sług nie przerzedzał się jednak, a wręcz przeciwnie - rósł z każdym cięciem broni i ofiarą, która padła na posadzkę. Fala stworów zdołała porwać mężczyznę z maczugą. Kami chciała mu pomóc, ale drogę zagrodzili jej Padlinożerni. Mogła tylko obserwować go kątem oka.

Cressanin walczył z poświęceniem. Kolcami rozrywał skórę rywali, a buławą kruszył ich kości. Jednak nie mógł wygrać. Sługi zaczęły na niego wskakiwać, gryźć i drapać. Na ciele wojownika pojawiły się krwawe pręgi, ale pojedynkował się nadal - nawet wtedy, gdy piana pociekła mu z ust.

Walcząca Toa Wody obserwowała go aż do ostatniego tchnienia. Odwrócił się w jej stronę, odetchnął i wskazał lepkim od posoki palcem na topór, trzymany przez kamienną wersję Zuciana. Kami uniosła brew, a zaraz potem patrzyła, jak mężczyzna dosłownie znika przykryty grupą sług.

Kobieta musiała się wycofać. Ślizgnęła się po terakocie i dotarła do posągu. Co chciał jej pokazać mężczyzna? Nie znalazła nic na zewnątrz, więc - pomimo krótkich oporów - zniszczyła kamienną rękę. Oszlifowany głaz odsłonił się, ukazując przed Kami ostatni poszukiwany element.

Mlecznobiałe ostrze z połyskującym, błękitnym wykończeniem.

Toa Wody łypnęła najpierw na walczących, a potem na materiał z pozostałymi komponentami berła, który rzuciła w kąt. Zajęła bezpieczną pozycję. Zaraz potem dotknęła artefaktu.

Kamienno-metalowe mury świątyni odjechały od niej, jakby chciały uciec od pola walki. Straciła z pola widzenia Padlinożerców i przewodnika, ale Cressanie i sługi pozostali. Wciąż walczyli, lecz tym razem wszystko działo się w innym, choć w jakiś sposób bliskim wojowniczce miejscu. Armie ścierały się na brunatnej ziemi, a góry, niczym mentorzy przyglądający się swoim uczniom, nadzorowały przebieg bitwy.

Kami stała daleko od jej centrum i nie widziała dokładnie sylwetek wojowników. Dostrzegła jednak znajomą kobietę, wpatrującą się na to wszystko smutnymi oczami. Podeszła do Qhiry.

- Czy nie będzie próby? - spytała, wyrywając kobietę z chwilowego zamyślenia.

- Będzie - odpowiedziała. - Lecz najpierw dalsza część opowieści. Zastanawiałam się, jakich słów powinnam użyć, aby to wszystko tobie przekazać. To jednak nie miałoby sensu. Najlepiej będzie, jeśli sama to zobaczysz, a ja tylko będę dopowiadać.

Toa Wody skinęła krótko głową. Wręcz spacerowym tempem podążyła za Qhirą, zbliżając się do walczących.

Cressanie ścierali się z istotami, które widziała w poprzedniej wizji. Okuci w kobaltowo-srebrne zbroje sługi walczyły z poświęceniem, choć Kami nie uważała, że byli zadowoleni z konfliktu, który trwał na planecie. Ten nieokiełznany zapał i chęć zwycięstwa dostrzegła jedynie u jednego z nich - u Namiestnika.

- Znam go - rzekła. Kobieta zdobyła się na naprawdę niewielki uśmiech.

- Myślisz, że znasz Dolusa?

Toa zmrużyła powieki, jakby nie rozumiejąc o co chodzi rozmówczyni. Dopiero po chwili skojarzyła fakty. Gdy już to uczyniła, zamilkła.

Namiestnik i słudzy nie walczyli sami. Wojowniczka dostrzegła znanych jej Cressan: Watrixa, Savaryxa, Sehraxa i nawet samego Archeaxa. Wszyscy byli częścią klanu, który zdradził Szkarłatnego Króla, Kella, Shayurę i wielu innych Cressan.

Wynik bitwy był w zasadzie przesądzony. Ciała większości sług topiły się w pustynnym pyle, a ci, którzy jeszcze stali na nogach, chwiali się i rękoma zasłaniali rany. Wciąż jednak wypełniali rozkazy Namiestnika, który krzyczał i zabijał bezlitośnie rywali, przeszywając ich ogromnym mieczem, albo nabijając na rogaty hełm. Wyglądał tak, jakby nie chciał się poddać, jakby na coś jeszcze czekał.

- Wygląda tak, jakby nie odsłonił wszystkich kart, nie? - spytała z żalem Qhira, a towarzyszka przytaknęła głową. - Cóż, zaraz je pokaże. To, co ujrzysz, może tobą wstrząsnąć.

Prorok pojawił się znikąd.

Kami nie zauważyła, gdy u boku Dolusa stanął mężczyzna, okuty w złotą zbroję, maskę przypominającą połączenie czaszki i pająka oraz. Patrzył na pobojowisko za pomocą oczu, które wyglądały tak, jakby paliły się żywym ogniem. Emanowała od niego dziwna energia, trudna do opisania i przeoczenia. Gdy znalazł się pośród wojowników Namiestnika, po prostu przystąpił do działania. Z jego dłoni uciekła ciemna moc, podobna do dywanu cieni, którym przemierzał pole bitwy. Energia pomknęła do zmarłych sług, obejmując ich ciała. Zaczęła pulsować.

W następnych sekundach twarz Kami przyjmowała tyle różnych min, że trudno byłoby je zliczyć. Towarzyszyło jej zszokowanie, lęk i obrzydzenie.

Sługi były całkiem okazałymi istotami. Dorównywały wzrostom Matoranom lub Toa, miały eleganckie pancerze i broń, a ich głowy, choć pozbawione masek lub hełmów, wyróżniały się błękitnymi oczami. Po przemianie tylko one im zostały.

Cressanie, Kami i nawet sam Prorok świdrowali spojrzeniem istoty, które wyrwały się z objęć śmierci, ale nie były już takie same, jak za życia. Utrzymały swój wzrost i oczy, ale przybrały garbatą posturę, a ich pancerze pękły, odsłaniając pofałdowaną, beżową skórę. Nowe kły i szpony przywodziły na myśl kobiecie agresywne Rahi i armia - pod względem inteligencji - pewnie im dorównywała.

Rzuciły się do walki. Wcześniejsze pojedynki, mające choć odrobiny gracji, przemieniły się w rzeź. Sługi wyrywały żywcem kończyny przeciwników, pazurami wspinały się po ich zbrojach i odgryzały im głowy. Cressanie zaczęli padać od ich ataków. Gdzieś zginął strzelec, którzy przyjął na siebie cios, wymierzony w niedoświadczonego Kella. Archeax zagrzewał swoich akolitów do walki. Prorok stał z założonymi ramionami i czekał, aż Szkarłatny Król nawiąże z nim kontakt wzrokowy, a wtedy uraczył go triumfującym spojrzeniem. Tamten nie zamierzał jednak odpuścić.

Wysłał absolutnie wszystkie siły do walki. Kami porównała tę scenę do dwóch fal, mknących prosto ku sobie. Wrogie armie wręcz zderzyły się. Zwycięzca mógł być tylko jeden. Kto? Ten, którego siły okazały się liczniejsze.

Cressanie wygrali.

Zmietli rywali, przedzierając się przez ich zbite szeregi. Dowódca sług uczestniczył w przegranej szarży i również boleśnie ucierpiał - ktoś drasnął go elektryczną włócznią po gardle. Namiestnik łapał się za płytką ranę, nie mogąc uwierzyć w porażkę i patrzył na Proroka, który nie zdawał się tym zbyt przejęty. Ten tylko dyskretnie wskazał mu głową na bezkresne pustkowia, sugerując odwrót. Dolus ściągnął hełm i widząc setki zabitych, mógł podjąć tylko jedną decyzję.

Zadął w róg. Armia wycofała się.

- Zatem do tego jest zdolny Prorok - podsumowała Kami, odwracając głowę od cmentarzyska na brunatnej ziemi. - I ja mam się z nim zmierzyć? - spytała.

Qhira ugryzła się wargę i westchnęła.

- Tak, wiem, że brzmi to absurdalnie. Zanim jednak stawisz czoło Prorokowi, musisz zmierzyć się z Namiestnikiem.

- Dolusem - Poprawiła ją. - To on jest za to odpowiedzialny, tak jak Layren za sprowadzenie sług do miasta, które przyrzekłam chronić.

- Dokładnie. To przez niego to wszystko. To on odpowiada za jego przebudzenie i za śmierć tak wielu istot. Wszystko po to, aby podbić Cressę. Sądził, że zgniecie ich jak insekta i rozszerzy zasięg swojej cywilizacji. Tamci stawili mu jednak opór, który zmusił go do tego.

Kami kiwnęła głową, choć nie było w jej oczach pewności.

- Ta historia jest postrzępiona. Liczę na to, że kiedyś poznam jej całość. Wtedy ocenię, kto tak naprawdę jest winny - podsumowała, rzucając Qhirze wymowne spojrzenie. - Teraz nie ma jednak czasu. Pora na próbę.

- Tak, chodź za mną.

Nie czekając na wojowniczkę, kobieta odwróciła się i ruszyła, zostawiając bitwę za sobą. Kami zrobiła podobnie i natychmiast dostrzegła białe przejście w kształcie koła. Takie samo spotkała po walce z Maverisem i, podobnie jak wtedy, przeszła przez nie.

Świat na sekundę rozmył się przed jej oczyma i przypominał otaczającą ją kartę, pełną kolorowych kleksów. Nagle wszystko się wyostrzyło. Dostrzegła, że trafiła do pomieszczenia, które znała głównie z opowieści Niro. Stała na skrzypiących deskach pracowni, ulokowanej na szczycie latarni. Znajdowało się tu kilka stołów ze specjalistycznymi przyrządami, teleskop na środku i koliste okienka, wpuszczające do środka blask księżyca, rozpraszający drobinki kurzu. Wszystko zdawało się dziwnie chłodne.

U boku wojowniczki nie było już Qhiry. W pracowni astronomicznej znajdował się jednak ktoś jeszcze.

Wyprostował się. Miał biały pancerz i Matatu z otworami na niebieskie oczy, przypominające kształtem gwiazdy, które oglądał. Rysy jego ciała były ostre, tak samo jak przenikliwy wzrok.

Kami myślała, że śni.

- Toa Galinis! - wypaliła.

- Dobrze cię widzieć - mruknął mężczyzna.

Wojowniczka wytrzeszczyła oczy.

- Ty mnie słyszysz?

- Głośno i wyraźnie - Splótł ramiona na piersiach. - Czego potrzebujesz, Matoranko?

- Matoranko?

Kami spojrzała na swoje małe stopy i ręce. Znowu stała się zwykłą sanitariuszką z Krias.

- Tak, dzielna Ga-matoranko - Kucnął przed nią. - Jak mogę ci pomóc? - Dodał, udając uśmiech, który nienajlepiej mu wychodził.

Kobieta podrapała się po głowie. Rozmawiała z mentorem. Mogła zasięgnąć porady od bohatera.

- Toa, jak to robiłeś? Jakim cudem chroniłeś nas tyle lat? Czym walczyłeś? Jakich technik używałeś? Przestrzegałeś Kodeksu?

Galinis zaśmiał się, tym razem robiąc to szczerze. Klapnął wieczko od teleskopu i pieszczotliwie poklepał go.

- Oglądałaś kiedyś gwiazdy? Gdy są blisko, widać ich promienie. Są niezwykle ostre.

Kami niepewnie pokiwała głową.

- Czy jednak ów promienie mogłyby pojawić się bez jej serca, tego wewnętrznego żaru? Oczywiście, że nie. Jeśli porównamy promienie do ostrza, to te małe kuleczki, które obserwujemy, będą przypominać nam tarcze.

- Do czego zmierzasz, Toa?

- Myślisz o walce, ale tylko w znaczeniu dosłownym. Atakowaniu, korzystaniu z broni i używaniu mocy na wrogu. Myślałaś kiedyś, aby przekazać ją sojusznikom?

Kami pogładziła się po szyi.

- Nie.

- A powinnaś. To właśnie mój klucz na sukces Krias. Ta wyspa nie byłaby taka bez waszej pomocy. Nie jestem waszym mieczem, ale tarczą. Ty musisz też być tarczą dla innych.

Toa Wody pokiwała głową. Z reguły starała się wszystkie problemy znosić samemu. Sama podejmowała próby, sama zamykała się w klatce swoich przemyśleń i chciała dać jak najwięcej z siebie. A może wystarczyło pomóc innym? Wesprzeć ich? Tak jak Galinis wspierał Krias, swoich uczniów i mieszkańców wyspy.

Gdy Kami doszła już do tych wniosków, usłyszała czysty głos Qhiry. Mówił z nią mentor Harvara i Niro:

- Odsuń się od swojej przeszłości, zaakceptuj teraźniejszość i... przygotuj innych na przyszłość.

Wróciła do świątyni.

Shiney walczył z Namiestnikiem i runął na ziemię od jego ciosu, a na jego ciele pojawiły się kolejne rany i siniaki. Strażnicy czołgali się na posadzce, byli ledwo żywi. Cywile gromadzili się przy zatłoczonym wejściu do tunelu i nie zdołali uciec przed sługami, które zaczęły ich kąsać.

Kami odetchnęła głęboko. Uniosła Serce Tajfunu i przymknęła oczy, wypowiadając słowa:

- Bądź ich tarczą.

I stała się nią, trochę dosłownie.

Jej gałki oczne zmieniły kolor na alabastrowy, gdy z wnętrza jej broni wyskoczył wodny promień. Poleciał do góry, a następnie - dzieląc się na wiele serpentyn pod ogromnym ciśnieniem - uderzył w ziemię. Objął mieszkańców i wojowników, odgradzając ich od sług.

Zaraz potem Kami skorzystała z jednej ze swoich mocy. W przywołanej przez nią barierze na kształt półkuli zapanowała lecznicza aura, kojąca rany i podnosząca na siłach sojuszników. Wstali i dobyli broni, patrząc na kobietę.

- Nie zginiecie, póki jestem przy was - wycedziła, podtrzymując z trudem wiązkę, będącą niczym filar dla niebieskiej osłony. - Odbijecie Cressę. Wy wszyscy.

Potem nie patrzyła na swoich sojuszników, ale rywali. Sługi drapały bezskutecznie strumienie wody, a sępy wypuszczały strzały, które nie mogły się przez nie przebić. Namiestnik zachował jednak spokój. Dostrzegł coś, o czym Kami zapomniała.

Elementy berła. Dwa ostrza, drzewce i kula o perlistym kształcie leżały osamotnione na ziemi, nieobjęte barierą Toa Wody. Dolus schylił się po nie. Następnie ruszył tyłem do wyjścia, patrząc prosto w oczy kobiety. Posyłał jej groźne i chytre spojrzenie, choć ani trochę się go nie bała.

Gdy miała do wyboru walkę o kilka kolorowych przedmiotów lub Cressan, decyzja podjęła się sama. Wiedziała, że odzyskają elementy artefaktu, lecz życia garstki ocalałych nic nie przywróciłoby.

Najeźdźcy zaczęli się wycofywać. Kami utrzymywała wodną półkulę aż ostatni sługa opuścił świątynię. Pomknęli w inne części osady na górze, gdzie nie czekała na nich tak trudna przeciwniczka. Wojowniczka puściła zaś trójząb i opadła prosto na ramiona Shineya.

- Uciekli? - spytała, ciężko dysząc.

- Tak. - Otaksował wzrokiem opustoszałą świątynie, zrujnowane ściany, ciała i żywych mieszkańców, patrzących na Kami jak na cudotwórczynię. - Ale zabrali prawie wszystkie elementy berła.

- Odzyskamy je. Tylko gdzie mogli je zabrać?

- Ja chyba wiem. - Nagle rzekł łucznik, który przeżył starcie i wyprowadził większość cywili. - Kiedyś w pałacu słyszałem jak Shayura rozmawiała ze swoim towarzyszem. To chyba nic ważnego, ale mówili, że gdyby Namiestnikowi wpadłyby do rąk komponenty berła, to zniszczyłby je.

- A co mogłoby zniszczyć berło? - zrezygnowany Shiney puścił pytanie w próżnię. Otrzymali odpowiedzi od kilku mieszkańców. Jeden z nich podał najpewniejszą sugestię:

- We wnętrzu jednej ze starych gór jest zbiornik z lawą, to wulkan. Kell niszczył tam pozostałe berła, a części od tego jednego rozsiał po całej planecie. Jeśli Dolus chce je zniszczyć, uda się właśnie tam.

Torda przytaknął:

- Zaprowadzę was! Wiem gdzie to jest - rzekł ochoczo.

- Nawet jeśli - mówił posępnym głosem Shiney - to nie wygramy z Namiestnikiem. Po raz kolejny nie zdołałem go powstrzymać.

- Zatem spróbujesz jeszcze raz - Kami zdołała stanąć o własnych siłach.

- Nie wygram. Jest dla mnie za mocny. To on zostawił mi to - pokazał z irytacją na bliznę wijącą się po jego karku i boku twarzy. Jej nic nie było w stanie uleczyć.

- Teraz będziesz miał do pomocy mnie. Pomogę ci.

- Ja...

- Tak, właśnie ty - Kami dotknęła jego szyi. - Właśnie ty musisz do zrobić. Już dokonałeś niemożliwego i uratowałeś mieszkańców - pokazała na cywili, znikających u boku ogarów w tunelu. - A teraz pokonasz go, razem ze mną. Jeśli chcesz wrócić do Heri, to właśnie tak postąpisz.

Tym razem argument z siostrą Cestre nie był tak skuteczny. Shiney nie uległ perswazji Kami. Wiedziała o tym, ale nie mogła pozwolić mu się poddać. Musiała pomóc. Zawalczyć wraz z nim o przyszłość, od której dzielił ich tylko jeden mężczyzna.

- Ja idę - oznajmiła, wzruszając ramionami. Podniosła Serce Tajfunu i białe ostrze. Łucznik pobiegł za nią. Nie oglądali się za siebie.

Shiney uniósł brew. Gdyby jeszcze kilka dni temu Kami chciałaby wejść prosto w burzę piaskową, stado ogarów lub oddział Cressan, nie zatrzymałby jej. Los wojowniczki był dla niego wówczas obojętny. Teraz jednak patrzył na swoją przyjaciółkę, która odchodzi, aby igrać z niebezpieczeństwem. Nie mógł się temu przyglądać. Nie chciał, aby zniknęła za wrotami do świątyni Zuciana, tak jak Heri za zieloną taflą portalu.

Poprawił kaptur. Podrzucił w ręku Aksjomat i mocno go uścisnął. Zawołał:

- Zaczekajcie! - założył miecz na plecy i ruszył za dwójką wojowników. - Idę z wami.

Uśmiech Toa Wody był bezcenny.

*

Co on najlepszego uczynił?

Nenreh osunął się plecami na ścianę jaskini. Cudem dowlókł się do niej, gdy burza piaskowa go sponiewierała i prawie zabiła - czuł, że prawie skręcił sobie kark, gdy wypadł z wiru, cały był poobijany, a w ustach miał posmak krwi. Złapał się za bolący bok i odchylił głowę, wciąż zadając sobie jedno i to samo pytanie.

To był impuls. Kiedy zobaczył, że Kami odzyskuje wiarę i siłę, musiał działać. Wcześniej, gdy była jeszcze zmęczoną po ostatnim konflikcie wojowniczką, Nenreh nie zamierzał się na niej mścić - uznał, że dostała za swoje. Udało jej się jednak pokonać swoje ograniczenia. Znowu mogła być waleczną Toa Wody.

Wtedy, gdy drużyna szykowała się do odpoczynku, Skakdi myślał o swojej przeszłości i obecnej sytuacji. Zrozumiał, że w gruncie rzeczy nie może podnieść się po tym wszystkim. Bycie pokonanym przez niedoświadczonego Toa, utrata swojego domu, pobyt w Otchłani, obserwowanie umierającego Cithana - tego było za wiele. Wiedział, że Kami miała podobny bagaż doświadczeń, ale jakoś sobie z nim poradziła.

A on nie potrafił. Nie chciał widzieć jej sukcesu, nadziei w spojrzeniu i uśmiechu. Zdradziła go na Qarthar, powinna spotkać ją za to kara. Dlatego uznał, że jego kompanka ma zgnić w tym świecie, gdy on sam otworzy sobie drogę do domu. Tak nakazywał mu jego zwyczaj - jeśli ktoś mu kiedyś przeszkodził (tak jak chociażby Giras), to powinien zostać ukarany, najlepiej zabity.

Była jednak też druga część jego wątpliwego kodeksu moralnego. Gdy ktoś go wsparł, mężczyzna starał się odwdzięczyć. Kami wiele razy podała mu pomocną dłoń, a on chciał potraktować ją tak, jak bezmyślnego sługę.

- Cholera - stęknął, uderzając tyłem głowy o ścianę. Znowu wykazał się impulsywnością, bezmyślnością i okrucieństwem, nikt mu nie mógł zaufać.

W porywie gniewu cisnął swoją maczetę, która wypadła z groty na piaszczystą ziemię. Krzyknął. Złapał się obiema rękoma za swoją twarz tak, jakby zamierzał ją zmiażdżyć.

Być może zrobiłby to, gdyby ktoś mu nie przeszkodził.

Kell wędrował długo korytarzami, które powstawały od miesięcy. Jedna z ostatnich odnóg zaprowadziła go do groty, gdzie na tle czarnych ścian jaskini zobaczył siedzącego i nieźle potarmoszonego, wstrząśniętego mężczyznę. Podszedł do niego, dyskretnie kładąc dłoń na mieczu.

- Nenreh? - spytał. - Ty żyjesz - dodał ze zdziwieniem. - Wszystko dobrze?

- Nic nie jest w porządku! - wrzasnął.

Cressanin podrapał się po głowie.

- Opowiedz, co działo się z Kami. Czy to wszystko jest prawdą?

- Pewnie tak, ona nie kłamie. Chciałem was zdradzić, samemu zdobyć ostatni element berła i pożegnać się z tym zatęchłym miejscem - burknął.

- Mój dom nie jest zatęchłym miejscem - odparł ze spokojem. Usiadł naprzeciwko. - Zrozumiałem, że trzeba o niego walczyć. Nie można działać pod wpływem nerwów. Czy ty miałeś podobnie? Chciałeś po prostu udać się na wyspę, którą władasz? Na Zakaz?

Skakdi nawet się nie uśmiechnął, gdy uświadomił sobie, że rozmówca żyje w kłamstwie.

- Nie. Chciałem tu zostawić tamtą dwójkę, nie chodziło nawet o mój dom.

Kell westchnął. Spuścił dłoń z rękojeści.

- Jeszcze nie jest za późno. Możemy to wszystko odkręcić.

- Chciałbyś - warknął.

- Nawet nie tyle co chcę, ja to zrobię. Potrzebuję jednak każdej pomocy.

- Wiesz, że mogę tobie wbić maczetę w żebro?

Kell uśmiechnął się.

- Nie możesz. Rzuciłeś ją o tam - pokazał palcem na srebrne ostrze, wbite głęboko w ziemię. Potem spoważniał i znowu mówił powoli. - Kami wyglądała na przejętą twoją zdradą, a Shiney chyba na początku jej nie wierzył.

- Nie dziwię się. Zaufali mi, a ja się od nich odwróciłem.

- Więc wróć i pomóż im.

- To nie takie proste - odburknął. - To tylko kwestia czasu, zanim wszyscy rzucimy się ku sobie, i to pewnie z mojej winy. Taki już jestem.

- To zmień się - Kell wstał i otrzepał się z drobnych kamieni. - To odróżnia nas od naszych rywali. My potrafimy się zmienić, a oni cały czas trwają w swoim fanatyzmie. Czasem też w niego popadamy, ale zawsze udaje nam się zaadaptować.

- Ja do tej pory zawsze byłem w oczach wszystkich tym złym.

Cressanin odparł westchnięciem. Niecierpliwił się.

- Chciałbym z tobą rozmawiać dłużej i próbować cię przekonać, ale nie mam czasu. Muszę uratować enklawę i odzyskać zaufanie moich ludzi - stwierdził, po czym odwrócił się na pięcie i podążył w stronę ciasnej szpary między nachodzącymi na siebie ścianami jaskini.

Nenreh odprowadził go spojrzeniem, przyglądając się jego pelerynie. Gładka i prostokątna, przypominała mu trochę kartę. Kartę, na której Kell chciał napisać coś nowego i... po którą mógł także sięgnąć Skakdi.

Wrócił wspomnieniami do jednej z rozmów z Kami. Wspominała, że można odciąć się od przeszłości. Jeden rozdział z życia Zakazianina nie warunkował tego, kim będzie w drugim. Mógł napisać swoją opowieść od początku.

Zerwał się, tłumiąc ból rozchodzący się po jego ciele. Wrócił po maczetę i wsunął ją do pochwy. Poprawił swój pancerz.

- Kami - mruknął pod nosem. - Pora, abym odpłacił się.

Wciąż mógł sprawić, że pewnego dnia wyciągnie do niego rękę i przyjmie szczere przeprosiny. Taka okazja już raczej się nie powtórzy.

- Ej, Kell - zawołał. Cressanin zatrzymał się. - Powiem ci coś: moja maczeta domaga się krwi.

*

- Wszystko idzie po naszej myśli - mruknęła Shayura.

Udało im się. Wtargnęli niepostrzeżenie do enklawy i przejęli kontrolę nad większością budynków i ulic. Teraz pozostało im już tylko jedno - przedstawić niedobitkom prawdę o Kellu i innych wojownikach, aby następnie ich wszystkich zgładzić. Shayura uznała, że chce, aby najwytrwalsi spośród jego świty, którzy jakimś cudem uniknęli szczęk sług i strzał sępów, mogli umrzeć, nie patrząc ślepo na swojego lidera, ale rozumiejąc jego wady. Rozumiejąc to, na czym tak naprawdę zbudował swój mały bastion.

Dotarli do sali obrad. Kobieta ujrzała znajomy widok bordowych ścian, metalowych połączeń i panoramicznej szyby, ale wzbogacony o kilkanaście ciał na ziemi. Członkowie Rady zginęli w ataku. Zwłoki części z nich leżały na podłużnym stole, a inne topiły się w brei i zaczynały rozkładać.

Shayura minęła z odrazą jedno z ciał i podeszła do szyby. Jej wojownicy zatrzymali się w stosownej odległości od liderki i patrzyli, jak ta świdruje swoje słabe odbicie w tafli szkła. Dostrzegła na dotkniętej żarem twarzą biały malunek, symbolizujący głowę sokoła. Miał być upamiętnieniem dla niezwykłego celu, z którego słynął jej partner.

- Faris... to dla ciebie - szepnęła tak, jakby nie znajdowała się w zrujnowanej sali obrad, ale gdzieś na pustkowiach, sama z łucznikiem. Potem jednak potrząsnęła głową. - Wiecie co robić.

Padlinożerni skinęli głowami. Wojownicy trzymali pod pachami baryłki z olejem, który wykorzystywano przy rydwanach. Zalali nimi salę obrad, polewając również władców pozostałych klanów. W ten sposób Shayura chciała przypieczętować swoje zwycięstwo - za pomocą łatwopalnej substancji zamierzała doszczętnie spalić pałac, a następnie wyjść z niego, przyprowadzić niedobitków, napawać się ich strachem, wyjawić prawdę i zabić. To miało być niczym cios, który dobije konającego rywala.

Cressanka wierzyła, że to co robi, jest po prostu słuszne. Była podczas tamtej bitwy. Widziała wszystko - Archeaxa, który odsuwa się od swoich braci w imię kogoś znacznie potężniejszego, nietrafione rozkazy ich dowódcy i śmierć Farisa. Gdyby tamtego dnia Szkarłatny Król lepiej zarządzał tą ogromną armią, być może uniknąłby tego wszystkiego. Zabiłby Namiestnika, zanim ten udał się pod powierzchnię ziemi, aby obudzić Proroka. Osłonił Kella, który zginąłby, gdyby nie interwencja strzelca. I, co najważniejsze, być może Faris stałby tu przy niej.

Odwróciła się w stronę swoich towarzyszy. Choć szeregi sępów zasilali nawet zwykli mieszkańcy lub służba pałacowa, to trzon ich sił stanowili doświadczeni wojownicy - ci, którzy byli podczas tamtego starcia. Nie byli po prostu bandytami z pustkowi, tak jak pewnie chcieliby niektórzy z ich organizacji, ale przede wszystkim uważali się za mścicieli. Mścili się za bliskich, których stracili tak samo jak Shayura. Mścili się, bo Kell przez lata tuszował prawdę i lud uznawał go za świetnego wodza. Mścili się, bo ich nawiedzały koszmary z przeszłości, gdy nieobyty w walce, ale charyzmatyczny władca zbudował swoją pozycję.

Jeden z mężczyzn sięgnął po strzałę zwieńczoną rozżarzonym do czerwoności grotem. Przymierzył w stronę podłogi. Odetchnął głęboko. Zaraz potem wszyscy usłyszeli dźwięk naciąganej cięciwy.

Padł na ziemię.

Padlinożercy wytrzeszczyli oczy z osłupienia. Jeden z nich złapał w porę palącą się strzałę i schylił się, zerkając na nieprzytomnego towarzysza. Zauważył, że znajomy grot wraził się w jego szyję.

- Znam ten sposób przycinania końcówek pocisków - stwierdził. - Tak robi to jeden z naszych.

Zaraz potem i on legł martwy na posadzce.

Tym razem sępy nie dały się tak łatwo zastraszyć. Odsunęli się, świdrując drapieżnym wzrokiem wejście do sali obrad, gdzie przemknął im jakiś kształt. Shayura zagarnęła kilka strzał i wymierzyła je w podłogę.

- Pokażcie się - warknęła, patrząc w stronę wejścia. - Jeśli tego nie zrobicie, to cały pałac spłonie.

Czekała na odpowiedź. Ta jednak nie nadbiegała.

- Ostatnie ostrzeżenie - dodała.

I wypełźli. Zza rogu wyłoniło się kilka Cressan, których Shayura rozpoznała. Wśród nich była również zdesperowana Athalie, patrząca podkrążonymi oczyma na mierzących do niej łuczników.

- Nie można było tak od razu? - zaśmiała się członkini Rady. - Czemu zawdzięczamy waszą wizytę, Athalie?

Służąca milczała. Próbowała nie utrzymywać z nią kontaktu wzrokowego, ale rozczapierzone palce Shayury złapały ją z szybkością polującego sępa i skierowały prosto na zielone, bijące chłodem oczy. Zamarła.

- Odjęło ci mowę? - kontynuowała. - Może to i dobrze, to było pytanie retoryczne. Wiem, że przyszliście tu, aby mnie zgładzić. I wiem też, że wam się to nie uda.

- Nie - mruknęła Athalie. Podniosła nieco głowę. - Przyszłam przemówić tobie do rozsądku.

Padlinożercy zarechotali.

- Doprawdy?

- Tak. Wiem, że Kell nie wspominał o tym, jak tak naprawdę wyglądała bitwa z Dolusem. Zbudował enklawę na legendzie władcy, który nie był bohaterem.

- Trudno się nie zgodzić - dywagowała kobieta, odwracając się plecami od pojmanych. - To jednak wiele nie zmienia. Daj mi jeden powód, aby cię w tej chwili nie zabić.

- Wiem jak to jest stracić kogoś. Znam ten ból.

Athalie specjalnie powiodła wzrokiem po reszcie napastników. Wiedziała, że słuchają jej z zainteresowaniem, choć jednocześnie drwią sobie z jej słów i najchętniej wypuściliby strzały prosto w głowy intruzów.

- Kontynuuj - poprosiła zaintrygowana Shayura. Siadła na fotelu, który należał do Kella.

- Zabrzmi to banalnie, ale wiesz, że nawet jeśli wybijesz całą enklawę, nie przywróci to życia Farisowi, ani żadnemu z waszych bliskich. - Przełknęła ślinę.

Kobieta nie odpowiedziała. Badała ją przenikliwym spojrzeniem.

- Vidar, mój przyjaciel, zginął po to, aby zapewnić mi normalną przyszłość. Tak samo uczynili wojownicy, którzy polegli podczas pamiętnej bitwy. Walczyli, bo chcieli dobrze dla Cressy i jej mieszkańców. Tymczasem wy niszczycie to, o co tak wielu z waszych bliskich było gotowych nadstawić własną pierś.

- Ładna przemowa, ale nie dostrzegasz w niej czegoś.

- Mianowicie?

- Twój przyjaciel zginął, bo taka była jego wola. A Faris? Był do tego zmuszony.

- Nie był - zauważyła Athalie. Patrzyła na oczy rozmówczyni i tańczące w nich iskierki gniewu. - Miał wolną wolę, nie musiał ratować Kella. Tak jak ty nie musisz niszczyć tego miejsca, Shayuro.

Służąca miała dziwne wrażenie, że te ostatnie słowa poruszyły Cressankę.

Liderka zdrajców uniosła brew, patrząc na kilku intruzów. Zdusiła obłęd w swoich oczach i pozwoliła, aby skapnęła z nich jedna łezka. Coś się stało.

- Shayuro, nie odkręcisz już tego, co zrobiłaś. Nie pozwól jednak aby cała enklawa spaliła się.

Kobieta łypnęła na nią wzrokiem - zupełnie innym niż tym, którym zazwyczaj ją raczyła. Jej zielone źrenice kojarzyły się teraz ze spokojem. Oddychała powoli, rozważając tamte słowa. Padlinożercy przetarli powieki ze zdziwienia, gdy lekko skinęła głową w stronę Athalie.

- Tak. Nie pozwolę...

Wyciągnęła nóż i dźgnęła nią kobietę.

-... aby ktokolwiek mi w tym przeszkodził.

Z ust służącej wydobył się jęk, gdy metal zagłębił się w jej brzuchu. Zaraz potem usłyszała tnący powietrze świst, a jej kompani padli ze strzałami między oczyma. Załkała. Parsknęła krwią przed siebie i wydukała:

- Teraz.

Padlinożercy nie zdążyli zareagować, gdy do sali wpadły czające się ogary.

Shayura wycofała się, obserwując popłoch wśród wojowników. Widziała zielone kształty, które bez problemu obalały ich i próbowały zagryźć. Sępy odpowiadały ogniem, a strzały, które nie sięgnęły intruzów, wznieciły płomienie.

Athalie również przez chwilę przyglądała się zamieszaniu, lecz potem skupiła się na Cressance. Przełknęła krew i ruszyła powolnym krokiem w stronę oponentki. Prześlizgnęła się przez blat stołu i wpadła na nią nogami.

Shayura uderzyła o szybę za jej plecami, zostawiając na niej pęknięcie. Zacisnęła palce na starym, czerwonym od krwi nożu. Rzuciła się na przeciwniczkę.

Athalie nie mogła równać się z wyszkoleniem rywalki. Parowała średnio co drugie cięcie. Wiele z pchnięć Shayury pozostawiło rysy na jej pancerzu. Z każdym atakiem przywódczyni sępów sprowadzała ją również bliżej ściany, która stanęła w płomieniach.

Athalie poczuła rozrywający ból, gdy fale ognia smagnęły jej plecy. Załkała. Patrzyła na niepohamowaną satysfakcję w ślepiach rywalki z przetoczonej krwi i chęć zniszczenia. Obie te rzeczy ją oślepiły.

Służąca w przerwie między paradami porzuciła miecze. Złapała wolnymi rękoma za nadgarstki Shayury i odwróciła się, kierując ją prosto na ścianę.

Athalie miała wrażenie, że ryk rywalki zatrząsł całą górą.

Płomienie zaatakowały jej twarz. Kobieta padła na klęczki, łapiąc się za policzek i chroniąc oczy. Z jej ust wydobywał się jeden wrzask za drugim. Druga Cressanka czekała, aż tamta zapanuje nad pożerającym ją żarem i być może się opamięta. Kompletnie oślepiona Shayura rzuciła się jednak do dalszej walki.

Zawinęła ostrzem przed piersią oponentki, ale ta odskoczyła. Pchnęła prosto, ale nóż odbił się od spuszczonych mieczy. Przerzuciła go do drugiej ręki i próbowała zaatakować od góry, ale bezskutecznie. Athalie sparowała ten atak i zbliżyła się do kobiety.

- Poddaj się - nakazała, patrząc na jej twarz. Teraz praktycznie cała była w śladach po oparzeniu. - Zrób to dla Farisa.

- To wszystko jest dla niego - sapnęła.

Chciała dalej atakować, ale wreszcie to Athalie wyprowadziła cios. Trafiła w ramię rywalki, krusząc przy okazji jej kość.

Shayura odsunęła się. Znowu krzyknęła. Jej intensywne, zielone oczy chciały zabić Athalie, lecz reszta ciała nie potrafiła. Była tym faktem zdesperowana.

Nie dała rywalce szans. Gdy służąca zawinęła orężem, zakrzywiony nóż śmignął z taką prędkością, że przeciął dwa miecze jednym cięciem. Ich fragmenty poleciały dalej, rozbijając szybę.

- I co teraz, sikso? - Shayura wyszczerzyła się. Ułożyła broń w dłoni, trzymając ją ostrzem do góry. Zaatakowała najszybciej jak potrafiła.

Wykonała pionowy zamach, ale Athalie jakimś cudem przed nim uskoczyła. Służąca kopnęła lecącą dalej rękę rywalki i skierowała ją... prosto na jej szyję. Nóż wpadł głęboko w krtań Shayury.

Kobieta zamarła, łapiąc dłońmi za ostrze. Pobladła. Ledwo mogła złapać oddech. Miała wrażenie, że oczy zaraz jej wyskoczą, próbując zdusić ból. Zdołała jednak łypnąć na przeciwniczkę, choć tym razem w jej spojrzeniu nie było ani odrobiny grozy.

- Teraz - mówiła Athalie - dokończę to, co zaczęłam. Uratuję enklawę.

Zamierzała pchnąć Shayurę z tkwiącym w gardle nożem przez dziurę w ścianie, ale nie musiała. W przeciągu chwili z ust oponentki pociekła leniwie krew, a ona zgięła się w pół z bólu. Kaszlnęła kilka razy. Zaraz potem straciła równowagę i wypadła przez ogromny otwór, gdzie jeszcze chwilę temu była panoramiczna szyba…

Athalie nie odprowadziła nawet jej cienia, gdy ten wgniótł się w ziemię kilkaset bio niżej. Miała ratować azyl i patrzenie na pogrążoną w szaleństwie kobietę nie przybliżyłoby jej do tego celu.

Dopiero teraz mogła rozejrzeć się po sali obrad, która zmieniła się nie do poznania. Trup ścielił się gęsto. Zgineli wszyscy Cressanie, a spośród ogarów tylko dwa utrzymywały się chwiejnie na nogach. Płomienie przypominały teraz szczęki, które zaciskały swoje rozżarzone kły na fotelach, długim stole, ciałach i filarach, ledwo utrzymujących całą konstrukcję.

Athalie zerknęła na sufit, który łamał się nad jej głową.

- Musimy uciekać - oznajmiła, ponaglając ręką zwierzęta. Sama również zaczęła przedzierać się przez pobojowisko, utykając i łapiąc się za krwawiącą ranę na jej brzuchu.

W pewnym momencie sala obrad po prostu się zawaliła.

Interludium IV[]

Czuła się dziwnie. Nazwano ją bohaterką, choć wcale się za nią nie uważała.

Gdy Nenreh padł na asfalt, a Maxilos skuły go, Zohri ruszyła za wysłańcami Otchłani. Odprowadzali ich wzrokiem mieszkańcy, którzy patrzyli na służby z podziwem. Gdy wydawało się, że nic nie będzie w stanie zatrzymać tamtego zbiega i przywrócić Threin do dawnej świetności, pojawili się oni.

Wdzięczne spojrzenia kierowano do Matoranki Błyskawic. Słyszała pomruki zgromadzonego po bokach ulicy tłumu, który chwalił jej podstęp, choć zdarzały się oczywiście też i krytyczne komentarze. Dla kobiety najbardziej irytujące było jednak zachowanie pozostałych funkcjonariuszy - wielu z nich patrzyło na nią tak, jakby była Toa, a Ricc i Zekha wręcz nie mogli oderwać od niej wzroku.

- Świetna robota, Zohri - pochwalił ją Le-Matoranin.

- Igranie z więźniem musiało być nie lada wyzwaniem - dodała Matoranka Psioniki w Akaku. - Szkoda tylko, że Giras nie mógł tego zobaczyć.

Giras. W sumie trudne do zrozumienia dla funkcjonariuszki było to, że faktycznie po jego śmierci miasto jakby ożyło. Była w centrum uwagi. Mieszkańcy wyszli na ulice, wyrwali się z apatii i ponurych blokowisk. Mimo to, Zohri czuła gorycz porażki.

- Też mi go będzie brakować, Ricc - zwróciła się do towarzyszki, uśmiechając się sztucznie. Oczywistym było to, że nie tęskni za władcą.

Szła dalej, odprowadzana przez skupisko Matoran, Vortixx i Cressan. Dotarła do jednego z transporterów, który stał na samym środku drogi. Maxilos podpierały się o ciągnące się wzdłuż pojazdu barierki i otworzyły drzwi, aby następnie wrzucić nieprzytomnego Zakazianina do środka. Widok ten sprawił, że kobieta spochmurniała jeszcze bardziej.

Zdradziła go. Mężczyznę, który jej zaufał i choć miał w tym pewnie swoje prywatne cele, to jednak chciał dla niej dobrze. Nie wydał jej. Zabił Girasa. Chciał, aby powiodło się w życiu ambitnej, ale i niedoświadczonej funkcjonariuszce. Był mordercą, zbirem i uderzył Zohri, ale nawet to w tej chwili zdawało jej się bez znaczenia.

Choć cały świat mógł uważać inaczej, to akurat ona sądziła, że wsadzają za kraty mężczyznę, który na to nie zasłużył.

Pewnie jeszcze trochę rozważałaby nad Nenrehem, ale między nią a transporterem pojawił się Erron. Doktor uśmiechnął się nieznacznie w stronę Vo-Matoranki. Zaraz potem zwrócił się do niej:

- Winszuję sukcesu. Pani odwaga przyczyniła się do schwytania jednego ze zbirów.

- Ja... dziękuje - odparła, lekko się czerwieniąc.

- To raczej ja powinienem dziękować. Zanim jednak do tego dojdzie, to czy mógłbym zamienić kilka zdań z liderką funkcjonariuszy z Threin? - spytał, patrząc wymownie na towarzyszy Zohri.

- Tak. Ricc, przekaż zgromadzonym, że mogą wracać do domów.

Ce-Matoranka skłoniła się przed przełożoną i ruszyła w stronę setek gapiów. Zekkha podreptał za nią.

- Świetnie - Erron położył dłoń na plecy Vo-matoranki i poprowadził w sobie tylko znaną stronę. - A teraz, skoro już jesteśmy sami, to powiedz, droga Zohri, jak współpracowało ci się z byłym więźniem?

Kobieta była zaskoczona nagłą bezpośredniością w jego głosie i oczami, które badały ją z taką precyzją, jakby widziały nawet przez grube ściany. Spojrzeniu wygadanego doktora najwyraźniej nie umykał żaden szczegół.

- To znaczy? - spytała.

- Cóż, Giras został zamordowany. Domyślam się, że nie przewidziałaś tego i Nenreh ciebie zastraszył, dlatego nic nie zrobiłaś, aby uratować władcę Threin. Po prostu nie mogłaś. Zgadza się?

- Można tak powiedzieć - Zohri poczuła, że ślina zastyga jej w przełyku.

- Zatem bardzo mi przykro. Zmuszenie do współudziału w takiej zbrodni musiało być ciężkim doświadczeniem. Nie zmienia to jednak faktu, że współpracowałaś z więźniem, a przez twoją lekkomyślność zginął niewinny mężczyzna.

Po usłyszeniu tych słów kobieta chciała zadać mu pytanie: "A ile mieszkańców zginęło przez jego niekompetentne służby?", ale nie odważyła się. Ugryzła się w język.

- Wiem, do czego pan zmierza - rzekła ze spokojem. - Wszystko, czego dopuściłam się w ramach współpracy z Nenrehem, robiłam wyłącznie dla dobra miasta.

- Naturalnie. Brzmisz tak, jakbyś sądziła, że zamkną cię za to w Otchłani - zarechotał. Splótł palce na swoim brzuchu i odetchnął beztrosko. - Co jednak nie zmienia faktu, że tego typu działania nie mogą odbyć się bez kary.

- Pan jest doktorem. Jego zadaniem jest leczenie, a nie ocenianie występków innych.

- Jestem agentem i doktorem - poprawił ją. - Ale tak, masz rację, nie powinienem zajmować się twoim przypadkiem. Niech mieszkańcy Threin i odpowiednie organy ocenią twoje zachowanie.

I wtedy Zohri dostrzegła kilka, znajomych jej sylwetek. Funkcjonariusze pojawili się przed nimi, trzymając w pogotowiu miotacze Kanoka. Erron zaprowadził ją prosto do mężczyzn, którzy mieli ją aresztować.

- Mam nadzieję, że wszystko się wyjaśni - wyszczerzył się i odszedł. Vo-Matoranka była pewna, że wcale nie zależało mu na jej dobru.

Doktor złapał się za barierkę i nakazał powoli ruszać transporterom. Jego biały pancerz i kilt lekko łopotały na wietrze, gdy pojazdy ruszyły. Oddalały się z zasięgu wzroku Zohri, aż wreszcie zniknęły. Wraz z nimi umknęła również szansa na uratowanie Nenreha.

Kobieta przeniosła wzrok na funkcjonariuszy. Na ich niewielką grupę składała się dwójka Ta-Matoran i Vortixx. Po zajściu ze Srebrnej Perły miała z nimi złe doświadczenia i moment, gdy ten ostatni zamontował dysk na miotaczu, tylko utwierdził ją w przekonaniu, że nie powinna im ufać.

- Nie stawiaj oporu, Zohri - przestrzegła ją Xianin.

- Dobrze - odparła, powoli podnosząc ramiona.

Matoranie Ognia podeszli do niej i wyciągnęli kajdanki. Xianin również zbliżył się, cały czas celując miotaczem w jej głowę. Fakt, że skupił uwagę jedynie na górze jej ciała był poważnym błędem.

Zohri łupnęła go w kolano szybciej niż cała trójka zdążyła mrugnąć. Rywal zgiął się i wrzasnął. Ręka kobiety zanurkowała do jego paska i wyciągnęła gaz odurzający. Odbezpieczyła go i zakręciła się wokół własnej osi, posyłając czerwony pyłek prosto w oczy swoich dawnych towarzyszy.

Mężczyźni gruchnęli o ziemię. Vo-Matoranka zaś chwyciła porzucony przez Xianina miotacz i wymierzyła w ich panele komunikacyjne. Rozwaliła je na pojedyncze trybiki i brzęczące diody, a następnie powiesiła broń na swoich plecach.

- Wybaczcie - rzekła, odwracając się plecami do obezwładnionych mężczyzn. Zaczęła biec.

Gdy przemierzała kolejne ulice Threin, wszystko zaczynało powoli układać się jej w całość. Zrozumiała, że musi ponosić odpowiedzialność za swoje decyzje. Z niechęcią przyjęła rolę liderki funkcjonariuszy i z taką samą niechęcią współpracowała z Zakazianinem. Obie te rzeczy zrobiła, aby stać się kimś. Wspieranie zbira, który ją rozumiał i służenie miastu były ze sobą sprzeczne. Mogła zdecydować się tylko na jedno, jednocześnie starając się uciec od drugiego. I wybrała - Nenreha.

Gdy była bliżej obrzeży, zobaczyła na ulicy Cressanina, który grzebał coś przy swoim ścigaczu. Czarny, dotknięty korozją pojazd był raczej reliktem poprzedniej epoki technologicznej, ale musiał wystarczyć.

- Rekwiruję ten pojazd - oznajmiła tonem nieznoszącym sprzeciwu. Nie pokazała nawet mężczyźnie odznaki na swoim panelu. Pchnęła go na ziemię i najzwyczajniej w świecie odjechała, pozostawiając za sobą opadającą na ziemię, siwą chmurę.

Ścigacz był w słabej kondycji. Jego silnik warczał jak Rahi, które miało zaraz umrzeć. Zohri krztusiła się od szkodliwych wyziewów, świadczących o tym, że pochłaniał energię jak szalony. Wciąż jednak był pojazdem, potrafiącym bez problemu dogonić konwój transporterów. Warunek był jeden: nie mógł się wcześniej zepsuć.

Vo-matoranka nacisnęła mocniej pedał gazu. Minęła miejsce, gdzie powinny znajdować się barykady i pruła dalej naprzód. Wreszcie, dostrzegła wyłaniający się przed nią port.

- Spokojnie, Nenreh - mówiła do samej siebie. - Wytrzymaj jeszcze chwilę.

Leżący w transporterze Skakdi chyba jakimś cudem usłyszał jej słowa. Zaczął się wiercić i dotykać dłońmi krwawe ślady na swoim ciele. Mruczał coś pod nosem. Zaraz potem otworzył oczy.

*

- Ah, jaki cudowny dzień na brzucholeżenie i odpoczynkowanie.

Akhuro przeciągnął się, gdy tylko wyszedł ze swojej kryjówki ulokowanej pod powierzchnią tropikalnej wyspy. Czuł się doskonale i pogoda jeszcze bardziej poprawiła mu nastrój. Przyjemna bryza smagała jego Kanohi, a promienie słońca padały na zwilżone liście ogromnych drzew, znajdujących się za jego plecami. Blask skakał również po spokojnym morzu, którego widokiem delektował się wynalazca.

Coś jednak zmąciło mu błogi spokój.

Najpierw zauważył niewielki pojazd. Gdy zbliżał się, Le-Matoranin stwierdził, że to srebrna łódź, kształtem przypominająca kapsułę z długą szybą. Obok niego dryfowało jakieś stworzenie - było wielkie, a wystający z jego grzbietu chropowaty grzbiet przypominał mu plecy rekina Takea. Po chwili pojazd zawinął do brzegu, a zaraz potem na plaży stanął niebieski stwór, zdolny połknąć majsterkowicza w całości. Z kapsuły wydobyły się natomiast trzy postacie - Xyron, Zakron i Drewdika.

- Ej ty - zawołał tamten pierwszy. - To ciebie zwą Akhuro?

Le-Matoranin zmierzył go ostrożnym spojrzeniem.

- Zależy, kto pyta.

- Twój potencjalny zleceniodawca - warknął Xyron, zatrzaskując wejście do kapsuły. - Jeden z naszych wspominał nam o tobie, gdy tu płynęliśmy. Twierdzi, że możesz mu pomóc.

- Pomóc? Jakże mogę pomóc?

- Chodź, to przekonasz się - Zakron skinął głową w stronę wody.

Dopiero teraz Akhuro zauważył, że coś unosiło się w błękitnej toni. Gdy zaczął brodzić po dnie, dostrzegł siatkę i unoszącego się w niej, wyraźnie zmęczonego Zakazianina. Wyglądał marnie.

- Tak potraktował go mutagen - tłumaczył Zakron, próbując zachować spokój. - Dasz radę mu pomóc? Nie może oddychać powietrzem, jest osłabiony. Ważne, aby odbyło się to po cichu. Nie chcemy rozgłosu.

- Będzie to sporo kosztować - odparł po chwili namysłu. - Ale tak: powinienem go dać radę połatać. Zalejcie wnętrze pojazdu wodą i wsadźcie go tam. Rybka potrzebuje chwilowo akwarium.

Trójka zbiegów wymieniła się niepewnymi spojrzeniami, ale spełniła polecenie wynalazcy. Ten następnie wskazał im dłonią, aby udali się za nim, prosto w gąszcz gęstych drzew. Zmutowany stwór wrócił do wody, aby samemu móc znowu normalnie oddychać i odprowadził ich spojrzeniem..

Zmęczona pchaniem ciężkiej kapsuły grupa zatrzymała się pod ogromnym drzewem. Skryli się wśród cieni liści i patrzyli, jak Akhuro grzebie przy pniu. Zdziwili się, gdy jego kora rozwarła się na dwa skrzydła, zapraszając nieznajomych do środka.

- Powinniście się na styk zmieścić z tym - stwierdził.

Po kilku minutach manewrów udało im się wciągnąć kapsułę do środka i zejść z nią po drabinie. Ona natomiast zaprowadziła ich do serca kryjówki Akhuro. Trafili do ogromnego pomieszczenia. Rozproszone przez morskie fale światło było wpuszczane przez ogromną szybę i uwidaczniało bałagan, panujący wewnątrz. Na licznych stołach walały się tabliczki ze szczegółowymi obliczeniami, trybiki i przyrządy, których przeznaczenia więźniowie nie znali.

- Dobra, do rzeczy - Matoranin Powietrza położył dłonie na biodrach, przeleciał wzrokiem po pracowni i odwrócił się do gości. - Wy chcecie zachować anonimowość, ale ja też. Nie wiem skąd tamten wiedział o mnie, lecz chcę, aby to zostało tajemnicą. Się rozumiemy?

Trójka wojowników momentalnie kiwnęła głowami. Drewdika ponadto zadała pytanie:

- Czy wyleczysz tego Ssskakdi? - zasyczała.

- Nie wiem - Przyznał. - Ale zrobię co w mojej mocy.

I od razu przystąpił do działania.

Zakron, który z trójki uciekinierów dysponował najbardziej pojętnym umysłem, starał się analizować każdy krok wynalazcy. Było to jednak trudne. Akhuro krzątał się po całej pracowni nadzwyczaj szybko i robił błyskawiczne notatki, które okazały się dla zbiega nieczytelne. Widział on ponadto znużonego i cierpiącego Nenreha, który unosił się w pojeździe. Nie wyglądało to dobrze.

Xyron po prostu przechadzał się po kryjówce. Korciło go, aby dotknąć któregoś z niedokończonych gadżetów gospodarza, ale powstrzymywał się.

Z trójki zbiegów Drewdika zaś wyglądała na najbardziej zatroskaną. Unosiła się, gapiąc się bez celu w stronę szyby i szukając za jej powierzchnią swojego wspólnika. Wiedziała, że on również będzie potrzebował pomocy. Zastanawiała się także, co będzie potem. Ukryją się gdzieś? Wrócą do przestępczego życia? Będą ścigani? Nie miała pojęcia i to ją niezmiernie denerwowało.

Tymczasem Akhuro pracował w pocie czoła. Mijały kolejne kwadranse, aż wreszcie udało mu się ukończyć wynalazek, który zbudował na szybko.

- Oby zadziałał - mruknął, ściągając maskę spawalniczą. Podziwiał wzrokiem niewielki zbiornik połączony z rurami i oznaczony kolorowymi diodami, a następnie popatrzył na Nenreha. - Wyciągnijcie go i módlcie się, aby przeżył.

Drewdika otworzyła właz, wylewając z pojazdu trochę wody. Z kapsuły wyleciał również Zakazianin, którego natychmiast przejęła dwójka mężczyzn. Dusił się, a niewielkie bąble na jego ciele pulsowały, gdy opuścił łódź. Udało im się położyć go na stole.

- Czy to bezpieczne? - kobieta podleciała do reszty i popatrzyła troskliwie na cierpiącego więźnia.

- Niestety nie. Bólcierpić będzie - przyznał Akhuro. - Przytrzymajcie go mocno.

Xyronowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Choć przetrwał u boku Nenreha ucieczkę, to wciąż żywił do niego olbrzymią urazę. Przycisnął go mocno do stołu.

Zaraz potem wynalazca zaczął montować skomplikowaną aparaturę na jego ciało. Musiał kilka razy zrobić dziurę w jego pancerzu i skórze, aby przymocować zlepek rur i zbiorniczek z jakąś cieszą. Cały czas towarzyszyło mu sapanie Nenreha oraz jego ręce i nogi, które wierzgały. Wynalazca skupił się jednak na swoim zadaniu i ignorował cierpienie "pacjenta".

Skakdi zaczął słabnąć, gdy Le-Matoranin zakończył przymocowywanie aparatury. Odsunął się na krok, razem z więźniami patrząc na zmutowanego mężczyznę, który zastygł w bezruchu. Zegar na drugim stole odliczał powoli sekundy, a Nenreh, który nie mógł oddychać, wciąż się nie ocknął.

- Czy on... - Xyron już miał się spytać, gdy nagle wytrzeszczył oczy.

Obudził się.

Nenreh czuł się dziwnie, gdy z trudem wstał i wyprostował się. Miał wrażenie, że znowu oddycha pełną piersią, ale jednocześnie substancja, którą wdychał, zdawała się niezwykle ciężka. Nieprzyjemne było również czucie zimnego metalu, wijącego się wokół jego szyi. Mimo to, czuł, że znowu zaczyna żyć.

Wciąż nie przywykł do swojej nowej postaci. Po kilku tygodniach bez ręki dziwił się, że może zacisnąć palce i sterować nadgarstkiem, którego kiedyś był pozbawiony. Jego wyblakłe oczy znowu działały, choć tamto kaprawe wciąż nie odzyskało pełnej sprawności. To wszystko, w połączeniu z nowym urządzeniem wokół jego szyi sprawiało, że mężczyzna czuł spory dyskomfort.

Musiał jednak przyznać, że Akhuro zrobił kawał świetnej roboty. Usłyszał o tym skrytym wynalazcy jeszcze w czasach, gdy władał Qarthar - jeden ze strażników mówił, że naprawił dla niego wyjątkowo cenny statek, który według wszystkich innych nadawał się na złom. Stroniący od kontaktów Le-Matoranin wprawdzie nie był lekarzem, ale udowodnił, że jest genialnym konstruktorem.

- Ja... dziękuję - rzekł Nenreh lekko zmodulowanym głosem.

- Proszę. Rozliczysz waść się później. Teraz odpoczywaj - polecił majsterkowicz.

Cieszyli się wszyscy. Zakron, Drewdika, Xyron, Akhuro i nawet Nenreh. Ten ostatni pod kącikami uniesionych ust krył się jednak ze swoim zmęczeniem.

Stracił Qarthar. Został zhańbiony. Trafił do Otchłani. Zginął jego przyjaciel, Cithan. Wpadł do mutagenu. Przemienił się. Tego wszystkiego było za dużo i Zakazianin nigdy nie spodziewał się, że taki plan życia nakreśli jego Przeznaczenie. Był potwornie zmęczony.

Teraz jednak czuł, że nic nie będzie takie samo. Z doświadczeniami i odnowionym ciałem będzie kimś zupełnie innym.

Będę kimś lepszym - poprzysiągł sobie.

*

Nie wygląda to dobrze, pomyślał Nenreh.

Ocknął się, czując rwisty ból i zauważając czuwające przy nim roboty. Zerknął na swoje rany. Praktycznie całe jego ciało było podziurawione - niektóre ostrza i pociski przeszyły jego tors, ramiona i stopy na wylot. Bolało go nawet najmniejsze drgnięcie, gdy jego ciało podskakiwało na pryczy przy gwałtownych skrętach opancerzonego pojazdu.

Nie mógł tego wiedzieć, ale wyboista droga zaprowadziła transporter do portu. Bulwar znajdował się daleko za centrum Threin i wieńczył nadbrzeże, graniczące z otwartym morzem. Miejsce to wyglądało na opustoszałe, co niespecjalnie powinno dziwić mieszkańca miasta-widmo. W szarych budynkach prawie wszystkie kamienie świetlne były zgaszone. Znajdowało się tu więcej ptactwa, które siedziało na wysokich lampach, niż faktycznych mieszkańców kontynentu.

Skakdi z początku nie mógł rozeznać się, ale po pewnym czasie rozpoznał to miejsce. Krata wpuszczała do środka transportera bryzę, niosącą za sobą zapachy morza. Zaraz potem rozwarły się drzwi do celi i Nenreh mógł dostrzec portowe budynki i pomosty. Potem jednak w przejściu stanął Erron, zasłaniając mu widok.

- Zaprowadźcie go na pokład. Ma tam dojść samemu.

Maxilos skinęły głowami i szarpnęły Zakazianinem. Ten wypadł z pojazdu, uderzając z impetem o twarde deski i nabawiając się kolejnych siniaków. Wstał z trudem. Ruszył powoli przed siebie. Po kilku minutach marszu dotarł na pomost, prowadzący bezpośrednio na pokład statku. Należał on do wysłanników Otchłani i mężczyzna natychmiast dostrzegł jego nazwę – Strażnik - która została umieszczona na białym żaglu. Okręt był duży i oprócz płachty na maszcie, biel ciągnęła się również wzdłuż jego relingu i dzioba. W cieniu nocy Zakazianin nie był w stanie wiele więcej powiedzieć o nim.

- No, już - Erron machnął ręką, ponaglając podwładnych. - Chcę zobaczyć jego minę, gdy znowu trafi do celi, a później do mojego gabinetu - dodał, szczerząc się.

Skakdi rzucił jeszcze jedno, pozbawione nadziei spojrzenie w stronę bulwaru. Ponure budynki nie wyglądały tak, jakby były pełne mieszkańców, którzy chętnie rzuciliby mu się na pomoc. Został sam, jeśli nie liczyć kilku Rahi, które krakały na dachu jakiejś karczmy.

Nagle dostrzegł coś srebrnego. Myślał, że to pióra ptaka, który leciał w ich stronę. Błyskawicznie jednak zrozumiał, że to coś było zbyt szybkie. Zbliżało się gwałtownie, przecinając powietrze i pozostawiając po sobie znajomy Zakazianinowi świst.

Dysk.

Nim mrugnął, pocisk doleciał do robota i pozbawił go głowy. Wśród pozostałych Maxilos zapanowało zdziwienie. Ustawili się w szyku, wyciągnęli Cordaki z harpunami i aktywowali wszystkie możliwe podzespoły, aby znaleźć intruza pośród budynków. Roboty odszukały go, gdy kolejny pocisk powędrował w brzuch jednej z maszyn.

Zaczęły strzelać przy pomocy czerwonych pocisków, które po uderzeniu w piętro pobliskiego budynku zostawiły kłęby dymu. Nenreh przyglądał się ich poczynaniom z rosnącym zaintrygowaniem. Wiedział, kto wypuszczał dyski i choć nie chciał w to wierzyć, to fakty świadczyły same za siebie. Gdzieś tam czaiła się Zohri, która uprzykrzała służbę robotom.

Po chwili jednak strzelanina dobiegła końca. Dyski przestały drażnić Maxilos, które najwyraźniej sądziły, że trafiły nieuchwytnego do tej pory intruza. Przerzuciły Cordaki na swoje plecy, wymieniły się porozumiewawczymi spojrzeniami i pociągnęły osłabionego więźnia za ramiona, chcąc szybko zabrać go na pokład.

Na Strażniku czekał już Erron, niecierpliwie stukając stopą o deski. Widać było, że zdziwił się, gdy tylko usłyszał dźwięki walki. Gdy jednak zauważył, że Nenreh dotarł bezpiecznie na okręt, jego usta znowu wygięły się w irytującym zbiega uśmiechu.

- Miałeś małe wsparcie, co? - zagaił doktor, zakładając ramiona na piersi. - To pewnie tamta Matoranka. Najwyraźniej dręczyły ją wyrzuty sumienia, gdy wcześniej zdradziła nam twoje zamiary.

- Może masz rację - wycharczał Skakdi. - To jednak bez znaczenia. Pewnie ją zabiliście.

- Pewnie tak - odparł beznamiętnie Erron. - Mała to jednak cena za więźnia, który stanowi spore zagrożenie.

- Odnoszę wrażenie, że masz na moim punkcie jakąś obsesję - zauważył Nenreh, jednocześnie patrząc lekko w lewo.

Erron nie odpowiedział od razu. Zmrużył oczy, analizując nimi więźnia. Po chwili prychnął.

- Cóż, jesteś pacjentem specjalnej troski - stwierdził. - Możesz czuć się zaszczycony, ale to nie ocali cię przed kolejnym spotkaniem z Irnakkiem.

- Tak jak Strażnika przed spotkaniem ze ścigaczem.

- Dokładnie tak... zaraz, co? - wytrzeszczył ślepia. - O czym ty...

Urwał, gdy rozpędzony pojazd wbił się w kadłub Strażnika.

- Co do cholery? - warknął Erron, gdy cały pokład zatrząsł się pod jego stopami.

- To, drogi doktorku, Matoranka, którą dręczyły wyrzuty sumienia.

Zaraz potem ponownie rozległy się strzały. Dwa dyski dosięgły Maxilos, które trzymały Nenreha i uwolniły go od objęć robotów. Skakdi potraktował brzuch wygadanego mężczyzny kopnięciem, a następnie próbował uciec z okrętu, który powoli szedł na dno.

W tym samym czasie Zohri ostrzeliwała Maxilos. Wyglądała zza budynku starej stoczni, oddawała kilka strzałów bez przymierzania i szybko patrzyła na dym i sadzę, powoli rozprzestrzeniającą się po całym statku. Pomysł ze ścigaczem był niezwykle ryzykowny, ale poskutkował - puściła go na pełnej prędkości, sama z niego zeskoczyła i modliła się do Wielkiego Ducha, aby silnik nie zawiódł tej starej maszyny. Na szczęście Mata Nui ją wysłuchał i pojazd uszkodził kadłub statku. Wykorzystała panujące na nim zamieszanie i wskoczyła do wody, chcąc dostać się na pokład.

Okazało się, że służby Otchłani skupiły całą uwagę na Nenrehu. Gdy tamten próbował uciec, jeden ze stróży złapał go za kręgosłup i sprowadził na ziemię. Inne osaczyły go i zaczęły wyciągać kajdany. Erron przyglądał się temu widowisku z ciekawością, nawet nie zauważając, że woda sięgała mu do kostek.

Już mieli skuć Nenreha. Nagle jednak na pokład wdrapała się Zohri i ostrzelała rywali. Wytoczyła sobie drogę do towarzysza, podbiegła do niego i wręczyła mu zagrabiony z pokładu harpun. Spojrzeli sobie prosto w oczy.

- Wybacz mi za tamto - wydukała, łapiąc go za barki.

- A ty mi za to. - Wskazał na wgniecenie na jej Hau, uśmiechając się przy tym. Odwzajemniła ten gest.

A potem dali im takie przedstawienie, którego nie byłaby w stanie odtworzyć nawet trupa aktorska z Le-Metru.

Mężczyźnie trudno było pojąć, że funkcjonariuszka najpierw go zdradziła, a potem po niego wróciła. Nigdy nie spotkał się z takim poświęceniem. Gdy stali ramię w ramię i odpierali ataki oponentów, widział błysk w jej oczach. Walczyła z zapałem, który udzielił się także jej sojusznikowi.

Wiedzieli jednak, że nie będą mogli długo utrzymać pozycji - Maxilos przygotowywały się do kolejnej salwy. Vo-matoranka wykorzystała zakłopotanie rywali i szarpnęła zbiega za ramię, dając mu do zrozumienia, że muszą znaleźć lepsze schronienie.

Zohri ukryła się za beczkami z prochem, a Nenreh dotarł do masztu. Oparł się o niego i czekał, aż któryś z robotów zbliży się na tyle, aby mógł go potraktować harpunem. Jednocześnie obserwował Vo-matorankę. Wychylała się i oddawała precyzyjne strzały, które mimo wszechogarniającej ciemności zawsze dosięgały celu. Nie mogła jednak trwać cały czas przy baryłkach, mogących w każdej chwili eksplodować.

Wpadła na pomysł. Machnęła ręką w stronę towarzysza, aby ten czym prędzej usunął się spod masztu. Wbił harpun w kolano jednej z maszyn i posłusznie oddalił się, kuśtykając i gubiąc zębatki, które wypadały z jego poturbowanego ciała. Funkcjonariuszka miała pełne pole do popisu.

Odskoczyła w idealnym momencie - akurat wtedy, gdy pociski Cordaków wbiły się w beczki. Rozległa się eksplozja, która na moment ogłuszyła walczących. Proch poleciał we wszystkie strony, kadłub rozerwał się niemalże na pół, a pokład pokry ogień i ciemna zasłona. Strażnik zaczął szybciej iść na dno.

Maxilos były jeszcze długo zdezorientowane po wybuchu beczek. Zohri wykorzystała ich chwilowe ogłupienie - dobrze przymierzyła i trafiła w olinowanie, przytrzymujące żagiel. Biała płachta spadła, zmiatając z okrętu wielu rywali.

- Tak! - krzyknęła zadowolona.

Dostrzegła Nenreha, który mocował się z jednym z ocalałych robotów. Chciała ruszyć ku niemu, ale wtedy pojawił się Erron.

Mężczyzna zawinął ciężkim miotaczem, który trafił w głowę kobiety. Tamta padła na deski pokładowe jak kłoda. Miała rozcięty łuk brwiowy, ale i tak wstała.

- Rozsądniejsze było pozostanie w mieście - skwitował doktor. Zaraz potem zmiażdżył nogą broń, którą Zohri zostawiła przy upadku. - Zresztą, czemu ja ci to właściwie mówię? Rozsądek to chyba ostatnią rzecz, którą się cechujesz. Zaufałaś przestępcy.

Vo-matoranka nie odpowiedziała. Zacisnęła pięści, gotowa do walki wręcz. Nie przeczuwała jednak, że zirytowany Erron nie będzie się z nią patyczkować.

Rzucił Cordakiem prosto w jej brzuch, a potem kopnął w niego, ponownie posyłając kobietę na ziemię. Ściągnął prosty kilt lekarski i strzelił palcami w kostkach. Złapał ją, przerzucił ją sobie za szyję i cisnął na sterburtę.

Zohri upadła po raz trzeci. Przy kolejnym spotkaniu z twardymi deskami towarzyszył jej krwotok wewnętrzny i siniaki, a płomień podrażnił jej skórę. Wstała, brodząc w wodzie po kolana.

Erron wyciągnął z przewróconej skrzyni topór. Zamierzał zadać nim ostateczny cios.

Vo-matoranka podniosła się na ramionach. Zauważyła, że błękitna ciecz sięga jej aż po klatkę piersiową. Zrozumiała, że nie zdąży umknąć przed żadnym z ataków. Mogła tylko patrzeć, gdy stal zawisła nad jej głową i przecięła nocne niebo. Przymknęła oczy, gdy kolejny świst dotarł do jej uszu, a topór opadł prosto w stronę jej głowy.

Zamarła.

Usłyszała huk. Podniosła powieki i wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. Nenreh powalił Errona.

- Uciekaj! - nakazał Zakazianin.

Zohri przez ułamek sekundy zamierzała się spierać, ale uznała to za bezsensowne. Miała wodę po szyję. Nie chciała opuszczać kompana, ale wiedziała, że sama nie da rady poruszać się na statku, którego większość zniknęła w morskiej toni. Gdy uświadomiła sobie już to, posłusznie wyskoczyła za burtę.

- I znowu tylko ty i ja - zarechotał Erron, z łatwością zrzucając rywala z pleców. - Jak za dawnych czasów.

Podszedł do Nenreha. Ten wymierzył cios pięścią, ale doktor złapał go, rozczapierzył palce napastnika i złamał je jednym ruchem swoich dłoni. Teraz Skakdi nie miał już żadnej ręki sprawnej.

- Do twojej kartoteki trzeba będzie dopisać kilka nowych zabójstw i stawianie oporów podczas aresztowania.

Złapał zagryzającego zęby z bólu Nenreha za barki i wbił kolano w jego szczękę, pozbawił oponenta kilku siekaczy. Zbieg gruchnął na pokład. Gdy otworzył usta, dostrzegł w tafli wody wiele szczerb. Zawył z bólu.

- Otchłań już na ciebie czeka - kontynuował Erron, kręcąc swoim nadgarstkiem. - A twoją wspólniczkę... cóż, chyba za to wszystko będzie czekać egzekucja.

Doktor uniósł dumnie głowę, sądząc, że ostatnie słowa dobiją taplającego się w wodzie i krwi mężczyznę. On jednak przetoczył się na plecy i zaśmiał.

- Po twoim trupie.

Zaraz potem Nenreh skarcił rywala kopnięciem prosto w twarz. Erron odbił się od trzeszczącego masztu i padł na ziemię, znajdując się dokładnie nad jego cieniem. Drugi mężczyzna tylko na to czekał.

Nie musiał dać żadnego sygnału Zohri. Vo-matoranka, która dotarła na molo i przymocowała do miotacza harpun, doskonale wiedziała, co ma zrobić.

Wystrzeliła. Bełt zawisł nad głową doktora i wbił się w maszt. Ten zachwiał się i wydał niepokojący dźwięk. Ugiął się pod siłą płomieni. Zakazianin zdołał się przetoczyć, gdy spadł na pokład, ale Erron nie miał tyle szczęścia. Wielki, drewniany słup przygniótł go, rozrywając ciało mężczyzny na pół.

- Wylecz to, doktorze - wycedził zziajany Nenreh.

Zauważył, że Strażnik praktycznie w całości poszedł na dno. Płomienie wyglądały jak tancerki na tafli morza, a czerń dymu uwidaczniała kilkanaście czerwonych pancerzy, które teraz znikały pod wodą wraz z wrakiem. Nenreh w ostatniej chwili ewakuował się z okrętu, który wreszcie zatonął.

Zohri pomogła mu dotrzeć na pomost. Usiadła obok niego, gdy tamten padł i zaczął ciężko oddychać. Cierpliwie czekała, aż jego oddech się uspokoi. Gdy to się już stało, obaj posłali sobie spojrzenia pełne ulgi i uśmiechy.

Nenreh czuł się dziwnie. Nigdy wcześniej nie był w podobnej sytuacji.

- Ty... nie zostawiłaś mnie.

- Owszem. Nie mogłam postąpić inaczej. Nie po tym, co razem przeszliśmy.

- Tia, ale to chyba już koniec - odparł, patrząc na dryfujący żagiel Strażnika, jedyną pozostałość po całym statku.

- To nie tylko koniec Errona, ale i nas, Nenreh. Musisz stąd uciekać i to czym prędzej.

- Jasne - mruknął. - Trzeba się stąd zmywać.

Z trudem wstał i powlókł się z Matoranką w stronę doków. Jego ciało pokrywało tyle szram, że nie wiedział, którą ma przytrzymać, aby zatamować krwawienie. Zignorował zatem wszelki ból i szedł przed siebie, jak gdyby nigdy nic. Tak naprawdę jednak głęboko myślał.

Rewanż, dumał, to on sprawił, że jestem tutaj. Mówił wielokrotnie, że jeśli ktoś stanie mu na drodze, spotka go za to surowa kara. Działało to też w drugą stronę. Jeśli ktoś chciał mu podać pomocną dłoń - a takich istot było niewiele - to Nenreh chciał się im odwdzięczyć. Nie zdołał tego zrobić w wypadku Kami i Cithana, ale w przypadku Zohri czuł, że musi się odpłacić..

Popełniła sporo błędów i działała mu na nerwy, ale on był chyba ostatnim wojownikiem, który mógł kogoś oceniać w tych kategoriach. Pomogła mu, to było najważniejsze. Obalili Girasa, opatrzyła go i ruszyła ze wsparciem. Gdy zatem Erron zamierzał ją zabić, Skakdi bez wahania rzucił się na doktora. Tego wymagała przyjaźń, która ich połączyła.

Przerwał swoje rozmyślania i zauważył, że dotarli do kilku łódek. Jedna z nich, Rysa - stara krypa okuta blachą i z zardzewiałym wirnikiem na końcu - czekała na Zakazianina, tak jak obiecał tamten Vortixx. Ranny uciekinier wsiadł na łódź i odpalił ją. Zdziwił się, że Zohri nie idzie z nim.

- A ty? - spytał.

- Muszę tu zostać. Threin to mój dom - odparła poważnym tonem.

- Nie będziesz miała tu życia. Zostaniesz skazana. Płyń ze mną.

Pokręciła głową.

- Nie jestem ani włóczęgą, ani tobą, Nenreh. Chciałam być funkcjonariuszką, która się wykaże, ale ta ambicja mnie przerosła. Zrobiłam wiele złego i - przerwała, słysząc odgłosy syren alarmowych - teraz muszę ponieść za to konsekwencje.

Skakdi uniósł brew. Nie zamierzał w obliczu sytuacji zatrzymywać Vo-matoranki. Wcześniej uznałby jej zachowanie za głupie, ale teraz widział w tym sporo odwagi. Odwagi, na którą on nie zdobyłby się nigdy.

- Ja uciekam od swojej przeszłości, a ty nie - stwierdził. - Erron szydziłby z tego, nigdy nie zrozumiałby uporu i odwagi. Ja taki nie będę.

- Cieszę się, że mnie rozumiesz - uśmiechnęła się, klepiąc towarzysza po ramieniu. - Płyń już. Zaraz będą tu funkcjonariusze.

Nenreh pokiwał głową. Sięgnął do wirnika i ustawił go pod odpowiednim kątem. Przygotował wiosła, gdyby Rysa sama nie nabrała prędkości początkowej. Robił to jednak wszystko z wahaniem, jakby wcale nie chciał odpływać. Nie miał jednak wyboru. Musiał uciekać, na tym polegało całe jego życie. Zohri tego nie chiała.

- Nie wiem, czy znajdę odpowiednie słowa na pożegnanie... - Podrapał się po głowie, gdy kobieta mu przerwała.

- To myśl, że to nie pożegnanie. Przyrzeknij, że jeszcze kiedyś się spotkamy.

Wojownik skinął głową.

- Przyrzekam.

I - jak gdyby nigdy nic - odpalił łódź. Rysą szarpnęło mocno i pognała prosto w stronę Cressy. Nenreh nie spuszczał oka z funkcjonariuszki, dopóki ta nie stała się ledwie niewyraźną kropką na tle portu, oświetlanego płomieniami po wraku i nocnymi latarniami.

Zohri cały czas stała na pomoście. Była tak zmęczona, że nie zamierzała nawet ruszyć się z miejsca i ratować marną ucieczką. Nawet tego nie chciała. Zakazianin miał całą litanię wykroczeń na swojej kartotece, a ona, choć też zrobiła wiele złego, wierzyła, że jest jeszcze dla niej skrawek nadziei, którego nie dało się dostrzec w burzliwym życiu jej przyjaciela. Sądziła, że pewnego dnia, gdy nabierze więcej skruchy i doświadczenia, być może zakończy swoją karę i będzie służyć Threin - miastu, którego nie zamierzała opuszczać.

Nie stawiała zatem oporu, gdy Ricc, Zekkha i pozostali funkcjonariusze nakazali jej rzucić miotacz. Uczyniła to bez zbędnego przeciągania. Potem posłusznie padła na kolana i dała się skuć. Następnie zawlekli ją do transportera, gdzie mogła oglądać świat jedynie przez wąskie okienko. Los chciał, że akurat widziała całą zatokę i beztroskie morze.

Była tam jedna łódeczka, malutka w porównaniu z królującym nad nią, sierpowatym księżycem. Miotały nią fale. Siedział na niej żeglarz, walczący z prądem i mocujący się z wiosłami. Nikt w tym momencie się nim interesował, choć wkrótce pewnie znowu jego imię rozbrzmi na jakiejś wyspie.

Bez względu jednak na to, co będzie z nim dalej, Zohri wierzyła, że ich wspólna historia odmieniła tego żeglarza.

Rozdział XI[]

- Odciągnę ich uwagę! - Torda uparcie trzymał się swojego pomysłu.

- Chcesz sprowadzić na swoją głowę kilkadziesiąst sług? Rozumiem, że słońce mogło nam podgrzać obwody, ale ty już chyba do reszty postradałeś zmysły - Shiney skarcił go wzrokiem.

Kami, zamiast uczestniczyć w rozmowie, po prostu przyglądała się miejscu, gdzie czekały na nich oddziały Namiestnika.

Stali na szczycie wzniesienia, a mimo to wulkan i tak królował nad ich głowami. Przypominał starą górę z czerwonymi pasami lawy, mknącymi od szczytu aż po pola na samym dole. Jego serce emitowało głośne dźwięki i nawet z tak wielu bio wojownicy mogli usłyszeć bulgot z wnętrza wzniesienia. Krater na czubku ginął zaś pod obłokami chmur, leniwie przesuwających się po błękitnym niebie.

- To najlepsze wyjście. - Łucznik dalej forsował swój pomysł. - Mam jeszcze kilkanaście strzał w kołczanie. To wystarczy, aby ich nieźle zdenerwować.

- Ale nie wystarczy, aby powalić ich wszystkich - zauważył Toa. - Lepiej będzie, jeśli wszyscy skupimy ich uwagę na sobie.

Torda nie był zadowolony i zerknął błagalnie na wyciszoną Kami. Shiney uczynił podobnie, chcąc usłyszeć jej zdanie.

- Nie ma sensu się kłócić - stwierdziła. - Albo przystaniemy na decyzję Tordy, albo Namiestnik zaraz spali elementy berła w wulkanie.

Toa Powietrza nie był zadowolony, że kobieta popierała samobójczy pomysł niedoświadczonego wojownika - sam pewniej lepiej skupiłby uwagę sług na sobie, miał w tym doświadczenie. Wiedział jednak, że bardziej przyda się we wnętrzu wulkanu. Nie protestował więc, gdy Torda zszedł ze szlaku, naciągnął strzałę na cięciwę i wypuścił ją prosto na oko dużego stwora, znajdującego się kilkanaście bio dalej.

Na reakcję sług nie trzeba było długo czekać. Łucznik szybko oddawał strzały zza różnych kątów skały, dzięki czemu mogły pomyśleć, że strzela do nich więcej niż jeden wojownik. Posłały zatem wszystkie siły w stronę labiryntu pomniejszych wzniesień, gdzie uciekł Torda.

- Obyśmy go jeszcze kiedyś zobaczyli - bąknął Shiney.

- Zobaczymy - zapewniła Kami. - Tak jak zobaczysz swoje Qarthar, przyjaciół i Heri. Chodź - pociągnęła go za rękę.

Razem dotarli do podnóża wulkanu. Maszerowali wzdłuż rzeki lawy, która w różnych miejscach przyjmowała wszelkie odcienie czerwieni, pomarańczu i żółci. Na jej tafli często unosiły się także bąble, czasem pękające na oczach wojowników i pozostawiające na ziemi wrzące krople. Sprawiały one, że podłoże wokół wulkanu było brunatne, a miejscami nawet i czarne. Lawa miała również wpływ na powietrze, które okazało się dla wędrowców niezwykle duszne. Kami bała się, co spotka ją w środku wulkanu, gdzie temperatura sięgała ogromnych stopni.

Po wędrówce wzdłuż pól lawy, dwójka Toa dotarła do niezbyt starannie wydzielonej ścieżki. Wiła się wokół wulkanu niczym serpentyna i kończyła wąskim przesmykiem, prowadzącym do jego środka. To właśnie tam udali się wojownicy.

- Gdy tam wejdziemy, nie będzie odwrotu - zauważył Shiney. Jego sojuszniczka usłyszała nutkę wątpliwości w słowach mężczyzny. - Kami... jeśli coś mi się stanie, to przekaż Heri, że...

- Nie - Położyła dłoń na jego ramieniu. - Wszystko powiesz jej osobiście.

- A jeśli nie?

- Nawet nie dopuszczaj takiej ewentualności. Nie przekażę jej żadnej wiadomości od ciebie, zrobisz to sam - odparła, posyłając mu oczko. - Wrócisz do niej, zobaczysz.

Zauważyła, że Shiney się rozpromienił, co także ją podniosło na duchu. Galinis kazał jej być jak tarcza, chronić swoich braci i podtrzymać ich na duchu. To właśnie zamierzała robić.

Oboje odwrócili głowę w stronę wąskiej szpary, prowadzącej do serca wulkanu i Namiestnika. Przekroczyli ją.

Jak łatwo dało się domyślić, w środku panował ukrop. Na maskach Toa natychmiast pojawiły się kropelki potu. Gorąco rozprowadzane było przez magmowe jezioro, które znajdowało się bezpośrednio nad niewielką, poziomą formacją skalną.

Na jej końcu stał sam Namiestnik. Osiłek wpatrywał się w chropowate ściany wulkanu i obracał w jednej dłoni drzewce, a w drugiej dwa ostrza i perlistą kulę. Nie odwrócił się w stronę przybyszów.

- Odejdźcie stąd - nakazał.

Kami i Shiney nawet nie drgnęli.

- Powoli oddasz nam tamte elementy artefaktu i nic się nikomu nie stanie - mówił Shiney.

- Chcemy tylko wrócić do domu - dodała Kami.

- Dom - mężczyzna zadarł głowę do góry, patrząc na otwór na szczycie wulkanu. - Rozumiem to pragnienie - charknął. - Ale nie mogę wam ich oddać.

- Posłuchaj...

- Nie! - Wojownik wrzasnął i odwrócił się w stronę dwójki Toa. Jego łańcuchy na złotym pancerzu zabrzęczały. Rzucił elementy berła na półkę i dobył wielkiego miecza.

Oni nie byli w stanie go pojąć. Nikt nie był w stanie.

Kiedyś Dolusem pchała niepohamowana ambicja. Był czempionem swojego ludu, dbał o nich i żyło im się dobrze. Wyprawa na Cressę z pogrążonym w śnie Prorokiem wszystko zmieniła.

Pamiętał jeszcze tę planetę, gdy nie była bezkresnym pustkowiem i znajdowały się na niej skrawki zieleni i inne formy życia. Pozwolono mu zaczerpnąć nieco z tego świata, a on potraktował to zbyt dosłownie i wypowiedział wojnę słabym tubylcom. Chciał, aby jego lud rozprzestrzenił się między gwiazdami. Nie był on jednak w stanie pokonać Cressan. Z bólem patrzył na jego armię, która zmniejszała się z każdą potyczką oraz na faunę i florę, umierającą na jego oczach. Wszystko zaczął on.

Jedynym wyjściem, aby wygrać konflikt, było sprzymierzenie się z Prorokiem. Odszukał go pod powierzchnią ziemi i zniszczył mechanizmy, które go strzegły. Dziwny byt zaoferował mu pomoc i zmienił jego armię, ale nie potrafił przywrócić Dolusowi jego wybitnych wojowników. Sługi stwórców stały się bezmyślnym wynaturzeniem i w konsekwencji przegrały z liczniejszymi siłami Szkarłatnego Króla. Prorok w oczach ich czempiona stał się przekleństwem jego ludu.

Mężczyzna nie uczestniczył w kontaktach z Prorokiem, który podjudzał Archeaxa. Wyszedł na powierzchnię dopiero wtedy, gdy ich nowego wodza pochłonął gniew i zdołał zapanować nad tym światem. Ambicja popchała go jeszcze gdzieś indziej, aby dorwać Cressanina, który wypowiedział mu posłuszeństwo.

Osiłek nigdy jednak nie zamierzał odpowiedzieć na wezwanie Proroka. Zmęczony konfliktem, nie chciał, aby jego lud dalej służył szaleńcowi. Dążył do zniszczenia berła, aby uniemożliwić garstce pozostałych na Cressie sług powrót do ich nowego pana. Ratował to, co jeszcze zostało z jego rasy.

A teraz stali przeciwko sobie. Dwójka wojowników, która musiała zdobyć berło i jeden, który musiał je za wszelką cenę zniszczyć. Ich cele były sprzeczne.

- Na pewno znajdziemy jakieś...

Kami zamarła, gdy Namiestnik szturchnął nogą kulę purynium, a ta spadła prosto w objęcia rozgrzanej do czerwoności magmy.

Shiney wystrzelił jak z procy. Minął miecz rywala i skoczył w stronę jeziora. Wypuścił ze swojej dłoni podmuch powietrza, dzięki któremu wyprzedził kulę i złapał ją w locie, gdy ta miała już zniknąć w bulgocącej cieczy. Chwycił ją, ledwo hamując przed taflą rozgrzanego do czerwoności jeziora i poleciał na górę równie szybko, co chwile temu spadł.

Walka już trwała. Toa Wody zawinęła Sercem Tajfunu, a oponent złapał jej broń w locie. Szarpnął nią w dół, przy okazji sprowadzając Kami na ziemię. Tamta gruchnęła o skalną półkę i przetoczyła się, gdy akurat miecz miał przeciąć jej głowę na pół.

Namiestnik miał wykonać kolejny atak, ale zamarł w pół ruchu, gdy Aksjomat trafił go w biodro. Ostrze nie było w stanie przebić pancerzu mężczyzny. Atak tylko go zdenerwował - odwinął pięścią, kładąc Shineya na łopatki.

Oboje Toa momentalnie wstali i zmierzyli ostrożnym wzrokiem Namiestnika. Byli pewni, że ze skrytych pod hełmem oczu mężczyzny kipiały złość i desperacja.

Rzucili się do dalszej walki. Kami skupiała się na osłanianiu Shineya i chciała dobrać się do ostrzy, drzewca i kuli, aby dołożyć do nich ostatni komponent artefaktu. Toa Powietrza natomiast zawzięcie atakował rywala. Wcześniejsze słowa towarzyszki napełniły go wiarą i determinacją, którą przekuł w swój miecz. Po raz pierwszy walczyli jak równy z równym. Aksjomat wielokrotnie sięgnął zbroi osiłka, ale cięcie nie miało dość siły, aby przeszyć jego złoty pancerz.

Shineyowi udało się zrobić coś innego. Wykonał jednoręczny młynek i zawinął platynowym ostrzem, które ścięło jedyny róg Namiestnika. Kościany fragment upadł na półkę, wprawiając mężczyznę w szał.

W swojej furii cisnął mieczem przed siebie. Toa odskoczył, nie wiedząc, że to nie on był celem. Klinga wbiła się tuż nad wąskim przesmykiem do serca wulkanu, zawalając go. Zaraz potem wściekły przeciwnik staranował Shineya swoim barkiem, zabrał mu Aksjomat i trafił nim prosto w skalną formacją, która zaskrzypiała pod ich stopami jak stare schody. Wojownicy zamarli.

- Nikt stąd nie wyjdzie z berłem - charknął Namiestnik. - Jeśli trzeba, to... - kaszlnął -... wszyscy tu zginiemy.

I przystąpił do dalszej walki.

Shiney nagle stał się kompletnie bezradny. Stawiał opór rywalowi, ale ten zaczął atakować z niezwykłą zwinnością. Ogromy miecz zanurkował i trafił w rękę Toa, która osłoniła ciało. Czerwone rozcięcie pobiegło aż od bicepsa po nadgarstek. Wojownik nie tracił wiary, ale przeciwnik nie dał mu żadnych szans. Zanim Kami dobiegła, osiłek zdarł kaptur z głowy mężczyzny, cisnął go w objęcia magmy i przydeptał jego głowę do trzęsącego się podłoża, gotów ją zmiażdżyć.

Toa Wody zaatakowała Namiestnika, a ich oręż spotkał się. Niegdyś jej dłonie drżałyby przy jakiejkolwiek walce, ale teraz trzymała je mocno na Sercu Tajfunu i nie opuszczała. Zerknęła ukradkiem na jego przerażający hełm, powalonego towarzysza i elementy artefaktu, które pozostawiła za swoimi plecami. Nie wyglądało to dobrze.

Szlag, pomyślała. Przydałby się ktoś do pomocy.

*

Wszystko szło po myśli Nitrysa. Otworzył armii przejście do wnętrza pałacu, a następnie poprowadził ją na enklawę. Teraz dotarli do ostatniego punktu w ich planie - egzekucji tych, którzy jeszcze jakimś cudem przeżyli.

Cressanin w czarnej zbroi z białym okręgiem na plecach opierał się o rydwan i przyglądał kilkunastu strażnikom osady, którzy klęczeli i czekali na najgorsze. Otoczyli ich Padlinożercy, gotowi, aby w każdej chwili wcisnąć sztylety prosto w serca pokonanych.

Nitrys, choć pewnie chętnie zobaczyłby śmierć rywali, cierpliwie czekał na Shayurę. Dziwił się, że tamta jeszcze nie pojawiła się. Uznał, iż nie będzie miała nic przeciwko, jeśli stracą jednego z pojmanych.

- Ona - wskazał na rosłą kobietę z piwnymi oczami.

Jeden z sępów - ten, który miał na twarzy namalowaną czaszkę ogara - chwycił ją mocno za ramię. Zawzięta wojowniczka nie chciała ruszyć się z miejsca, ale tamten szarpnął ją mocno, prawie wyrywając kończynę z zawiasu. Kobieta padła na osmoloną ziemię. Gdy podniosła wzrok, wciąż atakowała nieprzyjaciół agresywnym spojrzeniem.

- To takie naiwne - stwierdził Nitrys. Klęknął przed ofiarą, dobył sztyletu i łagodnie przejechał nim po jej szyi. - Rozumiem poświęcenie. Mi poranili całe plecy i nie stawiałem żadnych oporów. Cierpiałem i walczę dla prawdy.

- Prawda jest taka, że Kell was dorwie i zabije. - Splunęła mu prosto w twarz. Cressanin wytarł ją z odrazą i strzepnął mocno dłoń.

- Mylisz się - kontynuował. - Możesz wierzyć, że walczysz dla prawdy, ale to mrzonka. Gdy moja pani zakończy swoje zadanie, wszyscy ją poznają. Ty jednak... umrzesz w swojej błogiej niewiedzy.

Pchnął ją na bruk. Wstał i złapał nóż ostrzem do góry. Oblizał się i zmrużył oczy. Uniósł broń, śmiejąc się przy tym do rozpuku.

A potem przez jego otwarte usta przeleciała strzała.

Nitrys zwalił się na ziemię, a wśród pozostałych Padlinożerców zapanowała dezorganizacja. Krzątali się, dobywając łuków i kusz oraz czekając na atak. Kolejne strzały poleciały w przeciągu chwili, ale ich celem nie byli najeźdźcy, lecz więźniowie.

A mówiąc konkretnie to kajdany, które pętały ich nadgarstki.

Strzelcy oswobodzili porwanych Cressan. Tamci rzucili się na swoich oprawców, okładając ich gołymi pięściami. Zamieszanie objęło całą grupę Padlinożernych. Dźgali strażników, ale tamci odpłacali im się za każdą siostrę i brata, którzy legli martwi na ziemi. Sępy ponadto nie zauważyły dwóch postaci, które wyszły zza płonących gmachów, trzymając wcześniej zdobyte kusze. Kell i Nenreh posłali sobie porozumiewawcze spojrzenia.

Po kilkunastu sekundach było po walce. Ponad tuzin najeźdźców padł z rąk i strzał obrońców. Gdy starcie dobiegło końca, władca przeszedł przez pobojowisko, pozdrowił wojowników gestem uniesionej dłoni i zabrał strzałę, która była ubrudzona krwią Nitrysa.

- Dobrze was widzieć - rzekł. - Wybaczcie, że tak długo nam zeszło. Teraz jednak jesteśmy tu, aby odzyskać nasz dom. I, co najważniejsze, nie jesteśmy sami.

Uśmiechnął się, gdy zauważył kilka grup Cressan, które przedarły się do centrum miasta. Jego świta rozpromieniła się na widok lidera, zapominając o złamaniach i ranach, których nabawili się podczas walki.

- Wygląda na to, że może przechylimy szalę zwycięstwa na naszą stronę - stwierdził Skakdi. Nie bez powodu powiedział "naszą" - czuł się zaangażowany w los enklawy.

- Może - mruknął Kell, przenosząc wzrok na wojownika z szalem. - Melduj.

- Cywile zostali w dużej mierze wyprowadzeni. Mamy łącznie kilkudziesięciu wojowników, głównie strażników i... ogary - ostatnie słowo rzekł z odrazą. - Ale nie ma z nami wszystkich. Część ruszyła za Namiestnikiem, a inni zniknęli gdzieś w ruinach pałacu.

- Konkrety - poprosił Nenreh.

- Tamci nowi i Torda pognali do wulkanu. Grupa, w skład której wchodziła dwójka strażników, kilka ogarów i tamta służąca, przepadła natomiast gdzieś w gruzach.

- Służąca? - Kell przełknął ślinę. Łypnął na mężczyznę, który pokiwał głową. - Przerzućcie siły na zachodnie i wschodnie obrzeża enklawy. Grupujcie się przy pałacu. Ja idę do środka.

Wojownicy chcieli stawiać opór, ale nie zamierzali sprzeciwiać się swojemu władcy. Zakazianin nie miał z tym problemu i pobiegł za nim.

- A ty gdzie?

- Muszę odszukać Athalie - mruknął. - Zrobiła wiele dla tej osady. Nie pozwolę jej umrzeć w tamtych ruinach.

- Pójdę z tobą.

- Dla ciebie mam inne zadanie, Nenreh - odparł, gdy dotarli na sypiący się dziedziniec. - Udaj się do mojego gabinetu i rozwal zamkniętą szafę. Znajdziesz tam pewną zbroję.

- I co potem? - Skakdi odpalił windę, która ledwo co zjechała na dół.

- Przywdziejesz ten pancerz i ruszysz do wulkanu, prosto na Namiestnika. Reszta zrobi się sama.

Nenreh nie pojmował intencji Cressanina, ale nie po raz pierwszy. Teraz widział jednak w nim zatroskanego władcę, który podejmował rozsądne decyzje i chciał jak najlepiej. Nie kierował nim gniew. Skakdi uznał to za wystarczający argument, aby go posłuchać.

- Dobra - odparł, gdy winda dotarła na najniższy poziom. - Powodzenia, wasza wysokość.

- Wzajemnie, wasza wysokość - Kell szturchnął go w bark, a potem udał się w sobie tylko znanym kierunku.

Kroczył po labiryncie zdemolowanych korytarzy. Widział pazury, które zarysowały bordowe ściany i monumentalne filary, często blokujące mu przejście. W środku dominował zapach spalenizny i rozkładających się ciał. Choć Cressanin już raz miał okazję tu być, to ta scena ponownie nim wstrząsnęła.

Zaczynał mieć coraz to gorsze przeczucia, gdy odnalazł nowe, jeszcze stygnące ciała jego wojowników. Nie zidentyfikował jednak zwłok Athalie.

Wędrował coraz dalej. Płomienie w okolicy sali obrad pożarły już wszystko i udały się gdzieś indziej, więc Kell nie musiał osłaniać się peleryną przed wyskakującymi ze wszystkich stron iskrami i żarem. Teraz stąpał w półmroku. Podskoczył z przerażenia, gdy nagle coś chwyciło jego kostkę.

- Athalie?!

Zobaczył ją. Leżała cała pobrudzona. Plecy opierała o ścianę, a jej ciało przygniótł metalowy wspornik. Rana z jej brzucha krwawiła, ale służąca żyła.

- Już myślałam, że mnie nie zauważysz - zaśmiała się.

- Zauważyłem. Jestem tu i cię wyciągnę, poczekaj. - Złapał za kawał blachy i zrzucił go ze służącej. Dostrzegł wówczas jej tors i piersi, miejscami podziurawione.

- Powiedz - Athalie oblizała suche usta - czy enklawa...

- Jeszcze nie, ale pracujemy nad tym. - Klęknął przed nią. - Uratujemy ją, jesteśmy już blisko.

- Czyli nie mogę jeszcze odejść. - Jej głowa opadła bezwładnie na ramię. Mówiła coraz słabszym głosem.

- Nie, nie możesz. Jeszcze nic nie jest przesądzone. - Zauważył, że nie zwraca na niego większej uwagi, patrzyła gdzieś przed siebie. Poklepał ją po policzku. - Athalie, spójrz na mnie.

Słabła. Jej klatka piersiowa poruszała się nierównomiernie. Wyglądała tak, jakby już utraciła siłę w rękach i nogach. Była przygotowana na śmierć.

A mimo to, uraczyła go spojrzeniem czerwonych oczu. Kell zerknął na jej poranioną twarz, którą teraz nic nie tuszowało. Coś wpadło mu do głowy.

- Będziesz miała kolejne blizny, ale przeżyjesz - rzekł. - Przetrwałaś atak na klan Archeaxa, to przeżyjesz i to.

Nie wiedział, czy go w ogóle słyszała - pewnie jej słuch też został uszkodzony, gdy ściana od sali obrad zawaliła się. Nie dawał jednak za wygraną. Gładził ją po przypieczonym ogniem ramieniu i klepał po twarzy.

- Chodź - mówił. - Proszę... nie, błagam. Athalie, błagam, nie daj się.

Wciąż na nią patrzył, a w jego oczach zbierały się łzy. Przygryzł wargi i westchnął, wciąż na nią patrząc.

Nie opuścił jej. Chciał być przy niej, choćby niewiadomo co. Zupełnie jak... Vidar.

Na wspomnienie zmarłego Cressanina coś tchnęło życie w serce umierającej kobiety. Porównywała Kella do Layrena i Archeaxa, ale nigdy do jej przyjaciela. A jaki on był? Zawzięty, uparty, skłonny do poświęceń i zawsze podtrzymujący ją na duchu, tak jak Vidar.

Tamten mężczyzna zginął, sprawiając jej ogromny ból. Ona nie zamierzała czynić tego samego władcy enklawy. Wiedziała poza tym, że ten nie da jej umrzeć.

Koloryt wrócił na jej twarz. Lekko poruszyła dłonią. Jej oddech uspokoił się.

- Uciekajmy stąd - wydukała, uśmiechając się. - Nie ma czasu, aby dziś umierać.

Kellowi nie trzeba było powtarzać. Ostrożnie złapał Athalie, biorąc ją sobie na ręce. Ruszył z nią do windy.

Wątpił, aby jego mentor był zdolny do czegoś takiego. Szkarłatny Król miał mnóstwo wojowników i pokonał armię szaleńca dzięki zatrważającej przewadze liczebnej. Zapomniał o każdej jednostce, która służyła mu mieczem i tarczą. Kell nie zamierzał uczynić tego błędu. Każdy z jego wojowników był dla niego ważny, tak samo jak każdy cywil był wart poświęcenia. Athalie łączyła obie te cechy, więc nie mógł jej zostawić - tak samo, jak ona jego w tak trudnej chwili.

Kell szarpnął za mechanizm windy, która zabrzmiała tak, jakby wydała ostatnie tchnienie. Przetransportowała ich na szczyt góry.

A gdy dotarli, oboje wiedzieli, że enklawa zostanie odbita.

*

Sytuacja wyglądała coraz to gorzej.

Shiney leżał na ziemi, łapiąc się za beznadziejnie wyglądającą rękę. Czasami wstawał, próbując wspomóc Kami w walce, ale Namiestnik bez problemu odrzucał go na bezpieczną odległość. Toa głównie przyglądał się poczynaniom swojej towarzyszki.

Kobieta była przez pewien czas szybsza od Namiestnika, ale ten z każdą minioną minutą stawał się coraz to gwałtowniejszy i bardziej nieprzewidywalny w swoich ruchach. Gdy drażniła go trójzębem, w pewnym momencie chwycił ją za szyję, uniósł do góry i wolną pięścią posłał daleko do tyłu. Kami odleciała na kilka bio. Jej Ruru pękła na wysokości oka. Rywal wykorzystał chwilowe zakłopotanie wojowniczki i ruszył ciężkimi krokami w stronę drzewca, ostrzy i kuli, aby wreszcie się ich pozbyć.

Zamarła. Obserwowała, jak mężczyzna odrywa kolejne palce od zawiniątka i widziała oczyma wyobraźni kolorowe ostrze, które się z niego wysunęło i spadło prosto do lawy. Wraz z utratą choćby jednego elementu, berło nie mogło zostać połączone i wykorzystane, aby otworzyć portal.

Na szczęście było to tylko złudzenie wojowniczki. Rzeczywistość potoczyła się nieco inaczej, choć Kami nadal myślała, że kolejne wydarzenia dzieją się wyłącznie w jej głowie.

Czemu? Usłyszała bowiem huk, a zaraz potem dostrzegła, że ktoś przebił się osuwisko, otwierając im drogę, którą wcześniej osiłek zawalił. W przejściu stanął nieznajomy, okuty w karminowy pancerz z ręcznymi rzeźbieniami. Zbroja wyglądała pięknie, lśniła i prezentowała się tak, jakby lata czekała na okazję do założenia. Z jej wyglądem kłóciła się jednak wyszczerbiona maczeta, którą trzymał przybysz. Do umysłu Kami napłynęły pełne przypuszczenia, ale uznała je za niemożliwe.

Pojawienie się wojownika zdziwiło nawet Namiestnika. Ugiął głowę, a potem nią potrząsnął.

- Pokonałem wielu Cressan. Ty będziesz następny.

Spodziewał się, że rywal odpowie mu patetycznymi słowami, ale ten po prostu cisnął broń prosto w oponenta. Maczeta przecięła powietrze i zagłębiła się w ciele mężczyzny, po raz pierwszy przebijając jego pancerz. Z rąk wypadły mu fragmenty berła.

A potem... cóż, wszyscy wstrzymali oddech.

- Ale ja nie jestem Cressaninem - Nenreh ściągnął zbyt ciasny hełm i pozwolił, aby pochłonęła go magma. Na chwilę zawiesił wzrok na Kami - trwali tak może pół sekundy, ale wojowniczka wyczytała z jego oczu mnóstwo. Przeprosiny, wstyd, ale także skruchę i chęć poprawy. Zaraz potem Skakdi przystąpił do tego, co robi najlepiej - do bicia.

Podbiegł do rywala i zrzucił pięść prosto na jego głowę. Hełm Dolusa zadudnił, a on odsunął się na kawałek. Momentalnie jednak wrócił do rzeczywistości i przyjął na swoje ramię sierpowy, który miał trafić go w głowę. Odrzucił rękę napastnika i gdy tylko miał wolny dostęp do żeber mężczyzny, uderzył w nie otwartą dłonią. Nenreha przytkało.

Namiestnik nie zauważył jednak, że wojownik dyskretnie zawinął swoją nogą i sprowadził płachtę wprost pod stopy Kami.

W czasie gdy dwójka mężczyzn okładała się pięściami, Toa rozwinęła materiał kryjący pozostałe elementy. Shiney obserwował ją, gdy wyciągnęła ostatnie ostrze i położyła obok pozostałych.

- I co teraz? - wydukał, tamując dłonią krew z długiej rany.

- Teraz - podniosła wzrok i szybko zerknęła na walczących - pomożesz Nenrehowi.

Toa Powietrza nie był przekonany, Kami widziała to w jego oczach. Walczył z Namiestnikiem już kilka razy i zawsze przegrywał. Wątpił, że teraz będzie inaczej, ale gdy kobieta położyła dłoń na jego ramieniu, przejechała po nim z góry do dołu, uleczyła go i posłała mu jeszcze jedno spojrzenie pełne wiary, tchnęła w jego wnętrze kolejne pokłady nadziei. Shiney wstał, kiwnął jej głową i zaszarżował na Namiestnika.

Półka zatrzęsła się od siły ich ciosów, gdy dwa miecze spotkały się ze sobą. Kami obserwowała walkę tylko kątem oka - większość uwagi skupiła na berle. Zaczęła sięgać po kolejne z jego elementów i łączyć je z sobą. Założyła na drzewce trzy ostrza i poczuła ledwie ułamek drzemiącej w nich mocy na koniuszkach palców. Następnie sięgnęła po kulę, która jak mknący do metalu magnes wskoczyła między trzy słupy zastygniętej energii. Berło zalśniło, a Kami poczuła dziwne mrowienie w dłoniach.

Zerknęła na walczących. Namiestnik był nieźle obity, a jego złoty pancerz splamiła krew. Toa i Skakdi wyglądali jeszcze gorzej. Niestety, ale nie zdołali się obronić przed rywalem, który nieoczekiwanie wpadł w furię.

Poczuł ogromny przypływ siły. Przedramionami uderzył w barki Zakazianina, sprowadził go na trzęsącą się półkę i poprawił kolanem, które zagłębiło się w piersi mężczyzny. Shiney próbował zainterweniować, ale osiłek zderzył głowę z jego maską i sprowadził rywala na skraj formacji skalnej. Skupił całą swoją uwagę na Nenrehu.

Kami wstała i cisnęła Sercem Tajfunu w mężczyznę, który zbliżał się do jej kompana. Trójząb przebił mu brzuch na wylot, ale ten wyciągnął broń ze swoich trzewi i szedł dalej z dziurą w torsie. Chwycił mężczyznę przebranego za Szkarłatnego Króla i podniósł do góry. Ręką wyczuł rury, które ciągnęły się po szyi oponenta. Złapał je i zmiażdżył.

Kami i Shiney zamarli.

- Nie! - krzyknął ten drugi. Przepuścił moc przez swój Aksjomat, która wypadła w postaci wiru. Promień pchnął Namiestnika o kilka kroków i pozwolił oswobodzić się Nenrehowi.

Mężczyzna dowlókł się do Kami. Zaczął ciężej oddychać, a z aparatury wyskakiwały kłęby dymu. Dusił się. A mimo to... spojrzał na Toa Wody.

Kobieta wiedziała, że nigdy nie doświadczyła czegoś podobnego w oczach Zakazianina i już nigdy tego nie dojrzy. Jego wyblakłe źrenice nabrały kolorów i zapłonęły czerwienią. Zdobył się na odszukanie w sobie mocy, którą stracił tak wiele temu na Krias.

Kami przełknęła ślinę. Wiedziała, że to będzie ostatni, desperacki atak Nenreha.

- Jeszcze to potrafisz? - spytała.

- Nie wiem - mruknął, krztusząc się. Odwrócił głowę w stronę czempiona Proroka. - Ale czas to sprawdzić.

Tymczasem Namiestnik dobrał się do Shineya. W swej niepohamowanej złości złapał gołymi rękoma Aksjomat i złamał go swoim kolanem. Chwycił Toa i choć ten starał się bronić, Dolus był bezlitosny. Podniósł go do góry i zaczął karcić jednym prostym za drugim. Mahiki wojownika zaczęła wyginać się.

W każdy kolejny zamach Namiestnik przekuwał więcej siły. Niepohamowany gniew, irytacja, ale i poczucie wstydu z powodu błędów przeszłości płynęły z każdym uderzeniem. Wiedział, że żaden Toa, miecz czy trójząb go nie zatrzymają.

I... miał po części rację. Zrobiła to wiązka laserowa.

Następne wydarzenia potoczyły się zaskakująco szybko.

Nenreh wypuścił ze swoich oczu promień. Laser przemknął wzdłuż półki i przeszył kolano Namiestnika, zmieniając je w zlepek rozszarpanych i przypalonych mięśni. Tamten wrzasnął i puścił Toa Powietrza.

Kami miała pod ręką tylko berło, więc cisnęła je do góry. Modliła się, aby jej sojusznik zdołał pochwycić artefakt i go nie uszkodzić.

Shiney złapał broń i zacisnął palce na jej drzewce. Odwrócił się i zamachnął poziomo prosto w stronę osiłka. Berło oderwało mu głowę.

Ciało Namiestnika jeszcze przez krótką chwilę stało. Z torsu mężczyzny trysnęła błękitna energia. Jej opar wpadł na Shineya, który w porę się odsunął. Gdy dziwna aura już wypłynęła z jego ciała, tamto zachwiało się i zniknęło w sercu wulkanu.

Kami i Shiney zerknęli na siebie wzrokiem pełnym szczęścia. Ich usta chyliły się do góry, ale spadły gwałtownie, gdy zobaczyli Nenreha. Skakdi padł na ziemię, łapiąc się gorączkowo za gardło.

- Zbierajmy się stąd - nakazał Toa Powietrza. Kobieta nie udzieliła mu odpowiedzi - po prostu zarzuciła ramię towarzysza na bark i udała się z nim do wyjścia. Shiney pobiegł za nimi.

Wkrótce zostawili za swoimi plecami półkę, która chwilę później skruszyła się i zawaliła, jezioro lawy i zwłoki Namiestnika. Wyszli z wulkanu.

Z początku maszerowali szybko. Wulkaniczna ziemia parzyła ich stopy. Z czasem jednak tracący dech w piersiach Nenreh nie potrafił samemu poruszać się. Toa wlekli go, mijając magmowe pola i wulkaniczne głazy, aż dotarli na typową dla Cressy ziemię. Tam pomogli Zakazianiowi usiąść i oprzeć mu się o gołą skałę.

- Pokaż mi to - Toa kucnęła nad mężczyzną. Liczyła, że znajomość medycyny przyda się na coś, ale nie. Nie mogła nic poradzić na popękane rurki, brzęczący panel, iskry i substancję wydobywającą się z niewielkiego zbiorniczka. Spuściła wzrok. - Nie wygląda to dobrze.

- Wręcz przeciwnie - stwierdził Zakazianin na bezdechu. - Ja wyglądam bardzo dobrze. Jestem odziany w najładniejszą zbroję, jaką kiedykolwiek widzieliście.

- Po co była ci ona? - spytał Shiney, mierząc wzrokiem szkarłatny pancerz od butów po napierśnik.

- Po pierwsze chodziło o prowokację - przerwał, aby chrząknąć. - Próbowałem jeszcze bardziej zdenerwować tamtego w złotym. Założę się, że wpadł w szał na widok wroga z dawnych lat. A po drugie... cóż, chciałem poczuć się jak bohater.

Toa Powietrza starał się uśmiechnąć, ale widok posępnej kobiety zdołował go jeszcze bardziej. Widział smutne oczy Kami i jej zimną, drżącą dłoń, którą położyła na ramieniu mężczyzny.

- Nenreh. Chcę ci powiedzieć, że...

- Czekaj - wypalił, łapczywie próbując złapać oddech. - Najpierw ja powiem tobie coś. Chciałem się o-odpłacić. Pomogłaś mi, a ja ciebie zdradziłem. Wątpię, że ta jedna wspólna bitwa zmieni twoje mniemanie o mnie, ale choć raz graliśmy do tej sam-mej bramki - dodał, krztusząc się i zdobywając na uśmiech. Ręką wymacał dłoń Kami i chwycił ją, cały drżąc. - Proszę o wybaczenie...

Toa Wody odetchnęła głęboko. Patrzył na umierającego mężczyznę. Wiedziała, że potrzebuje usłyszeć tylko jedno słowo, aby móc odejść w spokoju, ale wtedy wyobraziła sobie, że leży przed nią morderca, kat i zbieg. Gdy sobie to uświadomiła, cofnęła ostrożnie rękę.

A potem chwyciła mocno dłoń Zakazianina.

- Wybaczam - szepnęła, gdy zbliżyła się i go uścisnęła. Nenreh nie odwzajemnił tego gestu, bo nie miał już sił, aby podnieść ramię, ale Kami czuła, że gdyby mógł, odetchnąłby z nieopisaną ulgą. Toa przywarła do niego na kilka sekund.

- Dziękuję - wymamrotał, łapczywie chcąc zaczerpnąć powietrza. - Szkoda tylko, że nie zdołałem dotrzymać pewnej obietnicy…

- Jakiej obietnicy? - dopytał Shiney.

Mężczyzna nie odpowiedział.

Później Kami odsunęła się, patrząc z bezradnością i łzami w oczach na Nenreha. Jej usta uniosły się mimo to do góry. Wiedziała, że gdy Nenreh usłyszał już tamto jedno słowo od niej, nie czuł nic podczas śmierci.

Shiney był natomiast niezwykle zmieszany. Skrawki jego pamięci sprawiły, że uznawał Zakazianina za tyrana. Podczas tej podróży zbliżył się jednak do niego i byli kompanami. Nie wierzył w jego zdradę. Tak samo zresztą nie potrafił teraz zaakceptować faktu, że odchodził.

Skakdi jeszcze niecałą minutę walczył o życie. Wytrzeszczał oczy, a jego wargi drgały. Wreszcie, uniósł pierś, próbując po raz ostatni poczuć chłodne powietrze Cressy. Jego klatka zatrzymała się wówczas w miejscu, a oczy - które chwilę temu były jaskrawoczerwone - zagasły. W jego oczodołach pojawiła się głęboka czerń.

Umarł.

Rozdział XII[]

Enklawa została odzyskana.

Wojownicy walczyli, gdy słońce unosiło się na niebie i zmusili ostatnich Padlinożerców do poddania się, kiedy tylko księżyc zawisł nad ich głowami. Wraz z nadejściem nocy pojawiła się również dla ocalałych szansa, aby dojść do siebie po wymagających starciach i obrazach, które regularnie będą nawiedzać ich umysły.

Kami jednak nie należała do nich. Spała głęboko całą noc - pewnie przez fakt, że nawet nie przymknęła powiek podczas felernego postoju w jaskini. Starała się wyzbyć z pamięci widoku tak wielu martwych Cressan i zniszczonego dziedzictwa ich kultury. Przyszło jej to z trudem, ale ostatecznie zdołała trochę odpocząć.

Rankiem wyszła na balkon jednego z nielicznych budynków pałacowych, które się nie zawaliły. Położyła dłoń na wilgotnej balustradzie. Wtedy też zrozumiała, że całą noc lało, a deszcz pomógł zgasić pożar, który nękał pobliskie domostwa. Przywlókł za sobą również chłodne powietrze, przyjemnie sunące po masce i szyi wojowniczki.

Choć rozciągał się przed nią obraz zrujnowanego azylu, to był on na swój sposób wyjątkowy i przyjemny dla oka. Prawdopodobnie wynikało to z faktu, że wygnali poważne zagrożenie i zapewnili enklawie pokój. Zniszczone domy, poszycia dachów przesiąknięte od deszczu i zastygła krew na ulicach były świadectwem ich poświęcenia i pozostałością po bitwie, która na zawsze odmieni życia ostatnich Cressan i ich świata.

Wojowniczka żałowała trochę, że Layren nie może tego ujrzeć. Świat, który został oswobodzony z rąk sług, był jego największym marzeniem, łączącym go z resztą mieszkańców tych jałowych pustkowi. Wieczorem - zanim poszli spać - Kami słyszała rozmowę Cressan między sobą. Chwalili ucznia Ksalii i wyrażali się o nim w superlatywach. Dla kobiety było to trochę trudne do zaakceptowania - widziała, do czego był zdolny jej dawny przyjaciel, a mieszkańcy enklawy żyli w błogiej nieświadomości i go podziwiali. Nie zamierzała im jednak tego odbierać.

Toa Wody zrozumiała, że nie jest sama. Otworzyły się drzwi do pokoju obok, gdzie spali Cressanie, będący bliskimi Kella. Na balkon wypełzła kobieta w biało-czarnej zbroi i materiałowym pasie, tamującym krew z jej poharatanego brzucha.

- Jestem Athalie. - Służąca lekko uśmiechnęła się na widok drugiej kobiety. Uścisnęła jej dłoń.

- Kami, miło mi. - Wojowniczka odwzajemniła oba gesty. - Athalie, powiedz mi, na ile Kell ocenia straty? Masz takie wieści? - spytała, patrząc na spopielone zgliszcza osady i metal, w którym brodzili ocalali.

- Tak. Szacuję się, że zginęła większość wojowników. Jeśli chodzi zaś o cywili, to przeżyła ich ledwo ponad połowa - odparła z goryczą w głosie.

- A tamten jeden łucznik? Torda, tak miał na imię. Co z nim?

- Uchodźcy z enklawy znaleźli go nocą. Sługi połamały mu żebra i pozostawiły krwawe ślady na głowie. Jego ciało było całe podziurawione i były w nie wbite kły tamtych kreatur.

Kami spochmurniała na te wieści. Nie spodziewała się wówczas, że Athalie nie wyjawiła jej najważniejszej informacji:

- Przeżył.

Gdy tylko Toa to usłyszała, odetchnęła z ulgą. Cieszyła się, że choć jednego wojownika mniej musi pożegnać po kolejnej bitwie, która ją odmieniła. Żałowała, że nie może tego powiedzieć o Zakazianinie.

- Jeszcze dziś Kell będzie chciał uhonorować ciała zmarłych. Nie wiem jak każą wasze zwyczaje, ale my ich spalamy. Czy twój przyjaciel również może w ten sposób odejść do stwórców?

Kami pokiwała głową.

- Do Wielkiego Ducha - poprawiła ją. - Powiedzmy, że jest dla nas kimś, jak stwórca dla was. Wątpiłam, że znajdę go na tym świecie, ale fakt, że enklawa została uratowana, świadczy o jego obecności i sile.

Athalie pokiwała głową. Również położyła ramiona na balustradzie, splotła palce i odetchnęła rześkim powietrzem.

- Niewątpliwie stwórcy i ten cały Wielki Duch mieli w tym swój udział, choć chcę myśleć, że my też się do tego przyczyniliśmy. Nie walczyłabym z takim poświęceniem, gdybym nie zrozumiała, że możesz znaleźć nowych bliskich, którzy zastąpią tobie starych. Myślałam, że nikt nie zapełni pustce po Vidarze, ale to miejsce kompletnie mnie pochłonęło. - Zerknęła na ruiny. - Byłam gotowa umrzeć, aby je ocalić.

- Jedność - podsumowała Kami, kładąc dłoń na ręce kobiety. - Tak to się nazywa. Też zrozumiałam, że mogę znaleźć nowego przyjaciela, nawet jeśli tak długo ze sobą walczyliśmy. Szkoda tylko, że zrobiłam to tak późno.

- Lepiej późno niż wcale - skwitowała z lekkim uśmiechem Athalie.

- Racja, lepiej późno niż wcale - Toa Wody zamyśliła się nad słowami rozmówczyni. Oderwała ręce od belki i udała się do swojego pokoju. W drzwiach zatrzymał ją łagodny głos Cressanki.

- Co zamierzasz?

- Shiney zostawił mi kartkę z informacją, że mamy jeszcze dziś opuścić ten świat. Czeka na mnie w miejscu, gdzie znajduje się portal.

- Nie zostaniesz na ceremonię upamiętniającą nasz triumf i śmierć poległych?

Kami pokręciła głową.

- Nie miałam ku temu okazji, gdy zostawiłam najbliższego mi Toa na pastwę losu. Teraz jest podobnie. Jeśli mam uratować mój świat, muszę ruszać czym prędzej.

- Zatem... - Athalie powlokła się do niej i położyła dłoń na jej ramieniu. - Nie będę cię zatrzymywać. Powodzenia, Toa Kami.

- Wzajemnie - mruknęła. Posłała jej jeszcze jeden serdeczny uśmiech i zniknęła za wejściem do pokoju. Druga rozmówczyni wróciła na balkon i przyglądała się miastu.

Nie wyglądało najlepiej. Choć niebo było błękitnie, to nad górą zbierały się czarne jak rudy węgla kłęby. Budynki były w opłakanym stanie. Większość sług, które po śmierci Namiestnika zostały wyrżnięte w pień, teraz leżała martwa na ulicach, pokrytych stopionym metalem. Przez strugi purynium kroczyli wojownicy, będący już na służbie i wydobywający ofiary z ruin. Wielu z Cressan płakało, widząc swoich martwych przyjaciół, wynoszonych do spalenia.

Athalie widziała w tym wszystkim jednak promień nadziei. Zrozumiała, że po stracie można się podnieść - udało jej się pogodzić z losem Vidara i sądziła, że również zaakceptuje starcie, które zniszczyło enklawę. Przyjdzie taki czas, że osada na górze odzyska dawną świetność i będzie domem dla ostatnich Cressan. Tamci pewnie będą sceptycznie patrzeć na próby jej odbudowy, ale Athalie postanowiła zostać pierwszą, która nakłoni ich do pracy i zasieje wiarę w ich sercach.

Wraz z Kellem odbudują to wszystko.

*

Gdy Shiney stał na środku sali i wpatrywał się w portal, przypomniał sobie wszystkie rzeczy i istoty, które zostawił za jego zieloną taflą. Heri, Qarthar i Toa Nazar byli sporą częścią jego życia, a teraz pamiętał je jakby przez mgłę i nie wiedział, czy ponownie odnajdzie się w dawnych rolach. Zmienił się i trochę bał tego, co ujrzy po drugiej stronie.

Wojownik obawiał się jeszcze jednej rzeczy. Od czasu starcia z Namiestnikiem czuł się dziwnie. Sądził, że być może umysł płata mu figle, ale uczucie czempiona Proroka, który stoi tuż za jego plecami było przerażające. Shiney miał dziwne wrażenie, że Namiestnik zagnieździł się gdzieś w jego podświadomości. Bał się tego. Nie zamierzał jednak ujawnić strachu przed Cressaninem.

Kell wystąpił do przodu, patrząc razem z Toa na wir zielonej energii, wydobywającej się z ośmiokątnego pierścienia i run, zdobiących jego metalowe żebrowanie.

- Shiney... - władca błądził wzrokiem po podłodze w sali tronowej Archeaxa, jakby nie wiedząc, co ma powiedzieć. - Dziękuję.

- Za co? - Toa uniósł brew.

- Poprowadziłeś moich wojowników do zwycięstwa, gdy ja straciłem nadzieję i pomogłeś nam pokonać najeźdźców - wytłumaczył Kell. - Jeśli jest coś co mogę zrobić, to nie krępuj się. Proś śmiało.

Mężczyzna pokręcił głową.

- Zrobiłeś dużo. Zaprowadziłeś nas ponownie do ruin klanu Archeaxa i dałeś ogniwa napędzające portal. Nie powinienem o nic więcej prosić mężczyzny, który powinien teraz być u boku swego ludu.

Cressanin zerknął na niego z zakłopotaniem, jakby rozumiejąc jego słowa jako sugestię, że nie powinno go tu być. Shiney szybko jednak dodał:

- Wybacz. Wciąż nie potrafię właściwie dobierać niektórych słów - stwierdził. - Miesiące tutaj zmieniły mnie. Wiedz jednak, że jestem wdzięczny za to, że miałem ciebie za sojusznika, a nie wroga. Nawet jeśli czasem była między nami napięta atmosfera... - mrugnął, wyciągając rękę do wojownika.

Kell ujął jego dłoń, a następnie wycofał się do swojej świty. Rzucił okiem na salę tronową Archeaxa.

Kiedyś to miejsce było piękne. Teraz jednak tron, stoły i stojaki na broń zostały zepchnięte na bok i jedynym elementami, które pozostały na swoim miejscu okazały się żyrandole, oświetlające ogromną salę. Nosiła ona również ślady po walkach - terakota była pęknięta, witraże porozbijane na tysiące drobinek, a okna wyrwane z zawiasów.

Kell zdawał sobie sprawę, że tak - albo nawet i gorzej - wygląda cała Cressa. Był także świadomy tego, że zostało mu wyjątkowo niewiele rąk do pracy i bardzo dużo rzeczy do naprawy. Czy jednak wątpił w to, że podniosą się po wyniszczającej wojnie ze sługami? Nie. Już raz ledwo co przetrwali, gdy stworzył enklawę. Wierzył, że odbudują ją i nadal będą wieść życie na tej nieurodzajnej planecie, która miała ich zdaniem niespotykany urok. Będzie podejmował decyzje samodzielnie, ale w konsultacji z Cressanami, którym zaufał - takimi jak Athalie. Bawiło go w sumie to, że najbardziej walecznej sojuszniczki nie znalazł w szeregach władców pozostałych klanów lub wśród ich wojowników, ale okazała się nią niepozorna służąca.

Odwrócił się z nadzieją w stronę ogromnych drzwi, że ujrzy ją w wejściu, ale dostrzegł jedynie Kami. Kobieta zjawiła się w sali u boku zarówno tych dzikich, jak i oswojonych ogarów. Choć obecność tych pierwszych niepokoiła strażników Kella, to nikt nie odmówił im odprowadzenia spojrzeniem dwójki Toa.

Wojowniczka posłała władcy uśmiech i zbliżyła się do swojego przyjaciela. Klepnęła go po plecach, aby wyrwać mężczyznę z zamyślenia.

- Gotowy?

- Nigdy nie będę na to gotowy, ale chcę to już mieć za sobą - stwierdził Shiney. Kami łupnęła go pięścią po ramieniu.

- Nie martw się. Odnajdziesz się tam. Ty byłeś przewodnikiem dla mnie, więc ja na nowo oprowadzę cię po naszym świecie.

To zapewnienie sprawiło, że kąciki ust Toa Powietrza nieznacznie się uniosły. Wojowniczka zamierzała wspierać go, być jego towarzyszką i opiekunką - tak samo jak Galinis, który opiekował się Krias.

Kami omiotła ostatni raz wzrokiem zrujnowaną salę tronową, Cressan i ogary. Odetchnęła głęboko. Wzięła Shineya za rękę i nie czekając na jego pozwolenie, pociągnęła go w stronę portalu.

Zielona energia wręcz kipiała z wiru, a berło, które wojowniczka trzymała w ręce, nieprzyjemnie drżało. Inskrypcje przybrały na mocy. Toa wiedzieli, że nadszedł czas - wspięli się na stopnie, przymknęli oczy i przekroczyli próg portalu, zostawiając ostatnią historię za swoimi plecami.

Gdy otworzyli oczy, znaleźli się w znanej Kami scenerii. Stąpali po moście z zielonej materii, a jedyną rzeczą, która ich otaczała, była nieskrępowana, pulsująca energia. Wojownicy niepewnie ruszyli przed siebie.

- Byłem już tu kiedyś - mówił Shiney. - To jednak miało miejsce kilka miesięcy temu, niewiele z tego pamiętam.

- Na szczęście ja dobrze orientuję się w tej rzeczywistości - odparła Kami. - O ile można się dobrze odnajdywać w morzu zielonej energii...

Kontynuowali wędrówkę w ciszy, którą mąciło im fałdowanie się tajemniczej mocy. W pewnym momencie oboje doznali dziwnego wrażenia, że nie są tu sami. Dopiero jednak po kilkudziesięciu krokach ich przypuszczenia okazały się trafne.

Stanął przed nimi mężczyzna w czarnej jak węgiel zbroi, mieczem i zwojem pod pachą. Pozdrowił ich lekkim skinięciem głowy, a wojownicy - nie wiedząc, co mają uczynić - odwzajemnili ten gest.

- Dziękuję, że pomogliście uratować Cressę. - Głos mężczyzny był głęboki, niski i jednocześnie przyjazny. - Cressa potrzebowała was. Tak samo zresztą, jak wasz świat obecnie.

Przytaknęli.

- Możecie iść - dodał. - Uważajcie jednak. Jeśli przekroczycie próg między Cressą a waszym światem, nigdy już nie będziecie tymi samymi Toa.

- Co mamy przez to rozumieć? - spytał Shiney.

- Żadne słowa nie oddadzą tego, co tam ujrzycie. Najlepiej będzie, jeśli sami to ocenicie. To może być jednak trudne dla was przeżycie.

Kami rzuciła szybkie spojrzenie swojemu przyjacielowi. Oboje nie mieli żadnych wątpliwości, że chcą przejść. Musieli wrócić do domu.

- Idziemy - oznajmiła wojowniczka.

Mężczyzna kiwnął głową z uznaniem. Rozwinął zawiniątko i machnął przed nim ręką, rozświetlając zielonkawe runy na papirusie. Zwrócił się do Toa:

- Dobrze. Jeśli ktoś może go powstrzymać, to właśnie wy.

Nim dwójka wędrowców zdołała zareagować, zaatakowało ich nieprzyjemne i znajome uczucie. Oślepiające światło podrażniło ich oczy i sprawiło, że tajemniczy mężczyzna rozpłynął się w białej poświacie. Kami i Shiney osłaniali się dłońmi przed promieniem. Mieli wrażenie, że ten wdarł się wszędzie, stał się z nimi jednością i wypełnił ich całkowicie, chcąc ich rozerwać od środka.

A gdy blask wreszcie opuścił ich ciała, byli już w domu.

Z początku nie wiedzieli co się dzieje. Zielony wir wyrzucił ich na ulice jakiegoś niewielkiego miasta. Leżeli na spróchniałych deskach, otoczeni piętrowymi gmachami ze wszystkich stron i wodą, ciągnącą się wzdłuż drogi. Powietrze tutaj było zimne, a z szarego nieba spadały drobne płatki śniegu.

- Znam to miejsce - rzekł Shiney, gdy doprowadził swój wzrok do porządku i wstał. - To Qarthar.

- Twój dom - dodała Kami, powoli dochodząc do siebie.

- Tak, ale... wygląda inaczej.

Słowa Toa Powietrza nie były bezpodstawne. Gmachy pokrywał gorejący ogień, domy wyglądały na opuszczone, śnieg barwił się krwią, a obdarzony wyczulonym słuchem Shiney mógł usłyszeć brzdęk stali, uderzającej o siebie kilka przecznic dalej.

- Co tu się stało? - wydukał, wodząc wzrokiem po zrujnowanej wyspie.

- Nie było nas długo - stwierdziła Kami. Kucnęła i przejechała palcem po desce, która była lepka od krwi. - I obawiam się, że przegapiliśmy wiele. Bardzo wiele.

Wtedy jeszcze nie wiedzieli, że od ich zniknięcia minął prawie rok.

Epilog[]

Nikt nie był w tym miejscu od wielu miesięcy, a może nawet i lat. Podziemna krypta na Krias wyglądała na opuszczoną.

Gdy Prorok i Skorg zeszli po krętych schodach na jej sam dół, dostrzegli rzędy skrzyń i pochodnie, które niegdyś spowijały ciepłym światłem magazyn. Obecnie jego ściany były ponure, a w dużym pomieszczeniu panował półmrok. Ledwie wyczuwalna woń zepsutych przypraw, tropikalnych roślin i kadzideł drażniła pomyłkę Wielkich Istot. Kaganek Zyglaka z kamieniem świetlnym oświetlał najbliższe kilka bio przed jego panem.

- Czego tak właściwie szukamy? - spytał rosły czempion w mlecznobiałej zbroi i włóczni na plecach. - Myślałem, że już dobiliśmy ich.

- Bo tak właśnie jest - mruknął podirytowany Prorok, krocząc pośród cieni. - Nie chodzi jednak o nich wszystkich, ale o mnie. Szukam czegoś, co przypieczętuje moje zwycięstwo.

Skorg skinął głową, choć nie rozumiał zamiarów wodza. Kroczył kilka kroków przed nim, aż wreszcie zatrzymał się. Rzucił światło na kamienną bryłę, która wyrosła przed nim.

Tron był dość duży, elegancko oszlifowany i nie pasował do porozrzucanych desek i drobinek kurzu, unoszących się w powietrzu - wyglądał na okazały. Jego dziwną aurę potęgowała postać Toa Lodu, który na nim siedział. Wyglądał tak, jakby padł na siedzisko wiele lat temu i choć bardzo chciał wstać, to nie mógł. Gdy Skorg przewrócił wzrokiem w stronę swojego pana, to zrozumiał, że obecny właściciel szybko odda jego wodzu należyte mu siedzisko.

Prorok przystanął w miejscu. Założył ramiona na piersi, a wleczony przez niego czarny dym opadł na podłogę. Zyglak oświetlił mężczyznę tylko po to, aby ujrzeć jego przebiegły uśmiech i ogniki w oczach.

- Przerzuć nasze siły na wschód wyspy. Mają być gotowe na każdy, nawet najbardziej samobójczy odwet - rozkazał.

- Dobrze. A ty, panie? Co zamierzasz?

Czerwone ślepia zgromiły czempiona.

- To już nie twoje zmartwienie.

Skorg niechętnie skinął głową. Ukłonił się przed przywódcą, pozostawił na drewnianym kufrze kaganek i ruszył schodami do wyjścia z magazynu.

Prorok natomiast podszedł do tronu. Ostrożnie pogładził jego podłokietnik, a potem poklepał truchło Galinisa po policzku. Uśmiechnął się.

- Czytałem o tobie, Toa - kontemplował. - Bohater, tak ciebie nazywali. To wielki zaszczyt, że będę mógł przejąć miejsce tak ważnej postaci i zrobię co w mojej mocy, aby świat o mnie nie zapomniał. - Wyprostował się. - Dokładnie tak jak o tobie.

Wziął mężczyznę pod ramiona i uniósł bez trudu jego nienaruszone zwłoki. Utknął na moment spojrzeniem w jego Matatu. Zbadał jego ciało wzrokiem, przełożył ciało wojownika do jednej ręki, a następnie beznamiętnie puścił go na ziemię.

Odwrócił się tyłem do tronu i usiadł na nim. Poczuł chłód bijący z oszlifowanego kamienia. Był niezwykle kojący. Podłokietniki okazały się wyjątkowo wygodne i całe siedzisko dawało takie wrażenie, jakby było stworzone dla wodza sług. Odprężony Prorok ułożył się i odetchnął z ulgą.

Wreszcie. Po kilku bitwach, setkach zabitych i latach wojen, Agher zasiadł na należytym mu miejsu.


KONIEC


Advertisement